Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fabryka Słów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fabryka Słów. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 stycznia 2021

"Klątwa burzy" - Patricia Briggs

 

W Mercedes Thompson-Hauptman nie ma nic zwyczajnego. Jest mechanikiem samochodowym, zmiennokształtną kojocicą i partnerką życiową przywódcy wilkołaczej watahy. Ale żadna z tych niecodziennych rzeczy nie jest źródłem jej obecnych kłopotów.

W obecne kłopoty wpakowała się bowiem całkiem samodzielnie - wchodząc na most i przyjmując na siebie odpowiedzialność za bezpieczeństwo wszystkich mieszkańców Tri-Cities. Wszystko wyglądało prosto: miała od czasu do czasu złapać jakiegoś goblina-zabójcę, kozę-zombie czy trolla. Miała dopilnować, by na neutralnej ziemi ludzie mogli bezpiecznie pertraktować z istotami magicznymi.

Rzeczywistość udowodniła, że nikt nie jest bezpieczny. Doszło do konfrontacji pomiędzy przywódcami ludzi a Szarymi Panami, rządzącymi magicznym ludem.

Narasta konflikt. Zbliża się nieuniknione stracie.

Nadciąga burzowy jeździec, a imię jego Śmierć.

[Fabryka Słów, 2020]
[Opis i okładka: Fabryka Słów]

Egzemplarz udostępniony do recenzji, dzięki życzliwości Fabryki Słów.

AGA:

Pod wieloma względami rok 2020 był niezwykły. Niestety nie należał do najlepszych dla mnie pod względem czytelniczym, nadal tkwiłam w zastoju i liczba przeczytanych książek była tak niska, że lepiej o tym głośno, tym bardziej na piśmie, nie wspominać. Za to 2021 rok zaczęłam z przytupem, mam już za sobą trzy książki, czwartą właśnie się delektuję. Jednak rok 2021 może i będzie przełomowy ze względu na powrót umiłowania do sączenia słów, ale nie wygląda na to, by miał być mniej niezwykły, niż 2020. A o tym za chwilkę...

„Klątwa burzy” to jedenasty tom cyklu o Mercedes Thompson i jak dotarliście do niego, to znaczy, że należycie do fenomenalnego grona szczęśliwców, którzy dopingują kojocicy Mercy. Po zapowiedziach z tomu poprzedniego, nastawiona byłam na burzowego jeźdźca, Śmierć we własnej osobie i miałam nadzieję na większą rólkę ulubionej Elizawiety. I z tymi życzeniami, trzeba ostrożnie. 

Pani Briggs ma chyba pod skóra Kojota, bo ładnie wszystko poprzekręcała, co w głowie mi się uroiło na temat tego, co znajdę w tomie jedenastym. Na dzień dobry Mercy poskromiła goblina zabójcę, a gdy już udało się pozbyć się niewygodnego chłystka, to  wraz z Mery Jo bawiła się w chowanego-łapanego z mini kózkami zombie. Mini kózki zombie! Nie można zarzucić pani Briggs braku poczucia humoru i rozbudowanej wyobraźni. A akcja dopiero się rozkręcała. Dziwnym zbiegiem okoliczności pod nieobecność Elizawiety, przypominam, została u Bonaraty fundując mu terapię odwykową od wilkołaczej krwi, pojawiły się nowe wiedźmy i to nie byle jakie. 

One by one, 
two by two, 
the Hardesty witches
are traveling trough.
With a storm of curses,
they call from their tomes;
they will drink your blood
and dine on your bones.

A żeby jeszcze było mało, szykuje się wielkie spotkanie pomiędzy ludźmi a pradawnymi. Jak dla Mercy to za dużo zbiegów okoliczności. Kojocica próbując sprostać nowej roli logistyka imprezy ludzie-pradawni, będzie musiała się zmierzyć z kolejnymi zombiakami, sprzymierzyć się z Wulfem, nie dać się rozerwać bombie, a na końcu dokonać szturmu na bastion wiedźm. A pisałam o smoku... 

Patricia Briggs z tomu na tom coraz bardziej mnie zaskakuje. Pomimo że jej fabuła opiera się zawsze o zasadę my dobrzy-oni źli, to jednak potrafi to tak cudownie kwieciście rozwinąć, okrasić humorem, a na końcu oprószyć trupami, że człowiek żałuje, że sam nie może sięgnąć po topór i z bojowym okrzykiem ruszyć na wroga. Tak w tym tomie pojawią się topory. 

Pisałam, że z życzeniami trzeba ostrożnie. Od tego tomu moim nowym ulubieńcem stał się Wulfe. Dlaczego? No cóż, nie mogę zdradzić wszystkiego, bo nie byłoby zabawy, ale jak pisałam chciałam większą rólkę dla Elizawiety i ją dostałam, to znaczy ona, w tym tomie.

A teraz wyjaśnienie dlaczego rok 2021 też zapowiada się niezwykle. Coś takiego nigdy nie zdarzyłoby się w normalnych czasach. Po przeczytaniu tomu dziesiątego, sięgnęłam po „Klątwę burzy”. Muszę na wstępie nadmienić, że często bardzo intensywnie czytam i przeżywam przygody bohaterów, dlatego często szybko zapominam szczegóły. Po przeczytaniu 1/3, zaczęłam podejrzewać u siebie sklerozę, ewentualnie zaniknięcie szarych komórek, odpowiedzialnych za pamięć, nie rozpoznawałam bowiem bohaterów i jaki znowu most i troll. To było podejrzane, takie wydarzenie, które spowodowało stworzenie wolnej strefy, odcięcie się Marroka od watahy Adama, no nie, to nie możliwe, bym aż tyle zapomniała. A teraz drodzy czytelnicy będziecie mieć większy ubawze mnie, niż briggsowych mini kózek zombie – zapomniałam przeczytać tomu dziewiątego. Od tego momentu obstaję, że z dwojga złego, jakby mnie miało pokarać, to jak w kawale o piciu, wolę Parkinsona od Alzheimera. Pewnie na łożu śmierci sobie tego nie wybaczę.

Tak też spodziewajcie się w niedługim czasie, retrospektywnej recenzji tomu dziewiątego.

Ocena: 10/10

środa, 25 listopada 2020

"Czas ciszy" - Patricia Briggs

 

Patricia Briggs zawsze oddaje czytelnikom ekscytującą, magiczną, baśniową i nieprzewidywalną opowieść.

"Czas ciszy" należy do najlepszych. - Erin Watt, #1 New York Times autorka bestsellerowej "Serii królewskiej"

Napadnięta i porwana na własnym terytorium, Mercy dostaje się w szpony potężnego wampira, który zamierza posłużyć się nią jako bronią przeciw alfie watahy wilkołaków, Adamowi oraz przywódcy wampirów z Tri-City. Mercy udaje się uciec pod postacią kojota, jednak oto odkrywa, że naga, bez pieniędzy, znalazła się w samym środku Europy...

Nie jest w stanie skontaktować się z Adamem i resztą stada- została całkowicie sama. Musi znaleźć sprzymierzeńców, walczyć z wrogiem i odkryć, kto jest kim, a przy tym nie wywołać wojny pomiędzy wampirami i wilkołakami. Tymczasem w sercu starej Pragi budzą się przedwieczne duchy i moce...


[Fabryka Słów 2020]

[Opis i okładka: Fabryka Słów]

AGA:

Siadając do napisania recenzji dziesiątego już tomu przygód Mercedes Thompson, stwierdziłam, że bardzo trudno jest to zrobić. Kto bowiem sięgnie, by ją przeczytać? Osoby, które tak daleko zawędrowały w opowieści pani Briggs o wilkołaczej rodzinie dorzecza rzeki Kolumbii, wiedzą, że warto po tę książkę sięgnąć, a nowi czytelnicy, raczej czytają opinie pierwszych tomów. Aczkolwiek może i jedni i drudzy, chcieliby się upewnić, czy autorka, snując tak długą historię, jest w stanie utrzymać odpowiedni poziom.

