Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 marca 2021

"Cień i Kość" - Leigh Bardugo

 

„Cień i kość”, amerykańskiej autorki Leigh Bardugo to jeden z największych bestsellerów młodzieżowego fantasy ostatnich lat. Książka trafiła na listę bestsellerów New York Timesa, prawa wydawnicze zostały sprzedane do kilkunastu krajów, a prawa do wersji filmowej wykupił sam producent filmów o Harrym Potterze. „Cień i kość” to pierwszy tom trylogii Grisza, która urzeka niezwykle barwnym światem i wciągającą miksturą przygód, magii i emocji.

Ravka, niegdyś potężna i dumna, jest dziś otoczona przez wrogów i rozdarta przez Fałdę Cienia: pasmo nieprzeniknionej ciemności, w której czają się przerażające potwory. Niespodziewanie pojawia się nadzieja: samotna, młodziutka uciekinierka jest kimś więcej, niż się wydaje…

Alina Starkov nigdy w niczym nie była dobra. Kiedy jednak pułk, z którym podróżuje przez Fałdę, zostaje zaatakowany, a jej najlepszy przyjaciel Mal odnosi ciężkie rany, Alina musi coś zrobić. Odkrywa w sobie uśpioną moc, która ratuje Malowi życie – moc, która może też okazać się kluczem do wyzwolenia wyniszczonego przez wojnę kraju.

Potęga ma jednak swoją cenę.

Przemocą oderwana od wszystkiego, co jej znane, Alina trafia na dwór królewski, aby uczyć się na Griszę, członkinię władającej magią elity pod wodzą tajemniczego Darklinga.

W tym pełnym przepychu świecie nic nie jest takie, jakim się wydaje. Podczas gdy światu grozi ciemność, a całe królestwo liczy na nieujarzmioną i nieprzewidywalną moc Aliny, dziewczyna będzie musiała się zmierzyć z sekretami Griszów… i własnego serca.

[Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2013]

[Opis i okłądka: Lubimy Czytać ]


AGA:

„Cień i kość”, to doskonały przykład powieści, której etykieta „literatura młodzieżowa”, po prostu szkodzi. Zazwyczaj nie sięgam po takie tytuły, które zazwyczaj trącą infantylnością, zaspokajać potrzeby młodego czytelnika, a po debiuty, nie sięgam nigdy. Tom pierwszy Trylogii Griszy leżałaby zapewne jeszcze długo na półce, gdyby nie zapowiedź serialu na Netflxie.

Zapowiedź filmowa Netflixu. Niestety z tego drobnego fragmentu można już zauważyć rozbieżności

Ravka to królestwo podzielone przez Fałdę Cienia, mroczny pas przecinający krainę, w której żyją drapieżne potwory. Królestwo, aby nie upaść musi dbać o handel. Niestety rządzone jest przez nieudolnego króla, którego szczęśliwie dla Ravki, wspierają najbardziej zdolni, utalentowani, posiadający niezwykłe moce Griszowie. Najpotężniejszy z nich – Darkling, od lat poszukuje sposobu na zniszczenie mroku. Jego promykiem nadziei staje się Alina Starkow, kartografka, która wypuszczając się w pierwszą podróż przez Fałdę, uwalnia niezwykłe moce. Tak rozpoczyna się przygoda młodej dziewczyny, która zostaje wciągnięta w wielką politykę, a w świecie wielkich salonów, nigdy nie wiadomo, czy wszystko jest takie, jakim zdaje.

Książka nie rozczarowała mnie w żadnym aspekcie, a nawet kilka razy mnie zaskoczyła. Fabuła, choć prosta w swojej konstrukcji, to jednak dobrze skonstruowana, a kilka rozwiązań fabularnych, uchroniło ją przed sztampą. Język, konstrukcja świata, prezentacja faktów na jego temat, jest klarowna i nie odciąga czytelnika od wartkiej akcji. Nie ma zbędnych, rozwlekłych fragmentów i przede wszystkim pisarka nie uległa pokusie tworzenia zawiłego świata, co często się debiutującym pisarzom zdarza. Jednak, co najbardziej mnie urzekło w powieści, to fakt, że nie jest lukrowata. Największym lękiem napawają mnie powieści młodzieżowe, gdy ukazują romantycznie, nieskazitelny świat, w którym największym niebezpieczeństwem są koledzy ze szkolnej ławki, gdy bohater zostaje rzucony na głęboką wodę, wypełniająca po brzegi uczelnię dla wybrańców. I przez chwilę czytając „Cień i kość”, obawiałam się, że autorka również ulegnie szkolnemu marazmowi, ale jednak nie. Większość ludzi, których Alina spotyka na swej drodze, miejsca, które odwiedza, historii, których słucha, okazuje się inna, niż początkowo się jej wydaje. Tym Leigh Bardugo sobie mój czas i uznanie zyskała.

Jeżeli czytaliście baśnie braci Grimm, opowieści baśniowe Catherynne Valente i Naomi Novik, to odkryjecie w „Cieniu i kości” tę złowieszczą przekorę, to inne bardziej drapieżne spojrzenie na rzeczywistość. Oczywiście nadal pozostaje powieścią młodzieżową, która jest lekką w odbiorze, wciągającą historią Aliny, która szukając własnej tożsamości, próbuje przeżyć i uratować królestwo.

Ocena: 9/10

_____________________________________________________________________


   
Zdjęcie z Encyklopedii Fantastyki

   Leigh Bardugo urodzona 6 kwietnia 1975 r. w Izraelu, mieszkająca obecnie w USA autorka młodzieżowego fantasy. Sławę przyniósł jej cykl Grisza, na którą składają się opowiadania i trylogia oraz dylogia.

  W Polsce książki L. Bardugo wydawało Wydawnictwo Papierowy Księżyc i Wydawnictwo Mag.


środa, 20 marca 2019

"Dziewczynka z atramentu i gwiazd" - Kiran Milwood Hargrave

„Arinta była bardzo odważną dziewczyną. Mieszkała w samym środku wyspy Moya tysiąc lat temu, kiedy wyspa unosiła się na powierzchni oceanu niczym żywy statek. Nie było lasu, nie było granic, nie było Zapomnianych Ziem, a na każdym drzewie śpiewały ptaki. Pewnego dnia jednak ognisty demon, który zamieszkiwał niespokojne dno morza, zauważył przepiękną pływającą wyspę i zapragnął jej dla siebie. Demon nazywał się Yote…” 

Isabella ma trzynaście lat. Jest równie odważna co Arinta. Uwielbia słuchać legend opowiadanych przez Ta i studiować jego mapy, na których na pergaminie wyczarowuje dalekie kraje. Isa nie marzy jednak o podróży do egzotycznego Afrik, chce zwiedzić wzdłuż i wszerz rodzimą wyspę i narysować mapę Moya. 

Płonne nadzieje. Przyszło jej bowiem żyć w czasach terroru Gubernatora Adori, który odgrodził Gromerę od reszty wyspy, wygnał część mieszkańców, a reszcie broni dostępu do pobliskiego lasu i rozciągających się za nim Zapomnianych Ziem. Wszystko zmienia się, kiedy w tajemniczych okolicznościach znika córka Gubernatora i szkolna przyjaciółka Isabelli, Lupe. Adori szuka śmiałków do wyprawy poszukiwawczej. Przebrana za chłopca, uzbrojona w tusz, pergamin, wiedzę przekazaną przez Ta i mapę gwiazd, Isa zgłasza się do tej niecodziennej drużyny jako kartograf i przewodnik. 

Kierując się mapą, sercem i starożytnym mitem, Isabella odkryje w końcu prawdziwy cel swej podróży – musi ocalić wyspę Moya. 

