piątek, 13 lipca 2018

"Bańka" - Siri Pettersen


Sięgnij po magiczną kulę – przygoda jest na wyciągnięcie ręki!

Brawurowa i cudowna książka! Wyjątkowe połączenie magii i rzeczywistości.

12-letnia Kine musi wstawać rano, musi chodzić do szkoły i na pływalnię, musi żyć z przezwiskiem Bańka, a na dodatek musi śpiewać w beznadziejnym chórze gwiazdkowym. Musi żyć według durnych reguł, w durnym miasteczku, w durnym świecie. 
Ale pewnego dnia zdarza się cud! Znajduje szklaną kulę, która daje jej schronienie przed światem. Bańka zamieszkuje w bańce, która potrafi latać i spełnia życzenia! 
Co z tego wyniknie i jak potoczy się historia Kine? O tym właśnie opowiada ta cudownie kąśliwa, dowcipna, ale i bardzo pouczająca książka.

[Dom Wydawniczy Rebis, 2018]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4848788/banka]

Książka zrecenzowana dla Secretum.pl

PATI:


“Bańka” jest kolejną książką Siri Pettersen, która ukazuje się u nas dzięki wspaniałości Wydawnictwa REBIS i piszę to wspaniałości jak najbardziej szczerze, bo rzeczywiście Siri to autorka, którą znać co najmniej wypada, a do tego jeszcze naprawdę warto. Ta niestety krótka powieść, skierowana jest z założenia do dość młodego czytelnika, bardzo szybko się okazuje, że to przecież jest jednak Siri... po niej należy spodziewać się, że nawet książka dla nastolatek, będzie ponadprzeciętna i na pewno niegłupia. Ta norweska pisarka oczarowała mnie już w trylogii “Kruczych Pierścieni”, do której na pewno nie raz będę jeszcze wracać, a podczas autografów na Pyrkonie 2017 sama autorka okazała się przesympatyczna i entuzjastycznie nastawiona do każdego fana, który podchodził z książką w drżących łapkach. Dlatego też z niecierpliwością czekałam na “Bańkę” i na to, że będę mogła zapoznać się z kolejną “Siri”.

Główna bohaterka, dwunastoletnia Kine nienawidzi wszystkich i wszystkiego, bo wszystko i wszyscy są bardzo głupi, a najbardziej pływalnia i Jarle. Na krzywej ławce na cmentarzu Kine myśli o śmierci i beznadziei życia swojego, użalając się nad sobą po kolejnym fiasku na tej przeklętej pływalni. I wydawałoby się, że tak naprawdę nic jej już nie jest wstanie pomóc, kiedy znajduje szklaną kulę, która okazuje się takim swoistym safe zone - bezpieczną przystanią, do której nic żywego nie ma dostępu, a PRAWIE wszelkie jej zachcianki są spełniane od razu. I tak naprawdę to to PRAWIE zaczyna po jakimś czasie robić różnice. Sama kula, gdyby tego było mało, jest jeszcze zamieszkała przez najbrzydszą na świecie hybrydę “lalko-mumii z misiem”, która zamiast głowy ma czaszkę z jednym oczkiem bardziej. Niby się nie porusza, ale Kine czuje, że nie jest ona całkowicie martwa, a na pewno w niepojęty sposób lalka zwiększa swoją objętość, co sprawia, że dziewczyna zaczyna czuć się nieswojo...

Kine, wychowywana w swojej opinii przez “włochatego orangutana” i “marudną mewę”, ma żal do rodziców, którzy “nie rozumieją jak wielkie potrafi być coś, co jest drobne”. Że jej niechęć do pływalni naprawdę ma swoje podstawy i nie jest tylko nastoletnią fanaberią, a sama Kine jest już na skraju nerwicy i załamania. Kine, to jednak kolejna nastolatka, która potrafi myśleć - oczywiście z opóźnieniem, i nie zawsze wyciąga właściwe wnioski. Trzeba przyznać Siri Pettersen, że naprawdę potrafi konstruować postacie wyjątkowych nastolatek i to takich, które da się lubić. Poza tym Kine wykazuje się wyjątkowo kąśliwym i dosadnym poczuciem humoru, więc na pewno nie da się przy tej książce nudzić.

Uważni czytelnicy i fani Sagi o Ludziach Lodu na pewno zauważą, jak na drugie imię ma Kine, a część z nich będzie nawet pamiętała, że Villemo oznacza “dziki pyłek”. I generalnie bardzo pasuje ono do Kine, która nie tylko przejawia niespotykany poziom niedopasowania w swojej szkole i w całym tym nudnym miasteczku, ale także potrafi na przekór wszystkim podejmować naprawdę odważne i dorosłe decyzje oraz ponosić ich konsekwencje, ucząc się jednocześnie na własnych błędach.

“Bańka” skłania do niejednej refleksji. Zastanawiam się na ile na tę historię składają się własne doświadczenia autorki, a na ile jest to po prostu fikcja literacka. Bo wbrew pozorom Kine nie ma złego dzieciństwa i paskudnych rodziców. Wszyscy muszą po prostu dojrzeć i zrozumieć pewne sprawy. “Bańka” to dla mnie połączenie Burtona z Gaimanem na najwyższym poziomie. To książka przesycona nastoletnim żalem i bólem (czasami także i bólem pupy), która wprowadza jednak światło i nić nadziei, dzięki spodziewanemu happy endowi, choć nie tak bardzo oczywistemu. To na pewno nie jest prosta opowieść, choć porusza wiele elementarnych tematów. I to tematów ważnych, nie tylko dla dzieci, ale i dorosłych, co sprawia, że książkę z przyjemnością przeczyta każdy i znajdzie w niej coś, co go w niej zachwyci.

