Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie 2015. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 lipca 2015

"Wojna w blasku dnia. Księga II" - Peter V. Brett


Żeby wygrać wojnę, trzeba stoczyć walkę z sobą. 

Świat, w którym nocą ludzkość chroni się przed atakiem demonów, a dzień przynosi rozgrywki polityczne i walkę o władzę.

Tylko dwóch mężczyzn może stanąć na drodze Otchłańcom. Jednego z nich wspiera kobieta z nożem. 

Peter V. Brett jest dziś tak rozpoznawalnym autorem jak George R. R. Martin, Robert Jordan i Terry Brooks. Powieści z cyklu demonicznego – Malowany człowiek, Pustynna włócznia i Wojna w blasku dnia podbiły już księgarskie rynki całego świata.

[Fabryka Słów, 2013]
[Opis i okładka: http://fabrykaslow.com.pl/ksiazki/wojna-w-blasku-dnia-t-2]



AGA:

Po Cykl Demoniczny sięgnęłam w 2013, czyli dość późno, bo pięć lat po premierze „Malowanego człowieka”. Opis książki błędnie sugerował, że będzie to young adult, a ja pałam niechęcią do młodzieżówek. Jednak jak już sięgnęłam po pierwszy tom cyklu, to czytałam, czytałam, czytałam, aż mi delikatnie mówiąc, obrzydł i wyhamowałam na drugiej księdze „Wojny w blasku dnia”. Po pierwszej części tomu trzeciego zmęczona byłam już bohaterami, ich obyczajowymi, sercowymi i moralnymi rozterkami, więc porzuciłam książki Petera V. Bretta na dwa lata. W związku z pojawieniem się kolejnego tomu cyklu - „Tronu z czaszek”, wróciłam do przygód Arlena i Jardira.

Drugi wolumin „Wojny w blasku dnia” jest naturalną kontynuacją księgi pierwszej, tym bardziej, że Fabryka Słów sztucznie podzieliła jeden tom na dwie księgi, oczywiście wiadomo z jakich względów, mniej lub bardziej zrozumiałych i akceptowalnych przez czytelników.

Leesha z Rojerem i towarzyszącymi im Krasjanami wraca do Zakątka, w którym Arlen Bales alias Wybawiciel, przygotowują osadę do walki z demonami w czasie Nowiu. W Zakątku budowany jest wielki run, Arlen z Renną i mieszkańcami przygotowują się do starcia. Książę Thamos stara się utrwalić swoją władzę nad osadą, Rojer wprowadza zamęt w społeczności, przywożąc swoje dwie krasjańskie żony, a Leesha próbuje odzyskać pozycję, a także odnaleźć się w nowej rzeczywistości. W Krasji Jardir umacnia swoją pozycję Shar'Dama Ka dzięki pomocy Inevery i Abbana, odkrywa dodatkowe możliwości wzmacniania artefaktów i szykuje się do walki. Obie krainy z Południa i Północy będą musiały zmierzyć się w czasie Nowiu z demonami umysłu wysłanymi z Otchłani.

Cóż można napisać o książce z cyklu, który wszystkim lub prawie wszystkim się podoba? Zdecydowanie proza Petera V. Bretta przypadła do gustu czytelnikom dzięki umiejętnemu tworzeniu fabuły, lekkiemu pióru oraz umiejętnemu balansowaniu między akcją a stagnacją. Niewątpliwym atutem są bohaterowie, których pisarz kreuje bardzo dynamicznie, zmienia się ich światopogląd, ewoluują wielokrotnie, dzięki czemu czytelnik ma okazję utożsamiać się z każdym z osobna. Czy oznacza to, że „Wojna w blasku dnia” jest powieścią idealną? Oczywiście, że nie. Zdecydowanym minusem tej księgi są dysproporcje pomiędzy fabułą poświęconą Zakątkowi, a Krasji. Odniosłam wrażenie, że autor mocno skupił się na wątkach obyczajowych i społecznych, które pojawiły się z przybyciem Rojera i Leeshy do Zakątka, ich wpływ na społeczność, a także wewnętrzne dylematy zielarki, mocno zdominowały pierwszą część książki. Rozterki i przemyślenia bohaterów były na tyle długo rozpatrywane, że ja jako czytelnik z utęsknieniem czekałam na Nów i demony, bo tak naprawdę ileż można czytać o ciąży, ślubie i mało utalentowanych grajkach. Autor poświęcił Arlenowi i jego przyjaciołom 62% powieści przez co wydarzenia w Krasji zeszły na dalszy plan, a sama walka Szar'Dama Ka z demonem umysłu sprowadziła się wyłącznie do pojedynczego pchnięcia włócznią.