Dziewczynka z atramentu i gwiazd uwodzi czytelnika pełnym kartograficznych znaków wnętrzem, przygodą i magią. Prawa do tego błyskotliwego debiutu literackiego niespełna trzydziestoletniej, a już uznanej i nagradzanej Kiran Millwood Hargrave sprzedano dotychczas do 20 krajów!

[Wydawnictwo Literackie, 2019]
[Opis i okładka: https://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/5010/Dziewczynka-z-atramentu-i-gwiazd/]

Ksiazka zrecenzowana dla Secretum.pl

AGA:

Każdy z nas nosi ze sobą mapę swojego życia . Mamy ją na skórze, w sposobie poruszania się, a nawet w tym, jak rośniemy i dojrzewamy.

Kiran Milwood Hargrave zabierana przez rodziców w wiele podróży po świecie, trafiła pewnego razu na La Gomerę, jedną z siedmiu Wysp Kanaryjskich. Tam podziwiając nie tylko piękne wulkaniczne krajobrazy, poznawała również mitologię Guanczów i zastanawiała się, jakby to było stać i patrzeć na te wszystkie dziwne wytwory natury, zastygłe jęzory lawy, martwe lasy i nie mieć świadomości, skąd, ani dlaczego powstały.

Tak narodził się świat Isabelli, córki kartografa z wyspy Moya. Dom Riosse niesie ze sobą gorzko-słodki posmak. Każdy odnajdzie w nim odrobinę własnego świata. Rodzina bowiem doznała strat, nie ma w nim już Ma i Gabo, mamy i brata Isy, ale jest pasja tworzenia map, zapach papieru i atramentu, wspólne marzenia ojca i córki o podróżach i jest, co najważniejsze, miłość i troska o drugą osobę. W Gromerze bowiem panuje dyktat Gubernatora, który jak za czasów kolonialnych, twardo i bez skrupułów wyzyskuje miejscową ludność, a w takich warunkach, ciężko nie poddać się smutkowi i zniechęceniu. Isabella pomimo radość odnajduje w spędzaniu czasu z przyjaciółmi - rosłym Pablem, zadziorną kura Panią La i koleżanką z klasy, Lupe, córką nielubianego Gubernatora. Dni toczyłyby się dla wszystkich jednakowo, gdyby nie dziwne znaki, które, jak mawia Masha, matka Pabla, zwiastują katastrofę; zwierzęta uciekają z wyspy i się topią, a jedna z uczennic wioskowej szkoły, ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Minorowe nastroje urastają do buntu przeciwko Gubernatorowi, gdy ten lekceważy śmierć dziewczynki i próbuje uciec z wyspy. Przyjaźń Isabelli i Lupe zostanie wystawiona na próbę, tym trudniejszą, że w ich życie i życie całej społeczności wmiesza się mityczny demon Yota.

Motyw kartografii w powieści, pani Hargrave zaczerpnęła z własnego dzieciństwa, gdy wodziła palcem po mapach wielkiego atlasu i wymyślała zabawy w miejscach, gdzie się akurat zatrzymał jej wzrok. Ta więź między dzieckiem a rodzicami, która nawiązuje się, gdy łączy ich wspólna pasja, przebija przez całą książkę. Jednak to przyjaźń jest motywem przewodnim. To ona bowiem pcha Lupe do karkołomnej wyprawy w głąb wyspy, by udowodnić Isabelli, że nie jest tak samo zepsuta, jak jej ojciec, i to ona pcha Isabellę na ratunek przyjaciółce. Ich wspólne zmagania z przeciwnościami, które na ich drodze będzie stawiał demon Yote, pozwolą odrodzić się całej wyspie Moya na nowo.

Należy zwrócić uwagę, że „Dziewczynka z atramentu i gwiazd” to powieściowy debiut Kiran Milwood Hargrave. Jak na osobę tak młodą i niedoświadczoną pisarsko, umiała wyjątkowo plastycznie zaprezentować swój świat. Na tyle mocno odrysowała La Gomerę w Moyi, że czytając powieść czułam fale ocenu i przesypujący się czarny piasek między palcami. Ta obrazowość urzekła mnie od pierwszych stron książki. Przywołała wspomnienia z własnych podróży. Miłe było również odkrywanie krok po kroku, że Yota to Guayota, o którym i jego Tibicenach, szukałam tak niedawno informacji, czytając „Zamęt nocy” Patricii Briggs.

Jednak nie wszystko jeszcze jest dopracowane. Przez całą powieść drażniły mnie dialogi, które były trochę toporne i sztywne, proste i nie tchnęła z nich lekkość. Zdecydowanie nad nimi autorka musi popracować. Druga część fabularna, ta związana w szczególności z wędrówkami Isabelli i Lupe po czeluściach Moyi,  przytłoczone są przez nadmierną ilość wydarzeń  dziejących się na raz. To nierówne tempo, wywołuję trochę chaosu.

„Dziewczynka z atramentu i gwizd” to powieść o przyjaźni i odpowiedzialności, ale przede wszystkim o tym, by być dla siebie nawzajem inspiracją. Arinta, legendarna bohaterka, prowadziła Isabellę odważnie przez życie, dawała jej odwagę, natomiast Isabella dała Lupe powód, by ta udowodniła, że jest szlachetną i dobrą dziewczynką. Czasem ktoś musi wyjść ze swego kokonu konformizmu, inaczej całe społeczności mogą legnąć w gruzach.

Ocena: 8/10

wtorek, 22 stycznia 2019

"Gdzie śpiewają diabły" - Magdalena Kubasiewicz

Historie o więzi bliźniąt są mocno przesadzone, przynajmniej w ich przypadku. Trudno byłoby znaleźć dwie osoby różniące się od siebie bardziej niż Ewa i Piotr. On – twardo stąpający po ziemi. Ona – wiecznie bujająca w obłokach, pogrążona w swoich fantazjach.
A jednak, choć Ewa zaginęła bez śladu już dziewięć lat temu, on nadal jej szuka i nie potrafi odpuścić. Nieoczekiwanie w sprawie Ewy pojawia się nowy trop. Jej zdjęcie znaleziono w rzeczach Patrycji, dziewczyny zamordowanej w miasteczku gdzieś na końcu świata, do którego nie dotarła współczesna cywilizacja. Śledczy rozkładają ręce, ale Piotr bez chwili wahania wyrusza do Azylu, by wypytać miejscowych o siostrę. Tyle że w Azylu nikt nie słyszał o Ewie. Mieszkańcy częstują go za to swoimi wersjami miejscowej legendy o Diable i jego czarownicy. Azyl przypomina miejsca z horroru: mała społeczność, mroczne sekrety
i zmowa milczenia. A może Piotra tylko ponosi wyobraźnia? Co prawda nigdy nie grzeszył jej nadmiarem, ale… W takim miejscu jak to wszystko wydaje się możliwe.

[Uroboros, 2019]

[Opis i okładka: https://www.empik.com/gdzie-spiewaja-diably-kubasiewicz-magdalena,p1220859753,ksiazka-p]

Książka zrecenzowana dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

PATI:

Nie ukrywam, że na “Gdzie śpiewają diabły” - najnowszą książkę Magdaleny Kubasiewicz, czekałam naprawdę z niecierpliwością i była chyba najbardziej wyczekiwaną przeze mnie styczniową premierą. Od autorki, która zaintrygowała mnie w swojej powieści “Spalić wiedźmę”, oczekiwałam czegoś, co mnie zaiste oczaruje. Dlatego z lekkimi wypiekami i niczym trochę wyrodna matka, porzuciłam wszystko, co czytałam w danym momencie, by poświęcić całą swoją uwagę tylko tej pozycji. I niech będzie jasne - nie żal mi ani jednej minuty, którą spędziłam razem z bohaterami tej książki. 

