Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magia. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 marca 2021

"Cień i Kość" - Leigh Bardugo

 

„Cień i kość”, amerykańskiej autorki Leigh Bardugo to jeden z największych bestsellerów młodzieżowego fantasy ostatnich lat. Książka trafiła na listę bestsellerów New York Timesa, prawa wydawnicze zostały sprzedane do kilkunastu krajów, a prawa do wersji filmowej wykupił sam producent filmów o Harrym Potterze. „Cień i kość” to pierwszy tom trylogii Grisza, która urzeka niezwykle barwnym światem i wciągającą miksturą przygód, magii i emocji.

Ravka, niegdyś potężna i dumna, jest dziś otoczona przez wrogów i rozdarta przez Fałdę Cienia: pasmo nieprzeniknionej ciemności, w której czają się przerażające potwory. Niespodziewanie pojawia się nadzieja: samotna, młodziutka uciekinierka jest kimś więcej, niż się wydaje…

Alina Starkov nigdy w niczym nie była dobra. Kiedy jednak pułk, z którym podróżuje przez Fałdę, zostaje zaatakowany, a jej najlepszy przyjaciel Mal odnosi ciężkie rany, Alina musi coś zrobić. Odkrywa w sobie uśpioną moc, która ratuje Malowi życie – moc, która może też okazać się kluczem do wyzwolenia wyniszczonego przez wojnę kraju.

Potęga ma jednak swoją cenę.

Przemocą oderwana od wszystkiego, co jej znane, Alina trafia na dwór królewski, aby uczyć się na Griszę, członkinię władającej magią elity pod wodzą tajemniczego Darklinga.

W tym pełnym przepychu świecie nic nie jest takie, jakim się wydaje. Podczas gdy światu grozi ciemność, a całe królestwo liczy na nieujarzmioną i nieprzewidywalną moc Aliny, dziewczyna będzie musiała się zmierzyć z sekretami Griszów… i własnego serca.

[Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2013]

[Opis i okłądka: Lubimy Czytać ]


AGA:

„Cień i kość”, to doskonały przykład powieści, której etykieta „literatura młodzieżowa”, po prostu szkodzi. Zazwyczaj nie sięgam po takie tytuły, które zazwyczaj trącą infantylnością, zaspokajać potrzeby młodego czytelnika, a po debiuty, nie sięgam nigdy. Tom pierwszy Trylogii Griszy leżałaby zapewne jeszcze długo na półce, gdyby nie zapowiedź serialu na Netflxie.

Zapowiedź filmowa Netflixu. Niestety z tego drobnego fragmentu można już zauważyć rozbieżności

Ravka to królestwo podzielone przez Fałdę Cienia, mroczny pas przecinający krainę, w której żyją drapieżne potwory. Królestwo, aby nie upaść musi dbać o handel. Niestety rządzone jest przez nieudolnego króla, którego szczęśliwie dla Ravki, wspierają najbardziej zdolni, utalentowani, posiadający niezwykłe moce Griszowie. Najpotężniejszy z nich – Darkling, od lat poszukuje sposobu na zniszczenie mroku. Jego promykiem nadziei staje się Alina Starkow, kartografka, która wypuszczając się w pierwszą podróż przez Fałdę, uwalnia niezwykłe moce. Tak rozpoczyna się przygoda młodej dziewczyny, która zostaje wciągnięta w wielką politykę, a w świecie wielkich salonów, nigdy nie wiadomo, czy wszystko jest takie, jakim zdaje.

Książka nie rozczarowała mnie w żadnym aspekcie, a nawet kilka razy mnie zaskoczyła. Fabuła, choć prosta w swojej konstrukcji, to jednak dobrze skonstruowana, a kilka rozwiązań fabularnych, uchroniło ją przed sztampą. Język, konstrukcja świata, prezentacja faktów na jego temat, jest klarowna i nie odciąga czytelnika od wartkiej akcji. Nie ma zbędnych, rozwlekłych fragmentów i przede wszystkim pisarka nie uległa pokusie tworzenia zawiłego świata, co często się debiutującym pisarzom zdarza. Jednak, co najbardziej mnie urzekło w powieści, to fakt, że nie jest lukrowata. Największym lękiem napawają mnie powieści młodzieżowe, gdy ukazują romantycznie, nieskazitelny świat, w którym największym niebezpieczeństwem są koledzy ze szkolnej ławki, gdy bohater zostaje rzucony na głęboką wodę, wypełniająca po brzegi uczelnię dla wybrańców. I przez chwilę czytając „Cień i kość”, obawiałam się, że autorka również ulegnie szkolnemu marazmowi, ale jednak nie. Większość ludzi, których Alina spotyka na swej drodze, miejsca, które odwiedza, historii, których słucha, okazuje się inna, niż początkowo się jej wydaje. Tym Leigh Bardugo sobie mój czas i uznanie zyskała.

Jeżeli czytaliście baśnie braci Grimm, opowieści baśniowe Catherynne Valente i Naomi Novik, to odkryjecie w „Cieniu i kości” tę złowieszczą przekorę, to inne bardziej drapieżne spojrzenie na rzeczywistość. Oczywiście nadal pozostaje powieścią młodzieżową, która jest lekką w odbiorze, wciągającą historią Aliny, która szukając własnej tożsamości, próbuje przeżyć i uratować królestwo.

Ocena: 9/10

_____________________________________________________________________


   
Zdjęcie z Encyklopedii Fantastyki

   Leigh Bardugo urodzona 6 kwietnia 1975 r. w Izraelu, mieszkająca obecnie w USA autorka młodzieżowego fantasy. Sławę przyniósł jej cykl Grisza, na którą składają się opowiadania i trylogia oraz dylogia.