Ocena:7/10

poniedziałek, 25 czerwca 2018

"Tajemnica godziny trzynastej" - Anna Kańtoch


Nina budzi się zziębnięta wśród rozsypanych na posadzce odłamków szkła. Nie wie, gdzie właściwie się znajduje, ani nie pamięta, kim jest. Rozglądając się wokół, zauważa, że odzyskała przytomność w pałacyku, który stoi przy rynku niewielkiego miasteczka. Tydzień wcześniej Nina, Jacek, Tamara oraz Hubert zostali zabrani przez komunistów na ferie zimowe. Mieli je spędzić w urokliwym miasteczku w Bieszczadach, jednocześnie przygotowując się do swoich przyszłych zadań jako elitarna grupa Czerwonych Kapturków, czyli nastolatków zwalczających skutki anielskiej magii. A teraz przerażona, pozostawiona sama sobie Nina, ubrana jedynie w staroświecką suknię z koronkami, odkrywa, że miasteczko jest wymarłe. Nie napotyka żadnych śladów życia, zupełnie jakby wszyscy mieszkańcy nagle zniknęli. Pozostało jedynie zimno i śnieg. Jak się tu znalazła i co się stało z mieszkańcami opuszczonego miasteczka.

[Uroboros, 2018]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4819701/tajemnica-godziny-trzynastej]

Dziękujemy za udostępnienie  książki do recenzji Wydawnictwu Uroboros.


PATI:


Jeszcze nie zdążyłam się nacieszyć dwoma poprzednimi Tajemnicami, a tu już do moich rąk trafiła ich Trzecia część, choć zarazem Trzynasta. A, że ostatni będą pierwszymi, więc od razu na wstępie zaznaczam, że “Tajemnica godziny trzynastej” aktualnie wychodzi na prowadzenie wśród dwóch swoich poprzedniczek. I to chyba zaskakujące najbardziej dla mnie, że każdy kolejny tom cyklu Tajemnic, wydaje mi się jeszcze lepszy i ciekawszy od pozostałych.

“Czerwone Kapturki” znowu spotykają się na akcji, gdy porucznik Lis wysyła dzieciaki na “ferie szkoleniowe” do “najmniej magicznego miasteczka w Polsce” i wychodzi na to, że komuniści nie mogli się już bardziej mylić. Nina, aktualnie Marczak, budzi się przemarznięta na podłodze sali balowej, ubrana w suknie z innej epoki, wśród odłamków rozbitego szkła. Nie tylko nie wie, gdzie się znajduje, ale co gorsza nie wie też kim jest. Wokół wszystko pokrył śnieg, nigdzie żadnych śladów, ni żywej duszy… I już wiemy, że Nina wpadła w kolejne tarapaty. Tak zaczyna się kolejna wielka przygoda dziewczyny, która coś nie ma szczęścia do wakacji, a magia podąża za nią jak upierdliwy stalker - wielbiciel. A miało być tak pięknie - z resztą jak zwykle.

W momencie kiedy Nina, stara się poradzić sobie  w opuszczonym mieście, my rozdział po rozdziale, poznajemy szczegóły ferii, jakie dziewczyna spędzała wcześniej z przyjaciółmi w urokliwym miasteczku “Wilcze Doły” w Karkonoszach. Ja naprawdę uwielbiam te wielowymiarowe, pomieszane chronologicznie zabiegi literackie Anny Kańtoch i jej sposób prowadzenia narracji przeplatające się w czasach i miejscach. Ta niezwykle utalentowana autorka potrafi nawet z książki dla młodzieży stworzyć również ciekawą historię dla dorosłego czytelnika, a do tego jest ona zawsze tak świetnie napisana, że jest to ewenement wśród innych tego typu pozycji. Chylę czoła przed warsztatem, pomysłowością, a chyba najbardziej przed samą realizacją. Pisarka sięga po rozwiązania, które naprawdę rzadko spotyka się w literaturze fantastycznej, a tym bardziej jeszcze tej skierowanej do młodszego czytelnika.

Faktem jest, że tak bardzo zżyłam się z dzieciakami dzięki dwóm poprzednim książkom, że naprawdę trudno mi było ich zostawiać zakopanych pod śniegiem i iść spać. I ze zdziwieniem odkryłam, że naprawdę lubię tę całą ich czwórkę, choć najmniej z nich wszystkich tego nieszczęsnego Jacka. Widać też jak sama Nina rozwija się i powolutku dorośleje, a przebijają się u niej cechy, których brak niejednemu dorosłemu. Potrafi być uczciwa  i krytyczna względem siebie, dostrzega swoje wady, a nie tylko zalety. Nie jest już tak płaczliwie wkurzająca, jak miało to miejsce w Totenwaldzie, więc naprawdę trudno jej nie lubić, a z książki na książkę coraz bardziej przypomnina mi Pratchettowską Tiffany Obolałą. Z resztą nie czarujmy się, sama sytuacja Niny jest naprawdę nie do pozazdroszczenia - z dala od rodziny, której być może już nigdy nie zobaczy, do tego zdeklarowana ateistka często mylona z komunistką, jest zmuszona mieszkać i pobierać nauki w szkole katolickiej. Co gorsza jest zobligowana współpracować z rzeczonymi komunistami i wbrew sobie widzi, że część z nich może nie jest jednak wcale taka do końca zła, a na pewno w pewien sposób docenia i nawet trochę podziwia metody Lisa. Na pewno warto będzie kiedyś usiąść i przeczytać tę całą serię na raz, tak od początku do końca i przyjrzeć się bliżej i dokładniej przemianom jakie zachodzą u Niny.

