Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie fantasy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 grudnia 2018

"Jaksa" - Jacek Komuda

Pierwsze fantasy autorstwa Jacka Komudy!

Zanurz się w opowieści o świecie, gdzie dzielni wojowie stają naprzeciw strzyg i upiorów. Gdzie walka o władzę między ludźmi toczy się równie zażarcie, co walka między starymi a nowymi Bogami.
W powietrzu unosi się zapach nieprzebytych borów. Ziemia drży, gdy zastęp koczowników rusza galopem do ataku. Nad pobojowiskiem krążą kruki.
Dawny świat umiera, nowy dopiero zaczyna się kształtować. Tylko krok dzieli ludzi od całkowitego, niszczycielskiego chaosu i zguby.

[Fabryka Słów, 2018]

[Opis i okładka: https://fabrykaslow.com.pl/autorzy/jacek-komuda/jaksa/]

Książka zrecenzowana dla Secretum.pl


PATI:

Jacek Komuda mimo, że wydawany już od wielu lat przez Fabrykę Słów, już dawno rozminął się z fantastyką na rzecz książek osadzonych bardzo głęboko w realiach historycznych. Dlatego też, przez te wszystkie lata był przeze mnie nie tyle co omijany, co bardziej zostawiany “na później”, pewnie gdzieś w okolicy mojej emerytury, za te lat pewnie milion, jak, i o ile dożyję. Ale “Jaksa” promowane jako słowiańskie fantasy, które zauważalnie przechodzi swój renesans, skusił mnie nie tylko ze względu na samą tematykę, ale właśnie też i autora.

Jak się okazało “Jaksa” to przykład na to, że już życie zaledwie 6 letniego dziecka może być absolutnie przerąbane dosłownie i w przenośni. Miłosz z Drużycy (ojciec chłopaczka) popełnił czyn, uważany przez jednych za zdradę, przez innych za niehonorowy i niegodny rycerza. Fakt ten sprawia, że na jego syna polują nie tylko Hungarowie, co to ostrzą sobie na niego i zęby i palik, ale również ocalałe resztki rycerstwa, czy nawet zwykli niewolni. A ile sił może mieć zdesperowana matka, by chronić swoje dziecko, przekonacie się czytając “Jaksę”.

Chłopak ma jednak coś, co zdarza się bardzo rzadko - szczęście mu sprzyja, a i rozum też, jak na 6 latka, całkiem sporej wielkości posiada. I choć wszyscy wokół niego padają jak muchy, to ten fart “ostatniej chwili” nie opuszcza go i pomaga przeżyć, a my otrzymujemy dość brutalną opowieść o jego życiu, przerywaną białymi plamami, które sami musimy sobie wypełnić. Bo “Jaksa” to nie jest stricte powieść, ale bardziej opowiadania połączone osobą tytułowego bohatera. A sam Jaksa, jawi się nam jako zahartowany w bojach, trudny i niezmordowany przeciwnik, który ścigany przez całe życie i zaszczuty wyrasta na człowieka ze stali.

Przemoc, przedziwna gwara, język powieści i początkowy chaos sprawiają, że kilka pierwszych kartek jest dość trudnych w odbiorze, ale z każdą kolejną przewróconą, jest coraz lepiej i przestajemy się gubić w tajemniczej krainie Lendii. Jest mrocznie słowiańsko w biesich i strzygoniowych klimatach, ale mimo wszystko bardzo swojsko. Z resztą sam Komuda pisze, że jest książką o Polsce i naszym świecie, więc niech Was nie zmyli zmiana gatunku, Komuda po prostu odrzucił prawdę historyczną i pozwolił swojej fantazji napisać książkę o tym, co lubi najbardziej. A ja jestem zachwycona! Książka jest nie tylko krwawa i okrutna, a autor bezkompromisowo pozbywa się kolejnych - mniej lub bardziej ważnych - bohaterów. “Jaksa” to powieść o zemście, ale także i o tym co by się stało, gdyby na Polskę najechali lekko przemieszani i przerysowani Węgrzy i im się udało. Polski naród, zniewolony przez Hungarów, którzy okupują nasze ziemie, wprowadzają swoje własne “porządki”, to iście ciekawa koncepcja, osadzona tak bardzo głęboko w tej naszej wiecznie buntującej się polskiej naturze.

Jedynie koncepcja opowiadań nie do końca mi odpowiadała. Szkoda, naprawdę bardzo szkoda, że Jacek Komuda nie zdecydował się na typową powieść i na wypełnienie tych luk w dziejach tytułowego bohatera. Naprawdę jestem bardzo ciekawa, co działo się pomiędzy opowiadaniami, które zostały tak chronologicznie poukładane.