Mercy tym razem narozrabia w Europie. Oczywiście nie robi tego specjalnie, początkowo nawet nie ma na to zbyt dużego wpływu, ale z czasem odzywa się w niej Kojot i jakoś kończy się impreza, jak zawsze - wielką draką.

Zaczęło się niewinnie, od braku jajek. Czekoladowe ciasteczka są nie tylko tuczące, ale bywają powodem nieprzewidzianych w skutkach perturbacji życiowych. Hmm, ciekawe zazwyczaj bywa to paczka papierosów, piwo lub mleko, ale jajka? W drodze powrotnej z wyprawy po jajka, samochód Mercy trafia na przeszkodę, albo precyzyjniej rzecz ujmując, to ciężarówka trafia w samochód Mercy, w sumie Adama, ale nie będę się czepaiła. Dzięki drobnemu wypadkowi komunikacyjnemu, kojocica poznaje dawnego kochanka Marsilii. Pamiętacie, taka wampirzyca, co to nie pała miłością do wybranki alfy. Iacopo Bonarata, Władca Nocy, przywódca mediolańskiej chmary i w zasadzie przywódca większości wampirów, bo o nim mowa, może świadomie, ale bez świadomości jak wielkie, ściąga sobie na głowę kłopoty w postaci Mercy, potem jeszcze Adama, Brana, Marsilii, Elizawiety, jakiegos króla goblinów.... no dobrze, na ratunek Mercedes leci multirasowy oddział szturmowy, przepraszam wróć, korpus dyplomatyczny. Potem jest tylko coraz lepiej, jakby to Kojot ujął -niewyobrażalnie pięknie.

W konsekwencji wyczynów Mercy, wszyscy trafiają w końcu do Pragi. Wielki plus dla autorki, że przeniosła miejsce akcji na ziemię europejską, w dodatku tak bliską polskiej granicy. Pomimo że jest to miła odmiana, nie umiałam wgryźć się w tę Pragę Briggs. Niestety, jak dla mnie, autorka nie umiała oddać ducha Pragi i tamtejszych ludzi, a wstawki z opisami, czy wywodami historycznymi, brzmiały jak teksty wyczytane w przewodniku dla turystów. Ten brak atmosfery i sztywne opisy szczęśliwie są jednymi i to w sumie znikomymi minusami całej historii.

„Czas Ciszy” nie zawodzi z pewnością pod względem wartkiej i zmiennej akcji oraz różnorodności bohaterów. Wielkim atutem jest humor. Cudowne dowcipne, czasem sarkastyczne wstawki, uprzyjemniają lekturę i tylko podkreślają fakt, że autorka ze swoją bohaterką nieustająco się ze sobą przyjaźnią. Jest to niezmiernie ważne, ponieważ czytelnik czuje te pozytywne relacje i sam staje się częścią tej historii.

Polecam „Czas ciszy” wibrujący humorem i przygodami. Teraz zabieram się za kolejny tom „Klątwę Burzy”, ma być ponoć jakiś burzowy jeździec.

Ocena: 9/10

PS. Zwróćcie uwagę, co będzie szeptał Kojot Mercy do ucha.

PS.cd. Od tego tomu jestem wielką miłośniczka Elizawiety Arkadiewny. Mam nadzieję, że doczeka się własnej opowieści.






niedziela, 1 listopada 2020

"Wstrząsy wtórne" - Marko Kloos

 

„Nowy cykl, który może okazać się tak samo wciągający jak „Frontlines” (...) Akcja jest równie ekscytująca, podstawy naukowe równie solidne, napięcie równie wysokie. Pierwszy tom pochłonąłem w jeden dzień i już nie mogę się doczekać kolejnego” — George R. R. Martin

W obejmującym sześć planet systemie Gaja przypominająca Ziemię Gretia dąży do stabilizacji w obliczu międzyplanetarnej wojny. Zawiązuje się niepewny sojusz służący ratowaniu gospodarki, zasobów oraz populacji.

Do gry wraca Aden Robertson. Poświęcił dwanaście lat przegranej sprawie, na rękach ma krew pół miliona ofiar, a teraz próbuje znaleźć sposób, by wieść dalsze życie.

Nie jest jedyny.

Oficer marynarki był świadkiem niepojętych ataków na ocaloną flotę. Sierżant z sił okupacyjnych stąpa po coraz mniej przyjaznym gruncie. Zaś młoda kobieta, na którą spadły obowiązki wiceprezesa rodzinnego imperium surowców, staje w obliczu zagrożenia, jakiego nigdy się nie spodziewała.

[Fabryka Słów, 2020]

[Opis i okładka: Fabryka Słów]

Dziękuję Fabryce Słów za udostępnienie egzemplarza.


AGA:

Od lat dziewięćdziesiątych mam wielki sentyment i słabość do powieści z gatunku space opera.  Książki takich autorów  jak Louis McMaster Bujold, Elizabeth Moon, Timothy Zahna, Anne McCaffrey, Johna Scalzi, Davida Webera, a od niedawna Evana Currie'ego i Marko Kloosa, zawsze dostarczają przyjemnej rozrywki. Ten podgatunek fantastyki nastawiony na kosmiczne przygody, pełen wartkiej akcji i międzygalaktycznych konfliktów, ma za zadanie wciągnąć czytelnika w swoją wartką fabułą i pozwolić mu oderwać się od rzeczywistości. W 2016 roku Fabryka Słów postawiła na Marko Kloosa i jego cykl, nadal nieukończony, Frontlines. Pomimo że cykl był debiutancki, autor poradził sobie całkiem nieźle, w szczególności w początkowych tomach. Niedawno natomiast ukazały się Wstrząsy wtórne, będące pierwszym tomem Wojen Palladowych. 

Sięgając po nową książkę autora, zastanawiam się, czy nie popadnie on w schematyzm, czy udźwignie ciężar nowej historii. Sądzę, że Marko Kloss poradził sobie pierwszorzędnie.

Zacznę może od początku. Wbrew temu, co podaje opis na okładce i odmiennie do cyklu Fronlines, bohaterów we Wstrząsach Wtórnych jest aż czterech: Aden, Idina, Dunstan i Solveig. Pięć lat po wojnie Rhodii z Sojuszem, wszyscy mierzą się z rzeczywistością powojenną. Rhodyjczycy, znienawidzeni przez wszystkie nacje Sojuszu, muszą godzić się na okupację i sankcje ekonomiczne, Gretyjczycy, zmęczeni wyniszczającą wojną, muszą ich tolerować, jeśli chcą uzyskać reparacje. Napięcia społeczne po obu stronach rosną, a najwyraźniej powojenne status quo, jest komuś mocno nie na rękę. Wystarczy iskra, by animozje, ponownie urosły w siłę i rozpętały nowe piekło. 

W tej rzeczywistości Aden, Rhodyjczyk, czarnogwardzista, wychodzi po pięciu latach niewoli
na wolność i próbuje poukładać sobie życie, pomimo obciążającej go przeszłości. Idina, do szpiku kości Palladka i wojowniczka Sojuszu, traci swoich towarzyszy broni i zostaje wciągnięta w konflikt o charakterze hybrydowym. Dunstan, oficer Marynarki Rhodii, próbuje rozwikłać zagadkę zniszczenia zarekwirowanej floty gretyjskiej. A Solveig, spadkobierczyni potężnej gretyjskiej firmy, stara utrzymać rodzinny interes, pomimo obciążających całą gospodarkę Rhodii reparacji wojennych. Tę czwórkę połączy jeden wróg, który w sianiu chaosu ma swój ukryty cel.

