Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagroda Hugo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagroda Hugo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 października 2017

"Wrota obelisków" - Nora K. Jemisin

LAUREATKA NAGRODY HUGO. Nominowana do Nagród Nebula i Locus.

Tak właśnie kończy się świat – po raz ostatni.

Nastaje Sezon, a ludzkość pogrąża się w długiej, zimnej nocy.

Essun – kiedyś opiekuńcza matka, obecnie mścicielka – znalazła schronienie, nie zdołała jednak odszukać córki. Spotyka dziesięciopierściennika Alabastra, który ma do niej prośbę. Jeśli Essun ją spełni, los Bezruchu zostanie przypieczętowany na zawsze.

Daleko stamtąd jej córka, Nassun, rośnie w siłę, a jej wybory mogą doprowadzić do rozerwania świata.




Kontynuacja trylogii rozpoczętej Piątą Porą Roku:
  • uhonorowaną nagrodą Hugo,
  • nominowaną do nagród Nebula, Audie i Locus,
  • będącą pierwszą książką wyróżnioną przez Wired.com,
  • nagrodzoną tytułem Notable Book of 2015 magazynu „New York Times”.

[Wydawnictwo SQN, 2017]
[Opis i okładka: http://www.wsqn.pl/ksiazki/wrota-obeliskow/]

Książka udostępniona dzięki uprzejmości Wydawnictwa SQN.


AGA:

Nora K. Jemisin zawsze mnie zaskakiwała swoją prozą. Pierwsze spotkanie było wyjątkowo nieudane, powieść  „Sto Tysięcy Królestw”, za którą otrzymała nagrodę Locusa za najlepszy debiut powieściowy, było w moim odbiorze tragiczne. Tym bardziej byłam zaskoczona, gdy sięgnęłam po, nie bez ogromnej dozy sceptycyzmu, „Piątą porę roku”. Książka zapowiadała się na powieść postapokaliptyczną, a okazała się historią-zagadką z głęboko osadzoną problematyką konfliktu kulturowo-rasowego. Gdy sięgałam po drugi tom, byłam przekonana, że tematyka prześladowań społecznych będzie kontynuowana, tym bardziej, że jest to dość często spotykana praktyka utytułowanych czarnoskórych amerykańskich pisarzy. I tutaj też pozytywnie się rozczarowałam, autorka w tomie podjęła problematykę, którą zapowiadano w tomie pierwszym, czyli zachowań społecznych po globalnej katastrofie. Bardzo ucieszyło mnie, że może nie całkowicie, ale dość konkretnie odeszła od tematyki dyskryminacji, obawiałam się bowiem, że jako pisarka, którą wszędzie przedstawiają jako pierwszą czarnoskórą pisarkę/pisarza, który otrzymał Nagrodę Hugo za powieść, będzie do bólu drążyła ten temat, co mają tendencję robić  afroamerykańscy pisarze. Co więcej autorka rzeczywiście otrzymała zasadnie nagrodę, za talent, a nie za kolor skóry, czy parytety, co w środowisku amerykańskim, stanowi nie chcę rzec, choć ciśnie się na usta, ewenementem w ostatnich czasach, dla porównania proponuję obejrzeć  gale wręczenia Nagród Akademii Filmowej. Tak, czy inaczej, oba tomy Pękniętej Ziemi są godne polecenia i uwagi.

„Wrota obelisków” to bezpośrednia kontynuacja pierwszego tomu. Śledzimy dalsze losy Essun, która znalazła schronienie w Castrimie. W wielkiej wspólnocie musi na nowo odbudować relacje z ludźmi, innymi górotworami, pilnować swojej przyjaciółki Tonkee, by nie narobiła sobie kłopotów, jednocześnie pobierać nauki od Alabastra, któremu pozostało niewiele dni życia, zanim pochłonie go kamień, a piata pora roku jest niebezpieczna, czyhają jeszcze inne zagrożenia. Na arenę wkracza również Nassun, córka Essun, która wędruje z agresywnym, przeświadczonym o jej złej naturze ojcem, Jijem. Ich celem jest tajemnicze miejsce, które ma wyleczyć Nassun z jej obrzydliwej przypadłości, którą skaziła ją jej matka-rogga.