  W Polsce książki L. Bardugo wydawało Wydawnictwo Papierowy Księżyc i Wydawnictwo Mag.


czwartek, 2 kwietnia 2020

"Wojna makowa" - Rebecca F. Kuang

Kiedy jesteś sierotą wojenną, świat ma dla ciebie głównie pogardę, odrzucenie, brutalność i ból. Czasem, jeśli akurat masz szczęście, obojętność. Jeśli natomiast do tego jesteś dziewczynką, szczęście ma twoja przybrana rodzina. Zawsze może ubić interes i sprzedać cię za żonę jakiemuś zamożnemu staruchowi. 

Rin doświadczyła tego wszystkiego. Jest nikim, jej życie nie ma dla nikogo żadnego znaczenia, nikogo też nie obchodzi jej los. Jeśli chce wydostać się z rynsztoka, w którym się wychowała, ma tylko dwie drogi. Pierwsza wiedzie przez łóżko obmierzłego starca. Druga przez bramę akademii sinegardzkiej – elitarnej szkoły wojskowej. Aby podążyć tą drugą drogą, Rin zrobi wszystko, co tylko leży w ludzkiej mocy. A nawet więcej. 

To nie jest historia o potędze nauki, sile przyjaźni czy starciach wielkiej magii. To jest historia o kołach czasu, które nieustępliwie i bezlitośnie mielą ludzkie losy.                 I o dziewczynie, która zniszczyła cały mechanizm. Kamieniem, bo na miecz była za biedna.

[Fabryka Słów, 2020]
[Opis i okładka: Fabryka Słów]

Dziękuję Fabryce Słów za udostępnienie egzemplarza.

AGA:


„The Poppy War” to tytuł, który wielokrotnie przebijał się do mojej świadomości czytelniczej, a nazwisko Rebekki F. Kuang pojawiało się w nominacjach do Nebuli, WFA, Locusa, czy Goodreads Choice. Jednak trzeba było poczekać dwa lata, co uznaję za i tak całkiem niezły wynik, aby książka ukazała się nakładem polskiego wydawcy. Teraz po lekturze szczerze jestem wdzięczna Fabryce Słów za to, że podjęła się wprowadzenia tej powieści na polski rynek, bo jest to pierwsza książka, którą przeczytałam po roku czasu. Tak długiego impasu nie zaznałam nigdy i ta stagnacja mnie przerażała.

Rebecca F. Kuang, Amerkanka chińskiego pochodzenia, zadebiutowała „Wojną makową” w 2018 r. i zrobiła to naprawdę z klasą.

Powieść Panny Kuang to mieszanka high i heroic fantasy, choć początek się tak nie zapowiada. Fang Runin, to przygarnięta przez rodzinę handlarzy opium, sierota. Nie będąca faktycznym członkiem rodu, nie ma co liczyć na świetlaną przyszłość. Ignorowana i wykorzystywana do różnych prac, nie stanowiła dla rodziny Fangów żadnej wartości. A jednak uśmiechem losu zostaje wyswatana z zamożnym kupcem, przypadkowo będącym inspektorem importu w Tikany. Jednak co wydaje się szczęściem dla cioteczki Fang, dla Rin oznacza koszmarną przyszłość. Tak zmotywowana czternastolatka podejmuje decyzję zdać za wszelką cenę państwowy egzamin i dostać się do Sinegardu, w którym mogłaby kontynuować naukę. I tak rozpoczyna się wielka przygoda Rin i cudowna podróż dla czytelników.

Przyznaję po pierwszym rozdziale lekko zwątpiłam w tę powieść i po cichu myślałam, że ponownie w moje ręce trafiła powieść dla nastolatków. Jest biedna sierotka z zapadłej dziury, która dzięki swojej wielkiej motywacji zdaje na uczelnię, gdzie prześladowana przez rozwydrzone dzieci możnowładców, walczy o swoją drogę do chwały. No cóż i tak i nie. Owszem Panna Kuang wprowadziła standardowe elementy wykorzystywane w fantasy, ale dodając szczyptę chińskich realiów opierających się na bezwzględności i braku skupienia na jednostce, pozbawia lukru szkolny stereotyp. A potem akcja leci na łeb na szyję.

Nie chcąc za dużo zdradzić powiem, że trzeba w obecnych czasach wykazać się sporym talentem, by w jednym tomie zawrzeć tyle, ile innym udaje się dopiero w trzech tomach. W jednym tomie czytelnik dostaje cały ogrom spisków, zdrad, krwawych bitew, wojennej tułaczki, a wszystko okraszone magią. A do tego wszystkiego jeszcze dochodzą wyjątkowo zachłanni bogowie.

„Wojna makowa” porwała mnie w wir wielu przygód, zachwyciła mnie tym, że nie ma w sobie żadnych elementów zbędnych, a zwroty akcji i nieprzewidywalne koleje losu Rin, nie pozwalają na wytchnienie. Sama bohaterka cudowna w niejednoznaczności, powoduje swoimi decyzjami, że czasem się jej współczuje, czasem nienawidzi, a jeszcze innym razem kibicuje. Osobiście świetnie bawiłam się również, ale to zboczenie wynikające z dorastania w rodzinie historyków i sinofilów, wyszukując smaczków z historii Chin takich, jak wojny opiumowe, masakra nankińskia, rebelia An Lushana, czy unifikacja za czasów Qin Shi Huangdi. Jeżeli ktoś, podobnie jak ja, interesuje się Dalekim Wschodem to odnajdzie o wiele więcej elementów wiążących Chiny z Nikanem.

„Wojna makowa” na tyle wciągnęła mnie w swój świat, że po raz pierwszy zdecydowałam się sięgnąć po tom drugi w oryginale, nie czekając na polskie wydanie. Trzymajcie za mnie kciuki, a Wam szczerze polecam powieść bez względu na wiek, czy płeć.

Ocena: 10/10

piątek, 1 czerwca 2018

"Dziewczynka, która wypiła księżyc" - Kelly Barnhill

Bestseller „New York Timesa”, nagrodzony prestiżowym Medalem Johna Nebery’ego za wybitny wkład w amerykańską literaturę dziecięcą.