 Po cyklu Fronlines, co ewidentnie widać we Wstrząsach wtórnych, Marko Kloos wyciągnął właściwe wnioski. Wprowadził kilku różnorodnych bohaterów, będących w opozycyjnych rolach i reprezentujących różne role społeczne. Wokół nich utworzył osobne wątki, a wszystko spiął klamrą nowego hybrydowego konfliktu. Ten tajemniczy wróg stał się osią fabuły i prawdopodobnie w następnych tomach połączy ze sobą bohaterów, którzy zawiążą sojusz przeciwko nowemu zagrożeniu. Rozbicie fabuły na wielu bohaterów, pozwoli autorowi na uniknąć błędu z cyklu Fronlines, a mianowicie schematyczności. W ten sposób można się spodziewać, że cykl Wojen Palladowych znacznie dłużej będzie cieszył czytelnika, na równym poziomie. 

Wstrząsy wtórne są dopiero bardzo dobrze skonstruowanym preludium do właściwej akcji, która zapewne rozwinie się w następnych tomach. Powieść nie zawiodła mnie pod żadnym względem i zawiera wszystko to, czego spodziewałabym się po dobrej space operce.

Ocena: 9/10

czwartek, 2 kwietnia 2020

"Wojna makowa" - Rebecca F. Kuang

Kiedy jesteś sierotą wojenną, świat ma dla ciebie głównie pogardę, odrzucenie, brutalność i ból. Czasem, jeśli akurat masz szczęście, obojętność. Jeśli natomiast do tego jesteś dziewczynką, szczęście ma twoja przybrana rodzina. Zawsze może ubić interes i sprzedać cię za żonę jakiemuś zamożnemu staruchowi. 

Rin doświadczyła tego wszystkiego. Jest nikim, jej życie nie ma dla nikogo żadnego znaczenia, nikogo też nie obchodzi jej los. Jeśli chce wydostać się z rynsztoka, w którym się wychowała, ma tylko dwie drogi. Pierwsza wiedzie przez łóżko obmierzłego starca. Druga przez bramę akademii sinegardzkiej – elitarnej szkoły wojskowej. Aby podążyć tą drugą drogą, Rin zrobi wszystko, co tylko leży w ludzkiej mocy. A nawet więcej. 

To nie jest historia o potędze nauki, sile przyjaźni czy starciach wielkiej magii. To jest historia o kołach czasu, które nieustępliwie i bezlitośnie mielą ludzkie losy.                 I o dziewczynie, która zniszczyła cały mechanizm. Kamieniem, bo na miecz była za biedna.

[Fabryka Słów, 2020]
[Opis i okładka: Fabryka Słów]

Dziękuję Fabryce Słów za udostępnienie egzemplarza.

AGA:


„The Poppy War” to tytuł, który wielokrotnie przebijał się do mojej świadomości czytelniczej, a nazwisko Rebekki F. Kuang pojawiało się w nominacjach do Nebuli, WFA, Locusa, czy Goodreads Choice. Jednak trzeba było poczekać dwa lata, co uznaję za i tak całkiem niezły wynik, aby książka ukazała się nakładem polskiego wydawcy. Teraz po lekturze szczerze jestem wdzięczna Fabryce Słów za to, że podjęła się wprowadzenia tej powieści na polski rynek, bo jest to pierwsza książka, którą przeczytałam po roku czasu. Tak długiego impasu nie zaznałam nigdy i ta stagnacja mnie przerażała.

Rebecca F. Kuang, Amerkanka chińskiego pochodzenia, zadebiutowała „Wojną makową” w 2018 r. i zrobiła to naprawdę z klasą.

Powieść Panny Kuang to mieszanka high i heroic fantasy, choć początek się tak nie zapowiada. Fang Runin, to przygarnięta przez rodzinę handlarzy opium, sierota. Nie będąca faktycznym członkiem rodu, nie ma co liczyć na świetlaną przyszłość. Ignorowana i wykorzystywana do różnych prac, nie stanowiła dla rodziny Fangów żadnej wartości. A jednak uśmiechem losu zostaje wyswatana z zamożnym kupcem, przypadkowo będącym inspektorem importu w Tikany. Jednak co wydaje się szczęściem dla cioteczki Fang, dla Rin oznacza koszmarną przyszłość. Tak zmotywowana czternastolatka podejmuje decyzję zdać za wszelką cenę państwowy egzamin i dostać się do Sinegardu, w którym mogłaby kontynuować naukę. I tak rozpoczyna się wielka przygoda Rin i cudowna podróż dla czytelników.

Przyznaję po pierwszym rozdziale lekko zwątpiłam w tę powieść i po cichu myślałam, że ponownie w moje ręce trafiła powieść dla nastolatków. Jest biedna sierotka z zapadłej dziury, która dzięki swojej wielkiej motywacji zdaje na uczelnię, gdzie prześladowana przez rozwydrzone dzieci możnowładców, walczy o swoją drogę do chwały. No cóż i tak i nie. Owszem Panna Kuang wprowadziła standardowe elementy wykorzystywane w fantasy, ale dodając szczyptę chińskich realiów opierających się na bezwzględności i braku skupienia na jednostce, pozbawia lukru szkolny stereotyp. A potem akcja leci na łeb na szyję.

Nie chcąc za dużo zdradzić powiem, że trzeba w obecnych czasach wykazać się sporym talentem, by w jednym tomie zawrzeć tyle, ile innym udaje się dopiero w trzech tomach. W jednym tomie czytelnik dostaje cały ogrom spisków, zdrad, krwawych bitew, wojennej tułaczki, a wszystko okraszone magią. A do tego wszystkiego jeszcze dochodzą wyjątkowo zachłanni bogowie.

„Wojna makowa” porwała mnie w wir wielu przygód, zachwyciła mnie tym, że nie ma w sobie żadnych elementów zbędnych, a zwroty akcji i nieprzewidywalne koleje losu Rin, nie pozwalają na wytchnienie. Sama bohaterka cudowna w niejednoznaczności, powoduje swoimi decyzjami, że czasem się jej współczuje, czasem nienawidzi, a jeszcze innym razem kibicuje. Osobiście świetnie bawiłam się również, ale to zboczenie wynikające z dorastania w rodzinie historyków i sinofilów, wyszukując smaczków z historii Chin takich, jak wojny opiumowe, masakra nankińskia, rebelia An Lushana, czy unifikacja za czasów Qin Shi Huangdi. Jeżeli ktoś, podobnie jak ja, interesuje się Dalekim Wschodem to odnajdzie o wiele więcej elementów wiążących Chiny z Nikanem.

„Wojna makowa” na tyle wciągnęła mnie w swój świat, że po raz pierwszy zdecydowałam się sięgnąć po tom drugi w oryginale, nie czekając na polskie wydanie. Trzymajcie za mnie kciuki, a Wam szczerze polecam powieść bez względu na wiek, czy płeć.

Ocena: 10/10

środa, 12 grudnia 2018

"Paradoks" - Charlie Fletcher

Ostatnia Ręka Nadzoru wciąż patroluje granicę pomiędzy tym, co naturalne a tym, co nadprzyrodzone, rozświetlając ciemności nikłym płomieniem świecy. Nikt nie potrafi przewidzieć, jak sobie poradzi. Nowym członkom brakuje wyszkolenia, a weterani są zmęczeni i bezbronni. Ta słabość przyciąga do miasta nowych wrogów, ale także zaskakujących sprzymierzeńców zza oceanu.

Najbardziej jednak szokujące są nowe rewelacje dotyczące przeszłości Nadzoru, które ujawniają prawdziwe niebezpieczeństwo zagrażające światu. Ich źródło kryje się w miejscu, w którym utknęli Sharp i Sara. To właśnie tam będą oni musieli rozwikłać sekret Czarnych Luster i zmierzyć się z tym, co się w nich czai, uważając, aby nie podążyło za nimi do domu.