Tak czy inaczej, pomimo tych drobnych niedoskonałości, „Wojnę w blasku dnia” czyta się z pasją równą pozostałym tomom, a jej zakończenie zdecydowanie podsyca zainteresowanie dalszymi losami bohaterów.

  • A book with more than 500 pages.
  • A book with magic.
  • A book that was originally written in a different language.
  • A book you started but never finished.

Ocena: 7/10

Przesłanie: "Lekkie pióro pozwala pisarzowi przedłużać dobrą historię w nieskończoność".

wtorek, 20 stycznia 2015

"Wilk" - Katarzyna Berenika Miszczuk

Sprawdź, co się wydarzyło przed Zmierzchem! Margo Cook to zwyczajna nastolatka. Pewnego dnia przenosi się razem z rodzicami z Nowego Jorku do miasteczka Wolftown położonego w głębi olbrzymiej puszczy. Od przeprowadzki dręczą ją koszmary, w których ucieka przez las przed groźnym prześladowcą. W szkole poznaje lekko zwariowaną Francuzkę Ivette Reno oraz intrygującego outsidera Maksa Stone'a. Jaki mroczny sekret skrywa Max? Jaki mroczny sekret skrywa Wolftown? Czy sny Margo mają z tymi zagadkami jakiś związek? Być może poznamy odpowiedź, gdy na niebie pojawi się księżyc w pełni...

[Wydawnictwo W.A.B., 2013]

[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/167157/wilk]




PATI:

Katarzyna Berenika Miszczuk to bardzo młoda autorka, której nie sposób nie podziwiać. W wieku 15 lat napisała „Wilka”, a w 3 lata później trafił on na półki księgarń - co jest sporym wyczynem zwłaszcza w tak młodym wieku - wiadomo, że wydawcy wolą promować znane nazwiska dorosłych pisarzy, licząc na większą sprzedaż. Przeglądając FB czy portal Lubimyczytac widać jednak, że książka zdobyła sporą popularność wśród młodych czytelników, do których jest głównie skierowana.
Ja swoją przygodę z tą autorką zaczęłam od „Ja, Diablica” i reszty serii o Wiktorii Biankowskiej, a potem przeczytałam „Drugą Szansę”. I w każdej kolejnej pozycji widzę spory potencjał i także to, jak te książki zmieniają się razem z wiekiem autorki. Pragnę ogłosić, że moim zdaniem rośnie nam prawdziwa dama Polish Urban Fantasy, która dzięki swojej ciężkiej pracy pisze coraz lepiej i rozwija swój warsztat pisarski. Na razie jeszcze nie stroni ona od banałów i nieskomplikowanego języka, ale z książki na książkę jest coraz lepiej. Już nie mogę się doczekać tych rewelacyjnych pozycji – bo mam przeczucie, że będą, choć musimy na nie jeszcze trochę poczekać. Niestety jak wynika z informacji na oficjalnym fanpage'u Miszczuk - według wydawcy „fantastyka się źle sprzedaje” i możemy się spodziewać raczej thrillerów medycznych w jej wykonaniu.

Wiedząc w jakim wieku autorki został napisany „Wilk” - debiutancka powieść - z oporami sięgnęłam po nią, bojąc się tego, co tam będzie. I rzeczywiście początek, jak już pisałam, jest przerażający, ale potem w miarę czytania zaczynamy bawić się po pachy. Oczywiście w ten pobłażliwy sposób, bo raczej nie ma w niej zabawnych dialogów... w sumie to trudno nawet mówić o dialogach... OK, ok jest historia jest banalna. Bardzo :) Jest skrótowa, jest napisana maksymalnie uproszczonym kolokwialnym językiem i prostymi krótkimi zdaniami. Ale ma w sobie coś - ma potencjał. Gdyby ją napisać jeszcze raz: poprawniej, płynniej, dorzucić opisy i brakujące sceny... Poprawić dialogi... Rozwinąć akcje, przemyśleć dokładnie, wyrzucić to całe The Calling pojawiające się co stronę... Hm... W sumie, to literacko jest bardzo kiepsko. Ale co tam :) książka jest zabawna i nieźle się przy niej naśmiałam.