Pierwsze dwa tomy udało mi się przeczytać praktycznie jeden po drugim, a i teraz zbyt wiele wody w Warcie nie upłynęło między kolejnym. Tak czy siak, mam naprawdę nadzieję, że ta cała historia traktowana jako całość do czegoś dąży. Do chociaż jakiegoś minimalnego “Happy Endu” dla Niny. I mam wrażenie, że kiedy/jeśli Anioły odejdą i Nina utraci swój przenikliwy dar otrzymany w schedzie po Wybrańcu, to naprawdę trudno jej będzie znowu zostać normalną i niczym nie wyróżniającą się dziewczyną. To wszystko co już przeżyła i to, co jej szykuje jeszcze autorka już ją tak zmieniło, że przeciętna to ona już raczej nie będzie.

Mam więc naprawdę nadzieję, że autorka będzie dalej kontynuować tę serię, bo przynajmniej we mnie ma wielką fankę, która z niecierpliwością czeka na następne tomy przygód Niny i reszty Kapturków. No może poza tym nieszczęsnym Jackiem…

Ocena: 8/10

sobota, 2 czerwca 2018

"Krwawe święto" - Paul Finch

Kiedy w Noc Guya Fawkesa zamiast kukły spalono żywcem mężczyznę, wydaje się, że
doszło do nieszczęśliwego wypadku. Ale po odnalezieniu w walentynki dwojga młodych
ludzi z przestrzelonymi sercami trudno uwierzyć, że zakochanych trafiła strzała
Amora… Wygląda na to, że Kalendarzowy Zabójca rozpoczął swe łowy.
Detektyw Mark „Heck” Heckenburg jest na jego tropie. Ofiar stale przybywa, a ciążąca na Hecku presja ze strony opinii publicznej spędza mu sen z powiek. Musi odnaleźć zabójcę, zanim ten uderzy po raz kolejny.

[Wydawnictwo Albatros, 2018]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4608540/krwawe-swieto]

Książka zrecenzowana dla Secretum.pl



PATI:

“Seryjny morderca z kalendarzem” przeczytałam na okładce. Hm... ale, że jakiś gratis? Czy może następna część będzie o seryjnym mordercy z mydłem, czy innym ekspresem do kawy? - pomyślałam niewesoło i w lekkim przerażeniu. Zwłaszcza, że “Krwawe Święto” to drugi tom serii o detektywie, sierżancie Marku Heckenbergu, zwanym po prostu “Heck”, więc aż się zaczęłam bać, jaki przedmiot został użyty wcześniej. Przełknęłam nerwowo ślinę i zaczęłam czytać... no i mnie porwało z siłą wodospadu Niagara.

Jeszcze nie ucichły echa po zabójstwach Maniaka z M1, a na Anglię padł ponownie blady strach przed kolejnym seryjnym mordercą - osobiście nie spodziewałam się, że na Wyspach ich aż tylu grasuje. Tym razem zabójstwa wydają się być dokonywane na tle religijno-świątecznym i kiedy dwójka policjantów odnajduje zamurowane ciało mężczyzny w ubranku Św. Mikołaja, nikt nie spodziewają się, że to nie był jednorazowy przypadek, a morderca dopiero się rozkręca. A teraz wszyscy razem pomyślmy o tych wszystkich świętach, o których nikt nie pamięta jak i o zbliżającej się Wielkanocy... Jednostka do spraw Seryjnych Przestępstw nie ma praktycznie żadnych śladów. Ciał przybywa. Na szczęście możemy odetchnąć z ulgą, bo jest wśród nich dzielny i utalentowany detektyw Heck, na którego zawsze można liczyć. Na tle Heck’a reszta ekipy wypada dość blado i jedynie nadinspektor Gemma Piper, wydaje się mieć trochę oleju w głowie, pomimo pochodnej syndromu Muldera i Scully. Heck jest ewidentnie kreowany na bohatera przeskromnego, przeinteligentnego, a w kojarzeniu faktów mało kto może mu dorównać. Nie wiem jednak czym spowodowana jest jego ewidentna niechęć w posiadaniu przy sobie broni palnej, w sumie jakiejkolwiek, ale prawda jest taka, że Heck jej nie potrzebuje i woli porządnie dać po pysku kryminaliście, niż używać jakże przereklamowanego gnata. Po prostu Heck to 100% twardziel, ale o dobrym sercu. Chociaż, tak naprawdę, odniosłam wrażenie, że nasz super glina ma więcej szczęścia niż rozumu, a zamiast Heck powinni go wołać per Człowiek Demolka. Z zacięciem wytrawnego oprawcy, wykańcza kolejne samochody, a o przypadkowo rannych partnerach i postronnych już lepiej nawet nie wspominać, bo to idzie w dziesiątki, a nawet już setki. Trochę przesadzone, zwłaszcza, że jak potknie się na ulicy o but to na pewno znajdzie mordercę siostry wujecznego dziadka właściciela fabryki sprzedającej gumę na podeszwę. Ale wiecie co? Ja to kupuję - uwielbiam go!