[Fabryka Słów, 2018]

[Opis i okładka: https://fabrykaslow.com.pl/autorzy/charlie-fletcher/paradoks/]

Książka zrecenzowana dla Secretum.pl

AGA:

Dokładnie rok temu Fabryka Słów wydała pierwszy tom nowej trylogii Charlie Fletchera „Nadzór”, która okazała się całkiem przyjemną lekturą. Akcja umiejscowiona została w Londynie i Anglii wiktoriańskiej, a jej bohaterowie należący do Wolnego Bractwa do spraw Regulacji i Nadzoru Enigmatycznych Sytuacji Krytycznych i Ponadnaturalnych Obyczajów zmagali się z wieloma przeciwnościami losu. Co więcej Charlie Fletcher zmyślnie podsycając emocje, jak stary wyga, zakończył opowiadanie historii w takim memencie, że nie było po prostu możliwości, nie sięgnąć po kolejny tom.

„Paradoks” rozpoczyna się dokładnie w miejscu i czasie zakończenia fabuły tomu pierwszego. Charlie i Lucy trafili do terminu Nadzoru, jako nowy narybek i nadzieja na uzupełnienie Ręki, Sharp i panna Falk pogubili się w świecie luster, a Tamplebane nie odpuszcza i nadal knuje przeciw Nadzorowi. Wszystko jednak w tomie drugim nabiera tempa i rumieńców. Pod nieobecność pana Sharpa, który zaginął w lustrzanym świecie w poszukiwani ręki Sary, do siedziby na Wellclose Square dociera stara znajoma, Cait Sean ná Gaolaire, vanatrix, czyli nielicencjonowana łowczyni głów. Charlie trafia pod opiekę Hodge’a i Jeda, a Kowal ma oko na Lucy, której nie potrafi zaufać ze wzajemnością. Tamplebane planuje przy wsparciu synów, zemstę na Nadzorze, a Kowal czuje w kościach, że święci się coś niedobrego. Sara i Sharp w niepokojącym świecie luster spotykają lustrzaków i niejeden raz popadną w tarapaty, a i wiele tajemnic dzięki temu odkryją. A to jeszcze nie wszystko, Amos spotyka Zmorę, niestabilną psychicznie obdarzoną darem kobietę, z którą połączy go dziwna przyjaźń, równie dziwna, co niebezpieczna, tym bardziej, że zaprowadzi go ku drzwiom Mountfellona. A przecież poza światem Nadzoru są jeszcze przecież Sluagh, alpy, podmieńce i jeden przeuroczy golem.

W wywiadzie, jaki udzielił autor dla Secretum.pl określił swoją trylogię, cytując z resztą swoją żonę, jako wczesnowiktoriańskich X-Menów, a że z żonami nie należy się spierać, przyznajemy pani Fletcher całkowitą rację. Pomimo że rzeczywiście książka ma dużo ze współczesnej popkultury, to jednak nie byłaby ona tak wciągająco fantastyczna, gdyby nie bardzo dobry warsztat pisarski Charliego Fletchera. Autor stworzył świat bardzo bogaty zarówno w indywidualne postacie, które tworzą Bractwo, jak i wiktoriańską rzeczywistość na pograniczu dwóch światów; tego realnego i magicznego- mrocznego. Akcja całej powieści naszpikowana jest świetnymi, nie tyle zwrotami akcji, co twistami, są tak subtelnie przewrotne, że aż widzi się kpiarski uśmieszek autora.

„Paradoks” jest po prostu fantastycznie skonstruowany i z ogromną przyjemnością powróciłam do świata Nadzoru. Niestety autor pozostawia czytelnika w zawieszeniu, z jeszcze większym pragnieniem kontynuacji przygód Sary, Sharpa, Kowala, Kucharki, Hodge’a, Cait, Lucy, Charliego, Amosa i całej reszty, niż po pierwszym tomie. Teraz trzeba uzbroić się w cierpliwość i liczyć na „The Remnant”, tylko tyle pozostało.

Ocena: 10/10

wtorek, 11 grudnia 2018

"Jaksa" - Jacek Komuda

Pierwsze fantasy autorstwa Jacka Komudy!

Zanurz się w opowieści o świecie, gdzie dzielni wojowie stają naprzeciw strzyg i upiorów. Gdzie walka o władzę między ludźmi toczy się równie zażarcie, co walka między starymi a nowymi Bogami.
W powietrzu unosi się zapach nieprzebytych borów. Ziemia drży, gdy zastęp koczowników rusza galopem do ataku. Nad pobojowiskiem krążą kruki.
Dawny świat umiera, nowy dopiero zaczyna się kształtować. Tylko krok dzieli ludzi od całkowitego, niszczycielskiego chaosu i zguby.

[Fabryka Słów, 2018]

[Opis i okładka: https://fabrykaslow.com.pl/autorzy/jacek-komuda/jaksa/]

Książka zrecenzowana dla Secretum.pl


PATI:

Jacek Komuda mimo, że wydawany już od wielu lat przez Fabrykę Słów, już dawno rozminął się z fantastyką na rzecz książek osadzonych bardzo głęboko w realiach historycznych. Dlatego też, przez te wszystkie lata był przeze mnie nie tyle co omijany, co bardziej zostawiany “na później”, pewnie gdzieś w okolicy mojej emerytury, za te lat pewnie milion, jak, i o ile dożyję. Ale “Jaksa” promowane jako słowiańskie fantasy, które zauważalnie przechodzi swój renesans, skusił mnie nie tylko ze względu na samą tematykę, ale właśnie też i autora.

Jak się okazało “Jaksa” to przykład na to, że już życie zaledwie 6 letniego dziecka może być absolutnie przerąbane dosłownie i w przenośni. Miłosz z Drużycy (ojciec chłopaczka) popełnił czyn, uważany przez jednych za zdradę, przez innych za niehonorowy i niegodny rycerza. Fakt ten sprawia, że na jego syna polują nie tylko Hungarowie, co to ostrzą sobie na niego i zęby i palik, ale również ocalałe resztki rycerstwa, czy nawet zwykli niewolni. A ile sił może mieć zdesperowana matka, by chronić swoje dziecko, przekonacie się czytając “Jaksę”.

Chłopak ma jednak coś, co zdarza się bardzo rzadko - szczęście mu sprzyja, a i rozum też, jak na 6 latka, całkiem sporej wielkości posiada. I choć wszyscy wokół niego padają jak muchy, to ten fart “ostatniej chwili” nie opuszcza go i pomaga przeżyć, a my otrzymujemy dość brutalną opowieść o jego życiu, przerywaną białymi plamami, które sami musimy sobie wypełnić. Bo “Jaksa” to nie jest stricte powieść, ale bardziej opowiadania połączone osobą tytułowego bohatera. A sam Jaksa, jawi się nam jako zahartowany w bojach, trudny i niezmordowany przeciwnik, który ścigany przez całe życie i zaszczuty wyrasta na człowieka ze stali.

Przemoc, przedziwna gwara, język powieści i początkowy chaos sprawiają, że kilka pierwszych kartek jest dość trudnych w odbiorze, ale z każdą kolejną przewróconą, jest coraz lepiej i przestajemy się gubić w tajemniczej krainie Lendii. Jest mrocznie słowiańsko w biesich i strzygoniowych klimatach, ale mimo wszystko bardzo swojsko. Z resztą sam Komuda pisze, że jest książką o Polsce i naszym świecie, więc niech Was nie zmyli zmiana gatunku, Komuda po prostu odrzucił prawdę historyczną i pozwolił swojej fantazji napisać książkę o tym, co lubi najbardziej. A ja jestem zachwycona! Książka jest nie tylko krwawa i okrutna, a autor bezkompromisowo pozbywa się kolejnych - mniej lub bardziej ważnych - bohaterów. “Jaksa” to powieść o zemście, ale także i o tym co by się stało, gdyby na Polskę najechali lekko przemieszani i przerysowani Węgrzy i im się udało. Polski naród, zniewolony przez Hungarów, którzy okupują nasze ziemie, wprowadzają swoje własne “porządki”, to iście ciekawa koncepcja, osadzona tak bardzo głęboko w tej naszej wiecznie buntującej się polskiej naturze.