Nora K. Jemisin ma niezwykły talent grania na wewnętrznych emocjach czytelnika, a podwaliny jej świata stanowią bardzo dobrze nakreśleni bohaterzy. Essun w pierwszej części była wulkanem emocji, często sprzecznych, przechodziła wielokrotnie ewolucję poglądów, a świat wywarł na niej wielkie piętno. We „Wrotach obelisków” właśnie na postaci Essun pisarka ukazała pięknie drogę od zmęczonej stagnacji i zniechęcenia do aktywnego działania, pokazała  też, że w obliczu globalnych katastrof niestety nie ma miejsca na szczytne idee demokracji, gdzie  jest wyłącznie miejsce na twardy despotyzm i rządy autorytarne. Czekam niecierpliwie na przetłumaczenie tomu trzeciego, bowiem postać Nassun jest dla mnie jeszcze nieodgadniona. Wydaje się z jednej strony lepszą wersją swojej matki. Ewidentnie  zostanie jej  zaoszczędzone wiele traumatycznych doświadczeń jej matki, z drugiej strony jest ona nazbyt dojrzałą postacią, jak na swój wiek. Wydaje się nazbyt wykreowana na „złote dziecko”.


Trylogia Pękniętej Ziemi, jeśli tom trzeci utrzyma poziom dwóch pierwszych, będzie jednym z ciekawszych propozycji fantasy ostatnich lat. A Nora K. Jemisin będzie musiała w przyszłości pobić swoje własne osiągnięcie. Życzyłabym sobie więcej takiej, zaangażowanej literatury.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 12 grudnia 2016

"Piąta pora roku" - Nora K. Jemisin


Rozpoczął się czas końca.
Rozpoczął się wielką czerwoną wyrwą biegnącą przez środek kontynentu i plującą popiołem.
Rozpoczął się śmiercią syna i porwaniem córki.
Rozpoczął się zdradą i zaognieniem ran.
Oto Bezruch, przywykły do katastrof świat, gdzie mocą ziemi włada się jak bronią. I gdzie nie ma litości.

Essun, kobieta z pozoru zwyczajna, za nic ma nadchodzącą zagładę. Jej mąż właśnie jedno z ich dzieci zabił, a drugie uprowadził. Pogrążona w żałobie i rozdarta rozpaczą, przemierza dogorywający świat. Jest zdolna dokonać jeszcze większych zniszczeń, jeśli pomoże jej to odzyskać córkę.


[Wydawnictwo AQN, 2016]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3775052/piata-pora-roku]


Książka udostęniona dzięki uprzejmości Wydawnictwa SQN dla Secretum.pl.

AGA:


Nora K. Jemisin to amerykańska pisarka, którą polscy czytelnicy mieli okazję poznać dzięki Wydawnictwo Papierowy Księżyc i Wydawnictwu Akurat. Jednak proza Jemisin specjalnie nie zachwycała i nawet jej nagrodzony debiut nie oszałamiał, wręcz przeciwnie, nasuwał pytanie, za co ta nagroda została przyznana? Pięć lat po debiucie pojawia się „Piąta pora roku”, tom pierwszy „Pękniętej Ziemi”, który przywrócił moją wiarę w powieści fantasy.

Oto świat, w którym jeden człowiek może doprowadzić do katastrofy. Każdy utalentowany może rozbić skorupę ziemską na części i przynieść zagładę ludzkości - wywołać Piątą Porę Roku. Górotwory są naznaczone przez Ojca Ziemię, mają zdolność poruszania ziemią, ale na co dzień są nazywane pogardliwie roggami, ich dar jest przekleństwem. Jest to świat, w którym tych, którzy dysponują talentem, prześladuje się, gnębi, zabija, a w najlepszym wypadku oddaje „pod opiekę” Stróżom. W Fulcrum, paramilitarnej uczelni, roggi mogą nauczyć się, oczywiście pod ścisłą kontrolą, jak opanować swoje niszczycielskie umiejętności. Roggi, które się nie podporządkują są tropione, zabijane lub gorzej, pozbawiane wolnej woli, świadomości i osobowości, a następnie wykorzystywane jako bezwolne źródło mocy. W tym świecie żyje matka, której mąż zabił syna, bo okazał się roggą. W tym świecie mała dziewczynka zostaje oddana Stróżom, którzy nauczą ją, że krzywdzi się ją, by chronić innych przed jej mocą. W tym świecie jest też młoda kobieta, Cesarski Górotwór, którą traktuje się jak krowę rozpłodową, której celem jest urodzenie wszechmocnego górotwora. Wszystkie te historie łączą się i przeplatają, tworząc straszliwy obraz prześladowań i okrucieństwa.

„Piąta Pora Roku” bardzo mnie zaskoczyła, nie wierzyłam, że stać tę pisarkę na coś porządnego, na coś więcej niż tylko wymyślenie nowego, pokrętnego świata. Nigdy też nie przypuszczałam, ze powieść fantasy może być tak zaangażowana w problematykę społeczną, jednocześnie nie tracąc na swej atrakcyjności. Nie przypuszczałam, że cała powieść fantasy może traktować o nierównościach społecznych, dyskryminacji, nienawiści i okrucieństwie.