Od wieków mieszkańcy Protektoratu wierzą, że pobliski las zamieszkuje okrutna wiedźma, której gniew obłaskawić może tylko najmłodszy mieszkaniec osady złożony w ofierze złej czarownicy. Co roku pozostawiają więc w lesie niemowlę, licząc na to, że danina z niewinnego życia powstrzyma wiedźmę przed terroryzowaniem ich miasta.

Ale Xan jest dobra. Dom w leśnym zaciszu dzieli z mądrym potworem Glerkiem i maleńkim smokiem Fyrianem o wielobarwnych skrzydłach. Ratuje ona porzucone dzieci i oddaje w opiekę rodzinom po drugiej stronie lasu, karmiąc niemowlęta blaskiem gwiazd. Jednemu z nich przypadkowo daje jednak do wypicia blask księżyca, napełniając je magią o niewyobrażalnej mocy. Xan postanawia sama wychować tę niezwykłą dziewczynkę. Kiedy zbliżają się trzynaste urodziny Luny, jej moc przybiera na sile...

Mnożące się dokoła złowrogie znaki wzmagają strach mieszkańców Protektoratu. Jeden z nich postanawia zabić wiedźmę, by uwolnić swój lud od trwającego od lat terroru. Do czego doprowadzić może wiara w zabobony? Jak niebezpieczna jest moc, którą posiadła Luna i jak potoczą się losy Xan, Glerka oraz Fyriana, którzy stali się rodziną dziewczynki?

[Wydawnictwo Literackie, 2018]
[Opis i okładka: http://secretum.pl/ksiazki/item/2910-dziewczynka-ktora-wypila-ksiezyc]

Książka zrecenzowana dla Secretum.pl

AGA:

Tak.
W tym lesie mieszka wiedźma. Mieszka od zawsze.

Opowieść o Lunie jest klasyczną baśnią.

Kłamię,żeby chronić! Co innego mogę powiedzieć? Nie wyjaśnię im prawdy w sposób, który potrafiliby zrozumieć.

Jest las, jest czarownica, są biedne pożerane dzieci, odważny bohater, gadające zwierzątka, smok, a nawet kruk. Wszystko się zgadza. W Protektoracie od pięciuset lat, czyli dla mieszkańców lasu od zawsze, w Dniu Ofiary składane jest w ofierze najmłodsze dziecko na przebłaganie okrutnej Wiedźmy, zamieszkującej las i mającej władzę nad wiecznie wzburzonym wulkanem. Nad corocznym rytuałem czuwa Rada Starszych i pomocne zawsze Siostry Gwiazdy, z siostrą Ignatią na czele. Królestwo Cattail obarczone tak wielką tragedią tak wielu rodzin, częściej ze względu na ból i rozpacz swoich mieszkańców nazywane jest Miastem Smutku. Bowiem: Poświęcić jedno lub poświęcić wszystkich. Tak działa ten świat. Nie zmienimy tego, choćbyśmy próbowali.

Kim jest Luna? Dzieckiem odebranym matce. Wnuczką dla strudzonej Wiedźmy. Towarzyszką zabaw tyci smoka Fyriana. Nadzieją dla tych, którzy ją stracili, żyjąc w cieniu Wieży Sióstr Gwiazdy. Jest też dziewczynką, która dorastając będzie musiała odnajdując swoje prawdziwe oblicze, stawić czoła Pożeraczce Smutku, która jest równie silna, jak rozpacz ludzka.

Spójrz na lasy! Jakie zdradliwe! Trujący dym, leje, wrzące gejzery i straszliwe niebezpieczeństwa, gdziekolwiek spojrzeć.

Jest też Wiedźma, co to straszliwy los zgotowała mieszkańcom Miasta Smutku.

Klasyczna baśń o czarownicy, lesie, pożeranych dzieciach.

Ale...

Wiedziała, że opowieść może przedstawiać prawdę, ale może też kłamać. Opowieść można naginać, wykręcać i zaciemniać. Kontrolowanie opowieści daje władzę. A komu taka władza przyniosłaby największe korzyści?

Zdecydowanie autorowi. Rozpoczynając lekturę nie spodziewałam się prawdę powiedziawszy tego, co zastałam. Owszem niektóre elementy świata przedstawionego odbiegały od klasycznej wizji baśni i bajek, jednak sam szkielet fabuły mocno osadzony został na kanonie literatury dla dzieci. Zła wiedźma, porywa dzieci, dzielny bohater – w tej roli, podobnie jak zdarza się to w ruskich bajkach, niepozorny człek z gminu o dobrym, szczerym sercu, tutaj w tej roli cieśla Antain – pragnie oswobodzić uciśniony naród spod tyranii. Tyranii, no właśnie, ale czyjej? Jednak, jak zacytowałam wyżej, szata baśniowości zaciemnia trochę opowieść, która z czasem wykręca się i prze w innym kierunku, niż się pierwotnie wydawało.

„Dziewczynka, która wypiła księżyc” to opowieść wielopłaszczyznowa i uważny czytelnik, a im bardziej doświadczony, tym więcej tych płaszczyzn odkryje. Kelly Barnhill w swojej powieści opowiada przede wszystkim o życiu, ale pomimo że dotyka trudnych tematów dojrzewania, śmierci, utraty najbliższych, czy tyranii, to trzyma się dwóch podstawowych zasad: Smutek jest niebezpieczny, a Serce może udźwignąć wszystko. Czytając książkę pani Barnhill od samego początku towarzyszyło mi poczucie, jakbym czytała książkę ze świata stworzonego pod scenariusz animacji Studia Ghibli. Takie tytuły jak „Spirited Away”, „Mój sąsiad Totoro”, czy „Ponyo”, bardzo przypominają właśnie „Dziewczynkę, która wypiła księżyc”. Świat tradycyjnej baśni, przenika się z elementami fantasy. Potwór z Moczarów, Glerk, mikroskopijny smok Fyrian, wnuczka czarownicy, umagiczniona blaskiem księżyca i wiedźma o imieniu Xan. Niby wszystko znane, ale tu odwracają się role, bohaterowie nie są tacy, jak w klasycznej baśni powinni być.

