Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dystopia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dystopia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

"Wyspa" - Sigríður Hagalín Björnsdóttir


Błyskotliwa powieść o miłości, władzy i manipulacji. Prawdopodobna i przez to przerażająca wizja naszej przyszłości. 

Świat jaki znamy, przestaje istnieć. Z dnia na dzień Islandia, uznawana za jeden z najlepiej zorganizowanych krajów, traci kontakt z pozostałymi państwami i przeistacza się w krainę chaosu. Mieszkańcy nie wiedzą, co jest źródłem kryzysu, ale mimo to starają się normalnie funkcjonować. Tymczasem nowo powstały rząd manipuluje informacjami, wie bowiem, że wkrótce zabraknie pożywienia. Państwo, a wraz z nim prawo i społeczeństwo zaczynają ulegać korozji. 

Hjalti do momentu zmiany był wziętym dziennikarzem. Czy odnajdzie się w nowej rzeczywistości? Jakich wyborów dokona, aby ocalić w sobie człowieczeństwo? 

Maria za wszelką cenę chce uratować swoje dzieci, tymczasem władze ogarniętej szaleństwem wyspy chcą ich deportować i wysłać statkiem w nieznane. Czy przetrwają? 

Wyspa to błyskotliwe połączenie thrillera, political fiction i dystopii, a zarazem świetnie skonstruowana diagnoza współczesnego rozchwianego świata. Wizja wykreowana przez Sigríður Hagalín Björnsdóttir wstrząsnęła Islandią i wywołała ożywioną dyskusję na temat trwałości fundamentów państwa i społeczeństwa. 

Książkę ogłoszono najlepszym debiutem literackim ostatnich lat, a także nominowano do DV Cultural Prize for Literature 2016 i The Icelandic Women’s Literature Prize 2017.

[Wydawnictwo Literackie, 2018]
[Opis i okładka: https://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/4590/Wyspa---Sigr%C3%AD%C3%B0ur-Hagal%C3%ADn-Bj%C3%B6rnsdottir]

Książka udostępniona dzięki Wydawnictwu Literackiemu i zrecenzowana dla Secretum.pl.

AGA:

Schludna dystopia w białych rękawiczkach...

Nie powinno rozpoczynać się recenzji od podsumowania, ale aż cisnęło mi się na białą kartkę te kilka czarnych liter. Sigríður Hagalín Björnsdóttir powieścią „Eyland” zadebiutowała na islandzkim rynku wydawniczym w 2016 roku i go podbiła, zdobywając kilka tamtejszych nagród literackich. Sigríður, jako dziennikarka radiowa, była świetnie przygotowana do napisania tejże powieści, przebywając w otoczeniu polityków islandzkich, komentując aktualne wydarzenia na świecie i w kraju miała doskonałe przygotowanie merytoryczne do stworzenia swojego głównego bohatera Hjaltego, dziennikarza, a także ukazania reakcji organów państwowych na nagły kryzys dotykający państwo.

Islandia zostaje odcięta od reszty świata. W nocy przestają docierać do wyspy informacje z zewnątrz: nie działa Internet, nie działa komunikacja radiowa, satelitarna, krótkofalowa ze statkami pływającymi na Morzu Norweskim i Oceanie Atlantyckim, samoloty nie lądują, a statki, które wypłynęły, by skontaktować się z najbliższym lądem, zaginęły. Islandczycy oraz Ci, którzy mieli szczęście albo pecha pozostać na wyspie w tej niezwykłej chwili, postawieni w nowej sytuacji, muszą odnaleźć w sobie zarówno siłę i mądrość przodków, jak i okruchy człowieczeństwa, by nie dać się porwać fali szaleństwa, jakie stoi na progu każdego domu, a pchane jest czymś tak zwykłym jak Głód.

Na kartach książki poznajemy kilku bohaterów, aczkolwiek wiodącym jest Hjalti Ingolfsson, dziennikarz, którego losy śledzimy przez całą książkę. To wokół niego skoncentrowane są pozostałe postaci powieści. Maria, jego była partnerka, Hiszpanka, i jej dwójka dzieci Elias i Margaret, Leifur, brat lekarz, i jego żona Gudrun, Elin Olafsdottir, ambitna polityk, czy idealistyczna koleżanka z pracy Ulfhildur. Każda z tych postaci opowie historię kryzysu społeczeństwa w apokaliptycznej chwili, gdy kończą się zasoby żywieniowe, gdy struktury społeczne przeistaczają się z demokratycznych w dyktatorsko-faszystowskie, gdy każdy walczy o skrawek życia dla siebie i swoich najbliższych. Pani Sigríður wykorzystała każdą z tych postaci, jako medium dla jednej sprawy i tak: Maria reprezentuje problem obcokrajowców i rasizmu, Leifur ukazuje problemy medycyny w momencie kryzysu, jego niedoskonałości przemysłu farmaceutycznego, Margaret, jak nomen omen mara ze świata „Władcy Much”, ukazuje okrucieństwo i los młodzieży, Elin żelazna dama Islandii, kwintesencja emancypacji przeistacza się w przodownika totalitaryzmu, a Ulfhildur próbuje przebić się słabym głosem z prawami do wolnej prasy. Ach i zostaje Hjalti, najbardziej obmierzły bohater z jakim spotkałam się w literaturze od wielu lat, jak dotąd chyba żadnym antybohaterem tak nie gardziłam jak tym małym człowieczkiem. Mężczyzna nie posiadający kręgosłupa moralnego, przesiąknięty kompleksami względem młodszego brata, niezdecydowany, głupi, mówiący sam o sobie jak o człowieku o małym sercu, „skupionym na sobie, samolubnym dziecku”. Ten Hjalti będzie czytelnika prowadził przez meandry zapadającego się społeczeństwa, będzie sam przykładał rękę w jego pogromie.