Początkowo czytając „Piątą Porę Roku” obawiałam się, że trafiłam na stereotypową powieść fantasy; społeczeństwo podzielone na kasty użytkowe i grupy wybrańców władających mocą. Bardzo obawiałam się, że poza oryginalnie wymyślonym światem nie znajdzie się nic ciekawego w tej powieści, tym bardziej, że właśnie takie było „Sto Tysięcy Królestw”. Nic bardziej mylnego. Władający mocą są zniewoleni, pomimo że mogliby w jednej chwili zniszczyć świat, dali się zastraszyć i ograniczyć przez specjalnie wyznaczonych do tego Stróżów. Społeczeństwo zamiast korzystać i doceniać umiejętności tłumienia wstrząsów przez górotworów, prześladują ich, izolują, a często po prostu mordują. Nora K. Jemisin dogłębnie, z wielką wrażliwością nakreśliła główne postaci; matkę, która czuje się winna śmierci swego syna, pomimo że zabił go jej mąż; dziecko, które odkrywa, że jej własna rodzina boi się jej, a ona sama jest traktowana jak tykająca bomba, która może zabić lub okaleczać ludzi; czy dziesięciopierściennego górotwóra, który chciałby po prostu żyć, a nie być wykorzystywany i traktowany jak narzędzie woli innych. Ogrom dyskryminacji i prześladowań w tej powieści jest olbrzymi, czytając książkę zastanawiałam się wielokrotnie, jak można egzystować w takim społeczeństwie. Najgorsze jest to, że autorka przedstawia dogłębnie problemy, które toczą współcześnie społeczeństwa. Zatrważające jest to, jak wiele nieszczęść może wynikać po prostu ze ślepego strachu i jak wiele niesprawiedliwości może wynikać z lęku.
„Piąta Pora Roku” jest napisana w sposób bezwzględnie przemyślany, nie ma miejsca na zbędne wątki, a wszystko łączy się ze sobą w zaskakującą całość. Świat wykreowany stoi na granicy zagłady, zresztą nie pierwszy raz, a pojawiające się elementy z naszej rzeczywistości, jak elektryczność, telegraf, czy tory kolejowe, intrygują jeszcze bardziej i powodują, że czytelnik zastanawia się, czy poprzednie Piąte Pory Roku, nie były apokalipsą naszego świata. Wszystkie elementy są jak puzzle, mają swoje, przemyślane miejsce.


Pierwszy raz spotkałam się z poważną literaturą fantasy, dogłębnie przemyślaną, traktującą o problemach społecznych, z którymi spotykamy się również w naszej rzeczywistości. Przygody bohaterów są dramatyczne, zazwyczaj tragiczne, a przecież traktują wyłącznie o jednym, o pragnieniu wolności, o życiu, w którym można po prostu być sobą. Nora K. Jemisin w pełni sobie zasłużyła na Nagrodę Hugo dla najlepszej powieści. Fantastycznie, że Wydawnictwo SQN postanowiło wydać tę powieść i bardzo liczę na to, że szybko wydadzą również tom drugi. Każdy w powieści znajdzie coś dla siebie, jednak tylko, ci, którzy doceniają trudną tematykę w literaturze, będą nią zachwyceni.

Ocena: 10/10
Przesłanie: "Epopeja dyskryminacji".

środa, 16 listopada 2016

"Neuromancer" - William Gibson


Case, jeden z najlepszych „kowbojów cyberprzestrzeni” poruszających się w wirtualnym wszechświecie, popełnił błąd, za który został srogo ukarany. Za nielojalność wobec zleceniodawców płaci uszkodzeniem systemu nerwowego, co uniemożliwia mu dalszą pracę i skazuje na uwięzienie we własnym ciele. W poszukiwaniu lekarstwa wyrusza do Japońskiej Chiby, gdzie zdobywa fundusze, by w nielegalnych klinikach odzyskać zdolność podłączania swego umysłu do komputera.

[Książnica, 2009]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/47586/neuromancer]





AGA:

„Neuromancer” Williama Gibsona, to jak „Diuna” Franka Herberta – książka z młodości, po którą obawiałam się sięgnąć, obawiając się, że jej nie zrozumiem. W przypadku „Diuny” moje obawy były niepotrzebne, okazało się, że ekranizacja Davida Lyncha, okazała się ambitniejsza od książki, a po powieść Herberta, trzeba było sięgnąć szybciej, jej zbyt późna lektura, mocno mnie rozczarowała. „Neuromancer”, to całkiem inna bajka. Bardzo dobrze, że nie sięgnęłam po nią w 1992, kiedy to ukazało się pierwsze polskie wydanie, nakładem Wydawnictwa Alkazar, mając 11 lat i nie znając w ogóle Internetu, mogłabym polec. Jednak jest to również lektura przeczytana zbyt późno. Dlaczego? O tym będzie więcej później.