Piotr od 9 lat nie ustaje w poszukiwaniach Ewy - zaginionej siostry bliźniaczki. Kiedy odnaleziono w lesie ciało kobiety - także zaginionej przed wieloma laty, w jej rzeczach było zdjęcie, z którego do Piotra uśmiecha się jego Ewa - starsza, inna i radosna, ale bez żadnych wątpliwości, była to jego siostra. Piotr bierze więc kilka dni urlopu i wyrusza do wioski, na dosłownym “zadupiu”, w poszukiwaniu informacji o swojej siostrze i jej zażyłości z zamieszkałą w niej dotychczas denatką. Co wcale nie dziwi, cała społeczność wspólnie trzyma zmowę milczenia, a okazywana Piotrowi wrogość, upewniają tylko naszego bohatera, że coś jest z tymi ludźmi nie tak, a pośród nich najprawdopodobniej ukrywa się morderca. Do tego w Azylu diabeł śpiewa na dobranoc, a tajemnicza atramentowa tafla jeziora, gdzie według jednej z wersji miejscowej legendy, spoczywa serce zakochanego w czarownicy diabła, przyciąga Piotra niczym magnes. 

Małe miasteczka często skrywają wielkie tragedie, ale także piękne legendy. Hermetyczność autochtonów tak zniechęcająca i nużąca dla ludzi z zewnątrz często ma także swój cel - chronić siebie i najbliższych przed światem spoza granic, zwłaszcza, jeśli miejscowość nosi tak dumną nazwę jak Azyl. Ale kiedy do wioski przybywa młody chłopak Piotr odkrywa, że ogólna wrogość mieszkańców tyczy się tylko jego osoby, bo nie tylko tam “nie pasuje”, ale i zadaje niewygodne pytania. I choć kolejne wersje legendy o Diable i jego Czarownicy mieszają w głowie nawet stojącemu twardo na ziemi i pozbawionemu wyobraźni Piotrowi, to sam główny bohater jawi się czytelnikowi, jako człowiek dość antypatyczny i naprawdę trudno jest go polubić. Nie współczuje mu się ani trochę, kiedy kolejne nieprzyjemności mniejsze lub większe spadają mu na głowę, a same poszukiwania siostry wydają się u niego bardziej obsesją niż prawdziwą potrzebą serca. Jako świadek i “kronikarz” wydarzeń w Azylu był przeze mnie tolerowany tylko dlatego, że razem z nim chciałam dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się z Ewą i kto odpowiada za śmierć nieszczęsnej Patrycji. Niemniej rozumiem zamysł autorki - Piotr był taki jaki być powinien, będąc prozaicznym tłem dla reszty jakże niezwykłych bohaterów.

“Gdzie śpiewają diabły” jest mroczne, z wyważonym humorem, ale za to mocno oparte na polsko-wiejskich korzeniach i z tym niesamowitym Klimatem, przez duże K, którego tak od dawna poszukuję w książkach, a w tak niewielu niestety go znajduję. Oniryczny opis Azylu, wcielonego koszmaru każdego listonosza, jawi się błotem, deszczem, ale też i bzem pachnące z lirycznymi nazwami poplątanych uliczek. Sami mieszkańcy na widok Piotra przechodzą na drugą stronę ulicy, a każda kolejna niechętnie napotkana osoba wydaje się jeszcze dziwniejsza od poprzedniej i ta ciągła powracająca echem legenda o Diable i Czarownicy nigdy nie brzmiąca dwa razy tak samo.

Jeśli chcemy uprościć książkę to jest ona o zdradzie, miłości i zazdrości, jeśli nie… to odnajdziemy w niej o wiele więcej. To opowieść o… opowieści, która ma tyle wersji, ile ludzi nią żyje i oddycha, ale także tworzy ją w niej uczestnicząc. A także o rzeczach, których wybaczyć się nie potrafi, bo nawet wielka miłość nie musi skończyć się zawsze amerykańskim happy endem, tylko jakby bardziej polską goryczą. Jednak to też jest powieść magiczna, której zakończenie tak naprawdę możemy sobie sami wybrać - autorka pozostawia nam pełną dowolność, w co chcemy wierzyć, a w co nie. Tylko, że wybór “naszego” zakończenia przewrotnie określa także i nas samych oraz naszą przynależność do jednego z dwóch światów: do magii Azylu lub pokrytego smogiem Krakowa. Ja osobiście wolę oddychać mgłą i magią znad atramentowo czarnego jeziora Diable bo przecież “za uśmiech diabła warto oddać dusze”. I za tę książkę także.

Ocena: 9,5/10

wtorek, 11 grudnia 2018

"Jaksa" - Jacek Komuda

Pierwsze fantasy autorstwa Jacka Komudy!

Zanurz się w opowieści o świecie, gdzie dzielni wojowie stają naprzeciw strzyg i upiorów. Gdzie walka o władzę między ludźmi toczy się równie zażarcie, co walka między starymi a nowymi Bogami.
W powietrzu unosi się zapach nieprzebytych borów. Ziemia drży, gdy zastęp koczowników rusza galopem do ataku. Nad pobojowiskiem krążą kruki.
Dawny świat umiera, nowy dopiero zaczyna się kształtować. Tylko krok dzieli ludzi od całkowitego, niszczycielskiego chaosu i zguby.

[Fabryka Słów, 2018]

[Opis i okładka: https://fabrykaslow.com.pl/autorzy/jacek-komuda/jaksa/]

Książka zrecenzowana dla Secretum.pl


PATI:

Jacek Komuda mimo, że wydawany już od wielu lat przez Fabrykę Słów, już dawno rozminął się z fantastyką na rzecz książek osadzonych bardzo głęboko w realiach historycznych. Dlatego też, przez te wszystkie lata był przeze mnie nie tyle co omijany, co bardziej zostawiany “na później”, pewnie gdzieś w okolicy mojej emerytury, za te lat pewnie milion, jak, i o ile dożyję. Ale “Jaksa” promowane jako słowiańskie fantasy, które zauważalnie przechodzi swój renesans, skusił mnie nie tylko ze względu na samą tematykę, ale właśnie też i autora.

Jak się okazało “Jaksa” to przykład na to, że już życie zaledwie 6 letniego dziecka może być absolutnie przerąbane dosłownie i w przenośni. Miłosz z Drużycy (ojciec chłopaczka) popełnił czyn, uważany przez jednych za zdradę, przez innych za niehonorowy i niegodny rycerza. Fakt ten sprawia, że na jego syna polują nie tylko Hungarowie, co to ostrzą sobie na niego i zęby i palik, ale również ocalałe resztki rycerstwa, czy nawet zwykli niewolni. A ile sił może mieć zdesperowana matka, by chronić swoje dziecko, przekonacie się czytając “Jaksę”.

Chłopak ma jednak coś, co zdarza się bardzo rzadko - szczęście mu sprzyja, a i rozum też, jak na 6 latka, całkiem sporej wielkości posiada. I choć wszyscy wokół niego padają jak muchy, to ten fart “ostatniej chwili” nie opuszcza go i pomaga przeżyć, a my otrzymujemy dość brutalną opowieść o jego życiu, przerywaną białymi plamami, które sami musimy sobie wypełnić. Bo “Jaksa” to nie jest stricte powieść, ale bardziej opowiadania połączone osobą tytułowego bohatera. A sam Jaksa, jawi się nam jako zahartowany w bojach, trudny i niezmordowany przeciwnik, który ścigany przez całe życie i zaszczuty wyrasta na człowieka ze stali.