Nie zaskakuje mnie fakt, że powieść „Wyspa” zdobyła w Islandii takie uznanie. Sigríður Hagalín Björnsdóttir napisała powieść o apokalipsie wyspy, na której żyje mniej ludzi niż w Gdańsku. Nie będąc złośliwym można założyć, że pewnie na spotkaniach autorskich z połowę czytelników swoich mogła autorka poznać, a zapewne jako dziennikarkę, wszyscy ją znali. Mając na uwadze fakt, że społeczność ta przeszła ekonomiczne tąpnięcie w 2008 roku, odbiór tej dystopii zapewne musiał być bardzo dotkliwy i budzić żywe reakcje, a mechanizmy, które zachodziły w kręgach politycznych zapewne w znacznym stopniu czytelnicy odnaleźli na łamach tej książki.

Obiektywnie patrząc nie wróżę tej powieści wielkiego sukcesu. Od samego początku jest ona zbyt sterylna, zbyt poprawna politycznie. Napisana jest jakby według podręcznika: „Jak przeprowadzić społeczeństwo przez apokalipsę w ujęciu politycznym”. Autorka przedstawiła kryzys, który dotyka malutką społeczność i przedstawia mechanizmy, które mogą owszem udać się wyłącznie na takiej specyficznej społeczności w taki uładzony, śliczny skandynawski, delikatny sposób. Jest to niewątpliwie szalenie ciekawy obraz społeczności wyspiarskiej, islandzkiej, aczkolwiek dystopii niemożliwej z założenia, naciąganej i naiwnej. A jeśli rzeczywiście tak wyglądała reakcja społeczeństwa islandzkiego na kryzys ekonomiczny, to jest mi ich bardzo żal. Brak jest w tej wizji życia, wszystko odbywa się w białych rękawiczkach, a Islandczycy idą za żelazną damą, jak owce za swą perednicą. Pytanie brzmi; czy pisarka tak słabo napisała apokaliptyczną powieść, czy napisała fenomenalny obraz społeczeństwa islandzkiego?
Sigríður dla celów analizy społecznej i ukazania tworzenia się niebezpiecznych mechanizmów totalitarnych stworzyła absurdalną sytuację, w której na świecie pozostaje wyłącznie Islandia. Nie wyjaśnia dlaczego nie ma kontaktu zresztą świata. Mechanizmy, które zaprezentowała nie są niczym nowym, ani odkrywczym. Wystarczy sięgnąć po „Atlas wysp odległych” Judith Shalansky, tam każda historia o społeczności wyspiarskiej ukazuje skażenie tych społeczności jak nie chorobami genetycznymi, to dewiacjami, deprawacją moralną lub innymi bolesnymi historiami. Mechanizm przejścia od pozornej demokracji przez socjalizm do totalitaryzmu nie jest niczym nowym dla polskiego czytelnika. Proste jak cep reprezentacje problemów poprzez postaci bohaterów też już ukazywane były od czasów Oświecenia w literaturze.

Szumne przyrównywanie islandzkiej pisarki do Orwella, Huxleya, czy Atwood, wydaje mi się działaniem mocno marketingowym i na wyrost. Nagrody, które zdobyła pani Björnsdóttir można by przyrównać, przynajmniej pod względem zasięgu, chyba do Nagrody Literackiej Gdynia. Na Goodreads oceniło ją zaledwie 183 osoby, zrecenzowało 20. Książkę czytałam, pomimo mojej powyższej krytyki, sprawnie, akcja trzymała w napięciu i z zainteresowaniem śledziłam losy kanalii Hjaltiego, choć jest to zbyt dobre określenie, kanalia wykazuje się inteligencją, której Hjaltiemu zdecydowanie brakowało.

„Wyspa” jak na apokalipsę jest zbyt poprawna politycznie, zbyt sterylna, zbyt skandynawska, jak na political fiction zbyt odtwórcza i banalna, broni się jedynie jako powieść społeczno-obyczajowa, choć i tutaj ludzie nadal są względem siebie zbyt ugrzecznieni w obliczu głodu i nadchodzącej zagłady i nieufności, ale może właśnie takie jest to społeczeństwo, poddaje się zamiast walczyć.

Ocena: 6/10

piątek, 22 lipca 2016

"Ślepe stado" - John Brunner

Ta powieść, od lat uznawana za klasyczną, jest dramatycznym i proroczym spojrzeniem na przyszłe skutki niszczenia ziemskiego środowiska. W tym koszmarnym świecie powietrze zatrute jest tak bardzo, że powszechnie używa się masek filtracyjnych. Rośnie śmiertelność noworodków i wygląda na to, że każdy człowiek na coś choruje. Woda jest zatruta, a tę z kranu pije tylko biedota. Władza praktycznie nie funkcjonuje, a korporacje dorabiają się na filtrach do wody, maskach i organicznej żywności. 
Działacz ekologiczny, Austin Train, musi się ukrywać. Trainiści - ruch ekologiczny, czasami posuwający się do terroryzmu - chcą, by im przewodził. Władze chcą go aresztować, a najchętniej stracić. Media chcą mieć igrzyska. Wszyscy coś dla niego planują, Train jednak ma swój własny plan.
"Najlepsza powieść Brunnera, jaką dotąd czytałem. (…) Wspaniale rozplanowana i dramatyczna. Prawdziwe dzieło sztuki!".
                                                                                                        - James Blish
"Moim zdaniem, a argumentów mam wiele, jest to bezsprzecznie najlepsza powieść science fiction wszech czasów".
                                               - John Grant, współwydawca "The Encyclopedia of Fantasy".