„Neuromancer”, to już klasyka literatury science fiction. Jest to książka debiutancka (!) Williama Gibsona, wydana w 1984 roku przez Ace Books z okładką autorstwa Jamesa
Pierwsze wydanie z 1984.
Ace Books, okładka James Warhol
Warhola (bratanka słynnego Andy'ego), nawiązującą w moim mniemaniu do filmu „Tron” Stevena Lisbergera z 1982 roku. Powieść ta przyniosła Williamowi Gibsonowi, jako pierwszemu pisarzowi, potrójną koronę science fiction, czyli Nagrodę im. Phillipa K. Dicka w 1984 i w 1985 Nagrodę Hugo i Nebulę. „Neuromancer” stał się Biblią cyberpunku, który wpłyną na wielu pisarzy i ewoluował, jak żywa istota np. do postcyberpunku u Neala Stephensona w „Zamieci”, czy do steampunku u samego Gibsona i Bruce'a Sterlinga w „Maszynie różnicowej”. A od czego to wszystko się zaczęło? Podwaliny pod „Neuromancera” dały dwa wcześniejsze opowiadania Gibsona, a mianowicie „Wypalić Chrom” ('Burnning Chrome' z 1982r., w Polsce ukazało się w „Fenix” 04 (12) z 1992 r.) i „Johnny Mnemonic” (1981 r., pol. wyd.w antologii pod tym samym tytułem z 1996 r. Zysk i S-ka). W „Wypalić Chrom” pojawia się Ciąg, jako miejsce akcji, a w Johnnym występuje postać Molly Millions, która wielokrotnie pojawia się w twórczości Gibsona. William Gibson w wywiadzie przeprowadzonym przez Larry'ego McCaffery'ego wyjaśnił, jak doszło do powstania tej powieści, która ukazała się dzięki Terry'emu Carrowi. Terry Carr, zdobywca pierwszej Nagrody Hugo dla niezależnego edytora, zaproponował Gibsonowi, by napisał powieść. Gibson zgodził się bez zastanowienia. Terry Carr szukał obiecujących debiutantów, by stworzyć nową serię - Ace Science Fiction Specials, celem serii miało być zwrócenie uwagi na nowych powieściopisarzy. Kolegami Gibsona, których książki ukazały się w tej serii byli m.in. Kim Stanley Robinson, Michael Swanwick i Howard Waldrop. Czemu wspominam całą tę historię? Dlatego, że podchodząc do „Neuromancera”, traktowałam Gibsona jako autora o ugruntowanej pozycji, jako wizjonera, który stworzył cyberpunk. Byłam przekonana o jego geniuszu, pisarza z nieprzeciętną wyobraźnią. Owszem „Neuromancer” na tamte czasy był wizjonerski, ale Gibson podchodząc do pisania powieści wcale nie miał tego świata poukładanego tak na 100%. Gdy zaproponowano mu napisanie powieści uważał, że jest to o pięć lat za wcześnie, był, jak sam mówił w wywiadzie „zwierzęco przerażony”. A jest to o tyle ważne, że miało to wpływ na „Neuromancera”.

Henry Dorsett Case to dwudziestoczteroletni były haker komputerowy, który popełnił, jeden, ale fatalny w skutkach błąd, a mianowicie próbował okraść swojego zleceniodawcę. W „nagrodę” pracodawca uszkodził mu system nerwowy wojenną, rosyjską mytotoksyną, co uniemożliwiło Case'owi poruszanie się w cyberprzestrzeni. Od tamtej pory uzależnił się od prochów, traktuje własne ciało jak skrzynkę/etui (nomen omen w ang. case) na umysł i zamieszkuje na ziemi niczyjej, czyli w Mieście Nocy z Ninsei. I pewnie popełniłby w końcu samobójstwo lub przedawkował narkotyki, gdyby na drodze nie stanęła mu Molly Millions ze swoim szefem Armitagem. Oferuje on Case'owi wyleczenie systemu nerwowego, w zamian za jego usługi „kowboja konsoli”. Oczywiście Case wyraża zgodę i od tego momentu wpada w dziwne i pogmatwane relacje związane z tajemniczym Armitagem, sztucznymi inteligencjami Wintermutem i Neuromancerem, z ludźmi od Turinga, a także z zaibatsu Tessier-Ashpool. A poczynania Case'a przejdą do legendy Ciągu.