Przemoc, przedziwna gwara, język powieści i początkowy chaos sprawiają, że kilka pierwszych kartek jest dość trudnych w odbiorze, ale z każdą kolejną przewróconą, jest coraz lepiej i przestajemy się gubić w tajemniczej krainie Lendii. Jest mrocznie słowiańsko w biesich i strzygoniowych klimatach, ale mimo wszystko bardzo swojsko. Z resztą sam Komuda pisze, że jest książką o Polsce i naszym świecie, więc niech Was nie zmyli zmiana gatunku, Komuda po prostu odrzucił prawdę historyczną i pozwolił swojej fantazji napisać książkę o tym, co lubi najbardziej. A ja jestem zachwycona! Książka jest nie tylko krwawa i okrutna, a autor bezkompromisowo pozbywa się kolejnych - mniej lub bardziej ważnych - bohaterów. “Jaksa” to powieść o zemście, ale także i o tym co by się stało, gdyby na Polskę najechali lekko przemieszani i przerysowani Węgrzy i im się udało. Polski naród, zniewolony przez Hungarów, którzy okupują nasze ziemie, wprowadzają swoje własne “porządki”, to iście ciekawa koncepcja, osadzona tak bardzo głęboko w tej naszej wiecznie buntującej się polskiej naturze.

Jedynie koncepcja opowiadań nie do końca mi odpowiadała. Szkoda, naprawdę bardzo szkoda, że Jacek Komuda nie zdecydował się na typową powieść i na wypełnienie tych luk w dziejach tytułowego bohatera. Naprawdę jestem bardzo ciekawa, co działo się pomiędzy opowiadaniami, które zostały tak chronologicznie poukładane.

Co się dzieje, kiedy czołowy przedstawiciel i twórca powieści historycznej, wraca do macierzy i zabiera się za fantasy? Moi Drodzy, dzieje się wiele i do tego dzieje się bardzo dobrze. Nie pozostaje mi nic innego jak polecać “Jaksę” i czekać na jego kontynuację, bo naprawdę warto.

Made in Abyss #1 - Akihito Takushi


W czasach, gdy niemal każdy zakątek świata został odarty z tajemnic, zaledwie jedno miejsce pozostaje niezbadane – ogromny system jaskiń zwany Otchłanią, pełen tajemniczych reliktów i krwiożerczych bestii. Przez wiele lat Otchłań przyciągała śmiałków, którzy, nie bacząc na niebezpieczeństwo, zapuszczali się w jej czeluście w poszukiwaniu przygód i bogactwa.
Żyjąca w mieście na krawędzi Otchłani Riko marzy o pójściu w ślady swojej matki, wybitnej badaczki podziemnego kompleksu. Pewnego dnia podczas jednej z wypraw dokonuje odkrycia, które pomoże jej poczynić pierwszy krok ku osiągnięciu tego celu.

[Wydawnictwo Kotori, 2018]

[Opis i okładka: https://mangastore.pl/made-in-abyss-1-p-2631.html]

Manga zrecenzowana dla Secretum.pl


AGA:

W wrześniu Wydawnictwo Kotori wypuściło na rynek tom pierwszy „Made in Abyss”, przygodowej mangi fantasy dedykowana młodym mężczyznom (seinen). Serię tę, liczącą aktualnie siedem tomów, stworzył Akihito Tsukushi , a manga na tyle spodobała się odbiorcom, że doczekała się już swojego anime.

Akcja „Made in Abyss” rozgrywa się na odległej wyspie na południowym morzu Beolskim. Odkryto na niej ogromną rozpadlinę otoczoną tajemniczym polem siłowym, uniemożliwiającym obserwację z powietrza. Wielu śmiałków pragnąc zbadać to niedostępne miejsce, przybywali i na jej krawędzi zakładali obozy, tak dając początek miastu Orth. Wiele lat później właśnie w nim mieszka dwunastoletnia Riko, która marzy, by pójść w ślady legendarnej matki Anihilatorki Lyzy i zostać Białym Gwizdkiem. Najbardziej czego pragnie, to odnaleźć zaginioną matkę, ale jako Czerwony Gwizdek nie ma na to na razie szans, eksplorując wyłącznie początkowe części Otchłani. Jednak podczas jednej z ekspedycji znajduje chłopca-robota, Rega. Ich znajomość zmieni wszystko.

„Made in Abyss” opatrzone jest klauzulą wiekową “16+”, choć w pierwszym tomie nie spotkałam się z niczym nieodpowiednim, pozostawiam to w gestii rodziców. Tak jak wspomniałam powyżej, jest to manga przygodowa, osadzona w świecie fantasy, której bohaterami są nastolatkowie i to raczej z tej niższej półki wiekowej. Świat wykreowany pociąga tym, co od wieków ludzkość nęci, czyli tajemniczością nieodkrytych lądów, tym romantycznym zewem, by stać się odkrywcą, pomimo niebezpieczeństw. Akihito Tsukushi oczywiście odpowiednio wzbogacił realia o niespotykaną nigdzie indziej faunę i florę, jak nieszkodliwe młotodzioby, czy zabójcze karmazynowe wijce, ale również o enigmatyczne relikty. Wszystko to składa się na spójne tło przygód Riko i Rega.

Manga Tsukushiego oczarowuje również swoją kreską , a także bogactwem szczegółów.
Bardzo mnie cieszy również te kilka kolorowych plansz na wstępie, które pobudzają wyobraźnie.

Komiks dedykowany jest niby młodym panom i możliwe, że w następnych tomach wyjaśni się dlaczego, w obecnym tomie nie znalazłam na to wytłumaczenia.

“Made in Abyss” poleciłabym każdemu bez względu na płeć. Każdy, kto lubi wciągające przygodowe mangi i komiksy osadzone w realiach fantasy, będzie czerpał przyjemność z przygód Riko i z niecierpliwością czekał na następne tomy.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

"World of Warcraft: Cisza przed burzą" - Christie Golden

Nadszedł dzień zapłaty dla Azeroth!

Azeroth umiera.

Siły Hordy i Przymierza odniosły zwycięstwo nad zastępami Płonącego Legionu, ale pod powierzchnią świata czyha prawdziwa katastrofa. W sercu Azeroth zieje śmiercionośna rana, otwarta ciosem miecza upadłego tytana Sargerasa w jego ostatnim akcie okrucieństwa.

Anduin Wrynn, król Wichrogrodu, i Sylwana Bieżywiatr, wódz Hordy i królowa Porzuconych, nie mają wiele czasu, by odbudować to, co zniszczyła wojna, i jeszcze mniej na opłakiwanie tego, co utracili. Straszliwa rana Azeroth sprawiła, że na powierzchnię wypłynął tajemniczy materiał zwany azerytem. We właściwych rękach ta dziwna złocista substancja zdolna jest tworzyć rzeczy niesamowite, w niewłaściwych – może doprowadzić do niewyobrażalnych zniszczeń.

Podczas gdy siły Hordy i Przymierza na wyścigi próbują odkryć tajemnice azerytu i uleczyć zraniony świat, Anduin wprowadza w życie desperacki pomysł zaprowadzenia trwałego pokoju między zwaśnionymi stronami. Azeryt zagraża równowadze sił, zatem Anduin musi zdobyć zaufanie Sylwany; Mroczna Pani ma jednak własne plany.

Aby pokój był możliwy, lata przelewu krwi i wzajemnej nienawiści muszą raz na zawsze przejść do historii. Pozostają jednak sprawy, których żadna ze stron nie chce zaakceptować, ambicje, z których trudno zrezygnować, i odraza, której nie sposób przezwyciężyć. Zarówno Horda, jak i Przymierze pragną ujarzmić potęgę azerytu, a ich nieprzerwany konflikt grozi wybuchem wojny, która pochłonie wszystkich… i przypieczętuje zagładę Azeroth.