Naprawdę lubię czytać książki, gdzie autor zna się na rzeczy i wie o czym pisze. Dzięki temu książka jest o wiele ciekawsza - bo realistyczniejsza, co w przypadku thrillera, czy kryminału działa tylko na plus. Paul Finch zanim zajął się pisaniem był policjantem w brytyjskiej formacji Greater Manchester Police i jego wiedza o prawdziwym działaniu organów ściganiu jest na pewno kompleksowa. Zwłaszcza, że w naszym świecie zdarzają się takie zbrodnie, że aż włos się jeży i strach się bać. Paul Finch przeprowadza nas przez śledztwo Hecka z odpowiednią nieobrzydliwą dawką makabry i choć trup ściele się gęsto, a do tego i bardzo twórczo, to można ze spokojem wcinać w trakcie czytania obiadek czy ciasteczka. Poza tym Finch miał naprawdę ciekawy pomysł na fabułę, a wykonania może mu pozazdrościć niejeden, a nawet i kilku pisarzy kryminałów.

Od jakiegoś czasu lubię fantastykę zdradzić z kryminałem. Ale musi to być kryminał dobry, czyli taki, gdzie w trakcie czytania mam ochotę zerknąć na koniec książki na wyjaśnienie zagadki. Bardzo dobry kryminał, to taki, gdzie nie jestem wstanie się powstrzymać i czytam to zakończenie. Przyznaję, że "Krwawe Święto" Paula Fincha delikatnie przekartkowałam od tyłu. Już czytając opis TEN z tyłu książki pomyślałam "ooo to może być interesujące". I było! Polecam, bo to pierwszorzędny kryminał oparty na solidnych podstawach i z dużą ilością wartkiej akcji, pościgów i niewielką szczyptą strzelanin, który wciągnął mnie jak mało który.

Ocena: 7/10

piątek, 1 czerwca 2018

"Dziewczynka, która wypiła księżyc" - Kelly Barnhill

Bestseller „New York Timesa”, nagrodzony prestiżowym Medalem Johna Nebery’ego za wybitny wkład w amerykańską literaturę dziecięcą.

Od wieków mieszkańcy Protektoratu wierzą, że pobliski las zamieszkuje okrutna wiedźma, której gniew obłaskawić może tylko najmłodszy mieszkaniec osady złożony w ofierze złej czarownicy. Co roku pozostawiają więc w lesie niemowlę, licząc na to, że danina z niewinnego życia powstrzyma wiedźmę przed terroryzowaniem ich miasta.

Ale Xan jest dobra. Dom w leśnym zaciszu dzieli z mądrym potworem Glerkiem i maleńkim smokiem Fyrianem o wielobarwnych skrzydłach. Ratuje ona porzucone dzieci i oddaje w opiekę rodzinom po drugiej stronie lasu, karmiąc niemowlęta blaskiem gwiazd. Jednemu z nich przypadkowo daje jednak do wypicia blask księżyca, napełniając je magią o niewyobrażalnej mocy. Xan postanawia sama wychować tę niezwykłą dziewczynkę. Kiedy zbliżają się trzynaste urodziny Luny, jej moc przybiera na sile...

Mnożące się dokoła złowrogie znaki wzmagają strach mieszkańców Protektoratu. Jeden z nich postanawia zabić wiedźmę, by uwolnić swój lud od trwającego od lat terroru. Do czego doprowadzić może wiara w zabobony? Jak niebezpieczna jest moc, którą posiadła Luna i jak potoczą się losy Xan, Glerka oraz Fyriana, którzy stali się rodziną dziewczynki?

[Wydawnictwo Literackie, 2018]
[Opis i okładka: http://secretum.pl/ksiazki/item/2910-dziewczynka-ktora-wypila-ksiezyc]

Książka zrecenzowana dla Secretum.pl

AGA:

Tak.
W tym lesie mieszka wiedźma. Mieszka od zawsze.

Opowieść o Lunie jest klasyczną baśnią.

Kłamię,żeby chronić! Co innego mogę powiedzieć? Nie wyjaśnię im prawdy w sposób, który potrafiliby zrozumieć.

Jest las, jest czarownica, są biedne pożerane dzieci, odważny bohater, gadające zwierzątka, smok, a nawet kruk. Wszystko się zgadza. W Protektoracie od pięciuset lat, czyli dla mieszkańców lasu od zawsze, w Dniu Ofiary składane jest w ofierze najmłodsze dziecko na przebłaganie okrutnej Wiedźmy, zamieszkującej las i mającej władzę nad wiecznie wzburzonym wulkanem. Nad corocznym rytuałem czuwa Rada Starszych i pomocne zawsze Siostry Gwiazdy, z siostrą Ignatią na czele. Królestwo Cattail obarczone tak wielką tragedią tak wielu rodzin, częściej ze względu na ból i rozpacz swoich mieszkańców nazywane jest Miastem Smutku. Bowiem: Poświęcić jedno lub poświęcić wszystkich. Tak działa ten świat. Nie zmienimy tego, choćbyśmy próbowali.

Kim jest Luna? Dzieckiem odebranym matce. Wnuczką dla strudzonej Wiedźmy. Towarzyszką zabaw tyci smoka Fyriana. Nadzieją dla tych, którzy ją stracili, żyjąc w cieniu Wieży Sióstr Gwiazdy. Jest też dziewczynką, która dorastając będzie musiała odnajdując swoje prawdziwe oblicze, stawić czoła Pożeraczce Smutku, która jest równie silna, jak rozpacz ludzka.

Spójrz na lasy! Jakie zdradliwe! Trujący dym, leje, wrzące gejzery i straszliwe niebezpieczeństwa, gdziekolwiek spojrzeć.