Jak sam William Gibson powiedział w wywiadzie, pisząc „Neuromancera” był opanowany przez „Panikę. Ślepą zwierzęcą panikę. (…) Neuromancer jest wypełniony przez mój
Pierwsze polskie wydanie
Wydaw. Alkazar, 1992 r.
Okładka Andrzej Łaski
straszliwy lęk przed utraceniem uwagi czytelnika” („Panic. Blind animal panic. (…) Neuromancer is fueled by my terrible fear of losing the reader's attention”.). Czytając powieść musiałam się wyjątkowo skoncentrować na treści, ponieważ moment dekoncentracji i traciłam wątek. Dziwne było, że co przeczytałam fragment, za chwilę nie pamiętałam, co czytałam. Ewidentnie widać, że Gibson miał swoją wizję i wszystkie pomysły chciał „upakować” naraz, co więcej świetnie je on rozumiał, natomiast niekoniecznie tłumaczył je czytelnikowi. Wiele czasu zabrało mi na przykład zrozumienie czym jest Ciąg i gdyby nie drobne poszukiwania w Internecie, pewnie do głowy by mi nie przyszło, że nie tylko jest to byt w cyberprzestrzeni, ale przede wszystkim jest to megapolis, potoczna nazwa od skrótu BAMA, czyli Boston-Atlanta Metropolitan Axis. A świat Gibsona jest wielopłaszczyznowy i skomplikowany, ludzie nie tylko żyją w świecie realnym, ale również wirtualnym. Rzeczywistość opanowana jest przez narkotyki, inżynierię medyczną, kowbojów konsoli, marionetkowe prostytutki i ciche wony zaibatsu, czyli kartele rodzinne. Ten świat z jednej strony jest okrutny, bezlitosny i odhumanizowany, wręcz ztechnologizowany, z drugiej jednak strony każdy przedstawiony bohater ma swoje pragnienia, porażki i marzenia.

Na początku pisałam, że tę książkę również zbyt późno przeczytałam, tak jak „Diunę”, choć z całkiem innego powodu. Wizja Gibsona, jego cyberprzestrzeń, matryca, deki, konsole, wirtualna rzeczywistość, cyberpunk, to elementy fantastyki, które zostały już wyeksploatowane i przebrzmiały, choć czasem pojawiają się w literaturze i filmie. Przed przeczytaniem „Neuromancera” widziałam już „Blade Runnera. Łowce androidów (film Ridleya Scotta z 1982 r., czyli generalnie wcześniejszego niż Neuromancer), „Johnnego Mnemonica” ( film Roberta Longo z 1995 r. ze scenariuszem Gibsona), „Ghost in the Shell” (anime Mamoru Oshii z 1995 r.; film fabularny będzie miał premierę w 2017 r.), czy serię Matrix braci Wachowskich. Czytając „Neuromancera” nie musiałam zderzyć się z wizją Gibsona, tak jak czytelnicy z 1984 r., co ułatwiło mi odbiór, ale niestety odebrało też lekturze tego niesamowitego efektu „WOOOW”.

Polecam przeczytać wywiad z autorem przeprowadzony przez Larry'ego McCaffery  --> TUTAJ, z którego można dowiedzieć się, jak wielki wpływ miała na pisarza współczesna mu literatura, przede wszystkim twórczość Thomasa Pynchona, i muzyka. W wywiadzie autor zdradza skąd czerpał pomysły na niespotykane dotąd w literaturze słownictwo, jak wypłaszczenie, dermatrody, lód (od LODu) lalki („puppets” - choć lepsze byłoby tłumaczenie marionetki), czy nazewnictwo, jak Rycząca Pięść (ang. Screamming Fist). Dla bardziej zainteresowanych lub tych, którzy pogubili się w zagmatwanej fabule powieści, polecam analizę „Study Guide for William Gibson: Neuromancer (1984)” - -> TUTAJ

Czy polecam „Neuromancera”? Tak i nie. Jeśli ktoś ma ochotę po prostu na dobrą powieść w stylu cyberpunka, to polecałabym tom drugi Ciągu, a mianowicie „Grafa Zero”, w niewielkim stopniu nawiązuje do „Neuromancera”, można go swobodnie czytać, a fabuła jest bardziej poukładana i wciągająca. Jednak jeśli jest się wytrwałym czytelnikiem i chce się zapoznać z rozwojem cyberpunka, zobaczyć od czego te wszystkie matrixy się zaczęły, jak niesamowity był wszechświat Gibsona w roku '84, to koniecznie trzeba przejść przez tę powieść.