W „Wilku” główna bohaterka - Margo zostaje zmuszona do wyprowadzki w połowie 2 klasy liceum z pięknego Nowego Yorku i przeniesienia się do zapadłej dziury – Wolftown. Już pierwszego dnia szkoły zwraca uwagę na chłopaka, o pięknych oczach i blond włosach, któremu nie udało się jej za bardzo przyjrzeć – tak wiem - brzmi to jakoś głupio i znajomo... Ma jedną lekcję z Panem Przystojniakiem, który ewidentnie ją unika i nie odpowiada na jej pytania... on ją ratuję spod kół samochodu... No, ale w końcu nasza Margo przełamuje jego opór i zostają parą – tak drodzy państwo – to prawie jak „Zmierzch”. Co więcej - Margo identycznie jak Bella Swan – jest także pechowcem, jak jest na drodze korzeń, to się potknie o niego. Pasma nieszczęścia, które za sobą ciągnie są niezliczone, ale to chyba niezamierzony zamysł autorki, żeby zrobić z niej aż taką sierotę. I tyle w sumie, dzięki bogom, „zmierzchopodobieństw”, bo reszta jest już zupełnie inna. Spodziewam się jednak, że niektórym to wystarczy zapewne, żeby rzucić książką w kąt :) Mnie prawie starczyło, ale cieszę się jednak mimo wszystko, tego nie zrobiłam.

Bo Margo - jest zabawna do łez! Jest rozczulająca w swojej naiwności i głupocie wieku nastoletniego. Jest dokładnie taka, jak ja, gdy byłam w jej wieku :D Zadziorna i nie myśląca co mówi i do kogo. A głupoty, które „myśli" - narracja pierwszoosobowa, są po prostu urocze. Tak moi drodzy. Też taka kiedyś byłam. Wierzyłam, że wszytko mi się uda – bo przecież tak zawsze jest, skoro ja czegoś chcę, to tak będzie! Największym dramatem było w tym okresie w co się ubrać i jak przekonać rodziców, żeby puścili mnie na imprezę czy koncert :). Miejscami, dzięki tej książce, wpadałam w głęboką zadumę i chichotałam do własnych wspomnień. Za moich czasów takie dziewczyny jak Margo nazywano właśnie metalami - ja z dumą nosiłam swoje glany, skórzaną kurtkę i kostkę (ale bez naszywek zespołów - bo to uważaliśmy za pozerstwo). No i w życiu nie przyznałabym się do słuchania The Calling (dla osób nie kojarzących – zespół jednego utworu „Wherever i will go”) - ale cóż, inne czasy :D

Szkodą dla tej książki jest niewątpliwie to, że dzieje się to w Stanach – jakby autorka naoglądała się filmów i seriali na temat amerykańskich nastolatków i zastosowała to wszystko w praktyce – mamy więc wizytę u dyrektora w dniu rozpoczęcia szkoły, dostanie szyfru do szafki, przydzielenie planu lekcji z obowiązkową wizytą w sekretariacie... ile razy wałkowało się już ten utarty schemat? Fakt, że trudno by było uwierzyć w wilki - ludzi biegające radośnie po np. Kaszubach czy Parku Oliwskim, ale w sumie... czemu by nie? Dlaczego same fajne nadnaturalne zjawiska mają dziać się tylko w Stanach?

Na pewno nie jest to książka dla każdego – śmiem twierdzić, że Aga by jej nie zmęczyła, a gdyby nawet to w recenzji rozniosłaby ją na strzępy. Mnie się podobała ze względu na Margo i sentymentalną podróż, która mi ta pozycja sprezentowała. Ale nie każdy jest mną i nie każdy odnajdzie siebie w postaci głupiutkiej głównej bohaterki, więc przy decyzji, czy czytać, czy nie trzeba się mocno każdorazowo zastanowić.

Dzięki tej pozycji na mojej liście wyzwaniowej 2015 można określić:
  • A book written by someone under 30
  • A book with a one-word title
  • A popular author's first book
  • A book set in high school 
  • A book with nonhuman charakters
  • A funny book (dla mnie była śmieszna :)
  • A book by a female author



Ocena: 2 (styl pisarski i akcja) + 3 (za wszystkie za wspomnienia i świetną zabawę) / 10

Przesłanie książki: „Wilki nie mówią, wilki mruczą”  


czwartek, 15 stycznia 2015

"Gorący Lód" - Nora Roberts

Egzotyczna sceneria Madagaskaru, piękna młoda kobieta i atrakcyjny, choć niebezpieczny mężczyzna, walka z dziką przyrodą i pozbawionymi skrupułów ludźmi tworzą doskonały koktajl sensacji i romansu...
Whitney MacAllister wraca do Nowego Jorku po niezbyt udanym pobycie w Paryżu. Cóż jeszcze może zadziwić młodą i piękną dziedziczkę olbrzymiej fortuny? Ekskluzywne kluby, weekendy na Martynice, towarzystwo sławnych i bogatych to dla niej chleb powszedni. Dopiero kiedy los styka ją z mężczyzną o bardzo podejrzanej profesji i reputacji, dziewczyna odczuwa dreszczyk emocji. Wkrótce jednak to, co wydawało się zabawnym przerywnikiem w udanym życiu, zmienia się w niebezpieczną przygodę. 