[Wydawnictwo Mag, 2016]
[Opis i okładka: http://www.mag.com.pl/ksiazka/229]


AGA:

Nie powinniśmy się obawiać kosmicznej apokalipsy, jak to przedstawia kino hollywoodzkie w „Armaggedonie” lub w „Dniu zagłady”, a szkoda, bo może taka śmierć byłaby wybawieniem, nagła i nieprzewidywalna, zdecydowanie lepsza od tego, co proponuje John Brunner – powolny skowyt ludzkości.

John Brunner dotychczas w świadomości polskiego czytelnika pojawiał się przelotnie i rzadko. Owszem jego nazwisko widniało wielokrotnie w uznawanych już za klasykę antologiach takich jak  „Kroki w nieznane”, „Droga do science fiction. T.3”, „Rakietowe szlaki”, a nawet w nieco nowszych jak „Niebezpieczne wizje”, czy „To, co najlepsze w science fiction. T. 2”, jednak w szerszej świadomości czytelników John Brunner zagościł dopiero za sprawą Wydawnictwa Mag, które w krótkim czasie, bo w ciągu roku, wydało jego trzy powieści. „Ślepe stado” należy wraz ze „Wszystkimi na Zanzibarze” do dylogii, prezentującej przejmującą wizję ekologicznej zapaści w bardzo eksperymentalnej, by nie napisać ekscentrycznej, formie.

„Ślepe stado”, to wyjątkowa, ale niełatwa lektura. Zawsze w tym momencie recenzji opisuje fabułę książki, nakreślając główne wątki i tematykę. W przypadku tej powieści jest to trudne, ponieważ dzieło Brunnera prawdę powiedziawszy, nie ma kształtu typowej powieści. Książka podzielona jest na miesiące, kreślące obraz jednego roku z życia Amerykanów. Miesiące natomiast podzielone są na krótkie, zatytułowane wycinki fabularne. Oczywiście, aby czytelnikowi nie było za łatwo zapoznać się z treścią, czasami pomiędzy te wycinki, autor wplótł jeszcze krótkie adnotacje, przypominające flesze telewizyjne lub krótkie wycinki z gazet. Ten chaos początkowo jest trudny do ogarnięcia, tym bardziej, że akcja książki nie skupia się wokół jednej, lecz wielu postaci, ciężko więc się początkowo zorientować, które z nich będą kluczowe dla fabuły. A o czym jest „Ślepe stado”?

Powieść Brunnera to męcząca i zatrważająca wizja Ziemi, doszczętnie zniszczonej przez człowieka. Świat cierpi z powodu wyeksploatowania środowiska naturalnego, ale znaczenie bardzie w wyniku niefrasobliwej, nieodpowiedzialnej polityki, pozwalającej wielkim firmom na dewastację środowiska. Nieprzemyślane poczynania koncernów doprowadziły do ruiny gleby, która zatruta, nie chce dawać plonów, powietrze jest zanieczyszczone tak bardzo, że ludzie muszą poruszać się w maskach filtrujących, z nieba padają kwaśne deszcze, Morze Śródziemne jest martwe, w innych wodach morskich czyha niebezpieczeństwo związane z niewłaściwie składowanymi środków biologiczno-chemicznych, a na tle tej permanentnej ekologicznej dystopii, śledzimy codzienne życie zwykłych ludzi, którzy po prostu starają się przetrwać. Strona po stronie męczymy się razem z bohaterami, którzy po prostu próbują „normalnie” żyć w niezdrowym otoczeniu. Należy pamiętać, że „Ślepe stado”, to dytopia, dlatego za każdym razem, gdy wstępuje w czytalnika nadzieja, że może jednak jest ratunek, nadzieja, to następuje efekt martinowski – nie ma nadziei. Śledząc zmagania Austina Traina (przedstawiciela „nie-ślepych” świadomych obywateli), Peg Mankiewicz (zagubionej dziennikarki), rodziny Bamberleyów (generalnie w większości plutokratycznych hipokrytów), Lucy Ramage (wolontariuszki Globe Relief), Douga McNeila (zrezygnowanego internisty) i wielu wielu innych, widzimy jak daleko degradacja środowiska ma wpływ zarówno na życie codzienne, jak i na wielkie polityczne rozgrywki. Towarzysząc im w ich codziennych trudach, nagle uświadamiamy sobie, że głównym bohaterem nie są ci pokrzywdzeni ludzie, ale środowisko, ponieważ Brunner skupia się tak naprawdę na śmierci Ziemi, która podobnie jak zarażony organizm w swoich agonalnych podrygach próbuje pozbyć się tego, co ją zabija – ludzi.