Ocena: 8/10
Przesłanie: „Ab ovo”.


czwartek, 15 października 2015

"Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć" - Paolo Bacigalupi


„Nakręcana Dziewczyna”

Zdobywczyni HUGO, NEBULA, LOCUS 2010

To najbardziej oczekiwana powieść fantastyczna roku. Bacigalupi czerpie pomysły ze swoich wielokrotnie nagradzanych opowiadań i je rozwija, badając je głębiej i dokładniej niż dotąd. Wyniki są imponujące. Już nigdy nie da się patrzeć na przyszłość tak samo, jak przedtem.
C. C. Finlay, autor serii “Traitor to the Crown”.

“Pompa numer sześć”

Debiut Paolo Bacigalupiego – ten zbiór opowiadań pokazuje siłę i zasięg opowiadania fantastycznego. Sednem twórczości Paolo jest krytyka społeczna, polityczna przypowieść i dyskurs ekologiczny. Każde z zawartych tu opowiadań ostrzega i jednocześnie zachwyca się tragikomedią ludzkich przeżyć. Utwory Paolo ukazywały się już w różnych dorocznych antologiach, były nominowane do Nebuli i Hugo oraz zdobywały nagrodę Theodore Sturgeona za najlepsze opowiadanie fantastyczne.
„Nie cierpię go. Pojawia się znikąd, pisze jak szalony anioł, zgarnia nagrody i wytrąca nas, starych wyjadaczy, z równowagi opowieściami o czymś, co jeszcze nie przyszło nam do głowy. (Na przykład ten głupi biopies!). A do tego jest młody i przystojny. Dobrze, że chociaż nazwisko ma nie do wymówienia.”

Terry Bisson, autor “Numbers Don’t Lie” i “Greetings”

Paolo Bacigalupi to najlepszy autor opowiadań, jaki pojawił się w ciągu ostatniego dziesięciolecia. To Ted Chiang nowego milenium. W niezapomniany sposób potrafi połączyć piękny styl, wstrząsające obrazowanie i szokujące pomysły.

Robert J. Sawyer, laureat Hugo za powieść „Hominidzi”

Te opowiadania, drapieżne, inteligentne i precyzyjnie odmalowane, zaliczają się do moich ulubionych „okrutnych historii” i dydaktycznych przypowieści XXI wieku. Paolo Bacigalupi ewidentnie jest piątym jeźdźcem Apokalipsy, no wiecie, tym, co w wolnym czasie pisuje fantastykę.

Kelly Link, autorka „Magii dla początkujących”.

[Wydawnictwo Mag, 2011]

AGA:

Napisanie recenzji książki Paolo Bacigulapiego pt. „Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć” przychodzi mi z wielkim trudem, prawie tak dużym, jak sięgnięcie po nią. To ociąganie się nie jest wynikiem niechęci, czy oporu względem reprezentowanego przez pisarza nurtu science fiction, ale ze względu na swą wielkość, dosłowną i przenośną. Ten dwupak z Uczty Wyobraźni zebrał dotychczas tak wiele nagród i doskonałych recenzji, że wiedziałam, że potrzebuję właściwego momentu, by spokojnie siąść, i nie z doskoku, zapoznać się z twórczością tego autora. I tak minęły cztery długie lata. Jednak warto było poczekać i nacieszyć się nią do woli. Natomiast pisanie recenzji jest dość trudne, bo Paolo Bacigulapiego świat albo się od razu pokocha, albo nigdy się go nie zrozumie i znienawidzi, dlatego ci pierwsi recenzji nie będą potrzebowali, a ci drudzy nie zgodzą się z moim zdaniem nigdy. Zawsze jednak pozostają ci niezdecydowani.

„Nakręcana dziewczyna” to zbiór dziesięciu opowiadań i jedną krótką formą literacką, który zebrał wiele nominacji i nagród, w tym między innymi Nagrodę Locusa za najlepszy zbiór opowiadań. Większość tekstów trzyma dość równy poziom, oczywiście niektóre widać, że są bardziej dopracowane, inne mniej, ale jak na zbiór, jest całkiem nieźle, no może z jednym wyjątkiem, ale o tym później, a zacznę od tych zdecydowanie najlepszych.