Co się dzieje, kiedy czołowy przedstawiciel i twórca powieści historycznej, wraca do macierzy i zabiera się za fantasy? Moi Drodzy, dzieje się wiele i do tego dzieje się bardzo dobrze. Nie pozostaje mi nic innego jak polecać “Jaksę” i czekać na jego kontynuację, bo naprawdę warto.

piątek, 24 marca 2017

"Hum' Ha Ostatni" - Witold Dzielski

Młody uzdrowiciel i adept sztuk demonicznych – Hum – to młody mężczyzna zamieszkujący holmską wieś Przesieka. Opuszczony przez swojego mistrza i zarazem demonologa – Pawkotę, zostaje zdany sam na siebie. Nie dość, że dowiaduje się również o swoich niezwykłych mocach, niebawem musi uciekać z rodzinnej wsi, w której dochodzi do wojny domowej między ludźmi a elfami. W trakcie ucieczki napotyka grupę holemskich kupców, którzy zmierzają do Hoł-łan-Hoł – stolicy Hołdacji. Magiczka Yupstyna Bargod, rektor Mechanerii – Marcus Rootling, szpieg Szpicy – Pudziach Trowski – tak naprawdę ukrywający się pod przykrywką wiejskich handlarzy, zmierzają w kierunku stolicy, gdyż wiedzą, że na granicy państw Hołdacji i Hurmy może niebawem dojść do rozlewu krwi, czemu mają zapobiec. Kto stoi za intrygą skłócenia ze sobą różnych ras i narodów? Czy Hum posiada zdolności, które obronią mieszkańców przed najazdem przeciwnika? Kto okaże się przyjacielem, a kto wrogiem? Czy uda mu się powrócić do ukochanej Czarnej Puszczy i żyć jak przed wybuchem wojny i zniszczeniem rodzinnej wioski? Na te pytania odpowiedź tkwi w wartkiej i nierzadko zabawnej powieści Witolda Dzielskiego pt. „Hum' Ha Ostatni”.  

[Wydawnictwo Psychoskok, 2014]
[Okładka: http://www.empik.com/hum-ha-ostatni-dzielski-witold,p1095342716,ksiazka-p]
[Opis: http://wydawnictwopsychoskok.pl/ksiazka/197/hum-ha-ostatni]

AGA:

Bardzo rzadko zdarza mi się trafić na książkę, o której nic wcześniej nie wiedziałam. W nielicznych przypadkach spotykam na półkach książki autora, o którym nigdy nie słyszałam. Ale tak, aby nie wiedzieć nic o autorze, nie znać książki i nigdy nie słyszeć o wydawnictwie, to mi się jeszcze nie zdarzyło. Dlatego doceniam takie znajomości, które pozwalają mi z niemożliwego, czynić możliwe. Jeden z moich znajomych podsunął mi do przeczytania „Hum’ Ha Ostatniego” Witolda Dzielskiego z Wydawnictwa Psychoskok. Przyznajcie, ilu z Was wiedziało, że dyrektor Biura Spraw Zagranicznych Kancelarii Prezydenta RP napisał książkę fantasy? Ciekawe, czy Prezydent wie?

W Królestwie Hołdacji źle się dzieje. Władczyni Bakukova sprzymierzyła się z gnomami, którzy wraz z Leśnymi terroryzują królestwo i wprowadzają zamęt między ludźmi, a elfami. W odległej lodowej krainie dorasta Utin, lodowy mag, syn generała Tederlucha i potencjalny przyszły władca Aslandu, który ma przypieczętować swoją dorosłość najazdem na Hołdację. W małej wiosce zwanej Przesieką uczeń uzdrowiciela dowiaduje się, że jego mentor jest demonem, a on sam staje się spadkobiercą wiedzy demonologicznej. A z Holmburgu wyrusza ekspedycja, która uwikła się w walkę o ocalenie Huma, Hołdacji i Hurmy.