„Ślepe stado”, to z jednej strony przesadzona i przerysowana wizja świata, w którym ludzkość doprowadziła swoim bezrefleksyjnym działaniem do takiego zatrucia wszystkiego, że czyste powietrze, woda, żywność, jest bajkowym wspomnieniem. „Normalne” życie jest tak odległym widmem, że wręcz legendarnym. To właśnie Austin Train jest tym, „prorokiem”, nosicielem dobrych wspomnień, który stara się otworzyć oczy ludziom, przypomnieć im, że życie mogłoby wyglądać inaczej. Jednak to jest, jak już wspominałam, dystopia. Brunner jest zdecydowanym defetystą i swoją krytyką smaga wszystkich, nie dając im, jak na przykład Paolo Bacigalupi, nadziei, że człowiek się dostosuje, wyewoluuje („Ludzie piasku i popiołu”) lub wykorzysta technikę i genetykę, by ujarzmić przyrodę („Nakręcana dziewczyna”).

Z drugiej strony jest to wielki, krytyczny manifest przeciw amerykańskiemu stylowi życia. Brunner dosadnie i bezpośrednio krytykuje konsumpcjonizm białego człowiek,plutokrację korporacyjną, eksportowanie amerykańskiego stylu życia, a także zadufanie Amerykanów, ich izolacjonizm i tą dumę, która nawet im ułatwia cierpienie z godnością.

Poza tym zwraca uwagę na marketingowy sukces (ponoć) zdrowej żywności, wykorzystywanie lęków społecznych, nadużywanie działań firm ubezpieczeniowych, szkodliwość działań akcji humanitarnych, ekspansjonizm i konformizm, a przede wszystkim wytyka ciemną stronę natury ludzkiej; chciwość, zachłanność i krótkowzroczność.

Książka Johna Brunnera wstrząsnęła czytelnikami w latach siedemdziesiątych, wywołując szok  wizją wyniszczonego świata. 44 lata później powieść nie straciła nic ze swojego strasznego wydźwięku, nadal szokuje i przeraża, trzyma w napięciu i zasiewa niepokój. Owszem pocieszający jest fakt, że wiele poprawiło się w ramach ochrony środowiska, ale jednak jeszcze więcej rzeczy się urzeczywistniło; Chińczycy w zatrutym Pekinie poruszający się w maskach, padające roje pszczół, boom zdrowej żywności, awaria reaktora w Czarnobylu i uszkodzenie Fukushimy, a także wiele, wiele innych. Proza Johna Brunnera, pomimo swojej ciężkiej formy, jest fenomenalna. „Ślepe stado” pomimo że minęło tyle lat, nadal jest aktualne i  życzyłabym sobie, by było aktualne jeszcze przez wiele dziesięcioleci, ponieważ gdy jego świetność przeminie, oznaczać będzie to, że wszystko, co przepowiedział, urzeczywistniło się.


Ocena: 10/10
Przesłanie: „Nie można winić ludzi, którzy nie słyszą ostrzeżeń, ale trzeba tych, którzy słyszą i nic nie robią” - to ostrzeżenie Johna Brunnera dla nas, dla ślepego stada.

czwartek, 15 października 2015

"Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć" - Paolo Bacigalupi


„Nakręcana Dziewczyna”

Zdobywczyni HUGO, NEBULA, LOCUS 2010

To najbardziej oczekiwana powieść fantastyczna roku. Bacigalupi czerpie pomysły ze swoich wielokrotnie nagradzanych opowiadań i je rozwija, badając je głębiej i dokładniej niż dotąd. Wyniki są imponujące. Już nigdy nie da się patrzeć na przyszłość tak samo, jak przedtem.
C. C. Finlay, autor serii “Traitor to the Crown”.

“Pompa numer sześć”

Debiut Paolo Bacigalupiego – ten zbiór opowiadań pokazuje siłę i zasięg opowiadania fantastycznego. Sednem twórczości Paolo jest krytyka społeczna, polityczna przypowieść i dyskurs ekologiczny. Każde z zawartych tu opowiadań ostrzega i jednocześnie zachwyca się tragikomedią ludzkich przeżyć. Utwory Paolo ukazywały się już w różnych dorocznych antologiach, były nominowane do Nebuli i Hugo oraz zdobywały nagrodę Theodore Sturgeona za najlepsze opowiadanie fantastyczne.
„Nie cierpię go. Pojawia się znikąd, pisze jak szalony anioł, zgarnia nagrody i wytrąca nas, starych wyjadaczy, z równowagi opowieściami o czymś, co jeszcze nie przyszło nam do głowy. (Na przykład ten głupi biopies!). A do tego jest młody i przystojny. Dobrze, że chociaż nazwisko ma nie do wymówienia.”

Terry Bisson, autor “Numbers Don’t Lie” i “Greetings”

Paolo Bacigalupi to najlepszy autor opowiadań, jaki pojawił się w ciągu ostatniego dziesięciolecia. To Ted Chiang nowego milenium. W niezapomniany sposób potrafi połączyć piękny styl, wstrząsające obrazowanie i szokujące pomysły.

Robert J. Sawyer, laureat Hugo za powieść „Hominidzi”

Te opowiadania, drapieżne, inteligentne i precyzyjnie odmalowane, zaliczają się do moich ulubionych „okrutnych historii” i dydaktycznych przypowieści XXI wieku. Paolo Bacigalupi ewidentnie jest piątym jeźdźcem Apokalipsy, no wiecie, tym, co w wolnym czasie pisuje fantastykę.

Kelly Link, autorka „Magii dla początkujących”.