[Insignis, 2018]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4854570/world-of-warcraft-cisza-przed-burza]

Książka zrecenzowana dla Secretum.pl

PATI:

Z “Ciszą przed burzą” Christie Golden tracę podwójne dziewictwo - jest to pierwsza książka na podstawie jakiekolwiek gry, jaką czytam i jest to książka o World of Warcraft. WoWie, w którego nigdy nie grałam - jako jedno z niewielu mmo omijałam je szerokim łukiem ze względu na płacenie co miesiąc całkiem sporego abonamentu. Osobiście wolę mmo z worka f2p - free to play, z system item mall, gdzie sama decyduję na co moje ciężko zarobione pieniążki idą i czy idą w ogóle. Do tego docierały do mnie wstrząsające urban legends krążące po sieci, o ludziach którzy zapomnieli, że studiują, że mają dom i rodzinę, a nawet, że należy się myć... bo kolejny rajd i przygotowania do niego były ważniejsze. WoW zawsze więc kojarzył mi się z grą społecznie, finansowo i higienicznie niebezpieczną, zwłaszcza przy łatwości z jaką uzależniam się od gier.

Postanowiłam więc do tej recenzji podejść dwubiegunowo i lekko eksperymentalnie, bo to, że ja nigdy nie grałam w WoWa, nie oznacza wcale, że większości moim znajomym ta gra jest obca. I tak, do wspólnego czytania zaprosiłam więc WoWca znającego tę grę od podszewki, co by tłumaczył mi zawiłości i niuanse fabuły (sic! - źle wybrałam, ale o tym za chwilę) oraz ocenił “Ciszę przed burzą” razem ze mną - totalnym newbie w tej tematyce - z perspektywy gracza/użytkownika. Co prawda mój wybór towarzysza nie był do końca trafny, bo się okazało, że to ten typ, co idzie ubić moby na spocie nie zwracając uwagi po co tylko co i gdzie, ale razem przedzieraliśmy się przez kolejne strony komentując na bieżąco, poczyniając stosowne notatki oraz sprawdzając na necie co ciekawsze kwestie. Z resztą jestem chyba ostatnią osobą, która może rzucać kamieniem o brak czytania dokładnie questów - bo tak naprawdę co mnie obchodzi, że z mobów, z których dropię itemki np. oczka ma być napój dla ciężko chorej córki kuzynki drugiej żony ojca wieśniaka z sąsiedniej wsi, co to zraniła się w nogę ratując z bagna konika sąsiadki, tej o tam pod lasem za studnią. Dawaj expa autochtonie, kasiora i next one. No chyba że to jest “Wiedźmin”, ale o tej grze wieść gminna mówi, że najpierw był chyba jakiś serial, a dopiero potem gry i książki ;) ...

Jak się okazało ku mojemu zdziwieniu sama Christie Golden nie jest mi także całkowicie obca, bo jest to pisarka, która lubuje się w tworzeniu powieści transmedialnych - a więc w jej dorobku jest prawie 50 książek z uniwersum Star Wars/Trek/Craft, Assassin's Creed czy D&D. No i oczywiście kilkanaście pozycji związanych z World of Warcraft. Ja miałam okazję czytać wcześniej “Wampira z mgieł” osadzonego w Ravenloft - czyli jednym ze światów z D&D - i wspominam tę książkę jako przyjemne czytadło w gotycko wampirycznym klimacie.

Sama “Cisza przed burzą” to tak naprawdę prolog do siódmego już dodatku do World of Warcraft - “Battle for Azeroth”, który premierę swoją będzie miał 14 sierpnia. Po dwóch stronach barykady naprzeciw siebie stoją Sylwana Bieżywiatr - aktualny wódz Hordy oraz młody Anduin Wrynn, bardzo naiwnie-idealistyczny król Wichrogrodu. I jako, że młodość rządzi się swoimi prawami, Anduin wierzy i dąży do pokoju z Hordą, a pierwszym krokiem ma być spotkanie między Porzuconymi, a ich ludzkimi żywymi rodzinami. I jak to się mówi, i to bardzo mądrze - dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, a kobiecie nigdy się ufać nie powinno. Książka, więc traktuje o uprzedzeniach, dyskryminacji, nienawiści i strachu przed odmiennością oraz bólu odrzucenia i niezrozumienia. To ważne i ciężkie tematy, więc każda pozycja, która o nich mówi mądrze i z różnych punktów widzenia, jest na pewno lekturą wartościową. Na pewno nie spodziewałam się czegoś takiego po książce dotyczącej gry, więc jak najbardziej w trakcie czytania byłam pozytywnie zaskoczona. Choć język jest raczej prosty i nieskomplikowany, a niektóre zdania brzmią lekko trywialne, to jednak dzięki poruszeniu takiej tematyki książka na pewno bardzo zyskała w moich oczach jak i w odbiorze.
Głównym jednak wątkiem “Ciszy” jest tajemnicza substancja - Azeryt o zadziwiających właściwościach i właśnie o niego będzie się walczyć na nowo wprowadzonych battlegroundach w dodatku. W powieści poznajemy jego pochodzenie i dowiadujemy się dlaczego żadna z frakcji nie chce, by ten materiał dostał się w ręce opozycji. A jest o co walczyć - uwierzcie mi. Wiele wskazuje także na to, że Horda i Przymierze w niedługim czasie będą musiały znowu współpracować.
Minusem tej książki, co zauważyliśmy oboje, jest na pewno to, że występują w niej albo dobre, albo złe postacie, zabrakło nam tej “szarej strefy”, niejednoznaczności i jakichś poważniejszych intryg. Książka jest zdecydowanie przeznaczona dla dość młodych czytelników i w większości, niestety moim osobistym zdaniem, zbyt “przegadana”, ale swoje zadanie, jako prologu, jak najbardziej spełnia w 100%.

O WoWie, jak wspominałam już na początku, wiem niewiele, ale praktycznie bez większych problemów i bardzo gładko zostałam wprowadzona w całą historię i poza kilkoma początkowymi wątpliwościami szybko udało mi się w niej odnaleźć. Książkę może więc bez problemu czytać ktoś, kto z WoWem, tak jak ja, nie miał nic wspólnego, ale myślę że jest to głównie pozycja skierowana dla grających fanów. Jedyne co, to mój czytelniczy towarzysz nie mógł zrozumieć dlaczego oryginalne anglojęzyczne nazwy uległy spolszczeniu zwłaszcza, że WoW nie ma przecież nakładki w języku polskim. Ja za to ze zdziwieniem odkryłam, że nawet z ciekawości mam ochotę sięgnąć po kolejne książki tej autorki - nie tylko, by uzupełnić sobie bardziej chronologicznie całą historię ze świata World of Warcraft, ale i po inne pozycje związane z uniwersum Star Wars.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 25 czerwca 2018

"Tajemnica godziny trzynastej" - Anna Kańtoch


Nina budzi się zziębnięta wśród rozsypanych na posadzce odłamków szkła. Nie wie, gdzie właściwie się znajduje, ani nie pamięta, kim jest. Rozglądając się wokół, zauważa, że odzyskała przytomność w pałacyku, który stoi przy rynku niewielkiego miasteczka. Tydzień wcześniej Nina, Jacek, Tamara oraz Hubert zostali zabrani przez komunistów na ferie zimowe. Mieli je spędzić w urokliwym miasteczku w Bieszczadach, jednocześnie przygotowując się do swoich przyszłych zadań jako elitarna grupa Czerwonych Kapturków, czyli nastolatków zwalczających skutki anielskiej magii. A teraz przerażona, pozostawiona sama sobie Nina, ubrana jedynie w staroświecką suknię z koronkami, odkrywa, że miasteczko jest wymarłe. Nie napotyka żadnych śladów życia, zupełnie jakby wszyscy mieszkańcy nagle zniknęli. Pozostało jedynie zimno i śnieg. Jak się tu znalazła i co się stało z mieszkańcami opuszczonego miasteczka.

[Uroboros, 2018]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4819701/tajemnica-godziny-trzynastej]

Dziękujemy za udostępnienie  książki do recenzji Wydawnictwu Uroboros.