„Hum' Ha Ostatni” to historia oparta na klasycznych motywach powieści fantasy. Odnaleźć w niej można wielorasową drużynę wybierającą się w podróż, a także młodego bohatera Huma, który odkrywa nagle, że jest kimś wyjątkowym z niespotykanymi talentami magicznymi. Pod względem fabularnym powieść Witolda Dzielskiego, nie jest odkrywcza. Autor poszedł utartą, zawsze sprawdzającą się ścieżką, a język i dynamika akcji, dodatkowo ułatwiają odbiór powieści. Trzeba przyznać, że jak na debiut literacki historia Huma jest całkiem dobrze i sprawnie napisana. Nie oznacza to, że książka jest bez wad. Niestety wiele wątków w powieści nie zostało rozwiniętych właściwie, a niektóre wręcz zostały w połowie zarzucone. Postaci wykreowane są ze zmiennym szczęściem, przede wszystkim świetne są postaci męskie, jak krasnoludzki marszałek prowincji Holm, Robhur Kufer, niezły jest też rektor Mechanerii Marcus Rootling, czy szef Szpicy Pudziach Trowski, ale postaci kobiece są koszmarnie płytkie, i tak królowa Bakukova to infantylna dziewczynka o defetystyczno-literackim nastawieniu do wojny, magiczka Yupstyna Bargod stworzona została jako awanturująca się baba, która koniecznie potrzebuje chłopa, ale nigdy zgodnie, nota bene, ze swoją profesją, nie rzuciła zaklęcia, a jedyna konkretna silna kobieta zostaje śmiertelnie dźgnięta soplem lodu przez własnego syna. Dodam może na obronę powieści, że świat wykreowany przez Witolda Dzielskiego jest bardzo różnorodny, bogaty, a czasem nawet zaskakujący, biorąc pod uwagę, że wprowadził on delikatnie elementy steampunku do klasycznej powieści fantasy.


„Hum' Ha Ostatni” Witolda Dzielskiego, to o dziwo całkiem poprawnie napisana powieść fantasy. Przygody ekspedycji wysłanej przez marszałka Holmu, Kufera, do Hołdacji czyta się sprawnie i z dozą przyjemności. Nie należy oczekiwać oczywiście fajerwerków, a w związku z nierozwinięciem wielu wątków, czuje się na koniec nieprzyjemny niedosyt. Książka stanowi egzotyczne doświadczenie dla czytelnika nieświadomego istnienia takiej powieści.

Ocena: 6,5/10

piątek, 27 stycznia 2017

"Bramy Światłości. Tom 1" - Maja Lidia Kossakowska


Pan odszedł i serce świata przestało bić. Królestwo, oparte na solidnej podstawie niebiańskiej hierarchii, musi trwać.


Daimon, jeszcze niedawno wyrzutek i szaleniec, pragnący zniszczyć świat, znów stał się szanowanym, choć niezbyt lubianym Świetlistym, Abaddonem Niszczycielem, w służbie Królestwu. Odwieczna, ulubiona banda uskrzydlonych drani, zabójców i intrygantów na nowo przygarnęła go do swoich wielkich, gorących serc. Alleluja!


Świetlista z dobrego rodu, imieniem Sereda – podróżnik, kartograf, odkrywca – która właśnie wróciła z kolejnej wyprawy, przyniosła Razjelowi, Panu Tajemnic dobrą nowinę. Znane jest miejsce bytności Pana.



Królestwo organizuje ekspedycję badawczą w dzikie i nieznane Strefy Poza Czasem, by rzucić się w wir najbardziej szalonych niebezpieczeństw czyhających gdzieś na najparszywszym zadupiu wszechświata i odnaleźć emanację Światłości.


Dowódcą wyprawy zostaje Tańczący Na Zgliszczach ze śmiercionośną Gwiazdą Zagłady.


Uważajcie na marzenia, skrzydlaci. Czasem spełniają się, jak klątwa.

[Fabryka Śłów, 2017]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3940100/bramy-swiatlosci-tom-1]


Książka otrzymana dzięki uprzejmości Fabryki Słów.

AGA:

Lektura „Bram Światłości”, to był eksperyment czytelniczy. Nie zapoznałam się wcześniej z czterema poprzednimi tomami Zastępów Anielskich. Co więcej, nigdy nie czytałam tekstów Mai Lidii Kossakowskiej, jej „Grillbar Galaktyka” nadal czeka na półce aż nastaną lepsze czasy.

Maja Lidia Kossakowska to weteranka polskiej literatury fantasy, która swoją pisarską działalność rozpoczęła w 1997 roku, ale dopiero po publikacjach „Soli na niebiańskich pastwiskach” (1999r.), „Beznogiego tancerza” (2000 r.) i pierwszej antologii angelologicznej „Obrońców Królestwa” (2003 r.), zdobyła prawdziwą popularność. Po sześciu latach autorka wraca do tematyki anielskiej z piątą już książką Zastępów Anielskich, a mianowicie z „Bramami Światłości”, wydanymi przez Fabrykę Słów na początku stycznia 2017 roku.