Jedynie koncepcja opowiadań nie do końca mi odpowiadała. Szkoda, naprawdę bardzo szkoda, że Jacek Komuda nie zdecydował się na typową powieść i na wypełnienie tych luk w dziejach tytułowego bohatera. Naprawdę jestem bardzo ciekawa, co działo się pomiędzy opowiadaniami, które zostały tak chronologicznie poukładane.

Co się dzieje, kiedy czołowy przedstawiciel i twórca powieści historycznej, wraca do macierzy i zabiera się za fantasy? Moi Drodzy, dzieje się wiele i do tego dzieje się bardzo dobrze. Nie pozostaje mi nic innego jak polecać “Jaksę” i czekać na jego kontynuację, bo naprawdę warto.

wtorek, 4 września 2018

"Zamęt Nocy" - Patricia Briggs

Bestselerowa seria Patricii Briggs o przygodach Mercedes Thompson okrzyknięta została jedną z najlepszych.

Tym razem Mercy ma do czynienia z nieproszonym gościem, który wnosi ze sobą do domu zagrożenie, z jakim zmiennokształtna do tej pory nigdy nie miała do czynienia.

Niespodziewany telefon oznacza nowe wyzwanie. Była żona Adama jest w tarapatach i musi uciekać przed prześladowcą. Partner Mercy nie jest człowiekiem, który odwróciłby się plecami do kogoś w potrzebie. Jednakże kiedy Christy wprowadza się do ich domu, Mercy nie może oprzeć się wrażeniu, że coś jest nie tak. Jej przeczucia szybko się potwierdzają a prawdziwe intencje rywalki wychodzą na jaw.
Dodatkowo okazuje się, że prześladowca Christy nie jest zwykłym złym człowiekiem - a właściwie w ogóle nie jest człowiekiem. Trup zaczyna ścielić się gęsto i Mercy musi odsunąć na bok osobiste urazy, żeby zmierzyć się z istotą o mocy zdolnej zniszczyć świat.
[Fabryka Słów, 2018]
[Opis i okładka: https://fabrykaslow.com.pl/autorzy/patricia-briggs/zamet-nocy-patricia-briggs/]

Książka zrecenzowana dla Secretum.pl

AGA:

W tym roku polscy fani Patricii Briggs mieli swoje święto na Pyrkonie, bowiem pisarka zaszczyciła swoją obecnością konwent. Wszyscy Ci, którzy mieli sposobność udać się do Poznania, mieli okazję nie tylko otrzymać autograf od pisarki, wziąć udział w panelu z jej udziałem, ale przy odrobinie szczęścia i własnej śmiałości, porozmawiać z Patty. Z tej też okazji Wydawnictwo Fabryka Słów przygotowała premierę kolejnego tomu przygód Mercedes Thomson - “Zamęt Nocy”.

Jeśli dotarliście do ósmego tomu przygód Mercy i watahy Adama, to tak naprawdę, nie trzeba Wam, kolejnej powieści zachwalać. Każdy wie, że jest to cykl, który wciągnął i jak każdy, ma swoje wzloty i lekkie zniżki formy, bo upadku nie ma mowy. A jaki jest “Zamęt Nocy”?

Tom ósmy tym razem skupia się mocno na całej watasze i na relacjach rodzinnych. Do posiadłości Adama wraca bowiem była żona Adama. Christy, wpakowawszy się w niebezpieczny związek, potrzebuje pomocy, a przecież szlachetny Adam, nie pozostawi w opałach kobiety w potrzebie, tym bardziej, że jest ona matką jego córki. W watasze Adama zaczyna się źle dziać, Christy umie bowiem skłonić każdego do swojego toku myślenia, robiąc ze swojej osoby, niewinną ofiarę. A Mercy? Mercedes wykazuje się wyjątkowym opanowaniem i dojrzałością. Jednak czy prześladowca byłej żony Adama jest po prostu niezrównoważonym psychicznie zaborczym mężczyzną? Czy wataha stanie w obronie silnej kojocicy, czy jednak będzie wspierała pierwszą wybrankę serca alfy, kruchą i kobiecą Christy?

Na swojej stronie Patty do tej powieści podchodzi z sentymentem. Jest to dwudziesta przez nią napisana książka, a kiedyś w ogóle się zastanawiała, czy jest w stanie napisać choćby jedną.

W tej historii zostaje wpleciony mit o Guayocie, bóstwie kanaryjskim. Patricia tłumaczy, że do mitologii celtyckiej, czy rdzennie amerykańskiej, wprowadziła nową “krew”, na skutek wielu próśb, aby wyjść poza panteon bóstw z kręgu europejskiego i azjatyckiego. Czy jest to dobry zabieg? Jak najbardziej, będąc na Teneryfie i na Teide, nie słyszałam o micie związanym z Guayotą, Achamanem, czy Magec, więc moja wiedza się poszerzyła. Jednak, czy to wynika z ubogości źródeł, czy z braku dostatecznych badań, mit ten został wprowadzony dość kanciasto, bez wyczucia, jak przedmiot, element świata przedstawionego. Ot, takie egzotyczne urozmaicenie, wstawka etnograficzna jak notka z Wikipedii. Oddać trzeba jednak sprawiedliwość, że to poczucie obcości i sztuczności, wynika zapewne z braku łączności kulturowej. Pewnie rodowici hawajczycy ze swoją Pele, nie będą mieli problemu z asymilacją kanaryjskiego bóstwa. Natomiast samej fabule nie można niczego zarzucić; jest wartka i wystarczająco rozbudowana, aby wciągnąć czytelnika od samego początku, a postać irytującej Christy, dodaje tylko pikanterii. Brawa dla pani Briggs, że nie pozwoliła Mercy wkroczyć na wojenną ścieżkę z byłą żoną Adama, i pozwoliła jej być tą szlachetniejszą, mądrzejszą i dojrzalszą, dzięki czemu książka nie przeistoczyła się w tanie romansidło z pogranicza telenoweli w stylu wilkołaczej mody na sukces.

Podsumowując. “Zamęt Nocy” zdecydowanie należy do tych tytułów, które sprawiły mi przyjemność i ujęły mnie, a nie rozczarowały. Cieszę się, że autorka nadal potrafi zainteresować swoich czytelników kolejnymi przygodami Mercy.

Ocena: 8/10

wtorek, 24 lipca 2018

"Łańcuch dowodzenia" - Marko Kloos

Militarna seria Frontlines Marko Kloosa szybko staje się jedną z naszych ulubionych. W jej najnowszym tomie  autor udowadnia, że wkrótce może stać się czołowym twórcą w tym gatunku. 
Plany ataku na Ziemię zostały pokrzyżowane, jednak Mars wciąż znajduje się w łapach obcych. Ocalali ludzie desperacko próbują odbudować zdolność bojową oraz zorganizować obronę planety. Chorąży Andrew Grayson w trybie przyspieszonym szkoli nowych rekrutów a koszmarne wspomnienia przytępia alkoholem i lekami.

Wspólnota Północnoamerykańska i jej chińsko-rosyjscy sojusznicy dobrze wiedzą, że chwila wytchnienia nie potrwa długo. Muszą dokonać wyboru: uderzyć na obcych zgromadzonych na Czerwonej Planecie, albo rzucić się w pościg za renegatami i próbować odzyskać flotyllę okrętów mogących przeważyć szalę w nadciągającej wojnie. Żadne wyjście nie gwarantuje bezpieczeństwa, każde niesie ogromne ryzyko.
Niewielka grupa komandosów ma zbadać siedzibę dezerterów na odległym księżycu. Grayson i jego żona, pilotka Halley, znów trafiają w sam środek działań bojowych i biorą udział w w nowej wyniszczającej kampanii, której stawką będzie przyszłość ludzkości.