[Wydawnictwo Świat Książki, 2006]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/244108/goracy-lod]

PATI:

Czasami są takie momenty w życiu każdego pożeracza książek, że ma ochotę się odprężyć i przeczytać coś nie skomplikowanego i pozytywnego, przy czym nie trzeba używać mózgu. Ja w takich momentach sięgam po Norę Roberts. Nie wiem nawet ile już jej książek przeczytałam - będzie to pewnie w dziesiątkach, ponieważ dzięki niej naprawdę odpoczywam. Pani Roberts to dla mnie niekwestionowana królowa romansów, która płodzi swoje książki w zastraszającym tempie. I jak to bywa właśnie w takich sytuacjach - książki lepsze, gorsze i te rewelacyjne. Ja zdecydowanie jestem fanką tych nowszych powieści (gdzie jest internet i telefony komórkowe :D), są one zdecydowanie dłuższe i widać ciągle rozwijający się warsztat pisarski.
Tym razem jednak kryterium wyboru pozycji „Gorący Lód” („Hot Ice”) była nie chęć odpoczynku umysłowego (chociaż „Smoczy Tron" mnie trochę zmęczył), ale antonim - chciałabym mieć tą listę z wyzwaniem jak najszybciej z głowy :) Książka została napisana w 1987 r., więc należy do tych „starych / pierwszych” powieści, ale to wcale nie znaczy, że jest kiepska.

Utarty schemat jakim pisane są książki Nory Roberts, mnie osobiście zupełnie nie przeszkadza. Chociaż przyznaję, że pewnie jak się czyta którąś tam książkę pod rząd, to zapewne może być on męczący – wiadomo, że dążymy do 100% happy endu tym samym szlakiem co zawsze, jedynie z kosmetycznymi zmianami.
Ona (Whitney MacAllister) - dziedziczka wielomilionowej fortuny znudzona życiem wraca z Paryża, gdzie myślała, że się rozerwie, ale zakupy jakoś nie przyniosły jej wielkiej radości.
On (Douglas Lord) - mężczyzna niebezpieczny i genialny złodziej, który zdecydował się nie oddać skradzionych na zlecenie listów, ponieważ nagrodą, jak udało mu się podsłuchać, nie miały być obiecane pieniążki, ale kulka. W głowę.
Cóż, chyba nic bardziej nie mogłoby różnić tej pary.
Do samochodu Whitney wsiada nieproszony Doug i potem już razem z bohaterami przeżywamy kolejne pościgi i strzelaniny. Wpadamy w samo centrum poszukania skarbu i wielkiej afery kryminalnej. A skarb jest nie byle jaki, bo z epoki rewolucji francuskiej i składają się na niego klejnoty należące do samej Marii Antoniny. A wszystko to wśród lemurów na bajecznym Madagaskarze. I choć same „poszukiwanie” skarbu ogranicza się bardziej do podróży przez urokliwy Madagaskar do miejsca docelowego, nie sposób się jednak przy tym nudzić. Dwójka bohaterów, oczywiście, w końcu legnie na mchu, a skończy się zaręczynami z pierścionkiem z brylantem od samej królowej Marii, ale zanim do tego dojdzie będziemy mogli się rozkoszować genialnymi dialogami prowadzonymi między nimi. Uwielbiam język i humor pani Roberts - te cięte, rozśmieszające riposty i złośliwości, które mają zamaskować wzajemny afekt naszej głównej pary, są po prostu mistrzowskie.
Whitney okazuje się nie być tak do końca rozpieszczoną księżniczką - potrafi być miła, czuła i lojalna, choć świetnie odgrywa też lodową pannę, to jednak ma dobre serce. A Douglas to nie nieczuły drań i krętacz tylko po prostu boi się związków i nie chce pokazać, że chodzi mu o coś więcej, niż gimnastyka horyzontalna. Ech... no czegóż chcieć więcej?