Do Królestwa przybywa „stara” uczennica Razjela, Sereda, słynna z książek naukowych podróżniczka, taka Elżbieta Dzikowska i Martyna Wojciechowska w jednej osobie. Przynosi wesołą nowinę, a mianowicie podczas jednej z wypraw doznała emanacji Światłości. Oczywiście wszyscy bardzo się „ucieszyli”, najpierw podejrzewając Seredę o postradanie zmysłów, a następnie, gdy okazało się, że jednak uczona nie popadła w osłabienie intelektualne, wpadli w panikę. Chaos jednak został szybko opanowany, a jego niszczycielskie moce ukierunkowano poza granice Królestwa, organizując monstrualnie wielką ekspedycję naukową do Stref Poza Czasem. A, jest jeszcze Otchłań i podejrzliwy Lucek, który wraz ze Zgniłym Chłopcem cały czas trzymają rękę na pulsie.

Zdaję sobie sprawę, że jako nowicjusz czytelniczy Zastępów Anielskich, nie jestem w stanie zrecenzować „Bram Światłości” z uwzględnieniem tła fabularnego, ponieważ moja przygoda z Królestwem rozpoczęła się niejako od środka. Wydaje mi się jednak, że ma to swoje plusy, z pewnością nie miałam żadnych wymagań względem tej książki, a co za tym idzie, nie rozczarowała mnie ona, nie spełniając ewentualnych wyobrażeń o tym, co powinno się w niej znaleźć. Styl pisania pani Kossakowskiej, jak najbardziej wskazuje na duże doświadczenie. Powieść, bowiem napisana jest lekko, widać, że w zaplanowany sposób, na tyle płynnie, że czyta się ją swobodnie i z przyjemnością. Muszę przyznać, że sam początek, ta część związana z przybyciem Seredy do Razjela i przygotowaniami do wyprawy, różni się w stylu od tej związanej z opisem ekspedycji. Pierwsza część zdecydowanie jest bardziej zabawna. Z jednej strony jest to humor ujawniający się z pełna mocą w powiedzonkach, jak: „Jest równie romantyczny, co baran ze stada patriarchy Abrahama” lub w porównaniach, jak: „Asmodeusz obdarzył go krzywym uśmieszkiem, złym i zajadłym jak pocałunek czarownicy”, z drugiej strony ujawnia się on w przerysowanych, kwiecistych opisach pełnych patosu, jak: „Słowa po prostu same wyrywały się na wolność, niby woda w przepełnionym kanale. Albo raczej ostre, kolczaste drobiny, diamentowy pył porażki. Sypały się niczym opiłki, twarde, lśniące, o gniewnym pobłysku żelaza”, czy „Jego przystojną twarz okalały grube, złote pukle godne cherubina z kościelnych obrazów, a oczy, niebieskie niby emalia, były pełne pogardy i chłodne. Chłodne jak nagrobne płyty”. Oczy jak nagrobne płyty! Pozostaje jedynie się śmiać z tak rozkosznego romantycznego patetetyzmu i barokowego kwietyzmu. Niestety, choć akurat nie żałuję zarzucenia tej kwiecistej maniery, w drugiej części książki, tej związanej z podróżą, zabrakło całkowicie poczucia humoru. Ekspedycja opisywana jest w sposób bardzo obrazowy, nasycona jest elementami świata rodem z hinduistycznych mitologii, ale niestety w sposób sztampowy. Czytając wyprawę Abbadona i Seredy w poszukiwaniu Pana, miałam przed oczami przygody Allana Quatermaina, Tomka Wilmowskiego, czy Philesa Fogga. Fabuła niczym nie odstaje od powieści awanturniczych, w których damy są porywane, dzielni bohaterowie wychodzą ze wszystkich opresji cało, a nawet pojawia się rzekomy trójkąt, może nie miłosny, ale emocjonalny. Trzeba nadmienić, że taki efekt właśnie chciała uzyskać autorka, cytując jej wypowiedź z wywiadu „Bramy Światłości” miały być: „historią inspirowaną książkami przygodowymi, awanturniczymi. Będzie to w pewnym sensie „awantura orientalna”.” I jest to najlepsze podsumowanie powieści. Niestety jak dla mnie stworzenie powieści na kształt powieści przygodowej w stylu kolonialnego ekspansjonizmu jest odtwórcze, a bez elementów humorystycznych i ironicznych, powieść straciła pazura.

Należałoby wspomnieć jeszcze o bohaterach, którzy są bardzo dobrze zarysowani, jak sama pisarka wspominała są z krwi i kości, aniołowie na wskroś ludzcy. Jestem osobiście zachwycona Luckiem i Asmodeuszem oraz Neferem Widmowym Kotem, ale słynny Abaddon, oj ten mnie rozczarował, jego boska bestia, by nie rzec krótko wierzchowiec, Piołun, ma w sobie więcej mocy niż Tańczący na Zgliszczach, a i tak obie postaci są dość słabe i mdłe. Piołun to super towarzysz super bohatera, który wszystko potrafi, nawet uprawiać alpinistykę, a Daimon Frey na odmianę tak naprawdę posiada świetny rynsztunek w postaci Gwiazdy Zagłady, rewelacyjnego towarzysza w osobie Piołuna, genialnych przyjaciół w niebiańskich braciach rzemieślnikach Ribhukszanach, ale sam prawdę mówiąc nie zachwyca, najpierw działa, potem myśli, a jak sknoci, to go konik uratuje. Pewnie gromy z jasnego nieba polecą na mnie za taką opinię na temat ulubionego bohatera, ale trudno, bohater się wypalił.