[Fabryka Słów, 2018]
[Opis i okładka: https://fabrykaslow.com.pl/autorzy/marko-kloos/lancuch-dowodzenia-frontlines-t-4/]

Książka zrecenzowana dla Secretum.pl

AGA:

„Łańcuch dowodzenia” to czwarty tom z cyklu Frontlines wydany przez Fabrykę Słów, cyklu świetnej militarnej fantastyki z pogranicza space opery, do której nie trzeba zachęcać wszystkich tych, którzy dotarli aż do tego tomu.
Akcja czwartego tomu rozpoczyna się dość zaskakująco, bowiem wbrew temu, czego się czytelnik spodziewał po zakończeniu tomu poprzedniego, od wydarzeń w obronie DZK przed Dryblasami, minął rok, a chorąży Andrew Grayson wylądował w Ośrodku Szkoleniowym Wspólnoty Północnoamerykańskiej Orem. Nasz bohater objął pieczę nad szkoleniem nowego pokolenia wojaków lub ujmując to w innej nomenklaturze, mięsa armatniego. Andrew wmawiając sobie, że ktoś musi wpoić młodzieży podstawowe umiejętności, które pomogą im przetrwać na polu walki, raczy się alkoholem, lekami nasennymi, od czasu do czasu widuje się z żoną, a tak naprawdę gnuśnieje i flaczeje. Dlatego też, gdy tylko nadarza się okazja nawiać z tego nudnego cyrku, ze słabo ukrywaną radością i zapalczywością, angażuje się w karkołomną akcję pościgu za zdrajcami, którzy porzucili ludzkość. Celem jest odebranie zagarniętego mienia wojskowego, które ma w przyszłości pomóc odbić Mars spod władzy Dryblasów.
„Łańcuch dowodzenia” podobnie jak „Ewakuacja” wydaje się być tomem przejściowym. Akcja jest znacznie bardziej stabilna i skupiona na etycznym wymiarze działań wojennych i problemach związanych z wykorzystaniem wojska przeciwko swoim. Przypomina to odwieczny problem moralny, który zapewne gnębi Amerykanów jeszcze od czasów wojny secesyjnej i jest nieodzownym problemem każdej wojny domowej. Równie trudnymi tematami są problemy związane z aprowizacją wojska w czasie długoletniej wojny, niedoskonałym, skróconym szkoleniem coraz młodszych rekrutów, nagłymi awansami kadry podoficerskiej, którą przydziela się do coraz trudniejszych zadań. Andrew Grayson, chorąży Fallon, sierżant Philbrick będą musieli zmierzyć się nie tylko z doraźnymi zadaniami i problemami na polu walki, ale również zderzą się z rozkazami dowódców, które nie zawsze będą zgodne z ich sumieniem. W tle wielkich rozgrywek wojskowej polityki rozgrywać się będzie prywatne życie Andrew i Halley, którzy zachowując wierność mundurowi, jednocześnie będą starali zachować również wierność swoim uczuciom.
„Łańcuch dowodzenia” niestety z dotychczasowych tomów zdaje się najsłabszym ogniwem w tym cyklu. Przed nami jeszcze co najmniej dwa tomy przygód Andrew Graysona i ludzkości walczącej o dominacje w kosmosie z Dryblasami. Pomimo że ten tom nie przyniósł niczego zaskakującego i powielił pewne motywy z poprzednich tomów, to nadal z niecierpliwością czekam na „Fields of Fire”, ponieważ wiem, że Marko Kloos, jak niewielu pisarzy, potrafi zaskakiwać czytelników.

Ocena: 6/10

sobota, 28 kwietnia 2018

"Spiżowy gniew" - Michał Gołkowski

Nikt nie wie, kim jest ten człowiek. Wiadomo tylko, że do Hatwaret nadszedł z pustyni. Pewnego dnia pojawił się w zaułku żebraków i po prostu trwał, pozornie bez celu. Do dnia, gdy nagle zniknął za bramami pałacu.
Od tego momentu historia Hatwaretu i Messembrii zaczyna toczyć się nowym torem, przerażającym i niezrozumiałym. Destrukcja i chaos zataczają coraz szersze kręgi, starania o pokój i współpracę zdają się odchodzić w przeszłość.


Zupełnie, jakby jeden przybysz znikąd mógł wpłynąć na losy państw i tysięcy ludzi.

[Fabryka Słów, 2018]
[Opis i okładka: https://fabrykaslow.com.pl/autorzy/michal-golkowski/spizowy-gniew/]

Dziękujemy za udostępnienie  książki do recenzji Fabryce Słów.


PATI

Po zachwycającej lekturze pierwszych dwóch “Komorników” i trochę odstającym od nich przeKantowanym nieszczęśnikiem trzecim, Michał Gołkowski trafił u mnie na listę “must read”. Dlatego jak tylko zobaczyłam w zapowiedziach “Spiżowy Gniew” z niecierpliwością czekałam na premierę, by móc się z nim jak najszybciej zapoznać. Nie dość, że to fantasy to jeszcze z wytatuowanym Ciachem na okładce… no aż podkurczałam z niecierpliwości palce u odnóży dolnych. W końcu nadszedł ten dzień, gdy zaparzyłam gar herbaty, otworzyłam wór z ciastkami… no wszędzie te i larwy, i muchy… wszędzie owady, co łażą po zwłokach i nie zwłokach… No aż się żuło te ciastka jakoś przyjemniej i do tego bardziej znacząco mi chrupały :) Wielce ubawiona pasłam się dalej pochłaniając kolejne strony.

Gdzieś na środku bezimiennej pustyni leżą sobie radośnie zwłoki, a na nich ucztują wspomniane przez mnie już wcześniej tony much i larw i tych wszystkich innych paskudztw, co się do darmowej wyżerki samoistnie i instynktownie zbiegają. I nie byłoby to nic dziwnego, ot kolejny smakowity NN, gdyby nie zaczęły nam się te zezwłoki poruszać i czuć jakby lepiej, a ciałka zamiast ubywać to przybywało. Wstało toto i poszło dalej, zabijając napotkanego wędrowca i szło sobie przed siebie, aż nie dotarło do pierwszego większego miasta, gdzie postanowiło regenerować się dalej. I już w tym momencie było wiadomo, że miasto miało już po prostu mówiąc brzydko przesrane, bo moi drodzy nie czarujmy się, ale zombiaki rzadko zwiastują dobrą nowinę. A potem to już było tylko gorzej i okrutnie malowniczo, a wszystko to przy rozbrajającym bzyczeniu spasionych i przeszczęśliwych much. Bo od momentu kiedy nasz Władca Much Zahred trafił do Hatwaretu wszystko zaczęło się psuć i zrobiło turlu turlu i jebut o glebę ze stu metrów na główkę w kamienną przepaść.

Michał Gołkowski udowadnia nam w “Spiżowym Gniewie”, że i owszem jedna osoba znikąd jest wstanie zagrozić wiekowemu Cesarstwu i sprawić, że plany dość pokojowego na stare lata już Cesarza są realizowane tylko wtedy, kiedy zgadzają się z planami Zahredowymi. Bo to, że Zahred do czegoś konsekwentnie dąży dowiadujemy się bardzo szybko, a sposób w jaki to realizuje jest naprawdę bezwzględnie zachwycający. Bez wielkiego problemu, ten wyśmienity aktor na miarę wspólnego dziecka Cezara i Oskara, potrafi znaleźć sposób na każdego, nawet jeśli trzeba dać tej przysłowiowej dupy dosłownie i w przenośni. Jest równie wierny jak mucha Plujka burczało i poświęci wszystko i każdego, a powieka mu przy tym nawet nie drgnie.