Żeby nie było to czytałam dużo lepsze książki tej autorki - dłuższe. I to mój główny i jedyny zarzut: za dużo uproszczeń i skrótów akcji. Ta książka mogłaby być naprawdę fantastyczna, gdyby właśnie nie to, że jest po prostu za krótka - niczym Harlequin. Zanim się porządnie człowiek wciągnie - to już ślub. Wolałabym, żeby szukanie skarbu było bardziej skomplikowane, niż poszukiwanie nagrobka na cmentarzu, do którego podążali przez całą książkę :)
Dzięki autorce dowiedziałam się więcej o Madagaskarze, niż z niejednego programu na Discovery. Wyrywkowo sprawdziłam niektóre z informacji i wszystko okazało się prawdziwe. Zupełnie nie przeszkadzały mi opisy miejsc i widoków ponieważ książka nie była nimi przeładowana, a fajnie uzupełniały akcję. Wielki szok dla mnie - na Madagaskarze żyją krokodyle. Nilowe! A krokodyl nilowy ma największy w stosunku do wielkości ciała mózg, spośród wszystkich współczesnych gadów i potrafi żyć do 100 lat!

Ogólnie jestem zadowolona z lektury pomimo jej małej objętości. Było w niej wszystko to czego oczekiwałam.


Niniejszym mogę też określić kolejne punkty z listy wyzwań:
  • A classic romance
  • A funny book
  • A mystery or thriller
  • A book with antonyms in title
  • A book set somewhere you've always wanted to visit
  • A book set in different country
  • A book by a female author
  • A book that was originally written in a diffrent language

ocena: 4 / 10
Przeslanie: „Nigdy nie ufaj mężczyźnie - nawet jak da ci brylant warty fortunę. A małżeństwo to nadal tylko interes.”

środa, 14 stycznia 2015

"Smoczy tron" - Tad Williams

Ciemne moce, wkraczają do spokojnej krainy Osten Ard. Nadciągające niebezpieczeństwo przeczuwa jedynie nieliczna grupka osób, zwana Ligą Pergaminu. Giermek Simon, przypadkowo złączony z Ligą, staje się przewodnikiem w poszukiwaniu zaginionych mieczy, w wędrówce, która obfituje w spotkania z wrogami pochodzącymi z najbardziej koszmarnych mitów.

[Wydawnictwo Rebis, 2010]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/82081/smoczy-tron]









AGA:

Dzieła Tada Williamsa zaczęły się pojawiać na rynku polskim w latach dziewięćdziesiątych, kiedy rozpoczynałam przygodę z fantastyką i wszystkie książki, które w tamtym czasie były wydawane pojawiały się sukcesywnie w naszej domowej biblioteczce. Wzrokiem przyciągały mnie okładki „Dziecka z miasta przeszłości” i „Kalibana”, czy nawet tomów „Wieży Zielonego Anioła”, ale nigdy nie sądziłam, że sięgnę po którąkolwiek z nich. Dlaczego? Ponieważ nie jestem miłośniczką klasycznej fantasy, a opis na czwartej stronie okładki zachwalający Tada Williamsa, jako kontynuatora tradycji tolkienowskiej, wręcz mnie odstraszał. Jednak nigdy, nie należy mówić nigdy. Przyznaję, że nie sięgnęłam po „Smoczy tron” dobrowolnie, a wynikiem umowy czytelniczej pomiędzy znajomymi, jednak nie żałuję i skłaniam się ku stwierdzeniu, że czasem trzeba zrobić książkowy skok w bok, by stwierdzić, że gust się odmienia.

Cykl „Pamięć, Smutek, Cierń”, ani żaden z tomów tej epickiej trylogii, o dziwo, nie zdobył żadnej nagrody literackiej. Czemu o dziwo? Dlatego, że jest to po prostu kawałek dobrej literatury, który za swój rozmach powinien być dodatkowo wyróżniony. Gdy porównuję liczbę nominacji „Stu tysięcy królestw” N.K. Jemisin z liczbą, a raczej brakiem nominacji, „Smoczego tronu”, to nasuwa się pytanie, ile w sumie warte są te nagrody? Albo jak bardzo gusta się zmieniły, że tak słabe powieści, jak „Sto tysięcy królestw” zostaje nominowane?