Podsumowując; Maja Lidia Kossakowska w „Bramach Światłości” czerpała pełnymi garściami z tradycyjnej powieści przygodowej, nasycając ją orientalnymi krajobrazami z pogranicza baśni i mitów, wprowadzając do literatury fantasy element kultury hinduistycznej, dotąd mało wykorzystywany w szczególności w polskiej fantastyce. Bogactwo opisów miejsc, czasami zabawnych (Ocean Masła, Ocean Mleka, Ocean Alkoholu), różnorodność mitycznej fauny i flory, zachwyca i wprowadza w nostalgiczny nastrój tęsknoty za baśniowością. Szkoda, że autorka poszła w stronę baśni dziecięcej, że brak w niej tak naprawdę okrucieństwa, takiego pierwotnego i dzikiego. A fabuła niestety również okazała się przewidywalna i sztampowa, aczkolwiek jak najbardziej wierna klasycznej powieści awanturniczej.


Ocena: 6/10

czwartek, 21 maja 2015

"Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza." - Robert M. Wegner


Wozy wygnanych niegdyś koczowników stanęły u stóp gór, które oddzielają ich od upragnionej wolności. Losy Szóstej Kompanii Górskiej Straży, dziewczyn z wolnego czaardanu i małej dziewczynki z rodu Verdanno zaczynają się splatać… Zanim na niebie o barwie stali wzejdzie słońce, wyżyna spłynie krwią.

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza to pełna rozmachu epicka powieść ze świata wielu narodów, języków, wierzeń i egzotycznych kultur. Losy bohaterów potrafią wycisnąć łzę z oka największych twardzieli, a pióro Roberta M. Wegnera sprawia, że czytelnik kocha i nienawidzi wraz z nimi. I wraz z nimi staje naprzeciw przeznaczenia.

[Powergraph, 2012]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/128330/niebo-ze-stali-opowiesci-z-meekhanskiego-pogranicza]


AGA:


Wspominałam przy okazji recenzowania Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe, że nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek spodoba mi się książka fantasy polskiego autora i nadal trwam w pozytywnym szoku, że jednak Polak potrafi napisać tak, jak robi się to na Zachodzie i zrobić to nawet lepiej i z klasą. Po Niebo ze stali sięgnęłam dopiero wtedy, gdy miałam na półce następny tom Opowieści z meekhańskiego pogranicza, choć teraz zdaję sobie sprawę z tego, że niepotrzebnie tak długo czekałam z przeczytaniem.


Niebo ze stali tym różni się od pierwszych dwóch tomów tym, że nie jest zbiorem opowiadań, lecz powieścią. Trzeci tom łączy w sobie historie z górskiej Północy i stepów Wschodu. Fabuła książki dzieli się na trzy wątki, które przez całą powieść będą do siebie nawiązywać i przenikać się. Pierwszy wątek odnosi się do spotkania Szóstej Kompani z Czaardanem Laskolnyka, czego skutkiem było wysłanie z ramienia Szczurów Dagheny i Kailean do zamku hrabiego Cywrasa-der-Malega, celem wyjaśnienia zagadkowych zniknięć i morderstw ludności w Olekadach. Drugi wątek związany jest z, ubóstwianymi przez czytelników, czerwonymi szóstkami, którym wyznaczono zadanie przeprowadzenia karawany wozów Verdanno przez góry. I trzeci wątek, przeplatający się z drugim, a mianowicie wyprawa Wozaków na wyżynę, na której będą musieli zmierzyć się z Yawenyrem, Ojcem Wojny.