„Dziewczynka, która wypiła księżyc” jest przede wszystkim, ciepłą, pełną nadziei, optymistyczną powieścią fantasy. Kelly Barnhill napisała książkę, która pomimo, że traktuje o rzeczach okrutnych, poważnych, uczy, że serce jest najsilniejsze i przetrwa wszystko, by dać nadzieję nawet tym, którzy zapomnieli, jak dobrze żyć jest w jej blasku. Osobiście jestem zachwycona książką, ponieważ jest to po prostu mądra  powieść, która na szczęście nie wpada w parenetyczny ton, i która pozwoli czerpać przyjemność z towarzyszenia Lunie w jej przeobrażeniu się z dziecka w dojrzałą dziewczynkę. Jest to też przejmująca opowieść o dzieciństwie, macierzyństwie i starości. Po prostu o życiu.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

"Sztylet ślubny" - Aleksandra Ruda

Kupiecka córka Mila Kotowienko powraca!
Sztylet ślubny to długo wyczekiwana przez czytelników kontynuacja pierwszej części trylogii Aleksandry Rudej, Sztyletu rodowego.
Królewskim posłańcom udało się uniknąć śmierci, więc cała drużyna zmierza do spokojnego miejsca, w którym mogłaby zająć się lizaniem ran. Wkrótce okazuje się jednak, że na spokój nie mają co liczyć. Kapitan wciąż poszukuje zaginionej narzeczonej, uzdrowiciel ma pełne ręce roboty, a zakochany troll jest… no cóż, zakochany. Mila jednak opiera się względom Dranisza i liczy, że nie będzie musiała przy okazji zdradzić swojej największej tajemnicy.
Tylko jak utrzymać w sekrecie prawdę o sobie, skoro kolejne tarapaty wymagają od dziewczyny sięgnięcia po moc sztyletu? Na dodatek wokół jak na złość pojawia się coraz więcej niechcianych adoratorów.
Nowe tajemnice, nowi wrogowie, dużo magii i humoru – powieść Aleksandry Rudej to humorystyczne fantasy najwyższej próby.
[Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2018]
[Opis i okładka: https://papierowyksiezyc.pl/ksiegarnia/sztylet-slubny/]
Książka udostępniona dzięki Wydawnictwu Papierowy Księżyc i zrecenzowana dla Secretum.pl.
AGA:
Sztylet ślubny” to tom drugi Trylogii Sztyletu Rodowego Aleksandry Rudej, ukraińskiej pisarki, którą polski czytelnik miał już wcześniej okazję poznać dzięki cyklowi o przygodach Olgi i Ottona.
„Sztylet ślubny” to bezpośrednia kontynuacja przygód Mili Kotowienko i drużyny Głosów Królewskich. Akcja rozpoczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym zakończył się tom pierwszy. Po nocnym starciu z watahą wilkołaków poobijana, kontuzjowana załoga Jaromira Wilka, błądzi po leśnych ostępach na terytorium uldona, nie wiedząc, w którą stronę się udać, aby wrócić do dominium Bicza. W drodze powrotnej do cywilizacji, która okaże się wyjątkowo długa, wyboista i usłana trupami, towarzysze w końcu odkryją kim naprawdę jest Miłka. Wszystko niestety to zmieni, a tarcia pomiędzy poszczególnymi członkami drużyny nabiorą rumieńców, z czego jak zawsze najbardziej będzie zadowolony elfi uzdrowiciel Daezael, który z niesłabnącą dozą sarkazmu i uszczypliwości, będzie dolewał oliwy do ognia. Na trakcie dzielne Głosy Królewskie spotkają młodego uldona, który zaprosi ich w gościnę, martwiaki, wielu kandydatów do ręki Jasnoty Hak, którzy z przyjemnością większą, bądź mniejszą, chętnie zaopiekują się dominium jej tatuśka, a na drodze znów pojawią się wilkołaki, a nawet kilku zwykłych.... drwali.
Tom drugi Trylogii Sztyletu Rodowego nie odstaje poziomem od tomu pierwszego, a ilością humoru, nawet go przebija. Wielkim błędem było sięgnięcie po te dwa tomy tuż przed Świętami Wielkanocnymi. Ujmijmy to tak – świątecznych porządków w tym roku nie było, ledwie udało się przygotować obowiązkową paschę i sernik. Podkrążone oczy są świadectwem na to, jak wyczerpująco radosną czynnością może być czytanie.
W tomie drugim zdecydowanie czytelnik spotka się z większą ilością akcji, magii i zaskakujących sytuacji. Na drodze Mili zaczną pojawiać się co rusz nowi kandydaci do ręki Jasnoty Hak. Sama Mila niestety, w tym tomie, została trochę spacyfikowana. Troszkę mam żal do pisarki, że z samodzielnej, charakternej i zadziornej bohaterki, która tyle potrafiła osiągnąć, doświadczyć i przetrwać, nagle robi typową heroinę, która po prostu pragnie księcia, może nie do końca na białym koniu, ale jednak jakoś koniecznie go potrzebuje. Drużyna pod wpływem matrymonialnych perturbacji Jaromira Wilka powoli się rozpada, choć co niektórym bardziej lub mniej, wychodzi to na dobre. Jak humoru nie ubyło, a wręcz przybyło, tak niestety rozwiązania fabularne bywają lekko irytujące, gdy każdorazowo wyjściem z sytuacji okazuje się sięganie po magiczne zdolności Jasnoty. Powieść nadal jednak pomimo wszystkiego czyta się fantastycznie. Poziom przyjemności czerpanych z dialogów i humoru sytuacyjnego, pozwala naładować baterie na bardzo długi czas.
Refleksja końcowa; mam ochotę zamordować pisarkę, że zakończyła tom drugi w takim momencie. Zapewne Wydawnictwo Papierowy Księżyc nie pomoże w cierpieniach czytelników i dołoży wszelakich starań, by je wzmóc, każąc im ponownie czekać bardzo długo na kolejny tom. A może się mylę?
Ocena: 9/10