Najsmutniejsze dla mnie jest jednak to, że nie polubiliśmy się jakoś z Zahredem, bo choć lubię badassów, to między nim, a mną nie ma po prostu tej chemii. Podejrzewam, że zabrakło mi w nim tego cudownego wisielczego humoru, którym tak tryskało moje Słoneczko - Ezekiel Siódmy. To jest w sumie mój jedyny i główny zarzut do “Spiżowego Gniewu”, bo cała reszta jest zaprawdę powiadam Wam zacna. Absolutnie urzekło mnie nie wyjaśnienie tajemnicy głównego bohatera i dlatego z chęcią chwycę za kolejny tom, by uzupełnić historię i potwierdzić lub zaprzeczyć moim własnym rozbuchanym domysłom. Tak się cały czas zastanawiam czy i tu “łaska pańska na pstrym koniu jeździ” i to co miało być nagrodą, nie stało się największym przekleństwem?

Trzeba przyznać także, że poza Zahredem w książce znajdziemy wiele innych pełnowymiarowych, świetnie wykreowanych i opisanych postaci, a to naprawdę jest dar by pisać w taki sposób, że każdy bohater jest taki… no po prostu prawdziwy. Jedynie co to widzę trochę takie męskie przegięcie w postaci zbyt wyidealizowanej Sarsany - 14-letniej córki Cesarza, niezwykle inteligentnej i mądrej, zjawiskowo pięknej, w większości nie zachowującej się na swój wiek i do tego jeszcze jakby tego było mało - niczym lukier na już i tak przesłodzonym ciasteczku - ognistej nienasyconej nimfomanki. Aż mnie ząbki bolą od tego cukru, słodkości i różnych śliczności.

Przyznaję się, że spodziewałam się bardziej czegoś w rodzaju Zeka Komornika, a otrzymałam coś zupełnie innego i nowego, a to na pewno jest wielki plus dla tej historii. Trup ściele się gęsto, na ściany bryzga posoka,  flaki się artystycznie wylewają, a muchy jak to muchy srają i latają. “Spiżowy Gniew” na pewno jest pozycją godną polecenia i ze sporą dozą ciekawości czekam na kolejne zmartwychwstanie Zahreda i krwawe piekło pełne rzezi jakie zapewne rozpęta. Oj będzie się działo.

Ocena: 7/10

Fragment powieści możecie przeczytać --> TUTAJ.


czwartek, 26 kwietnia 2018

"Drugi okręt" - Richard Phillips

W 1948 okręt kosmiczny obcych spadł z nieba nad Nowym Meksykiem i natychmiast zniknął za murami laboratorium Los Alamos. Od tego czasu wojsko USA prowadziło ściśle tajne badania znane jako Projekt Rho, starając się rozpracować technologię pojazdu. Teraz, kilka dziesięcioleci od katastrofy, rząd szykuje się, by o wszystkim opowiedzieć.
A przynajmniej tak twierdzi...
Istnieje bowiem drugi okręt, przez wszystkie te lata ukryty przed wojskowymi. Trójka studentów odnajduje go zagrzebanego w odległym kanionie i w tym momencie ich życie zmienia się już na zawsze. Wystarcza jeden dotyk, aby technologia, na której rozszyfrowanie rząd wydał miliardy dolarów, załadowała się do umysłów nastolatków, którzy znają teraz przerażającą prawdę o Projekcie Rho. Gdy odnajduje ich ekipa NSA do tajnych zadań, złożona z Jacka „Rozpruwacza” Gregory’ego oraz Janet Price, zostają wtrąceni w brutalny świat sekretów i korupcji, mimo woli biorąc udział w wojnie, której celem jest przedefiniowanie pojęcia człowieka.
[Fabryka Słów, 2017]
[Opis i okładka: https://fabrykaslow.com.pl/autorzy/richard-phillips/drugi-okret-richard-phillips/]

AGA:

W 1948 okręt kosmiczny obcych spadł z nieba nad Nowym Meksykiem i natychmiast zniknął za murami laboratorium Los Alamos. Od tego czasu wojsko USA prowadziło ściśle tajne badania znane jako Projekt Rho, starając się rozpracować technologię pojazdu. Teraz, kilka dziesięcioleci od katastrofy, rząd szykuje się, by o wszystkim opowiedzieć…

Niedługo po ujawnieniu przez rząd USA wiekopomnego odkrycia, trójka nastolatków przypadkowo odkrywa drugi okręt obcych. Statek ukryty w kanionie, staje się azylem i źródłem niewyczerpanej wiedzy dla trójki bohaterów, którzy poszerzając coraz bardziej swoje zdolności, jednocześnie zdają sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nich spoczywa. Okazuje się bowiem, że Projekt Rho może zagrażać ludzkości, a kierujący badaniami Donald R. Stephenson ukrywa przed władzami znacznie więcej niż chciałby przyznać. Heather, Jennifer i jej brat Mark będą musieli odnaleźć najbezpieczniejszy sposób na powiadomienie o tym, co dzieje się w laboratoriach projektu Rho, jednocześnie ukrywając rosnące zdolności fizyczne i intelektualne. A czasu jest coraz mniej, genialny naukowiec ma swój plan, który w każdym momencie może zostać wdrożony do życia.
Przy pierwszym kontakcie z tą książką pomyślałam o niej jak o skrzyżowaniu „Archiwum X” z „Dniem Niepodległości” w wydaniu soft dla młodego czytelnika. Dreszcze przeszły przeze mnie, a w oddali słyszałam „E. T. go home”. Jednak nie ma to jak obowiązki, a lekki przymus czytelniczy człowiekowi czasem na złe nie wychodzi, czego rzesze uczniów i studentów, niestety nigdy nie pojmie, choć to kwestia doboru lektury, im takie „Drugie okręty” raczej się nie trafiają.

Drugi kontakt z lekturą, ten bliższy okazał się zdecydowanie przyjemniejszy. Historia okazała się całkiem przyjemnie, sprawnie i dynamicznie napisana. Owszem na samym początku kojarzy się z „Dniem Niepodległości”, w szczególności z tajnym laboratorium na pustyni, w którym garażowany jest stateczek obcych, potem trochę powiewa tajnymi projektami i spiskami rodem z „Archiwum X”, a na końcu nanotechnologią, o której pisał Michael Crichton w „Roju”, ale wszystko to jest potraktowane lżej, przystępniej i ciekawiej, ponieważ z punktu widzenia dziarskich i inteligentnych nastolatków. Drodzy rodzice, chcielibyście mieć takich pełnych pasji i zapalczywych młodych ludzi pod dachem, którzy szukają na własną rękę sposobów uratowania całego świata, posiłkując się wszelkiego rodzaju trudnymi dziedzinami nauki, jak matematyka, informatyka, czy elektronika. Wspaniali nastolatkowie w tej książce odnajdziecie nadal to, co genialne w okresie dojrzewania, czyli problemy grup społecznych, spajającą jak cement przyjaźń, rozterki miłosne i niewiarygodne przygody, a wszystko to okraszone mocami, które na myśl przywodzą Avangersów. Akcja prze do przodu, a przez książkę co chwilę przewijają się coraz ciekawsi bohaterowie; tajemniczy Łachmaniarz, atrakcyjne małżeństwo Jacka i Janet, niebezpieczny Kapłan, czy cudownie ozdrowiony Raul. A to tylko namiastka tego, z czym się spotkacie czytając „Drugi okręt”.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia utwierdziło mnie, że ta książka nie mogłaby wyglądać inaczej. Richard Phillips, autor, urodził się w… Roswell. Szkolił się w elitarnej formacji piechoty US Army Ranger, podobnie, jak Jack, pisał pracę z zakresu fizyki w laboratoriach Los Alamos, w których prowadzone są badania Projektu Rho – innymi słowy, właściwy człowiek napisał właściwa ksiązkę. Można by się zastanawiać, co autor widział w Roswell i co jego współpracownicy w Los Alamos sądzą o jego radosnej twórczości? Zapewne, chcieliby, by ich praca była tak zatrważająco porywająca i ciekawa, jak powieść „Drugi okręt”.