Robert M. Wegner dobrze wybrał wątki na swoją pierwszą powieść, zdecydowanej większości czytelników, najbardziej do gustu przypadły bowiem opowiadania z Północy i Wschodu, na przygody bohaterów właśnie z tych krain, również ja, oczekiwano z niecierpliwością. Atutem Nieba ze stali jest wykorzystywanie dobrze sprawdzonych motywów. Wyprawa Wozaków przez Olekady przypomina Dziki Zachód, co prawda mnie bardziej Verdanno kojarzą się z taborami cygańskimi, niż z traperami, ale sposób przedstawienia przeprawy bardziej przypomina western. Wątek Dagheny i Kailean to natomiast klasyczny wątek szpiegowski. A wszystko i tak kończy się wielką sceną batalistyczną. Ta różnorodność gatunkowa na szczęście nie przytłacza, a pozwala utrzymać uwagę czytelnika, a trzeba przyznać autorowi, że jego dzieło trzyma w napięciu i wciąga bez reszty. Po poprzednich zbiorach opowiadań musiałam się jednak przestawić z bohatera indywidualnego na zbiorowego – Verdanno, a Kenneth-lyw-Darawyt, Varhenn Velergorf, Kocimiętka, Kalevenhowie, będą się pojawiać, ale jednak tylko jako część większej całości. Wegner zapędził bowiem wszystkich pojedynczych bohaterów do pracy w ramach wielkiej machiny historii, bowiem wyprawa Wozaków tak naprawdę stała się osią całej fabuły. Z jednej strony przedstawienie tej zbiorowej dążności do celu, determinacji, patriotyzmu i walki o swoją ziemię, jest godne podziwu, z drugiej strony bywają momenty, że ten ośli upór Wozakó irytuje. Oczywiście od początku byłam przekonana, że Verdanno osiągną swój cel, to jednak udało się Wegnerowi stworzyć realny obraz zwycięstwa, który oparty był na wielu czynnikach, a nie tylko na przekonaniu o słuszności ich sprawy. Inaczej się ma sprawa Kailean i Dagheny, które po odkryciu prawdy o dziwnych wypadkach w górach, spotykają Czerwone Szóstki i razem z nimi trafiają do innego świata, innej płaszczyzny rzeczywistości i ten niestety wątek dla mnie był niedopracowany i stanowił jedynie przerywnik spowalniający narrację i podkręcający napięcie. Jedynie pozostaje zawierzyć autorowi, że ten wątek zostanie wyjaśniony do końca i rozwinięty w dalszych tomach, bo w Niebie ze stali nie otrzymaliśmy jasnego i prostego wyjaśnienia.

Podsumowując. Książka Wegnera, jak na debiut powieściowy, jest wyjątkowo udany. Nadal podtrzymuję zdanie, że jest to najlepsza, jak na razie czytana przeze mnie polska fantasy. Niebo ze stali jest różnorodnym, wielowątkowym, wciągającym dziełem. Oczywiście można odnaleźć kilka mankamentów, jeśli jest się wystarczająco zgryźliwym, jak spowalnianie akcji, mętny wątek magiczny, przedłużające się sceny batalistyczne, choć należy oddać sprawiedliwość, że nie były nużące, a także nader optymistyczne pogodzenie się Verdanno z plemionami Sahrendey. Pomimo wszystkiego, czyta się Niebo ze stali w napięciu i z wielką przyjemnością, i jedynie pozostaje sięgnąć po Pamięć wszystkich słów.

  • A book with magic.
  • A book with more than 500 pages.


Ocena: 9/10

Przesłanie: „Znane motywy literackie, wielkie cele, waleczni bohaterowie, sceny batalistyczne – polski przepis na sukces.”

środa, 22 kwietnia 2015

"Skarby stolinów" - Rafał A. Ziemkiewicz


Zbiór zawiera:
- "Hrebor Cudak",
- "Skarby stolinów"
- Uwagi tłumacza

[Krajowa Agencja Wydawnicza, 1990]
[Okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/63332/skarby-stolinow]










AGA:

„Skarby stolinów” to zbiór opowiadań Rafała A. Ziemkiewicza składający się z trzech utworów: Hrebora Cudaka; Skarbów stolinów i Uwag tłumacza. Jest to pozycja, po którą z całą pewnością nie sięgnęłabym z własnej woli. Nie ma jednak jak przymus zewnętrzny, czasem korzystnie jest przeczytać coś, po co nigdy byśmy nie sięgnęli. Czy i tym razem?

Zacznę od „Hrebora Cudaka”, opowieści o chłopcu, który w kołysce został naznaczony klątwą „kobiecego serca” przez złośliwe różenice. To „kobiece serce”, wg autora, spowodowało, że wyrósł on na młodzieńca, a potem na mężczyznę o wrażliwym obejściu, poetycznej, rozgorączkowanej duszy, który nie miał w sobie charakteru, odwagi, waleczności, a wszystkie te cechy nie pasowały do syna Żargrada z rodu Pahwazdów, włodarza Zagradu w krainie Slengu. Hrebor szybko popada konflikt z ojcem i wyrusza na tułaczkę po świecie, a gdzie się pojawi tam kłopoty i śmierć ze sobą przynosi, a że czasy burzliwe wtedy w Slengu były, to i do wielu historycznych rzeczy się przyczynił. Dopiero im bliżej mu było grobu, zaczął poszukiwać drogi, by te wszystkie nieszczęścia i zły los odmienić i ludziom zadość uczynić za szkody, do których się przyczynił.