PATI:


Jeszcze nie zdążyłam się nacieszyć dwoma poprzednimi Tajemnicami, a tu już do moich rąk trafiła ich Trzecia część, choć zarazem Trzynasta. A, że ostatni będą pierwszymi, więc od razu na wstępie zaznaczam, że “Tajemnica godziny trzynastej” aktualnie wychodzi na prowadzenie wśród dwóch swoich poprzedniczek. I to chyba zaskakujące najbardziej dla mnie, że każdy kolejny tom cyklu Tajemnic, wydaje mi się jeszcze lepszy i ciekawszy od pozostałych.

“Czerwone Kapturki” znowu spotykają się na akcji, gdy porucznik Lis wysyła dzieciaki na “ferie szkoleniowe” do “najmniej magicznego miasteczka w Polsce” i wychodzi na to, że komuniści nie mogli się już bardziej mylić. Nina, aktualnie Marczak, budzi się przemarznięta na podłodze sali balowej, ubrana w suknie z innej epoki, wśród odłamków rozbitego szkła. Nie tylko nie wie, gdzie się znajduje, ale co gorsza nie wie też kim jest. Wokół wszystko pokrył śnieg, nigdzie żadnych śladów, ni żywej duszy… I już wiemy, że Nina wpadła w kolejne tarapaty. Tak zaczyna się kolejna wielka przygoda dziewczyny, która coś nie ma szczęścia do wakacji, a magia podąża za nią jak upierdliwy stalker - wielbiciel. A miało być tak pięknie - z resztą jak zwykle.

W momencie kiedy Nina, stara się poradzić sobie  w opuszczonym mieście, my rozdział po rozdziale, poznajemy szczegóły ferii, jakie dziewczyna spędzała wcześniej z przyjaciółmi w urokliwym miasteczku “Wilcze Doły” w Karkonoszach. Ja naprawdę uwielbiam te wielowymiarowe, pomieszane chronologicznie zabiegi literackie Anny Kańtoch i jej sposób prowadzenia narracji przeplatające się w czasach i miejscach. Ta niezwykle utalentowana autorka potrafi nawet z książki dla młodzieży stworzyć również ciekawą historię dla dorosłego czytelnika, a do tego jest ona zawsze tak świetnie napisana, że jest to ewenement wśród innych tego typu pozycji. Chylę czoła przed warsztatem, pomysłowością, a chyba najbardziej przed samą realizacją. Pisarka sięga po rozwiązania, które naprawdę rzadko spotyka się w literaturze fantastycznej, a tym bardziej jeszcze tej skierowanej do młodszego czytelnika.

Faktem jest, że tak bardzo zżyłam się z dzieciakami dzięki dwóm poprzednim książkom, że naprawdę trudno mi było ich zostawiać zakopanych pod śniegiem i iść spać. I ze zdziwieniem odkryłam, że naprawdę lubię tę całą ich czwórkę, choć najmniej z nich wszystkich tego nieszczęsnego Jacka. Widać też jak sama Nina rozwija się i powolutku dorośleje, a przebijają się u niej cechy, których brak niejednemu dorosłemu. Potrafi być uczciwa  i krytyczna względem siebie, dostrzega swoje wady, a nie tylko zalety. Nie jest już tak płaczliwie wkurzająca, jak miało to miejsce w Totenwaldzie, więc naprawdę trudno jej nie lubić, a z książki na książkę coraz bardziej przypomnina mi Pratchettowską Tiffany Obolałą. Z resztą nie czarujmy się, sama sytuacja Niny jest naprawdę nie do pozazdroszczenia - z dala od rodziny, której być może już nigdy nie zobaczy, do tego zdeklarowana ateistka często mylona z komunistką, jest zmuszona mieszkać i pobierać nauki w szkole katolickiej. Co gorsza jest zobligowana współpracować z rzeczonymi komunistami i wbrew sobie widzi, że część z nich może nie jest jednak wcale taka do końca zła, a na pewno w pewien sposób docenia i nawet trochę podziwia metody Lisa. Na pewno warto będzie kiedyś usiąść i przeczytać tę całą serię na raz, tak od początku do końca i przyjrzeć się bliżej i dokładniej przemianom jakie zachodzą u Niny.

Pierwsze dwa tomy udało mi się przeczytać praktycznie jeden po drugim, a i teraz zbyt wiele wody w Warcie nie upłynęło między kolejnym. Tak czy siak, mam naprawdę nadzieję, że ta cała historia traktowana jako całość do czegoś dąży. Do chociaż jakiegoś minimalnego “Happy Endu” dla Niny. I mam wrażenie, że kiedy/jeśli Anioły odejdą i Nina utraci swój przenikliwy dar otrzymany w schedzie po Wybrańcu, to naprawdę trudno jej będzie znowu zostać normalną i niczym nie wyróżniającą się dziewczyną. To wszystko co już przeżyła i to, co jej szykuje jeszcze autorka już ją tak zmieniło, że przeciętna to ona już raczej nie będzie.

Mam więc naprawdę nadzieję, że autorka będzie dalej kontynuować tę serię, bo przynajmniej we mnie ma wielką fankę, która z niecierpliwością czeka na następne tomy przygód Niny i reszty Kapturków. No może poza tym nieszczęsnym Jackiem…

Ocena: 8/10

sobota, 28 kwietnia 2018

"Spiżowy gniew" - Michał Gołkowski

Nikt nie wie, kim jest ten człowiek. Wiadomo tylko, że do Hatwaret nadszedł z pustyni. Pewnego dnia pojawił się w zaułku żebraków i po prostu trwał, pozornie bez celu. Do dnia, gdy nagle zniknął za bramami pałacu.
Od tego momentu historia Hatwaretu i Messembrii zaczyna toczyć się nowym torem, przerażającym i niezrozumiałym. Destrukcja i chaos zataczają coraz szersze kręgi, starania o pokój i współpracę zdają się odchodzić w przeszłość.


Zupełnie, jakby jeden przybysz znikąd mógł wpłynąć na losy państw i tysięcy ludzi.

[Fabryka Słów, 2018]
[Opis i okładka: https://fabrykaslow.com.pl/autorzy/michal-golkowski/spizowy-gniew/]

Dziękujemy za udostępnienie  książki do recenzji Fabryce Słów.


PATI

Po zachwycającej lekturze pierwszych dwóch “Komorników” i trochę odstającym od nich przeKantowanym nieszczęśnikiem trzecim, Michał Gołkowski trafił u mnie na listę “must read”. Dlatego jak tylko zobaczyłam w zapowiedziach “Spiżowy Gniew” z niecierpliwością czekałam na premierę, by móc się z nim jak najszybciej zapoznać. Nie dość, że to fantasy to jeszcze z wytatuowanym Ciachem na okładce… no aż podkurczałam z niecierpliwości palce u odnóży dolnych. W końcu nadszedł ten dzień, gdy zaparzyłam gar herbaty, otworzyłam wór z ciastkami… no wszędzie te i larwy, i muchy… wszędzie owady, co łażą po zwłokach i nie zwłokach… No aż się żuło te ciastka jakoś przyjemniej i do tego bardziej znacząco mi chrupały :) Wielce ubawiona pasłam się dalej pochłaniając kolejne strony.