Jest też Wiedźma, co to straszliwy los zgotowała mieszkańcom Miasta Smutku.

Klasyczna baśń o czarownicy, lesie, pożeranych dzieciach.

Ale...

Wiedziała, że opowieść może przedstawiać prawdę, ale może też kłamać. Opowieść można naginać, wykręcać i zaciemniać. Kontrolowanie opowieści daje władzę. A komu taka władza przyniosłaby największe korzyści?

Zdecydowanie autorowi. Rozpoczynając lekturę nie spodziewałam się prawdę powiedziawszy tego, co zastałam. Owszem niektóre elementy świata przedstawionego odbiegały od klasycznej wizji baśni i bajek, jednak sam szkielet fabuły mocno osadzony został na kanonie literatury dla dzieci. Zła wiedźma, porywa dzieci, dzielny bohater – w tej roli, podobnie jak zdarza się to w ruskich bajkach, niepozorny człek z gminu o dobrym, szczerym sercu, tutaj w tej roli cieśla Antain – pragnie oswobodzić uciśniony naród spod tyranii. Tyranii, no właśnie, ale czyjej? Jednak, jak zacytowałam wyżej, szata baśniowości zaciemnia trochę opowieść, która z czasem wykręca się i prze w innym kierunku, niż się pierwotnie wydawało.

„Dziewczynka, która wypiła księżyc” to opowieść wielopłaszczyznowa i uważny czytelnik, a im bardziej doświadczony, tym więcej tych płaszczyzn odkryje. Kelly Barnhill w swojej powieści opowiada przede wszystkim o życiu, ale pomimo że dotyka trudnych tematów dojrzewania, śmierci, utraty najbliższych, czy tyranii, to trzyma się dwóch podstawowych zasad: Smutek jest niebezpieczny, a Serce może udźwignąć wszystko. Czytając książkę pani Barnhill od samego początku towarzyszyło mi poczucie, jakbym czytała książkę ze świata stworzonego pod scenariusz animacji Studia Ghibli. Takie tytuły jak „Spirited Away”, „Mój sąsiad Totoro”, czy „Ponyo”, bardzo przypominają właśnie „Dziewczynkę, która wypiła księżyc”. Świat tradycyjnej baśni, przenika się z elementami fantasy. Potwór z Moczarów, Glerk, mikroskopijny smok Fyrian, wnuczka czarownicy, umagiczniona blaskiem księżyca i wiedźma o imieniu Xan. Niby wszystko znane, ale tu odwracają się role, bohaterowie nie są tacy, jak w klasycznej baśni powinni być.

„Dziewczynka, która wypiła księżyc” jest przede wszystkim, ciepłą, pełną nadziei, optymistyczną powieścią fantasy. Kelly Barnhill napisała książkę, która pomimo, że traktuje o rzeczach okrutnych, poważnych, uczy, że serce jest najsilniejsze i przetrwa wszystko, by dać nadzieję nawet tym, którzy zapomnieli, jak dobrze żyć jest w jej blasku. Osobiście jestem zachwycona książką, ponieważ jest to po prostu mądra  powieść, która na szczęście nie wpada w parenetyczny ton, i która pozwoli czerpać przyjemność z towarzyszenia Lunie w jej przeobrażeniu się z dziecka w dojrzałą dziewczynkę. Jest to też przejmująca opowieść o dzieciństwie, macierzyństwie i starości. Po prostu o życiu.

Ocena: 8/10

sobota, 28 kwietnia 2018

"Spiżowy gniew" - Michał Gołkowski

Nikt nie wie, kim jest ten człowiek. Wiadomo tylko, że do Hatwaret nadszedł z pustyni. Pewnego dnia pojawił się w zaułku żebraków i po prostu trwał, pozornie bez celu. Do dnia, gdy nagle zniknął za bramami pałacu.
Od tego momentu historia Hatwaretu i Messembrii zaczyna toczyć się nowym torem, przerażającym i niezrozumiałym. Destrukcja i chaos zataczają coraz szersze kręgi, starania o pokój i współpracę zdają się odchodzić w przeszłość.


Zupełnie, jakby jeden przybysz znikąd mógł wpłynąć na losy państw i tysięcy ludzi.

[Fabryka Słów, 2018]
[Opis i okładka: https://fabrykaslow.com.pl/autorzy/michal-golkowski/spizowy-gniew/]

Dziękujemy za udostępnienie  książki do recenzji Fabryce Słów.


PATI

Po zachwycającej lekturze pierwszych dwóch “Komorników” i trochę odstającym od nich przeKantowanym nieszczęśnikiem trzecim, Michał Gołkowski trafił u mnie na listę “must read”. Dlatego jak tylko zobaczyłam w zapowiedziach “Spiżowy Gniew” z niecierpliwością czekałam na premierę, by móc się z nim jak najszybciej zapoznać. Nie dość, że to fantasy to jeszcze z wytatuowanym Ciachem na okładce… no aż podkurczałam z niecierpliwości palce u odnóży dolnych. W końcu nadszedł ten dzień, gdy zaparzyłam gar herbaty, otworzyłam wór z ciastkami… no wszędzie te i larwy, i muchy… wszędzie owady, co łażą po zwłokach i nie zwłokach… No aż się żuło te ciastka jakoś przyjemniej i do tego bardziej znacząco mi chrupały :) Wielce ubawiona pasłam się dalej pochłaniając kolejne strony.