Światy Paolo Bacigulapiego to zdecydowanie daleka, choć może nie zastraszająco odległa, przyszłość, w której wspólnym mianownikiem są problemy związane z ekologiczną apokalipsą lub z technologicznym Armageddonem. Zagadnień poruszanych w opowiadaniach jest tak wiele, że ciężko je wszystkie tak naprawdę wymienić. Niektóre z nich nawiązują do poruszanych już wcześniej przez innych pisarzy zagadnień związanych z techno-zachwytem. Tak na przykład opowiadanie „Kieszeń pełna dharmy” (Pocketful of Dharma , 1999) sentymentalnie nawiązuje do powieści Williama Gibsona i jego pomysłów wykorzystania nowych technologii do przenoszenia różnych danych. Zaskakujące jest jednak u Bacigulapiego to, CO jest zawarte w małej elektronicznej kostce pamięci. Pomysł na przenoszenie osobowości-duszy człowieka w kostce pamięci, implikuje zaskakujące problemy natury zarówno etycznej, jak i religijnej. Inne opowiadanie „Pompa numer sześć” (Pump Six, 2008), pewnie przypadkowo, ale jednak skojarzyło mi się z niedawno czytanym „Przedrzeźniaczem” Waltera Tevisa, w którym ludzie przez i dzięki robotom, zapomnieli wiele rzeczy i umiejętności, a tutaj ludzkość degeneruje intelektualnie w wyniku zbyt doskonałej technologii, która tak długo się nie psuła, aż wszyscy zdolni inżynieryjnie wymarli. „Fletka” (The Fluted Girl , 2003), trochę idiotyczne opowiadanie, którego pomysł mógłby zostać inaczej opracowany, o kobietach-instrumentach, traktuje o nieograniczonych możliwościach genetyki, która wykorzystywana jest ku uciesze dystyngowanej i „szlachetnej” gawiedzi, tworząc nowy rodzaj niewolnictwa genetycznego. Historia Lidii stworzonej, by cieszyć i zabawiać publiczność, przypomina, co prawda baśniowe opowiadanie Catherynne Valente „Subtelną architekturę”, gdzie dziecko również stworzono ze słodyczy ku uciesze królewskiej pary. Bacigalupi podejmuje też problem przeludnienia, choć z całkiem innej perspektywy niż inni autorzy, w „Regulatorze” (Pop Squad , 2006), gdzie problemem populacyjnym staje się długowieczność, czy w „Paszo” (The Pasho, 2004), ukazano, podobnie jak w cyklu opowiadań Mike'a Resnicka „Kirynyaga”, nierozwiązywalny dylemat pomiędzy zachowaniem własnej kultury, nawet kosztem gorszych warunków życiowych, a globalizacją i postępem technologicznym, często ratującym życiem. Te opowiadania ewidentnie nawiązywały według mnie do wielu tematów i problematyki wcześniej już podejmowanej przez innych autorów science fiction, jednak nie znaczy to, że stanowią one przysłowiowy „odgrzewany kotlet”. Nie, Bacigalupi umiejętnie odświeża w kółko przewijające się kwestie w literaturze, nadając im ciekawy koloryt, podkręca każde opowiadanie poprzez inny punkt widzenia lub spostrzeżenia. Poza tymi opowieściami jest też kilka całkowicie świeżych, które można by nazwać eko-punkiem. „Kaloriarz” (The Calorie Man, 2005), „Łowca tamaryszków” (The Tamarisk Hunter, 2011), „Ludzie piasku i popiołu” (The People of Sand and Slag, 2004), to dystopie ekologiczne ukazujące efekt zanieczyszczenia środowiska, deficytu wodnego, genetycznie modyfikowanej żywności, monokultur, załamania się łańcuchów dostaw, czy wyczerpania surowców. W nich ukazuje się w pełni troska i aktualność problemów, z którymi możemy się w przyszłości zmierzyć. Na koniec autor poruszył również problemy migracji w „Człowieku z żółtą kartą” (Yellow Card Man, 2006), a także monopolu farmaceutycznego w „Maleńkich ofiarach” (Small Offerings, 2007). Na tym tle bardzo wizjonerskich i wrażliwych pod względem kondycji człowieczej i środowiskowej opowiadań, „Miękki” (Softer, 2007), najgorszy ze wszystkich utwór, wydaje się być całkowicie nie na miejscu, odstaje on od reszty zarówno poziomem, jak i podejmowaną tematyką zbrodni.

W opowiadaniach Bacigulapi mógł skupić się przede wszystkim na koncepcie, takimi między innymi jak: biopies ukazujący odhumanizowanego człowieka; czy spektakularny wynalazek bioinżynieryjny w postaci robaków symbiotycznych, który likwiduje problem wyżywienia ludzkości, jednocześnie doprowadzający do likwidacji słabszych gatunków, jako zbyt kosztownych elementów sieci życia; albo płody dziecięce jako filtry odtruwające organizm matki. Najszersze jednak spektrum twórczych możliwości rozwinął autor w „Nakręcanej dziewczynie” (The Windup Girl, 2009), będącej rozszerzeniem i kontynuacją opowiadania „Człowiek z żółtą kartą”.