„Hrebor Cudak”, to jedyna opowieść z całego zbioru, którą z czystym sumieniem mogę polecić. Opowiedziana historia przeklętego bohatera do złudzenia przypomina legendy, podania, opowieści z dawnych czasów, których inspiracje można by poszukać zarówno w dawnych sagach skandynawskich, jak choćby w „Pieśni o Nibelungach”, czy w bardziej współczesnych utworach, jak Oscara Wilde'a „Synu Gwiazdy”. Za największą zaletę utworu można uznać zwięzłą, ale bogatą fabułę, prezentację świata przedstawionego i oczywiście to nazewnictwo, któremu bliżej do słowiańszczyzny, niż do kręgu anglojęzycznego, co dla mnie jest miłą odmianą.

Inaczej sprawa ma się niestety ze „Skarbami stolinów”, których akcja luźno nawiązuje do poprzedniego opowiadania poprzez nazewnictwo i wspominanie wydarzeń z Hrebora, jako wydarzeń historycznych, ale jest całkowicie niezależną nowelą. Na dworzyszczu (!) Sternważa z rodu Astarhów pojawiają się wędrowcy, Żegost i Blizbor, którzy wraz z Harszem z Tragżych, gołąwąsem z okolicy, spędzają u Sternwarża zimę. Dni ciągną się leniwie na piciu, jedzeniu i słuchaniu gędziarza do momentu, gdy pojawia się u wrót ranny stolin, który Sternważowi przypomina o zawartej wcześniej umowie, po czym umiera z odniesionych ran. Sternważ traci humor, a Żegost, Blizbor i Harsz planują wiosenną wyprawę w góry do Gadającego Drzewa. Gdy tylko wiosna nadeszła bohaterowie wyruszają nw podróż, która prowadzi ich do podziemnej krainy stolinów, gdzie muszą zmierzyć się z przedwiecznym złem.

„Skarbom stolinów” zarzuca się odtwórczość, i niestety to prawda, same słowiańskie nazewnictwo nie wystarczy, aby stworzyć coś oryginalnego. Niestety nowela po chamsku przypomina utwory Tolkiena, a jedyną zaletą opowiadania jest umiejętne kreślenie postaci. Ciężko coś więcej napisać o tym opowiadaniu, które po prostu jest bardzo słabe.

A „Uwagi tłumacza” po prostu są pisarskim zabiegiem uzupełniającym historię obu opowiadań, które stylizowane są na zabytek literatury slengdańskiej. Tłumacz w Uwagach zamieszcza głównie informacje o historii, wierzeniach i proweniencji utworów.

Ogólnie ujmując zbiór opowiadań Rafała A. Ziemkiewicza jest słaby, jak pisałam powyżej, jedynie wartość przedstawia „Hrebor Cudak”. Ciężko wykoncypować, co chciał pisarz stworzyć, czy świat słowiańsko-skandynawskiej fantasy, czy może kalkę tolkienowskiego świata. Opowiadania z powodu słownictwa i nazewnictwa, wielu czytelnikom mogą sprawiać kłopot w odbiorze. A jedynym powodem, dla którego zdecydowałam się napisać o tej pozycji jest fakt, że na portalach literackich tak naprawdę ciężko dowiedzieć się przed lekturą, o czym ta książka może być.



  • A book with nonhuman character
  • A book you own but have never read
  • A book by an author you have never read before
  • A book with magic
  • A book of short stories



Ocena: 2/10 (byłoby 1, gdyby nie „Hrebor Cudak”)

Przesłanie: „Nie należy odgrzewać starych kotletów, nawet tak smakowitych jak  utwory Tolkiena”.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

PATI:

„Hrebora” kupiłam za grosze wiek temu, dosłownie. Przemawiało za nim, że był tani, było to przedstawiane jako fantasy, a i nazwisko całkiem znane. Nabyłam go pomimo koszmarnej okładki, rodem z UNICEFu, i dziwacznego tytułu. Nie był to co prawda Sapkowski, dzięki któremu zaczęłam się przekonywać do polskich autorów, ale potrzeba czytania była ode mnie silniejsza. Usiadłam, zaczęłam czytać i po dość krótkim czasie odłożyłam ją z odrazą. Już wtedy wyrosłam ze słowiańskich baśni, za którymi nigdy za bardzo nie przepadałam. Co pewien czas grzbiet „Hrebora” kuł mnie w oczy i pojawiało się jakże ważne pytanie: wyrzucić? dać do spalenia? oddać do biblioteki? Przy tym ostatnim pojawiał się zawsze strach, że mnie wyśmieją. I tak żyłam z tą książką obok, starając się jej nie widzieć. Niestety, a nawet NIESTETY!!! Musiałam za nią chwycić i zmęczyć do ostatniej karteczki.