Gdzieś na środku bezimiennej pustyni leżą sobie radośnie zwłoki, a na nich ucztują wspomniane przez mnie już wcześniej tony much i larw i tych wszystkich innych paskudztw, co się do darmowej wyżerki samoistnie i instynktownie zbiegają. I nie byłoby to nic dziwnego, ot kolejny smakowity NN, gdyby nie zaczęły nam się te zezwłoki poruszać i czuć jakby lepiej, a ciałka zamiast ubywać to przybywało. Wstało toto i poszło dalej, zabijając napotkanego wędrowca i szło sobie przed siebie, aż nie dotarło do pierwszego większego miasta, gdzie postanowiło regenerować się dalej. I już w tym momencie było wiadomo, że miasto miało już po prostu mówiąc brzydko przesrane, bo moi drodzy nie czarujmy się, ale zombiaki rzadko zwiastują dobrą nowinę. A potem to już było tylko gorzej i okrutnie malowniczo, a wszystko to przy rozbrajającym bzyczeniu spasionych i przeszczęśliwych much. Bo od momentu kiedy nasz Władca Much Zahred trafił do Hatwaretu wszystko zaczęło się psuć i zrobiło turlu turlu i jebut o glebę ze stu metrów na główkę w kamienną przepaść.

Michał Gołkowski udowadnia nam w “Spiżowym Gniewie”, że i owszem jedna osoba znikąd jest wstanie zagrozić wiekowemu Cesarstwu i sprawić, że plany dość pokojowego na stare lata już Cesarza są realizowane tylko wtedy, kiedy zgadzają się z planami Zahredowymi. Bo to, że Zahred do czegoś konsekwentnie dąży dowiadujemy się bardzo szybko, a sposób w jaki to realizuje jest naprawdę bezwzględnie zachwycający. Bez wielkiego problemu, ten wyśmienity aktor na miarę wspólnego dziecka Cezara i Oskara, potrafi znaleźć sposób na każdego, nawet jeśli trzeba dać tej przysłowiowej dupy dosłownie i w przenośni. Jest równie wierny jak mucha Plujka burczało i poświęci wszystko i każdego, a powieka mu przy tym nawet nie drgnie.

Najsmutniejsze dla mnie jest jednak to, że nie polubiliśmy się jakoś z Zahredem, bo choć lubię badassów, to między nim, a mną nie ma po prostu tej chemii. Podejrzewam, że zabrakło mi w nim tego cudownego wisielczego humoru, którym tak tryskało moje Słoneczko - Ezekiel Siódmy. To jest w sumie mój jedyny i główny zarzut do “Spiżowego Gniewu”, bo cała reszta jest zaprawdę powiadam Wam zacna. Absolutnie urzekło mnie nie wyjaśnienie tajemnicy głównego bohatera i dlatego z chęcią chwycę za kolejny tom, by uzupełnić historię i potwierdzić lub zaprzeczyć moim własnym rozbuchanym domysłom. Tak się cały czas zastanawiam czy i tu “łaska pańska na pstrym koniu jeździ” i to co miało być nagrodą, nie stało się największym przekleństwem?

Trzeba przyznać także, że poza Zahredem w książce znajdziemy wiele innych pełnowymiarowych, świetnie wykreowanych i opisanych postaci, a to naprawdę jest dar by pisać w taki sposób, że każdy bohater jest taki… no po prostu prawdziwy. Jedynie co to widzę trochę takie męskie przegięcie w postaci zbyt wyidealizowanej Sarsany - 14-letniej córki Cesarza, niezwykle inteligentnej i mądrej, zjawiskowo pięknej, w większości nie zachowującej się na swój wiek i do tego jeszcze jakby tego było mało - niczym lukier na już i tak przesłodzonym ciasteczku - ognistej nienasyconej nimfomanki. Aż mnie ząbki bolą od tego cukru, słodkości i różnych śliczności.

Przyznaję się, że spodziewałam się bardziej czegoś w rodzaju Zeka Komornika, a otrzymałam coś zupełnie innego i nowego, a to na pewno jest wielki plus dla tej historii. Trup ściele się gęsto, na ściany bryzga posoka,  flaki się artystycznie wylewają, a muchy jak to muchy srają i latają. “Spiżowy Gniew” na pewno jest pozycją godną polecenia i ze sporą dozą ciekawości czekam na kolejne zmartwychwstanie Zahreda i krwawe piekło pełne rzezi jakie zapewne rozpęta. Oj będzie się działo.

Ocena: 7/10

Fragment powieści możecie przeczytać --> TUTAJ.


"Ostry dyżur" - Michael Palmer

Doktor Abby Dolan przenosi się do maleńkiego urokliwego miasteczka Patience w Kaliforni, gdzie rozpoczyna pracę w miejscowym szpitalu. Tam styka się z tajemniczą chorobą, która objawia się silnymi zawrotami głowy i atakami szaleństwa. Podczas prób zdiagnozowania choroby, Abby Dolan dostaje sygnały od przełożonych, że nie powinna się mieszać się w nieswoje sprawy. Wraz z kolegą ze szpitala, lekarka postanawia znaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania. Okazuje się, że odpowiedzialność za sytuację w szpitalu może ponosić wielki koncern farmaceutyczny Colstar, będący chlubą miasteczka Patience. Tymczasem na tajemniczą chorobę umiera pierwszy pacjent…

[Replika, 2018]
[Opis i okładka: http://replika.eu/ksiegarnia/ostry-dyzur/]

Książka udostępniona dzięki uprzejmości Wydawnictwa Replika i zrecenzowana dla serwisu Secretum.pl

PATI:


Bez bicia przyznaję, że jestem prawie totalnym laikiem, jeśli chodzi o kryminały, a tym bardziej te medyczne. Ale właśnie straciłam dla Was przysłowiowe dziewictwo w tej materii z, a właściwie na “Ostrym Dyżurze”- jak szaleć to na całego. Nie mam niestety porównań do innych książek tego typu, więc trudno jest mi tę książkę w ogóle oceniać w konwencji „medyczności,” ale co tam - będę dzielnie próbować. Bo jak się ostatnio dowiedziałam bycie progeniturą pielęgniarki pracującej od zarania dziejów w zawodzie powoduje, że w życiu codziennym dla innych stałam się jakoś ekspertem w dziedzinie medycy i jej przyległych. Więc co, ja nie podołam? W końcu znam trzy metody resuscytacji, chociaż nie mam pewności czy potrafiłabym którąkolwiek z nich właściwie wykonać...
Abby Dolan przeniosła się do małego sennego górskiego miasteczka Patience z San Francisco, gdzie pracowała jako zastępca szefa izby przyjęć. Jej “taki tam prawie” narzeczony Josh po zbyt długim bezrobociu otrzymuje pracę w Colstarze, firmie produkującej baterie oraz zajmującej się tajnymi zleceniami dla rządu. Abby po przeprowadzce zauważa, że jej partner się dziwnie zachowuje, a na izbie przyjęć miejscowego szpitala, gdzie szybko znajduje zatrudnienie, nie brakuje przypadków - NMPCPJ - “Nie mam pojęcia, co pacjentowi jest”. Zaczyna także u swojego Josha zauważać niepokojące objawy, jakie występują u części pacjentów z jakimi miała już styczność. Nasza dzielna lekarka wraz z kolegą z ostrego dyżuru Alvarezem, stara się dotrzeć do prawdy. Ale prawda jest taka, że nic nie wydaje się takie jakie jest, a w sprawę zamieszany jest senator. Bardzo szybko Abby dowiaduje się, że trudno jest cokolwiek osiągnąć w mieście, gdzie każdy jego mieszkaniec jest w jakiś sposób powiązany z Colstarem, a jej przełożeni jasno stawiają sprawę, że pewne informacje nie powinny ją w ogóle interesować.
Rozwiązanie zagadki nie było, aż takie oczywiste, jak zakładałam na początku. Pewne fakty mnie zaskoczyły inne tylko utwierdziły w początkowym przekonaniu. Robią też wrażenie zwroty akcji stosowane przez autora - tu chylę czoła, naprawdę potrafił mnie miejscami ogłupić i ostatecznie zaskoczyć. Nie wiem niestety na ile tendencją tego typu literatury jest tworzenie aż takich “epickich” wariantów, a na ile jest to przypadłość samego pisarza. Chociaż kto wie... wszystko jest możliwe. Przyznaję, książka mnie wciągnęła, czytało się ją przyjemnie i naprawdę chciałam dowiedzieć się, co tak rzeczywiście dzieje się w Patience. A sam autor na pewno wie o czym pisze, pracował bowiem przez wiele jako internista, co czuje się w trakcie czytania. Nie używa on natomiast, na szczęście czytelników, przesadnie skomplikowanej terminologii medycznej, dlatego statystyczny oglądacz „Dr. House'a” bez problemu zrozumie, co autor miał na myśli. Jednak, moim zdaniem, szkoda, że autor nie zdecydował się na “pogłębienie” postaci, oczywiście za wyjątkiem Abby, która jako główna bohaterka jest opisana bardzo szczegółowo. Mam wrażenie, że nie poznałam tam nikogo poza nią, a reszta bohaterów jest trochę nie metaforycznie papierowa. Postać Ivesa, Josh, czy nawet sam Lew pojawiają się... ale nie wzbudzili we mnie żadnych emocji i nawet samą Abby trudno jest po prostu polubić, czy chociaż się do niej przywiązać - chociaż jest dość ludzka i nie kreowana na super’med’woman. Na pewno za to bez zastrzeżeń mogłabym być przez nią leczona, bo naprawdę bardzo fajnie poczytać o lekarzu, który dobro pacjentów stawia wyżej niż swoją karierę.
Jeśli macie ochotę spędzić naprawdę dość przyjemny wieczór i pogłowić się trochę razem z Abby nad tym co dzieje się w sennym Patience, to mogę Wam bez wahania polecić “Ostry dyżur”. Nudzić się na pewno nie będzie, a przy okazji możecie się dowiedzieć jak wygląda praca na ostrym dyżurze w Stanach.
Ocena: 5/10

czwartek, 26 kwietnia 2018

"Drugi okręt" - Richard Phillips

W 1948 okręt kosmiczny obcych spadł z nieba nad Nowym Meksykiem i natychmiast zniknął za murami laboratorium Los Alamos. Od tego czasu wojsko USA prowadziło ściśle tajne badania znane jako Projekt Rho, starając się rozpracować technologię pojazdu. Teraz, kilka dziesięcioleci od katastrofy, rząd szykuje się, by o wszystkim opowiedzieć.
A przynajmniej tak twierdzi...
Istnieje bowiem drugi okręt, przez wszystkie te lata ukryty przed wojskowymi. Trójka studentów odnajduje go zagrzebanego w odległym kanionie i w tym momencie ich życie zmienia się już na zawsze. Wystarcza jeden dotyk, aby technologia, na której rozszyfrowanie rząd wydał miliardy dolarów, załadowała się do umysłów nastolatków, którzy znają teraz przerażającą prawdę o Projekcie Rho. Gdy odnajduje ich ekipa NSA do tajnych zadań, złożona z Jacka „Rozpruwacza” Gregory’ego oraz Janet Price, zostają wtrąceni w brutalny świat sekretów i korupcji, mimo woli biorąc udział w wojnie, której celem jest przedefiniowanie pojęcia człowieka.
[Fabryka Słów, 2017]
[Opis i okładka: https://fabrykaslow.com.pl/autorzy/richard-phillips/drugi-okret-richard-phillips/]