"Sztylet rodowy" - Aleksandra Ruda


Aleksandra Ruda powraca! Nowa seria, nowi bohaterowie, nowe uniwersum.
Znakomite fantasy najwyższej próby, pełne przygód, magii, humoru i wyjątkowo barwnych postaci.
Sztylet rodowy to pierwszy tom trylogii, której kolejne tomy ukażą się w 2017 roku.
Co zrobić jeśli wraz z końcem wojny skończyły się też marzenia o wspaniałej karierze i chwale, twoje cokolwiek ograniczone zdolności magiczne nie są nikomu potrzebne, a w kieszeniach świecą pustki?
Oczywiście zostać królewskim posłańcem, do obowiązków którego należy odwiedzanie regionów kraju i sprawdzanie dokumentów podatkowych. To nic, że do towarzystwa dostaniesz zakochanego trolla, tchórzliwego krasnoluda, bezczelną wojowniczkę i elfa, który utracił wiarę w piękno. I jeszcze kapitan królewskiej armii patrzy z góry i nie daje chwili wytchnienia!
Pracuj, Milo, chwilowo jesteś tu uziemiona. Czeka cię wiele nauki, by pokonać trudności czyhające na każdym kroku, bo zwykłe zadanie może okazać się znacznie trudniejsze niż wydawało się na pierwszy rzut oka…
[Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2016]
[Opis i okładka: https://papierowyksiezyc.pl/ksiegarnia/sztylet-rodowy/]
Zrecenzowana dla Secretum.pl.

AGA:
„Sztylet rodowy” czekał na półce dwa lata i pierwszy raz cieszę się z własnej opieszałości czytelniczej, bo dorównała ona opieszałości wydawniczej Wydawnictwa Papierowy Księżyc. Dzięki tej synchronizacji, miałam niewypowiedzianą przyjemność przeczytania, dwóch tomów Trylogii Sztyletu Rodowego Aleksandry Rudej za jednym zamachem. Tę ukraińską pisarkę poznałam już jakiś czas temu za sprawą cyklu przygód Olgi i Ottona, które zaczęła, i niestety nie skończyła wydawać, Fabryka Słów. Sięgając po „Sztylet rodowy” doskonale zdawałam sobie sprawę, że czeka mnie wciągająca lektura, która zmusi mnie do nieprzespanych nocy, nagłych wybuchów śmiechu, zarzucenia wszelkich innych czynności domowych, w zamian ofiarowując mi ogromną dawkę dopaminy, dobrego samopoczucia i... bolesnych skurczy twarzy od nieustannego uśmiechania się.
W królestwie zapanował pokój, zakończyły się wieloletnie walki z pomroką, nastał więc czas, aby król powrócił do porządkowania swego państwa i rządzenia dominiami. Jak wiadomo najważniejsze jest, by być dobrze poinformowanym, kto ma dostęp do informacji, ten ma władzę. A że nie wynaleziono jeszcze w królestwie magicznego internetu, zwrócono się do klasycznego sposobu pozyskiwania informacji, czyli do utworzenia sieci specjalnych posłańców – Służbę Głosów Królewskich. Ci, którzy po zakończeniu wojny, musieli przeorganizować swoje plany życiowe, a także Ci, którzy po prostu musieli się z czegoś utrzymać, zgłosili się do tej jakże zaszczytnej pracy. Tak też poznajemy bohaterów tej wielkiej draki, jaką okaże się podróż do przygranicznych ziem monarchy. Drużyna pod przewodnictwem szlachetnie urodzonego Jaromira Wilka wyrusza w drogę. A cała podróż jest tym bardziej interesująca, że cała drużyna przedstawia pełną gamę wszelakich ras, charakterów i osóbek z prywatnymi i nader ciekawymi tajemnicami. Poznajemy, więc: Milę Kotowienko, córkę kupca, maga po kursie podstawowym, Daezaela Tachlaelbrara, elfa uzdrowiciela, Tisę Wilkowienko, wojowniczkę ochroniarza wyżej wymienionego Jarka Wilka, Percivala von Klotza, krasnoluda rzemieślnika z nadopiekuńczą mamuśką i Dranisza Rycha, kochliwego trolla. Podróż zapewne nie byłaby interesująca, gdyby nie wilkołaki, uldony, truciciele, nadopiekuńcze mamuśki, zakochane kobiety, uszczypliwy elf i ciągle pochmurny i nader wyniosły kapitan. Oj będzie się działo.
Cóż mogłabym napisać o powieści, która powoduje, że człowieka bolą policzki od ciągłego uśmiechania się podczas czytania. Jeśli jeszcze nigdy (nie wiem, jak się tacy czytelnicy mogli uchować) nie czytaliście książek fantasy pisarek zza naszej wschodniej granicy, to jedyne, co mam do powiedzenia – TO WIELKI BŁĄD. Pomimo że zazwyczaj są to powieści dedykowane żeńskiej części odbiorców, to „Sztylet rodowy” spokojnie mogę polecić wszystkim. Aleksandra Ruda oparła fabułę na schematycznym motywie, który przewija się wielokrotnie przez literaturę fantasy: oto drużna złożona z bohaterów różnych ras musi wykonać zadanie, a w drodze do celu przeżywa przygody, cementując swoją przyjaźń. Niby wszystko już było, więc dlaczego TA powieść różni się od tylu jej podobnych? Odpowiedzią jest – niesamowite poczucie humoru pisarki, która na każdej stronie wlewa go kubłami w swoje postaci i dialogi. Najwspanialszy elf uzdrowiciel z deprechą, wersja emo, którego największą pasją jest podglądanie ludzkich dramatów i tragedii, a także ich niejednokrotne podsycanie, troll Dranisz, wielkolud robiący maślane oczy do Miłki, Tisa, platonicznie zakochana służąca w kapitanie Wilku i Persik, rozpieszczony krasnolud do kopania, za którym ciągnie się nadopiekuńcza mamuśka, która bardziej nadawałaby się do roboty niż jej rozmemłana latorośl. A na końcu podróży czeka naszą zgraję początkowych niedorajdów niespodzianka – król zdecydowanie nie wie, co się dzieje na jego ziemiach.
Mogłabym pisać i pisać peany radości na cześć „Sztyletu rodowego”, zamiast tego po prostu napiszę, że zaraz po przeczytaniu pierwszego tomu, sięgnęłam po drugi.