[Wydawnictwo Mag, 2011]

AGA:

Napisanie recenzji książki Paolo Bacigulapiego pt. „Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć” przychodzi mi z wielkim trudem, prawie tak dużym, jak sięgnięcie po nią. To ociąganie się nie jest wynikiem niechęci, czy oporu względem reprezentowanego przez pisarza nurtu science fiction, ale ze względu na swą wielkość, dosłowną i przenośną. Ten dwupak z Uczty Wyobraźni zebrał dotychczas tak wiele nagród i doskonałych recenzji, że wiedziałam, że potrzebuję właściwego momentu, by spokojnie siąść, i nie z doskoku, zapoznać się z twórczością tego autora. I tak minęły cztery długie lata. Jednak warto było poczekać i nacieszyć się nią do woli. Natomiast pisanie recenzji jest dość trudne, bo Paolo Bacigulapiego świat albo się od razu pokocha, albo nigdy się go nie zrozumie i znienawidzi, dlatego ci pierwsi recenzji nie będą potrzebowali, a ci drudzy nie zgodzą się z moim zdaniem nigdy. Zawsze jednak pozostają ci niezdecydowani.

„Nakręcana dziewczyna” to zbiór dziesięciu opowiadań i jedną krótką formą literacką, który zebrał wiele nominacji i nagród, w tym między innymi Nagrodę Locusa za najlepszy zbiór opowiadań. Większość tekstów trzyma dość równy poziom, oczywiście niektóre widać, że są bardziej dopracowane, inne mniej, ale jak na zbiór, jest całkiem nieźle, no może z jednym wyjątkiem, ale o tym później, a zacznę od tych zdecydowanie najlepszych.

Światy Paolo Bacigulapiego to zdecydowanie daleka, choć może nie zastraszająco odległa, przyszłość, w której wspólnym mianownikiem są problemy związane z ekologiczną apokalipsą lub z technologicznym Armageddonem. Zagadnień poruszanych w opowiadaniach jest tak wiele, że ciężko je wszystkie tak naprawdę wymienić. Niektóre z nich nawiązują do poruszanych już wcześniej przez innych pisarzy zagadnień związanych z techno-zachwytem. Tak na przykład opowiadanie „Kieszeń pełna dharmy” (Pocketful of Dharma , 1999) sentymentalnie nawiązuje do powieści Williama Gibsona i jego pomysłów wykorzystania nowych technologii do przenoszenia różnych danych. Zaskakujące jest jednak u Bacigulapiego to, CO jest zawarte w małej elektronicznej kostce pamięci. Pomysł na przenoszenie osobowości-duszy człowieka w kostce pamięci, implikuje zaskakujące problemy natury zarówno etycznej, jak i religijnej. Inne opowiadanie „Pompa numer sześć” (Pump Six, 2008), pewnie przypadkowo, ale jednak skojarzyło mi się z niedawno czytanym „Przedrzeźniaczem” Waltera Tevisa, w którym ludzie przez i dzięki robotom, zapomnieli wiele rzeczy i umiejętności, a tutaj ludzkość degeneruje intelektualnie w wyniku zbyt doskonałej technologii, która tak długo się nie psuła, aż wszyscy zdolni inżynieryjnie wymarli. „Fletka” (The Fluted Girl , 2003), trochę idiotyczne opowiadanie, którego pomysł mógłby zostać inaczej opracowany, o kobietach-instrumentach, traktuje o nieograniczonych możliwościach genetyki, która wykorzystywana jest ku uciesze dystyngowanej i „szlachetnej” gawiedzi, tworząc nowy rodzaj niewolnictwa genetycznego. Historia Lidii stworzonej, by cieszyć i zabawiać publiczność, przypomina, co prawda baśniowe opowiadanie Catherynne Valente „Subtelną architekturę”, gdzie dziecko również stworzono ze słodyczy ku uciesze królewskiej pary. Bacigalupi podejmuje też problem przeludnienia, choć z całkiem innej perspektywy niż inni autorzy, w „Regulatorze” (Pop Squad , 2006), gdzie problemem populacyjnym staje się długowieczność, czy w „Paszo” (The Pasho, 2004), ukazano, podobnie jak w cyklu opowiadań Mike'a Resnicka „Kirynyaga”, nierozwiązywalny dylemat pomiędzy zachowaniem własnej kultury, nawet kosztem gorszych warunków życiowych, a globalizacją i postępem technologicznym, często ratującym życiem. Te opowiadania ewidentnie nawiązywały według mnie do wielu tematów i problematyki wcześniej już podejmowanej przez innych autorów science fiction, jednak nie znaczy to, że stanowią one przysłowiowy „odgrzewany kotlet”. Nie, Bacigalupi umiejętnie odświeża w kółko przewijające się kwestie w literaturze, nadając im ciekawy koloryt, podkręca każde opowiadanie poprzez inny punkt widzenia lub spostrzeżenia. Poza tymi opowieściami jest też kilka całkowicie świeżych, które można by nazwać eko-punkiem. „Kaloriarz” (The Calorie Man, 2005), „Łowca tamaryszków” (The Tamarisk Hunter, 2011), „Ludzie piasku i popiołu” (The People of Sand and Slag, 2004), to dystopie ekologiczne ukazujące efekt zanieczyszczenia środowiska, deficytu wodnego, genetycznie modyfikowanej żywności, monokultur, załamania się łańcuchów dostaw, czy wyczerpania surowców. W nich ukazuje się w pełni troska i aktualność problemów, z którymi możemy się w przyszłości zmierzyć. Na koniec autor poruszył również problemy migracji w „Człowieku z żółtą kartą” (Yellow Card Man, 2006), a także monopolu farmaceutycznego w „Maleńkich ofiarach” (Small Offerings, 2007). Na tym tle bardzo wizjonerskich i wrażliwych pod względem kondycji człowieczej i środowiskowej opowiadań, „Miękki” (Softer, 2007), najgorszy ze wszystkich utwór, wydaje się być całkowicie nie na miejscu, odstaje on od reszty zarówno poziomem, jak i podejmowaną tematyką zbrodni.