Teraz z ciut innej beczki. Rafał Ziemkiewicz, prawicowy publicysta, który mam wrażenie aktualnie jest bardziej celebrytą niż pisarzem - świeci triumfy nawet i na pudelku. Jakież było moje zdziwienie, kiedy przeczytałam, że na swoim Twitterze nie tylko wypowiada się w sprawie Kory, czy Dżoany Krupy, ale też nazywa Papieża Franciszka idiotą... I to za jedną z najmądrzejszych rzeczy, jaką Papież mógł w naszych czasach powiedzieć! Mnie się absolutnie odechciało czytania czegokolwiek tego pana i niech we mnie rzucają kamieniami mężczyźni, którzy wykorzystują pijane kobiety. Mam to centralnie gdzieś. ( http://www.pudelek.pl/artykul/71350/ziemkiewicz_kto_nigdy_nie_wykorzystal_nietrzezwej/)


W końcu nadszedł czas, kiedy miało za niedługo odbyć się spotkanie, dokładnie mniej niż za 24h. Godzina Zero nadeszła i należało podjąć decyzję - odpuścić i po raz pierwszy w życiu nie przyjść na spotkanie przygotowaną, czy może się przemęczyć i przy okazji odkreślić jeden z punktów z listy – książka, którą posiadam, a nie przeczytałam? W końcu czym są te dwie godziny z życia? Okazało się, jak podejrzewałam, że były te godziny straconymi bezpowrotnie. Lepiej już było tępo patrzeć na jakiś głupi serial w telewizji – np. Kiepskich (a absolutnie ich nie trawię).

Było źle, było nudno, było słabo i męcząco... Było też okropnie. Bezwartościowa pozycja. To słowo idealnie określa tę książkę. Dno, wodorosty i 20 metrów mułu, a na dnie zdechłe ryby, zbyt obżarte Tolkienem, by nawet pływać po powierzchni. Otrzymałam tylko lekko słowiańską wersje „Hobbita”, połączonego z „Władcą Pierścieni”, całkowicie nie wartą czasu, jaki poświeciłam na czytanie. Ba, nawet nie warta papieru, na którym jest wydrukowana. Kiedy byłam mała (w sensie młoda, a nie niska), miałam taką książeczkę o Królu Popielu, co go myszy zeżarły. Nie lubiłam jej za bardzo chociaż z drugiej strony, jak magnes przyciągała mnie ekstremalnie idiotyczna końcówka. Flaków i mózgów nie było, ale wyobraźnia działała. Klimatycznie „Hrebor” i reszta kompani są osadzeni właśnie w takim klimacie, ale niestety bez nagrody krwawej jatki na końcu. W nagrodę otrzymujemy słabe wyjaśnienia autora i próbę urzeczywistnienia historii, co jeszcze bardziej negatywnie wpływa na ostateczna ocenę.

Ci co mnie znają, od razu wiedzieli, że już na pierwszej stronie dostanę za przeproszeniem wnerwicy (staram się mimo wszystko zachować jakieś strzępki kultury w moich recenzjach i nie używać twardych przekleństw). Tytułowy Hrebor - tchórz i kłamca (te dwa przymiotniki całkowicie dla mnie go opisują, choć jak widać u Agi jest ciut odmiennie) :), jest właśnie taki ponieważ od Rożenic dostał kobiece serce... Widzę, że autor już od lat nie ma dobrego zdania o kobietach. I w sumie tyle w temacie. Pierwsza strona i już coś takiego. Czy rzeczywiście trzeba to komentować? I czy trzeba kontynuować?


Polecam po prostu nie czytać. Omijać. I spluwać z pogardą mniejszą lub większą, do wyboru. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to super recenzja, ale naprawdę nie umiem o tej książce niczego pozytywnego napisać poza jedną rzeczą - dzięki bogom, nie jest za długa. I tyle. Naprawdę, ludzie już wystarczająco się nad nią pastwili, i trudno znaleźć jakiś specyficzny rodzaj błota, którym jeszcze w nią nie rzucano. Wybaczcie, ale sam autor mnie odrzuca i nie chce mi się po prostu tracić na to czasu. Nie warto.



Ocena: 1

Przesłanie: "Słowiańska wędrówka przez Morię i przyległości."