Gdzieś na środku bezimiennej pustyni leżą sobie radośnie zwłoki, a na nich ucztują wspomniane przez mnie już wcześniej tony much i larw i tych wszystkich innych paskudztw, co się do darmowej wyżerki samoistnie i instynktownie zbiegają. I nie byłoby to nic dziwnego, ot kolejny smakowity NN, gdyby nie zaczęły nam się te zezwłoki poruszać i czuć jakby lepiej, a ciałka zamiast ubywać to przybywało. Wstało toto i poszło dalej, zabijając napotkanego wędrowca i szło sobie przed siebie, aż nie dotarło do pierwszego większego miasta, gdzie postanowiło regenerować się dalej. I już w tym momencie było wiadomo, że miasto miało już po prostu mówiąc brzydko przesrane, bo moi drodzy nie czarujmy się, ale zombiaki rzadko zwiastują dobrą nowinę. A potem to już było tylko gorzej i okrutnie malowniczo, a wszystko to przy rozbrajającym bzyczeniu spasionych i przeszczęśliwych much. Bo od momentu kiedy nasz Władca Much Zahred trafił do Hatwaretu wszystko zaczęło się psuć i zrobiło turlu turlu i jebut o glebę ze stu metrów na główkę w kamienną przepaść.

Michał Gołkowski udowadnia nam w “Spiżowym Gniewie”, że i owszem jedna osoba znikąd jest wstanie zagrozić wiekowemu Cesarstwu i sprawić, że plany dość pokojowego na stare lata już Cesarza są realizowane tylko wtedy, kiedy zgadzają się z planami Zahredowymi. Bo to, że Zahred do czegoś konsekwentnie dąży dowiadujemy się bardzo szybko, a sposób w jaki to realizuje jest naprawdę bezwzględnie zachwycający. Bez wielkiego problemu, ten wyśmienity aktor na miarę wspólnego dziecka Cezara i Oskara, potrafi znaleźć sposób na każdego, nawet jeśli trzeba dać tej przysłowiowej dupy dosłownie i w przenośni. Jest równie wierny jak mucha Plujka burczało i poświęci wszystko i każdego, a powieka mu przy tym nawet nie drgnie.

Najsmutniejsze dla mnie jest jednak to, że nie polubiliśmy się jakoś z Zahredem, bo choć lubię badassów, to między nim, a mną nie ma po prostu tej chemii. Podejrzewam, że zabrakło mi w nim tego cudownego wisielczego humoru, którym tak tryskało moje Słoneczko - Ezekiel Siódmy. To jest w sumie mój jedyny i główny zarzut do “Spiżowego Gniewu”, bo cała reszta jest zaprawdę powiadam Wam zacna. Absolutnie urzekło mnie nie wyjaśnienie tajemnicy głównego bohatera i dlatego z chęcią chwycę za kolejny tom, by uzupełnić historię i potwierdzić lub zaprzeczyć moim własnym rozbuchanym domysłom. Tak się cały czas zastanawiam czy i tu “łaska pańska na pstrym koniu jeździ” i to co miało być nagrodą, nie stało się największym przekleństwem?

Trzeba przyznać także, że poza Zahredem w książce znajdziemy wiele innych pełnowymiarowych, świetnie wykreowanych i opisanych postaci, a to naprawdę jest dar by pisać w taki sposób, że każdy bohater jest taki… no po prostu prawdziwy. Jedynie co to widzę trochę takie męskie przegięcie w postaci zbyt wyidealizowanej Sarsany - 14-letniej córki Cesarza, niezwykle inteligentnej i mądrej, zjawiskowo pięknej, w większości nie zachowującej się na swój wiek i do tego jeszcze jakby tego było mało - niczym lukier na już i tak przesłodzonym ciasteczku - ognistej nienasyconej nimfomanki. Aż mnie ząbki bolą od tego cukru, słodkości i różnych śliczności.

Przyznaję się, że spodziewałam się bardziej czegoś w rodzaju Zeka Komornika, a otrzymałam coś zupełnie innego i nowego, a to na pewno jest wielki plus dla tej historii. Trup ściele się gęsto, na ściany bryzga posoka,  flaki się artystycznie wylewają, a muchy jak to muchy srają i latają. “Spiżowy Gniew” na pewno jest pozycją godną polecenia i ze sporą dozą ciekawości czekam na kolejne zmartwychwstanie Zahreda i krwawe piekło pełne rzezi jakie zapewne rozpęta. Oj będzie się działo.

Ocena: 7/10

Fragment powieści możecie przeczytać --> TUTAJ.


poniedziałek, 2 kwietnia 2018

"Sztylet ślubny" - Aleksandra Ruda

Kupiecka córka Mila Kotowienko powraca!
Sztylet ślubny to długo wyczekiwana przez czytelników kontynuacja pierwszej części trylogii Aleksandry Rudej, Sztyletu rodowego.
Królewskim posłańcom udało się uniknąć śmierci, więc cała drużyna zmierza do spokojnego miejsca, w którym mogłaby zająć się lizaniem ran. Wkrótce okazuje się jednak, że na spokój nie mają co liczyć. Kapitan wciąż poszukuje zaginionej narzeczonej, uzdrowiciel ma pełne ręce roboty, a zakochany troll jest… no cóż, zakochany. Mila jednak opiera się względom Dranisza i liczy, że nie będzie musiała przy okazji zdradzić swojej największej tajemnicy.
Tylko jak utrzymać w sekrecie prawdę o sobie, skoro kolejne tarapaty wymagają od dziewczyny sięgnięcia po moc sztyletu? Na dodatek wokół jak na złość pojawia się coraz więcej niechcianych adoratorów.
Nowe tajemnice, nowi wrogowie, dużo magii i humoru – powieść Aleksandry Rudej to humorystyczne fantasy najwyższej próby.
[Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2018]
[Opis i okładka: https://papierowyksiezyc.pl/ksiegarnia/sztylet-slubny/]
Książka udostępniona dzięki Wydawnictwu Papierowy Księżyc i zrecenzowana dla Secretum.pl.
AGA:
Sztylet ślubny” to tom drugi Trylogii Sztyletu Rodowego Aleksandry Rudej, ukraińskiej pisarki, którą polski czytelnik miał już wcześniej okazję poznać dzięki cyklowi o przygodach Olgi i Ottona.
„Sztylet ślubny” to bezpośrednia kontynuacja przygód Mili Kotowienko i drużyny Głosów Królewskich. Akcja rozpoczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym zakończył się tom pierwszy. Po nocnym starciu z watahą wilkołaków poobijana, kontuzjowana załoga Jaromira Wilka, błądzi po leśnych ostępach na terytorium uldona, nie wiedząc, w którą stronę się udać, aby wrócić do dominium Bicza. W drodze powrotnej do cywilizacji, która okaże się wyjątkowo długa, wyboista i usłana trupami, towarzysze w końcu odkryją kim naprawdę jest Miłka. Wszystko niestety to zmieni, a tarcia pomiędzy poszczególnymi członkami drużyny nabiorą rumieńców, z czego jak zawsze najbardziej będzie zadowolony elfi uzdrowiciel Daezael, który z niesłabnącą dozą sarkazmu i uszczypliwości, będzie dolewał oliwy do ognia. Na trakcie dzielne Głosy Królewskie spotkają młodego uldona, który zaprosi ich w gościnę, martwiaki, wielu kandydatów do ręki Jasnoty Hak, którzy z przyjemnością większą, bądź mniejszą, chętnie zaopiekują się dominium jej tatuśka, a na drodze znów pojawią się wilkołaki, a nawet kilku zwykłych.... drwali.
Tom drugi Trylogii Sztyletu Rodowego nie odstaje poziomem od tomu pierwszego, a ilością humoru, nawet go przebija. Wielkim błędem było sięgnięcie po te dwa tomy tuż przed Świętami Wielkanocnymi. Ujmijmy to tak – świątecznych porządków w tym roku nie było, ledwie udało się przygotować obowiązkową paschę i sernik. Podkrążone oczy są świadectwem na to, jak wyczerpująco radosną czynnością może być czytanie.
W tomie drugim zdecydowanie czytelnik spotka się z większą ilością akcji, magii i zaskakujących sytuacji. Na drodze Mili zaczną pojawiać się co rusz nowi kandydaci do ręki Jasnoty Hak. Sama Mila niestety, w tym tomie, została trochę spacyfikowana. Troszkę mam żal do pisarki, że z samodzielnej, charakternej i zadziornej bohaterki, która tyle potrafiła osiągnąć, doświadczyć i przetrwać, nagle robi typową heroinę, która po prostu pragnie księcia, może nie do końca na białym koniu, ale jednak jakoś koniecznie go potrzebuje. Drużyna pod wpływem matrymonialnych perturbacji Jaromira Wilka powoli się rozpada, choć co niektórym bardziej lub mniej, wychodzi to na dobre. Jak humoru nie ubyło, a wręcz przybyło, tak niestety rozwiązania fabularne bywają lekko irytujące, gdy każdorazowo wyjściem z sytuacji okazuje się sięganie po magiczne zdolności Jasnoty. Powieść nadal jednak pomimo wszystkiego czyta się fantastycznie. Poziom przyjemności czerpanych z dialogów i humoru sytuacyjnego, pozwala naładować baterie na bardzo długi czas.
Refleksja końcowa; mam ochotę zamordować pisarkę, że zakończyła tom drugi w takim momencie. Zapewne Wydawnictwo Papierowy Księżyc nie pomoże w cierpieniach czytelników i dołoży wszelakich starań, by je wzmóc, każąc im ponownie czekać bardzo długo na kolejny tom. A może się mylę?
Ocena: 9/10