W opowiadaniach Bacigulapi mógł skupić się przede wszystkim na koncepcie, takimi między innymi jak: biopies ukazujący odhumanizowanego człowieka; czy spektakularny wynalazek bioinżynieryjny w postaci robaków symbiotycznych, który likwiduje problem wyżywienia ludzkości, jednocześnie doprowadzający do likwidacji słabszych gatunków, jako zbyt kosztownych elementów sieci życia; albo płody dziecięce jako filtry odtruwające organizm matki. Najszersze jednak spektrum twórczych możliwości rozwinął autor w „Nakręcanej dziewczynie” (The Windup Girl, 2009), będącej rozszerzeniem i kontynuacją opowiadania „Człowiek z żółtą kartą”.

Tajlandia, Bangkok, izolujące się gospodarczo państwo, walczące o niezależność i samowystarczalność. Na północy Tajlandię gnębią wszelakiego rodzaju zarazy dziesiątkujące roślinność, a na południu, w Bangkoku, ludzie starają się bronić przed wdzierającym się oceanem i zgubnym wpływem pasatów. Na tym tle odwiecznej walki człowieka o przeżycie, działają jeszcze inne siły – polityczne i ekonomiczne; cudzoziemcy, zwani pejoratywnie farangami, próbują otworzyć rynek tajlandzki na firmy kaloryczne i inne „dobra” Zachodu, a Ministerstwo Środowiska ściera się w walce o wpływy z Ministerstwem Handlu. Na tle wielkich ruchów historycznych pojedyncze jednostki próbują znaleźć dla siebie niszę, dążą do własnych celów i starają się przetrwać; Hock Seng, tytułowy człowiek z żółtą kartą, uciekinier z Malezji, pragnie ponownie stać się armatorem i odbudować swoją firmę handlową, Anderson Lake, próbuje wytropić źródło nieskażonej żywności i nielegalnego genhakera, Emiko, nakręcanka, marzy o podróży w głąb dżungli do wioski Nowych Ludzi (genetycznie wyhodowanych), a Jaidee, dowódca białych koszul, próbuje utrzymać zarazę cudzoziemską i epidemie biologiczną z dala od miasta. Bacigalupi przedstawił Bangkok jako tykającą bombę ekologiczną, ekonomiczną i polityczną, gdzie świat przyszłości gnębiony jest przez firmy kaloryczne, zarazy, epidemie, technologiczne wynaturzenia, głód, biedę, niedostatek energii, genhakerów i siły przyrody. Jest to powieść prezentująca jeden z możliwych scenariuszy przyszłości, będącej konsekwencją aktualnego działania człowieka na polu zarówno ekologicznym, przemysłowym, jak i ekonomicznym.

Wizje Paolo Bacigulapiego dotyczące ewentualnego rozwoju technologii, genetyki, przemysłu i handlu są odrażająco niepokojące. Jego opowiadania, jak i powieść, prezentują niewielki wycinek zagrożeń, jakie niesie niekontrolowana i nieprzemyślana działalność człowieka. Sam autor stwierdził w wywiadzie (1), że zachłysnęliśmy się możliwościami technologicznymi, że nie lubimy zastanawiać się nad ewentualnymi, długofalowymi skutkami naszych poczynań, bo to nas unieszczęśliwia. W swoich opowiadaniach stara się ukazać fantastyczne rozwiązania technologiczne, jak na przykład robaki symbiotyczne, które pozwalają człowiekowi konsumować wszystko, które rozwiązują wiele problemów, np. kwestię głodu, ale nie koniecznie mogą być w rzeczywistości tym do czego dążymy. Dochodzi do wniosku, że technologia nie jest równoznaczna z mądrością, nie zapewnia jej. Zastanawia się, czy my, jako ludzie jesteśmy mądrzy? Czy będziemy mądrzy? A jeśli tak, to JAK będziemy mądrzy? Piętnuje naszą rzeczywistość, nasze uwielbienie dla gadżetów, dla techno-zabawek, nasz styl życia „szybko - i – prosto”, bez zastanowienia i refleksji. Dystopia Bacigulapiego dostarcza znacznie więcej intensywnych doznań niż, jakakolwiek inna powieść, świat wykreowany jest odpychający, zatrważający, a jednocześnie fascynuje swoimi spekulacjami i potencjalnością.

Opowiadania, jak i powieść napisane są bardzo dobrze, wsparte wiedzą i doświadczeniemautora, zdobytym podczas wielokrotnych pobytów w Azji. Jego wizje przyszłości są zatrważająco możliwe i ukazują nasze aktualnymi działanie, lekkomyślne postępowanie i niefrasobliwe wykorzystywanie nowinek technologicznych i zasobów, w bardzo krytyczny i przejrzysty sposób.

Paolo Bacigalupiego wpisuję na listę moich ulubionych pisarzy. Mam nadzieję, że nadal będzie trzymał tak wysoki poziom, choć życzę mu, aby spróbował również tematyki odmiennej od dystopii ekologicznej. Z pewnością sięgnę po jego najnowszą powieść „Wodny nóż” (premiera 16 października 2015), która wydaje się rozwinięciem opowiadania pt. „Łowca tamaryszków”.