Ocena: 10/10

poniedziałek, 26 lutego 2018

"Magia kąsa" - Ilona Andrews

Świat po magicznej apokalipsie.
Postęp techniczny był u szczytu swojego rozwoju, gdy w Atlancie eksplodowała Moc i zablokowała właściwie całą istniejącą technologię.
Teraz fale magii pojawiają się bez ostrzeżenia, a gdy napływają cała technologia zamiera – samoloty spadają, samochody nie działają, brakuje elektryczności. Wszystko zaczyna na nowo działać, gdy fala Mocy odpłynie.
W tym dziwnym i pokręconym świecie mieszka Kate Daniels.
Pyskata dziewczyna, w której żyłach płynie krew i magia. Gdy dowiaduje się o śmierci swojego opiekuna - musi dokonać wyboru – komu zaufać, z kim współpracować. Spojrzeć w oczy Władcy Bestii i dołączyć do Gromady?

Aby dopaść winnego wykorzysta wszystko, czym dysponuje: zdolności paranormalne, doskonałe wytrenowanie w walce, zaawansowaną technikę i szemrane znajomości.
Ona znajdzie odpowiedź, choćby miała ją wydrzeć z paszczy lwa.
[Fabryka Słów, 2017]
[Opis i okładka: https://fabrykaslow.com.pl/autorzy/ilona-andrews/magia-kasa-seria-o-kate-daniels-5/

Książka udostępniona dzięki uprzejmości Fabryki Słów.

PATI:

Wbrew pozorom bardzo trudno jest pisać recenzję książki, którą czytało się już dobre kilka razy. Tym bardziej - trudno oceniać ją tak jakby na świeżo i to starając się wymazać z pamięci dalsze części z cyklu. Ale nie pozostaje mi nic innego, jak się dla Was postarać. Jeśli jeszcze się tego nie domyśleliście - ja naprawdę bardzo lubię serię o Kate Daniels. A w sumie prawda jest taka, że uważam duet autorski Ilona i Andrew Gordon za jednych z najlepszych przedstawicieli Urban Fantasy – mojego ostatnio najbardziej ulubionego gatunku, a sama seria o Kate zajmuje poczytne... bo pierwsze miejsce w tej kategorii. „Magia Kąsa” to pierwsza część cyklu, który aktualnie liczy sobie 10 części plus kilka książek pobocznych oraz garść dodatkowych opowiadań. Dotychczas nakładem wydawnictwa Fabryka Słów wydano pierwsze 5 tomów i mam naprawdę nadzieję, że teraz przy wznowieniu możemy liczyć na więcej i to wreszcie z ładnymi okładkami.

Piętnaście lat temu, kiedy technika weszła w swoją szczytową fazę, nadpłynęła pierwsza z wielu fal magii, niszcząc na swojej drodze budynki ze stali i szkła oraz wszystko to, co techniczne. W zamian obudziła to, co mityczne, a stało się dla ludzi śmiertelnie niebezpieczne. Pojawiły się na świecie nie tylko potwory w ich dosłownym znaczeniu, ale i Panowie Umarłych (czyt. nawigatorzy wampirów), zmiennokształtni wszelkiej maści futra, oraz bogowie przez małe i duże B. Magia przestała nagle być kuglarskimi sztuczkami ku uciesze gawiedzi i stała się nie tylko sposobem na życie, ale i na przetrwanie. Magiczne lampy częściowo zastąpiły te elektryczne, a zaklęcia ochronne zaczęły chronić mieszkania przed niechcianymi gośćmi skuteczniej niż zwykłe zamki. Poza tym pojawili się goście, których naprawdę nie chcielibyście u siebie gościć. W tym właśnie świecie poznajemy naszą główną bohaterkę Kate Daniels, która właśnie dowiaduje się o śmierci swojego Opiekuna, Grega – rycerza Zakonu Miłosiernej Pomocy. Greg, został zamordowany w trakcie wykonywania  obowiązków, a Kate targana wyrzutami sumienia z powodu swojego zachowania przy ich ostatnim spotkaniu, stara się rozwiązać zagadkę jego śmierci. Zagadkę, w którą zamieszani są nie tylko Panowie Umarłych, Zmiennokształtni, ale i ktoś jeszcze. A do tego nic nie wydaje się tym czym powinno być. Kate w trakcie swojego śledztwa będzie musiała nie tylko zawrzeć sojusze, na które nie ma ochoty, zaciągnie długi i na swoją własną osobę sprowadzi niezdrowe zainteresowanie Pan KiciKici Currana – Władcy Bestii. Oj będzie się działo.