Tajlandia, Bangkok, izolujące się gospodarczo państwo, walczące o niezależność i samowystarczalność. Na północy Tajlandię gnębią wszelakiego rodzaju zarazy dziesiątkujące roślinność, a na południu, w Bangkoku, ludzie starają się bronić przed wdzierającym się oceanem i zgubnym wpływem pasatów. Na tym tle odwiecznej walki człowieka o przeżycie, działają jeszcze inne siły – polityczne i ekonomiczne; cudzoziemcy, zwani pejoratywnie farangami, próbują otworzyć rynek tajlandzki na firmy kaloryczne i inne „dobra” Zachodu, a Ministerstwo Środowiska ściera się w walce o wpływy z Ministerstwem Handlu. Na tle wielkich ruchów historycznych pojedyncze jednostki próbują znaleźć dla siebie niszę, dążą do własnych celów i starają się przetrwać; Hock Seng, tytułowy człowiek z żółtą kartą, uciekinier z Malezji, pragnie ponownie stać się armatorem i odbudować swoją firmę handlową, Anderson Lake, próbuje wytropić źródło nieskażonej żywności i nielegalnego genhakera, Emiko, nakręcanka, marzy o podróży w głąb dżungli do wioski Nowych Ludzi (genetycznie wyhodowanych), a Jaidee, dowódca białych koszul, próbuje utrzymać zarazę cudzoziemską i epidemie biologiczną z dala od miasta. Bacigalupi przedstawił Bangkok jako tykającą bombę ekologiczną, ekonomiczną i polityczną, gdzie świat przyszłości gnębiony jest przez firmy kaloryczne, zarazy, epidemie, technologiczne wynaturzenia, głód, biedę, niedostatek energii, genhakerów i siły przyrody. Jest to powieść prezentująca jeden z możliwych scenariuszy przyszłości, będącej konsekwencją aktualnego działania człowieka na polu zarówno ekologicznym, przemysłowym, jak i ekonomicznym.

Wizje Paolo Bacigulapiego dotyczące ewentualnego rozwoju technologii, genetyki, przemysłu i handlu są odrażająco niepokojące. Jego opowiadania, jak i powieść, prezentują niewielki wycinek zagrożeń, jakie niesie niekontrolowana i nieprzemyślana działalność człowieka. Sam autor stwierdził w wywiadzie (1), że zachłysnęliśmy się możliwościami technologicznymi, że nie lubimy zastanawiać się nad ewentualnymi, długofalowymi skutkami naszych poczynań, bo to nas unieszczęśliwia. W swoich opowiadaniach stara się ukazać fantastyczne rozwiązania technologiczne, jak na przykład robaki symbiotyczne, które pozwalają człowiekowi konsumować wszystko, które rozwiązują wiele problemów, np. kwestię głodu, ale nie koniecznie mogą być w rzeczywistości tym do czego dążymy. Dochodzi do wniosku, że technologia nie jest równoznaczna z mądrością, nie zapewnia jej. Zastanawia się, czy my, jako ludzie jesteśmy mądrzy? Czy będziemy mądrzy? A jeśli tak, to JAK będziemy mądrzy? Piętnuje naszą rzeczywistość, nasze uwielbienie dla gadżetów, dla techno-zabawek, nasz styl życia „szybko - i – prosto”, bez zastanowienia i refleksji. Dystopia Bacigulapiego dostarcza znacznie więcej intensywnych doznań niż, jakakolwiek inna powieść, świat wykreowany jest odpychający, zatrważający, a jednocześnie fascynuje swoimi spekulacjami i potencjalnością.

Opowiadania, jak i powieść napisane są bardzo dobrze, wsparte wiedzą i doświadczeniemautora, zdobytym podczas wielokrotnych pobytów w Azji. Jego wizje przyszłości są zatrważająco możliwe i ukazują nasze aktualnymi działanie, lekkomyślne postępowanie i niefrasobliwe wykorzystywanie nowinek technologicznych i zasobów, w bardzo krytyczny i przejrzysty sposób.

Paolo Bacigalupiego wpisuję na listę moich ulubionych pisarzy. Mam nadzieję, że nadal będzie trzymał tak wysoki poziom, choć życzę mu, aby spróbował również tematyki odmiennej od dystopii ekologicznej. Z pewnością sięgnę po jego najnowszą powieść „Wodny nóż” (premiera 16 października 2015), która wydaje się rozwinięciem opowiadania pt. „Łowca tamaryszków”.

(1) http://grist.org/article/bacigalupi/

Polecam stronę autora:

i wywiady:

  • A book that was originally written in a different language.
  • A book you own but have never read.
  • A book by an author you have never read before.
  • A book set in the future.
  • A book at the bootom ofyour to-read list.
  • A popular's author first book.
  • A book set in different country.
  • A book of short stories.
  • A book with a number in the title.
  • A book with more than 500 pages.


Ocena: 10/10
Przesłanie: „Technologia nie gwarantuje mądrości.”