„Smoczy tron” jest pierwszym tomem rozpoczynającym snutą przez Williamsa opowieścią o krainie Osten Ard., a rozpoczyna się od historii Seomana, zwanego powszechnie Simonem, który jako podkuchenny na zamku Hayholt, prowadzi życie obiboka-marzyciela. Wyjątkowo irytujący główny bohater jest modelowym ciołkiem-matołkiem, który nie potrafi docenić i wykorzystać dawanych mu szans, takich choćby, jak nauka u nadwornego doktora, Morgenesa, który podejmuje trud wlania trochę oleju do zakutej pały w imię dawnych, osnutych tajemnicą wydarzeń towarzyszących przyjściu na świat chłopca. Beztroski Simon lawiruje pomiędzy obowiązkami wykonywanymi na rzecz doktora i ochmistrzyni, a chwilami marzycielskiego łazikowania po zamkowych zakamarkach. Tad Williams bardzo powoli rozpoczyna opowieść, co zresztą jest jedną z niewielu wad tej książki, początkowo skupiając się wyłącznie na monotonnych dniach w Hayholt, przeplatanych drobnymi incydentami, mającymi większe znaczenie dla świata przedstawionego niż fabuły. Tą część powieści czytelnik musi po prostu przebrnąć i się nie zrażać, choć przyznam się, że gdyby nie koleżeńska umowa, początek jest tak nudny, że prawdopodobnie bym lekturę porzuciła. Cała akcja zostaje pchnięta w końcu do przodu, gdy stary król John umiera, przekazuje swą władzę synowi Eliasowi, a na dworze pojawia się jego powiernik, doradca i alchemik, nabbański duchowny Pryrates. Czarne moce obejmują swoje rządy w Osten Ard, a niewielu zostaje przy życiu i chęciach, aby się im przeciwstawić. Simon wpada po uszy w kłopoty, uwikłany w nurt historycznych wydarzeń, próbuje sprostać powierzonemu mu zadaniu, a przy okazji również uratować własną skórę. Na swojej drodze, nadal niezbyt rozgarnięty Simon, spotyka magiczne i legendarne istoty; trolle, bukkeny, olbrzymy, Sithów, starych bogów, magiczne miecze, smoki, itd., które jedne pragnął uratować jego nędzną osobę, a inne pozbawić go życia. Tak rozpoczyna się wyścig z czasem pomiędzy siłami dobra i zła.

„Smoczy tron” to epicka powieść fantasy, utrzymana w klimacie magicznej przygody, opartej na konwencji wyprawy mającej uratować świat. Jak już wspominałam, nie jestem fanką, a tym bardziej ekspertem od high fantasy, ale nawet ja jestem w stanie rozpoznać stałe elementy takich powieści, a mianowicie; dwie opozycyjne siły zwane zazwyczaj dobrem i złem lub światłem i ciemnością, magiczne/mityczne/legendarne istoty (elfy, magowie, trolle, smoki itd.), drużyna dobrych bohaterów, wyzwanie lub cel do osiągnięcia, który ma uratować wszystkich, wyprawa, magiczne akcesoria i często jeden z bohaterów jest pomazańcem bożym/magicznym. Wszystkie te elementy odnaleźć można w powieści Tada Williamsa. Zdecydowaną zaletą pisarstwa tego autora jest fakt, że bardzo starannie on kreśli świat przedstawiony. Z jednej strony taki, stary styl pisania fantasy, w którym autor wyjaśnia wszystko ze szczegółami, rysuje mapki, generuje całą mitologię i historię, a w dodatku próbuje od samego początku wszystko wytłumaczyć, jest zabiegiem nużącym i zniechęcającym, z drugiej jednak strony, gdyby nie dopracowanie każdego aspektu świata, to wizja nie byłaby tak spójna, a odpowiedni nastrój w dalszej części powieści, w której dochodzi już do zawiązania akcji, nie zostałby osiągnięty. Początek powieści, w którym autor wykorzystuje nauki Simona u Morgenesa do wytłumaczenia i wyeksponowania przeszłych konfliktów, jest trudny w odbiorze, tym bardziej, że jak już wspomniałam wyżej, główny bohater jest po prostu irytująco głupi. Jednak druga część książki wynagradza czytelnikowi cierpliwość dostarczając mu dużą dawkę rozrywki w postaci świetnie skonstruowanej przygody Simona i jego przyjaciela Binbiniqegabenika, w skrócie zwanego Binabikiem, w której zwroty akcji potrafią pozytywnie zaskoczyć.

Zapewne moja opinia o „Smoczym tronie” jest subiektywna ze względu na moje neofickie podejście do lektury high fantasy. Jednak obiektywnie patrząc, jeśli pisarz potrafi napisać powieść, którą przeczyta czytelnik, który nie jest miłośnikiem danego gatunku literackiego, i pomimo tego, powieść mu się spodoba, to oznacza, że została ona po prostu naprawdę dobrze napisana. Z całą pewnością sięgnę po dalsze tomy, doceniłam piękno epickiej fantasy, choć nie oznacza to, że stanę się jej zagorzałą zwolenniczką.