(1) http://grist.org/article/bacigalupi/

Polecam stronę autora:

i wywiady:

  • A book that was originally written in a different language.
  • A book you own but have never read.
  • A book by an author you have never read before.
  • A book set in the future.
  • A book at the bootom ofyour to-read list.
  • A popular's author first book.
  • A book set in different country.
  • A book of short stories.
  • A book with a number in the title.
  • A book with more than 500 pages.


Ocena: 10/10
Przesłanie: „Technologia nie gwarantuje mądrości.”


środa, 26 sierpnia 2015

"Przedrzeźniacz" - Walter Tevis

W umierającym świecie, w którym ludzie są odurzeni narkotykami i pogrążeni w elektronicznej błogości, gdzie nie ma sztuki, literatury i nie rodzą się dzieci, gdzie niektórzy wolą dokonać samospalenia niż dalej żyć, Spofforth jest najdoskonalszą maszyną, jaką kiedykolwiek stworzono. Mimo tego ma tylko jedno, niemożliwe do spełnienia pragnienie – chce przestać istnieć. Jednak nawet w tych ponurych i przygnębiających czasach pojawia się iskierka nadziei, którą stanowią namiętność i radość, jakie pewien mężczyzna i pewna kobieta odkrywają w miłości i książkach. To nadzieja na lepszą przyszłość, a może nawet nadzieja dla Spoffortha.

[Wydawnictwo Mag, 2015]
[Opis i okładka : http://lubimyczytac.pl/ksiazka/237967/przedrzezniacz]



AGA:

„Przedrzeźniacza” Waltera Tevisa przeczytałam ponad dziesięć dni temu i nadal mam problem z tym, jak ocenić tę książkę, a tym bardziej ją zrecenzować. Gdy Wydawnictwo Mag zapowiedziało w Artefaktach „Przedrzeźniacza”, nie tyle opis fabuły nakłonił mnie do przeczytania, co fakt, że nie kojarzyłam jej autora. Walter Tevis nie jest w ogóle znany na polskim rynku książki, nieliczni oglądali adaptacje filmowe jego powieści, nadal jednak nie kojarząc autora. Czy ktoś wie, że „Człowiek, który spadł na ziemię” z Davidem Bowie, czy z Paulem Newmanem „Bilardzista” i „Zapach pieniędzy”, to adaptacje jego książek? Nie sądzę, wątpię nawet, poza może fascynatami kina, by ktoś widział te filmy.

„Przedrzeźniacz” to powieść napisana stylem mieszanym, dlaczego? Bohaterami powieści są: Spofforth, kilkusetletni robot humanoidalny Marki Dziewięć, Bentley, mężczyzna, który nauczył się czytać oraz Mary Lou, kobieta, żyjąca poza systemem, aspołeczna jednostka. Osią, albo motorem całej fabuły jest Spofforth, robot w stanie depresji, nie mylić z Marvinem z „Autostopem przez galaktykę”, tutaj depresja jest stanem poważnym i destruktywnym, któremu nazwę nadano losowo z książki telefonicznej, któremu dano życie, ale który „tak naprawdę nie chciał żyć (…) gdyż pozbawiono go prawdziwego ludzkiego życia”, dano mu siłę świadomości, ale nie wolną wolę, która pozwoliłaby mu zadecydować chociażby o własnej śmierci. Najwyraźniej autor chciał bardziej podkreślić, kim tak naprawdę jest Spofforth, dlatego użył dla niego narracji trzecioosobowej, jakby uwydatnić, to, że nie jest człowiekiem, i z tego tytułu nie należy mu się nic więcej; w przeciwieństwie do Bentleya i Mary Lou, dla których wprowadził narrację pierwszoosobową. Te dysproporcje są znamienne, ponieważ Spofforth to humanoid, któremu od pierwszego momentu czytelnik skłonny jest współczuć i przypisywać wszystkie cechy, uczucia i emocje, należne człowiekowi, tym bardziej, że jego samoświadomość w porównaniu z ludzkością, która popadła w marazm, otępienie, która uzależniła się od tabletek, soporu, narkotyków, telewizji, audycji propagujących filozofię wyciszenia, uwewnętrzniania się, oddzielania od społeczeństwa, wypada nader ludzko. Jego rozpacz bycia jedyną świadomą istotą na ziemi, która widzi bezsens egzystencji ludzi, przybliża go czytelnikowi jeszcze bardziej. W tym świecie, w którym pozostało zaledwie 19 400 769 ludzi, panują zasady, aby Poddać się Ekranowi (podobnie, jak u Bradbury'ego), że „Samotność jest najlepsza”, stosować się do zasad Prywatności, Pogody Ducha, Przymusowej Grzeczności, i tej najważniejszej „O nic nie pytaj; odpręż się”. W tym onirycznym, umierającym świecie pojawiają się dwie jednostki, które wyrwały się z zamkniętego kręgu soporów i manipulacji farmaceutycznych, i tylko one stanowią nadzieję zarówno dla siebie samych, ludzkości, jak i dla nieszczęśliwego robota Marki Dziewięć.

Gdy rozpoczynałam lekturę tej książki z góry założyłam, że będzie ona anachroniczna w odbiorze, biorąc pod uwagę datę wydania - 1980 r., a także uznałam, że będzie to kolejna powieść political fiction z kanonu przeciw Wielkiemu Bratu. Nic bardziej pocieszającego, gdy założenia, w szczególności te negatywne, zostają obalone.