"Sztylet rodowy" - Aleksandra Ruda


Aleksandra Ruda powraca! Nowa seria, nowi bohaterowie, nowe uniwersum.
Znakomite fantasy najwyższej próby, pełne przygód, magii, humoru i wyjątkowo barwnych postaci.
Sztylet rodowy to pierwszy tom trylogii, której kolejne tomy ukażą się w 2017 roku.
Co zrobić jeśli wraz z końcem wojny skończyły się też marzenia o wspaniałej karierze i chwale, twoje cokolwiek ograniczone zdolności magiczne nie są nikomu potrzebne, a w kieszeniach świecą pustki?
Oczywiście zostać królewskim posłańcem, do obowiązków którego należy odwiedzanie regionów kraju i sprawdzanie dokumentów podatkowych. To nic, że do towarzystwa dostaniesz zakochanego trolla, tchórzliwego krasnoluda, bezczelną wojowniczkę i elfa, który utracił wiarę w piękno. I jeszcze kapitan królewskiej armii patrzy z góry i nie daje chwili wytchnienia!
Pracuj, Milo, chwilowo jesteś tu uziemiona. Czeka cię wiele nauki, by pokonać trudności czyhające na każdym kroku, bo zwykłe zadanie może okazać się znacznie trudniejsze niż wydawało się na pierwszy rzut oka…
[Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2016]
[Opis i okładka: https://papierowyksiezyc.pl/ksiegarnia/sztylet-rodowy/]
Zrecenzowana dla Secretum.pl.

AGA:
„Sztylet rodowy” czekał na półce dwa lata i pierwszy raz cieszę się z własnej opieszałości czytelniczej, bo dorównała ona opieszałości wydawniczej Wydawnictwa Papierowy Księżyc. Dzięki tej synchronizacji, miałam niewypowiedzianą przyjemność przeczytania, dwóch tomów Trylogii Sztyletu Rodowego Aleksandry Rudej za jednym zamachem. Tę ukraińską pisarkę poznałam już jakiś czas temu za sprawą cyklu przygód Olgi i Ottona, które zaczęła, i niestety nie skończyła wydawać, Fabryka Słów. Sięgając po „Sztylet rodowy” doskonale zdawałam sobie sprawę, że czeka mnie wciągająca lektura, która zmusi mnie do nieprzespanych nocy, nagłych wybuchów śmiechu, zarzucenia wszelkich innych czynności domowych, w zamian ofiarowując mi ogromną dawkę dopaminy, dobrego samopoczucia i... bolesnych skurczy twarzy od nieustannego uśmiechania się.
W królestwie zapanował pokój, zakończyły się wieloletnie walki z pomroką, nastał więc czas, aby król powrócił do porządkowania swego państwa i rządzenia dominiami. Jak wiadomo najważniejsze jest, by być dobrze poinformowanym, kto ma dostęp do informacji, ten ma władzę. A że nie wynaleziono jeszcze w królestwie magicznego internetu, zwrócono się do klasycznego sposobu pozyskiwania informacji, czyli do utworzenia sieci specjalnych posłańców – Służbę Głosów Królewskich. Ci, którzy po zakończeniu wojny, musieli przeorganizować swoje plany życiowe, a także Ci, którzy po prostu musieli się z czegoś utrzymać, zgłosili się do tej jakże zaszczytnej pracy. Tak też poznajemy bohaterów tej wielkiej draki, jaką okaże się podróż do przygranicznych ziem monarchy. Drużyna pod przewodnictwem szlachetnie urodzonego Jaromira Wilka wyrusza w drogę. A cała podróż jest tym bardziej interesująca, że cała drużyna przedstawia pełną gamę wszelakich ras, charakterów i osóbek z prywatnymi i nader ciekawymi tajemnicami. Poznajemy, więc: Milę Kotowienko, córkę kupca, maga po kursie podstawowym, Daezaela Tachlaelbrara, elfa uzdrowiciela, Tisę Wilkowienko, wojowniczkę ochroniarza wyżej wymienionego Jarka Wilka, Percivala von Klotza, krasnoluda rzemieślnika z nadopiekuńczą mamuśką i Dranisza Rycha, kochliwego trolla. Podróż zapewne nie byłaby interesująca, gdyby nie wilkołaki, uldony, truciciele, nadopiekuńcze mamuśki, zakochane kobiety, uszczypliwy elf i ciągle pochmurny i nader wyniosły kapitan. Oj będzie się działo.
Cóż mogłabym napisać o powieści, która powoduje, że człowieka bolą policzki od ciągłego uśmiechania się podczas czytania. Jeśli jeszcze nigdy (nie wiem, jak się tacy czytelnicy mogli uchować) nie czytaliście książek fantasy pisarek zza naszej wschodniej granicy, to jedyne, co mam do powiedzenia – TO WIELKI BŁĄD. Pomimo że zazwyczaj są to powieści dedykowane żeńskiej części odbiorców, to „Sztylet rodowy” spokojnie mogę polecić wszystkim. Aleksandra Ruda oparła fabułę na schematycznym motywie, który przewija się wielokrotnie przez literaturę fantasy: oto drużna złożona z bohaterów różnych ras musi wykonać zadanie, a w drodze do celu przeżywa przygody, cementując swoją przyjaźń. Niby wszystko już było, więc dlaczego TA powieść różni się od tylu jej podobnych? Odpowiedzią jest – niesamowite poczucie humoru pisarki, która na każdej stronie wlewa go kubłami w swoje postaci i dialogi. Najwspanialszy elf uzdrowiciel z deprechą, wersja emo, którego największą pasją jest podglądanie ludzkich dramatów i tragedii, a także ich niejednokrotne podsycanie, troll Dranisz, wielkolud robiący maślane oczy do Miłki, Tisa, platonicznie zakochana służąca w kapitanie Wilku i Persik, rozpieszczony krasnolud do kopania, za którym ciągnie się nadopiekuńcza mamuśka, która bardziej nadawałaby się do roboty niż jej rozmemłana latorośl. A na końcu podróży czeka naszą zgraję początkowych niedorajdów niespodzianka – król zdecydowanie nie wie, co się dzieje na jego ziemiach.
Mogłabym pisać i pisać peany radości na cześć „Sztyletu rodowego”, zamiast tego po prostu napiszę, że zaraz po przeczytaniu pierwszego tomu, sięgnęłam po drugi.

Ocena: 10/10