Nota bene Tad Williams zapowiedział kontynuację trylogii „Paimięć, Smutek, Cierń”. Akcja nowej trylogii „The Last King of Osten Ard” ma dziać się w trzydzieści lat po wydarzeniach ze „Smoczego tronu”, a składać się będzie z: „The Witchwood Crown”, „Empire of Grass” i „The Navigator’s Children”, a więcej o tym można przeczytać na: http://www.tadwilliams.com/2014/04/tad-returns-to-osten-ard-with-the-last-king-of-osten-ard/


Wyzwanie 2015 - pierwsze odkreślone:

  • A book with more than 500 pages
  • A book with nonhuman character
  • A book with magic
  • A book by an author you have never read before
  • A book you own but have never read
  • A book that was originally written in a different language

Ocena: 7,5/10
Przesłanie: „Odwieczna walka dobra ze złem w klasycznej formie epickiej fantasy. Wszystko byłoby piękne, gdyby Williams nie popełnił genetycznej pomyłki w postaci ciołka-matołka Simona”.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

PATI:

Czasami od książki oczekujemy czegoś szczególnego czy charakterystycznego dla danego gatunku – np. od horroru, że nas przestraszy; od romansu, że nas rozmarzy; a od melodramatu, że na wzruszy. Czego ja oczekuję od literatury fantasy? Oczywiście, że mnie oczaruje, że poczuję tą magię i mnie zachwyci, a już na pewno, że nie będę się przy niej nudzić.
Tad Williams - postać mi znana. Należąca do kanonu i będąca podwaliną gatunku fantasy. Ale jakoś nigdy nie czytana przeze mnie wcześniej i zawsze zostawiana „na później”. Oczywiście słyszałam wielokrotnie o cyklu „Pamięć, smutek, cierń”, ale jakoś nie potrafiłam się do tego zabrać tak samo jak do „Malezjańskiej Księgi Umarłych” czy „Kół Czasu”. Żeby nie było, kiedyś Pana Williamsa coś tam przeczytałam - był to „Czas Calibana” - powiązany z „Burzą” Williama Shakespeare'a – nie zachwyciło mnie, ale pozostawiło dość pozytywne wrażenie. Kiedy w zeszłym roku na Pyrkonie miałam okazję spotkać się z tym autorem i nawet zrobić sobie z nim zdjęcie postanowiłam nadrobić jak tylko się da najszybciej to niedopatrzenie i w ten sposób cykl wskoczył na górę listy czytelniczej.

Po skończeniu jednak pierwszego tomu poczułam się mocno zawiedziona. Wyszłam z założenia, że będzie to epickie dzieło, bo w końcu rzesze fanów i wyznawców nie mogą się mylić. Jakie to smutne... Bo moim zdaniem książka jest zbyt rozwleczona i przez to ogólnie nużąca, a cała historia wydaje mi się naiwna do bólu. Postacie natomiast są nieprawdziwe i totalnie bez charakteru, a wszystko jest sztuczne i przesłodzone - aż zęby bolą i mdłości przychodzą.
Po pierwsze przyznam się bez bicia, że nie przepadam się za pompatycznością „High Fantasy” i nie jest to podgatunek, który zazwyczaj wybieram (osobiście jestem fanka Steampunku i Urban fantasy :). Drażni mnie w High Fantasy brak autentyczności np. walk czy bitew. Krew się może i leje, ale tak jakoś poetycko i z niezwykłym wdziękiem, brak mi flaków wylewających się w potokach juchy i fruwających odciętych kończyn. Nawet bandyci wydają się jacyś grzeczniejsi i lepiej wysławiający się, a brud jest po prostu jakby sztucznym rekwizytem. To właśnie czytając high fantasy mamy największe wrażenie, że to tylko jakaś taka tam „bajka” - jak pogardliwie wyrażają się o literaturze fantasy ludzie, którzy obejrzeli „Władcę Pierścieni”. Tak, to szydera.