AGA:

W 1948 okręt kosmiczny obcych spadł z nieba nad Nowym Meksykiem i natychmiast zniknął za murami laboratorium Los Alamos. Od tego czasu wojsko USA prowadziło ściśle tajne badania znane jako Projekt Rho, starając się rozpracować technologię pojazdu. Teraz, kilka dziesięcioleci od katastrofy, rząd szykuje się, by o wszystkim opowiedzieć…

Niedługo po ujawnieniu przez rząd USA wiekopomnego odkrycia, trójka nastolatków przypadkowo odkrywa drugi okręt obcych. Statek ukryty w kanionie, staje się azylem i źródłem niewyczerpanej wiedzy dla trójki bohaterów, którzy poszerzając coraz bardziej swoje zdolności, jednocześnie zdają sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nich spoczywa. Okazuje się bowiem, że Projekt Rho może zagrażać ludzkości, a kierujący badaniami Donald R. Stephenson ukrywa przed władzami znacznie więcej niż chciałby przyznać. Heather, Jennifer i jej brat Mark będą musieli odnaleźć najbezpieczniejszy sposób na powiadomienie o tym, co dzieje się w laboratoriach projektu Rho, jednocześnie ukrywając rosnące zdolności fizyczne i intelektualne. A czasu jest coraz mniej, genialny naukowiec ma swój plan, który w każdym momencie może zostać wdrożony do życia.
Przy pierwszym kontakcie z tą książką pomyślałam o niej jak o skrzyżowaniu „Archiwum X” z „Dniem Niepodległości” w wydaniu soft dla młodego czytelnika. Dreszcze przeszły przeze mnie, a w oddali słyszałam „E. T. go home”. Jednak nie ma to jak obowiązki, a lekki przymus czytelniczy człowiekowi czasem na złe nie wychodzi, czego rzesze uczniów i studentów, niestety nigdy nie pojmie, choć to kwestia doboru lektury, im takie „Drugie okręty” raczej się nie trafiają.

Drugi kontakt z lekturą, ten bliższy okazał się zdecydowanie przyjemniejszy. Historia okazała się całkiem przyjemnie, sprawnie i dynamicznie napisana. Owszem na samym początku kojarzy się z „Dniem Niepodległości”, w szczególności z tajnym laboratorium na pustyni, w którym garażowany jest stateczek obcych, potem trochę powiewa tajnymi projektami i spiskami rodem z „Archiwum X”, a na końcu nanotechnologią, o której pisał Michael Crichton w „Roju”, ale wszystko to jest potraktowane lżej, przystępniej i ciekawiej, ponieważ z punktu widzenia dziarskich i inteligentnych nastolatków. Drodzy rodzice, chcielibyście mieć takich pełnych pasji i zapalczywych młodych ludzi pod dachem, którzy szukają na własną rękę sposobów uratowania całego świata, posiłkując się wszelkiego rodzaju trudnymi dziedzinami nauki, jak matematyka, informatyka, czy elektronika. Wspaniali nastolatkowie w tej książce odnajdziecie nadal to, co genialne w okresie dojrzewania, czyli problemy grup społecznych, spajającą jak cement przyjaźń, rozterki miłosne i niewiarygodne przygody, a wszystko to okraszone mocami, które na myśl przywodzą Avangersów. Akcja prze do przodu, a przez książkę co chwilę przewijają się coraz ciekawsi bohaterowie; tajemniczy Łachmaniarz, atrakcyjne małżeństwo Jacka i Janet, niebezpieczny Kapłan, czy cudownie ozdrowiony Raul. A to tylko namiastka tego, z czym się spotkacie czytając „Drugi okręt”.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia utwierdziło mnie, że ta książka nie mogłaby wyglądać inaczej. Richard Phillips, autor, urodził się w… Roswell. Szkolił się w elitarnej formacji piechoty US Army Ranger, podobnie, jak Jack, pisał pracę z zakresu fizyki w laboratoriach Los Alamos, w których prowadzone są badania Projektu Rho – innymi słowy, właściwy człowiek napisał właściwa ksiązkę. Można by się zastanawiać, co autor widział w Roswell i co jego współpracownicy w Los Alamos sądzą o jego radosnej twórczości? Zapewne, chcieliby, by ich praca była tak zatrważająco porywająca i ciekawa, jak powieść „Drugi okręt”.

Szczerze polecam powieść każdemu bez względu na wiek. Bohaterowie pomimo nastoletniego wieku, dzięki inteligentnemu zabiegowi fabularnemu, nie są infantylni, ale też nie są zbyt poważni, ich podejście do utrzymania tajemnicy drugiego okrętu obcych jest typowa dla niefrasobliwego, buntowniczego okresu dorastania, ale problemy rozwiązują w bardzo mądry i rezolutny sposób, który na odmianę można by już przypisywać dorosłym. Pomysł na pomieszanie wielu znanych nurtów z literatury fantastycznej i kultury popularnej, przeładowanie fabuły wydarzeniami następującymi po sobie, powoduje, że książkę czyta się w mgnieniu oka.

Ocena: 8/10