Ale co ważne – postać Kate nie ma dzięki bogom nic wspólnego z marysuizmem. To twarda baba z ciałem zbudowanym z samych mięśni, a na widok jej „zniewalającego” uśmiechu ludzie reagują raczej z zaskoczeniem, a nie zauroczeniem. Jak sama o sobie mówi - piękna to ona nigdy nie była, a na ciele przybywają jej kolejne blizny, bo jakoś ma skłonność do szafowaniem swoim życiem na prawo i lewo. I choć udaje jej się jakoś przetrwać, to często na sam koniec walki jest w bardzo kiepskim stanie. Ale tak naprawdę dowiadujemy się niewiele o niej samej i to właśnie jest to co w tym wszystkim jest najlepsze. Właśnie najbardziej lubię w tej serii tą tajemnicę, którą autorzy z sadystyczną powolnością pozwalają nam odkrywać okruszek po okruszku, kawałek po kawałku przez kolejne tomy cyklu. To po prostu widać, że od samego początku mieli pomysł na całość, że każda kolejna część jest dokładnie rozplanowana i przemyślana tak, by rzucić jakiś ochłap czytelnikowi, ale nadal trzymać kilka zaskakujących asów w rękawie, aż do wielkiego finału... i nieco dalej. Mało autorów postępuje w ten sposób z nami – czytelnikami, więc za pomysł i wykonanie Ilona i Andrew otrzymują ode mnie 6 z plusem. Bo kim tak naprawdę jest Kate, skąd i od kogo pochodzi jej moc, dowiemy się nieprędko. Ale dla mnie to jedna z największych zalet tej książki - to jak autorzy bawią się z nami podrzucając nam często sprzeczne ze sobą informacje.

Trzeba też przyznać, że autorzy pełnymi garściami czerpią z różnych mniej lub bardziej znanych mitologii, dopasowując je bardzo zgrabnie do całej historii i świata, który stworzyli. Nawet  powszechne znane nam już wampiry, czy zmiennokształtni są tak przetworzeni, że całość nie smakuje jak odgrzewany kotlet. Warto też zwrócić uwagę na humor i autoironie głównej bohaterki. Można przy niej na pewno parskać, można zaśmiać się, a nawet puścić herbatę nosem dlatego ostrzegam, że picie, czy jedzenie przy tej książce jest niewskazane nie tylko ze względu na latające czasami w niej radośnie flaki, czy odnóża, ale głównie przez docinki Kate i innych bohaterów. Jeśli lubicie wschodnią fantasy i jej humor, to na pewno ta pozycja także wam się spodoba - wszak Ilona Gordon pochodzi właśnie z Rosji.

Jeśli wszystko to co napisałam powyżej was nie przekonało to pragnę jeszcze nadmienić, że wszystkie osoby, którym dotychczas poleciłam ten cykl były, jeśli nie zachwycone to przynajmniej rozbawione. Naprawdę warto zapoznać się z Kate i Curranem i obserwować jak to wszystko dalej się potoczy i dać się zaczarować temu cyklowi.

Motto: „Kici kici taś taś... - do lwa piiip, do lwa?”
Ocena: 11/10


sobota, 2 grudnia 2017

"Nadzór" - Charlie Fletcher


Granica między światem zwyczajnym a magicznym jest zaskakująco cienka, a strzeże jej jedynie pięcioro ludzi. Niegdyś Nadzór, tajny związek strażników, liczył setki dzielnych dusz, dziś można ich policzyć na palcach jednej dłoni. W mieście panoszą się okrutni mordercy, magiczne istoty żerują pod osłoną nocy a wrogowie podchodzą coraz bliżej. Nadzór jest osłabiony i rozdarty. Pewnej nocy pod drzwiami jego siedziby zjawia się opryszek z workiem z niecodzienną zawartością. Wydaje się, że oto pojawiła się szansa na uzupełnienie sił. Jednak wiele wskazuje na to, że pozorne blogosławieństwo jest raczej zmyślną pułapką, która ma doprowadzić Nadzór do ostatecznego i całkowitego upadku.
Mroczna, dickensowska historia opowiada o łowcach czarownic, magach, podróżnikach przechodzących przez lustra i najbardziej zaskakujących bohaterach wygrzebanych z czeluści brytyjskich legend.

Poznajcie Nadzór i pamiętajcie – jeśli oni polegną, polegniemy wszyscy.


[Fabryka Słów, 2017]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4807357/nadzor]

Książka udostępniona dzięki wydawnictwu Fabryka Słów i zrecenzowana dla serwisu Secretum.pl.

AGA:

Mroczna, dickensowska opowieść”, tak wytłuszczonym drukiem zachęca nas do sięgnięcia po „Nadzór” Charlie Fletchera Fabryka Słów. Ilustracja na okładce fabrycznego wydania też mało optymistyczna, choć owszem konweniuje z innymi okładkami w serii, pomiędzy dziełami Gołkowskiego, Noczkina i Przechrzty, to raczej radosnym uniesieniem nie napawa. Gdyby jeszcze do tego dodać moje prywatne nastawienie do magii, tajnych stowarzyszeń i na wszelkie sposoby wyeksploatowanego miejsca akcji, jakim jest Londyn, to nie ma co się dziwić, że delikatnie określiwszy, moje nastawienie do powieści Charlie Fletchera było powiedzmy, że sceptyczne. A realnie ujmując odczucia, które towarzyszyły mi, gdy sięgałam po książkę, zbliżone były do męczarni w katuszach i powolnej agonii.