Głównym bohaterem jest zapewne Simon - młody podkuchenny, sierota podwójna (umysłowa i rodzinna). Jakież to piękne życie miał na zamku ten nierób jeden. I ten wyidealizowany pogląd jak to dzieciom dorastającym wśród służby dobrze – nie sądzę, żeby takie indywiduum było zbyt długo tolerowane na jakimkolwiek dworze. Simon dostał i owszem nie raz czy dwa lanie za ciapowatość i lenistwo, ale co tam... on i tak wolał po dachach się włóczyć czy żuki w ogrodzie podglądać – taki z niego oportunista wobec władzy co karmi, o! Dostaje się jednak pod skrzydła doktora Morgenesa, który twierdzi że Simon jest jego uczniem, ale tak naprawdę niewiele go nauczył. Ba, nawet nie chciał odpowiadać na pytania naszego ciekawego życia prostaka. Młody oczywiście marudzi, że po co ma się uczyć pisać i czytać, i tak inteligentna osoba jaką według książki był Morganes nie potrafi tego chłopcu wyjaśnić. W jednym zdaniu bez metafor wytłumaczyłabym mu, że w książkach są odpowiedzi na jego pytania i młody od razu bakcyla by złapał. Potem Simeon wyrusza w drogę – rozpieszczony, nieżyciowy nastolatek, samotny, głodny i zziębnięty – dramatyczne rozdziały wypełnione użalaniem nad sobą i złym światem – jedyny fragment prawdziwy do bólu i przerażający, ale co najgorsze – irytujący jak cholera.
Kolejne postacie, które Simon spotyka na swojej drodze są równie sztuczne jak on sam. Simon drażni – głównie bo to nierozgarnięty nastolatek i może i mądrzeje ciut na końcu, ale w pierwszej części bardziej kosmetycznie niż przekonywująco. Joshua – brat króla – wydaje się po prostu mięczakiem i tylko od czasu do czasu pojawia się w nim cień ojca wielkiego Króla Johna, ale przez większość czasu wydaje mdły i bez charakteru. Troll Binabik - „przyjaciel” Simona – cały czas miałam wrażenie, że przyjaźń jaką pokazuje jest podszyta zdradą i sztuczniejsza od piersi Pameli Anderson, a już na pewno pobłażliwa. Uratowany przez Simeona Sith – odpowiednik elfa – okazuje się nie jakimś tam dzikim zwierzątkiem, ale wysoko urodzonym (tu mam przeczucie, że jeszcze się okaże dokładnie jak bardzo) i jego życzliwość ma niecne podłoże. Zastanawiam się czy może tylko ja węszę wszędzie spiski i dwulicowość? Ale jeśli wymienione postacie są naprawdę takie dobre to jedyne co mogę powiedzieć to, że ewidentnie jest to książka dla dzieci, a nie dla dorosłego czytelnika, bo to serio zaczyna być bajka i to okraszona słabymi piosenkami.
Ale jednak była jedna postać, która przypadła mi do gustu i całkowicie podbiła moje serce - kudłata i wyjąca do księżyca - wilczyca Qantaqa. Jest po prostu cudna. Chociaż bohaterowie zamiast ja rozpieszczać i drapać (bo Qantaqa potrafi się zachowywać jak wesoły nachalny labrador) głównie niestety ją odganiają. Może nie wiedzą, że głaskanie wydziela endorfiny? Od razu byłoby im lepiej i mniej samotnie.
Podobał mi się także sposób narracji i wprowadzania nowych informacji, a cały świat jest przemyślany (choć na utartych standardach tylko lekko zmodyfikowanych). Wszystko okazuje się być ważne, a autor rzuca nam okruszki wiedzy, z których składamy całą historię - zazwyczaj dużo lepiej i szybciej niż bohaterowie w niej występujący :)

Niestety pierwszy tom kończy się walką ze smokiem, która trwa jakieś 30 sekund. Dramat. Smok sam nadziewa się na miecz niczym ślepa kura idąca za ziarnem. Jakież to epickie fantasy! Dlatego też stawiam pod wielkim znakiem zapytania czy sięgnę po dalsze części. Nie wciągnęło mnie. A losy bohaterów obchodzą mnie tyle co zeszłoroczny śnieg. Nie poczułam magii. 
  • A book with more than 500 pages
  • A book with nonhuman character
  • A book with magic
  • A book by an author you have never read before
  • A book that was originally written in a different language

Ocena: 4/10
Przesłanie: "Nikt mnie nie lubi i nikt mnie nie kocha, a ja jestem taki biedny i do tego sierota – dajcie mi jeść i zostawcie w spokoju."

piątek, 2 stycznia 2015

Czytelnicze Wyzwanie 2015

Jakże to ludzkie by z nowym rokiem robić postanowienia, czy stawiać przed sobą różne wyzwania. Oh, oczywiście pojawił się już jakiś tam challenge na fb żeby przeczytać minimum 52 książki w roku 2015, ale szczerze mówiąc nas on rozbawił. A przynajmniej mnie :D My postanowiłyśmy podnieść poprzeczkę i wziąć się za coś co wymaga więcej samozaparcia czytelniczego i no coż... sprawia więcej trudności:


Pomysł i grafika zaczerpnięte z: http://www.popsugar.com/love/Reading-Challenge-2015-36071458

Pozostaje nam już tylko życzyć powodzenia :)