Szczerze polecam powieść każdemu bez względu na wiek. Bohaterowie pomimo nastoletniego wieku, dzięki inteligentnemu zabiegowi fabularnemu, nie są infantylni, ale też nie są zbyt poważni, ich podejście do utrzymania tajemnicy drugiego okrętu obcych jest typowa dla niefrasobliwego, buntowniczego okresu dorastania, ale problemy rozwiązują w bardzo mądry i rezolutny sposób, który na odmianę można by już przypisywać dorosłym. Pomysł na pomieszanie wielu znanych nurtów z literatury fantastycznej i kultury popularnej, przeładowanie fabuły wydarzeniami następującymi po sobie, powoduje, że książkę czyta się w mgnieniu oka.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

"Wampir z KC" - Andrzej Pilipiuk

Komuna ustępuje miejsca krwiożerczemu kapitalizmowi, co jednak wcale nie oznacza, że wszystko nagle układa się świetnie.

To był taki dobry plan, co mogło się nie udać?! Miały być zyski z wyśrubowanych norm i wakacje w Bułgarii. Miał być wyzysk i poganianie klasy robotniczej batogiem przez spasionego burżuja z cygarem w zębach. Miało być tak pięknie. Miało, ale się...

Wampiry przeżywają szereg traum: najpierw Zakład Pracy wysyła je na urlop. Wiadomo, że najgorsze we wczasach jest to, że nie ma nic do roboty. A bez roboty człowiek głupieje. Wampir również, bo wampir wszak też człowiek, tylko nieco bardziej martwy.

Następnie Drucianka upada , mimo śmiałego planu naprawczego, który miał dziarskim i zwycięskim krokiem wprowadzić kulejący zakład w krwiożerczy kapitalizm. I znowu- najgorsze w bezrobociu jest to, że nie ma nic do roboty.

Może z powodu tych trudnych przeżyć oba wampiry nie mają tyle co kiedyś cierpliwości do kamieniczników czy byłych ubeków i ich pomysłów na nową rzeczywistość. W ogóle ta nowa rzeczywistość jakaś taka...podobna łudząco do tej starej.

Cóż, kapitalizm najwyraźniej już jest, ale kapitalistów zapomnieli dowieźć.

[Fabryka Słów, 2018]
[Okładka i opis: https://fabrykaslow.com.pl/autorzy/andrzej-pilipiuk/wampir-z-kc/]

Książka udostępniona dzięki Wydawnictwu Fabryka Słów.

PATI:

Są takie chwile, gdy zerkamy na zegarek i okazuje się, że gdzieś nam “wcięło” kolejną godzinę z życia. Są też i takie, kiedy stajemy przed jakże trudną decyzją, czy “jeszcze tylko skończę jeden rozdział” jest ważniejsze, niż funkcjonalność i produktywność w pracy dnia następnego. Ja po spędzeniu nocki z wampirami musiałam ratować się mocnym makijażem i 4 kubkami jeszcze mocniejszej kawy, aby zatuszować braki w ilości przespanych godzin. Bo ja niestety wąpierzem nie jestem i snu potrzebuję i kurcze blade lipa z psią kostką mać - niech się ktoś nade mną zlituje i dobije, ale oderwać się od “Wampira z KC” Andrzeja Pilipiuka po prostu nie potrafiłam. I niech rzuci we mnie kamieniem ten, co nigdy nie zarwał nocy przez dobrą książkę!

Bo oto nadchodzi wiatr zmian, który nie czarujmy się sprawia znanym nam już z poprzednich części wampirom więcej kłopotów niż pożytku. Nie dość, że zmuszono ich do bezczynnych wakacji nad morzem, a potem do bezczynnych dłuższych wakacji na bezrobociu, to jeszcze niesławny Eduard z Hameryki nie zapomniał o polskich krwiopijcach i nasyła na nich Fundacje Van Helsinga. Nie jest łatwo więc być niewadzącym nikomu wampirem w Warszawie, który toczy w trudzie i znoju swój własny “kamień” pod górę życia na cześć i chwałę kolektywu. Bo jak nie grzybobranie w styczniu, to po skarb, czy drzewko trzeba się wybrać, a dres okazuje się też może być ubiorem do pracy. Opowiadania łączące się w jedną całość ukazują przemiany, co nie takie znowu zaskakujące, nie tylko czasów, ale i naszych bohaterów. Bo wampiry jak się okazuje w dobie krwiożerczego kapitalizmu muszą stać się no cóż... bardziej krwiożercze, a rekin biznesu to w końcu bardzo groźny drapieżnik nawet uzbrojony w srebrny świecznik.

Jak to zwykle u Pilipiuka - miejscami było zabawnie, miejscami bardzo poważnie i niegłupio, ale w idealnie wyważonej mieszance. I choć zaczyna się niby bardzo niewinnie, bo na wakacjach nad morzem, to i tak potem jest z grubej rury - bo jak można inaczej nazwać spotkanie naszych bohaterów z Samym Wiecie Kim? Marek, Igor i ich wychowanka Małgorzata zostają herosami światowego kalibru, bo choć nieżywi to przeżyli, a Harry Potter powinien im buty czyścić ot co! Nie zdradzając za bardzo fabuły -  tak, spotykają Jakuba i jego wiernego “Robina” Semena.

Kiedy “13 grudnia wybuchła wojna, kulki z cebulki, a groch to był proch” moim rodzicom wyłączyli prąd, a co za tym idzie i telewizor, więc po 9 miesiącach i 10 dniach przyszłam na świat ja. Dlatego mniej więcej lata 88-91 w jakich dzieje się akcja “Wampira z KC” przypadają dokładnie w okresie mojej już jako takiej świadomości życia wokoło.  Dzięki tej książce miałam możliwość powspominania sobie dzieciństwa, bo naprawdę doskonale pamiętam ideę i wygląd zakładowych ośrodków wczasowych z tamtych czasów. Pamiętam ich zapach, wygląd i specyficzny charakter... W sumie, to wszystko tam było specyficzne, a autor zafundował mi powrót do pilśniowych domków nad uroczym jeziorem w Skokach "pod" Poznaniem “nad” jeziorem. Te dziury w podłodze, stołówka, zapach farby olejnej...  Ehhh wspomnienia wracają do mnie niczym tamtejsze krwiożercze komary do odsłoniętej części ciała. A przypomniany smak bułki z pieczarkami - niewidzianego i lekko zapomnianego przeze ze mnie rarytasu i hot-dogów z  połówkami parówek (mniej lub bardziej mięsnych) zalanych czerwonym keczupem marki Winiary śni mi się teraz po nocach. Jako, że dziś dzieci kartki na żywność znają już tylko z kuponów do mac’a, nie rozumieją tamtych czasów, kiedy czekoladę załatwiało się po znajomościach na święta, a aparaturę do pędzenia posiadał co drugi sąsiad. I właśnie dlatego, ta część sagi o wampirach trafiła do mnie najbardziej i tak niesamowicie wciągnęła.

Seria o “zwyczajnych” warszawskich wampirach z Pragi-Północ skradła mi serce już w pierwszym tomie. W drugim utrwaliła tylko uczucie między nami, a trzeci przypieczętował je na wieki. I pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że to nie ostatnie spotkanie ze “zwyczajnymi” i nawet bardziej ludzkimi od ludźmi warszawskimi wampirami. Panie Andrzeju, a może by tak 4 tom - Wampir z PoPisu?


Ocena: 8/10