Czy jest to powieść anachroniczna? Owszem zdarza się autorowi wspomnieć na przykład o taśmach magnetycznych, czy mikrofilmach, owszem za dużą wagę przykłada do wartości filmu niemego (zapewne jego osobisty sentyment – przyp.), czy do czytelnictwa, ale sam wydźwięk książki, jest jak najbardziej aktualny. Książka bowiem traktuje o „śmierci intelektualnej ciekawości”, „szczątkowej nabożności”, o społeczeństwie które zatraca się w hedonistycznym marazmie, który nazywa się prywatnością, samodoskonaleniem, czy tolerancją, o społeczeństwie, które zapomniało o swojej historii i przeszłości. A tematyka ta, jest nadal aktualna, pomimo że autor odnosił swoje spostrzeżenia do własnych czasów. Dlaczego nie jest to książka o Wielkim Bracie? Wydaje się, że pod koniec życia Walter Tevis, żyjąc w wielkiej nowojorskiej aglomeracji, był świadkiem przemian społecznych, które z komunizmem w Europie, nic nie miały wspólnego. Ta książka jest przedstawieniem dystopii, która go otaczała, a należy pamiętać, że lata siedemdziesiąte, to przecież burzliwy okres rewolucji obyczajowej (seksualnej), w Nowym Jorku działało wtedy słynne Studio 54, a także nadal aktywny był ruch hippisowski. Ta delikatna dystopia Tevisa, to odzwierciedlenie Ameryki lat 70-tych i przemian społecznych; aborcja na życzenie dokonywana przez każdego robota Marki Siedem (aborcja stała się legalna w nieograniczonym zakresie w USA od 1973r.), szybki seks (wolny seks promowany przez hippisów), sopory, tabletki, narkotyki (rozpowszechnienie substancji psychoaktywnych – ruch hipisowski), edukacja seksualna i filmy pornograficzne, brak autorytetów, brak podstawowej jednostki społecznej, jaką jest rodzina, dążenie do niezależności, wolności i samorealizacji jednostki, a nawet grupowe samospalenia, jako efekt zachowań autodestrukcyjnych związanych ze stosowaniem środków psychotropowych, narkotyków i leków. Wydaje się, że Walter Tevis był rozgoryczony, ale to daleko posunięte dywagowanie recenzentki, światem, który go otaczał, bo w przeciwieństwie do na przykład Roberta Silverberga, nie był piewcą tych wszystkich „dobroci”, które niosła ze sobą kultura hippisowska. W jego utopijnej, bo delikatnej i nieagresywnej, dystopii remedium na człowieczy marazm stały się książki, podobnie jak w „451 stopniach Fahrenheita”, one stanowią sole trzeźwiące dla głównych bohaterów, a także nośnik człowieczeństwa - „Jestem człowiekiem. Mówię słucham i czytam”. Zresztą motyw społeczeństwa zniewolonego w kokonie spokoju można również odnaleźć w późniejszych dziele filmowym „Equilibrium”, gdzie lek, prozium, wyciszał emocje, co jest tylko dowodom na to, że wielu twórców dostrzega zastoju intelektualnym i emocjonalnym niebezpieczeństwo dla społeczności.

Czy kolejny dystopiczny obraz świata może być nadal interesujący dla czytelnika? Może. „Przedrzeźniacz” jest powieścią melancholijną i naiwną, w szczególności, jeśli chodzi o pokładane nadzieje w czytelnictwie. Świat przedstawiony również ma swoje słabe punkty. Zaletą książek dystopicznych i tej także, jest uniwersalne moralizowanie, dlatego też współczesny czytelnik odbierze przesłanie autora, jako przestrogę przed współczesnymi zagrożeniami; aby nie alienować się i nie wycofywać z realnego życia, aby nie poddawać się ogólnej poprawności politycznej i permisywizmowi, aby bronić się przed utratą autorytetów, a także by nie popadać w ślepą religijność. Jednak największą zaletą powieści jest atmosfera stworzona w powieści, daleko jej do pełnego napięcia i poczucia zagrożenia, jakie często towarzyszy dystopiom. U Tevisa świat przedstawiony jest utopijnie spokojny, wolny od poważnych zagrożeń, Wykrywacze i roboty kontrolujące, tak naprawdę nie działają, bohaterowie nie są prześladowani, a nawet pobyt Bentleya w zakładzie karnym ma posmak sielankowy. Można by uznać, że jest to wada tej książki, zapewne niektórzy właśnie ten aspekt uznają za najbardziej naiwny, dla mnie on jednak w odbiorze był melancholijny i pełny tęsknoty za światem, w którym człowiek jest tylko dodatkiem. Jedną z najpiękniejszych scen z książki jest podróż Bentleya wschodnim wybrzeżem Ameryki, podczas której nie spotyka żadnego człowieka, podąża trasą plaż, wzdłuż oceanu i pomimo wielu niedogodności, docenia piękno przyrody. Bardzo uwodzący i romantyczny obraz wykreował Tevis, kojący zmysły.

Na zakończenie, skąd wziął się tytuł „Przedrzeźniacz”? Walter Tevis obsadził Spoffotha w bardzo smutnej roli, humanoida, który stoi na skraju Empire State Bulding, i wie, że jest tylko mimetycznym tworem na kształt człowieka, jak ptak przedrzeźniacz, który ma zdolność naśladowania innych ptaków.

  • A book that was originally written in a different language.
  • A book by an author you have never read before.
  • A book set in the future.
  • A book set in different country.
  • A book with one word title.
  • A book with nonhuman character.
  • A book published this year.



Przesłanie:„Tylko przedrzeźniacz śpiewa na skraju lasu.”
Ocena: 7/10