Akcja „Nadzoru” rozpoczyna się zgodnie z opisem na okładce, od sytuacji, gdy do domu Żyda przy Wallclose Square zostaje dostarczona dziewczyna. Dosłownie dostarczona, bo zakneblowana i spacyfikowana, w worku. Osobnikiem tym jest zilustrowany na okładce Bill Ketch, nic nie znaczący dla fabuły osobnik, ale który trafił na okładkę (!). Natomiast zawartość worka jest jak najbardziej istotna, choć może nie najistotniejsza. Panna Lucy Harker okaże się bowiem tą iskrą, która zapali lont akcji, całej tej awanturniczej powieści. W Londynie działa Wolne Bractwo do spraw Regulacji i Nadzoru Enigmatycznych Sytuacji Krytycznych i Ponadnaturalnych Obyczajów, choć prawdę powiedziawszy swoje lata świetności ma już za sobą, a i współpracownicy zawiódłszy się, nie ufają im, to jednak pomimo tego, oni trwają na posterunku i starają się, aby nie dochodziło do wydarzeń tajemnych i niefortunnych pomiędzy śmiertelnikami i istotami nadnaturalnymi. Problem polega na tym, że Nadzór od wieków ma swoich wrogów, którzy pragną odzyskać, to co do nich należy i zagwarantować sobie należyte miejsce w świecie. A Lucy Harker to narzędzie, które ma stworzyć wyłom, umożliwiający przeciwnikowi zdobycie przewagi nad odwiecznym przeciwnikiem w tej grze o władzę.

Jeżeli piszę tę recenzję, oznacza to, że nie umarłam w agonii. Co więcej przyznaję z cudownym zaskoczeniem, że się wspaniale rozczarowałam. Po pierwsze ilustracja na okładce może pasuje do pierwszych dziesięciu stron treści, konweniuje się z serią, pasuje do określenia „dickensowski”, ale za grosz nie oddaje ducha powieści. Pasuje do niej jak pięść do nosa, pomijając fakt, że osobnik Bill Ketch nie jest postacią żadno-planową. Po drugie opis na okładce może nie do końca jest o innej książce, ale lekko wprowadza w błąd. Sięgając po tę powieść obawiałam się, że będę czytała mroczną powieść o gnuśnej magii, brudzie, nudzie, smrodzie i biedzie (no dobrze o tych ostatnich ciut ciut było), a dostałam awanturniczą powieść przygodową z pogranicza płaszcza i szpady z elementami dickensowskimi – właśnie wymieniony wyżej smród, bieda i pełno sierot.

Tak naprawdę Charlie Fletcher stworzył Nadzór trochę na wzór muszkieterów walczących w szlachetnej sprawie, bawiących się w kotka i myszkę z przeciwnikiem, który reprezentowany jest przez Obywatela, wspieranego przez Francisa Blackdyke’a, naukowca, i bliźniaków prawników Templebane’ów. Każda ze stron próbuje przechytrzyć drugą, dzięki czemu fabuła obfituje w zwroty akcji. Nadmienić trzeba, że autorowi przede wszystkim udało się od samego początku przywiązać czytelnika do bohaterów i to zarówno do tych pozytywnych, jak i negatywnych. Posiada on niebagatelną umiejętność kreślenia postaci, które porywają swoim temperamentem i wydają się wyjątkowo prawdziwe i wiarygodne. Osobiście do gustu najbardziej przypadło mi środowisko cyrkowców, a także wyjątkowo żywotnego Kowala, którego wzorował, co można przeczytać w Podziękowaniach, na swoim ojcu.

Nadzór” przyniesie czytelnikowi przede wszystkim przyjemność czytania. Jest to powieść lekka i przyjemna, awanturnicza i pełna przygód, ale nie płaska, a fabuła wcale nie jest taka oczywista, jak wydawać by się mogła na pierwszy rzut oka. Owszem świat przedstawiony to koniec epoki wiktoriańskiej, po wojnach napoleońskich, ale to tylko drobne elementy, tak naprawdę ta powieść to urban fantasy przeniesiona do przeszłości. Co więcej umiejętność niektórych członków Nadzoru do wymazywania pamięci albo odwracania uwagi ludzi od tego, co się wokół nich dzieje, aby nie dowiedzieli się o istnieniu świata nadnaturalnego, oraz, a raczej forma w jaki sposób jest to robione, wydało mi się po czasie bezczeną-sprytną kalką z „Facetów w czerni”. Jak widać dzięki wielu skojarzeniom kulturowym, które zastosował Charlie Black, nie wspominając już o skojarzeniach z Susanny Clarke „Jonathanie Strange'u i Panie Norellu”, czy Neila Gaimana „Nigdziebądź”, to jest to naprawdę kawałek przyjemnej i ciekawej literatury.

Ocena: 9/10


piątek, 24 marca 2017

"Hum' Ha Ostatni" - Witold Dzielski

Młody uzdrowiciel i adept sztuk demonicznych – Hum – to młody mężczyzna zamieszkujący holmską wieś Przesieka. Opuszczony przez swojego mistrza i zarazem demonologa – Pawkotę, zostaje zdany sam na siebie. Nie dość, że dowiaduje się również o swoich niezwykłych mocach, niebawem musi uciekać z rodzinnej wsi, w której dochodzi do wojny domowej między ludźmi a elfami. W trakcie ucieczki napotyka grupę holemskich kupców, którzy zmierzają do Hoł-łan-Hoł – stolicy Hołdacji. Magiczka Yupstyna Bargod, rektor Mechanerii – Marcus Rootling, szpieg Szpicy – Pudziach Trowski – tak naprawdę ukrywający się pod przykrywką wiejskich handlarzy, zmierzają w kierunku stolicy, gdyż wiedzą, że na granicy państw Hołdacji i Hurmy może niebawem dojść do rozlewu krwi, czemu mają zapobiec. Kto stoi za intrygą skłócenia ze sobą różnych ras i narodów? Czy Hum posiada zdolności, które obronią mieszkańców przed najazdem przeciwnika? Kto okaże się przyjacielem, a kto wrogiem? Czy uda mu się powrócić do ukochanej Czarnej Puszczy i żyć jak przed wybuchem wojny i zniszczeniem rodzinnej wioski? Na te pytania odpowiedź tkwi w wartkiej i nierzadko zabawnej powieści Witolda Dzielskiego pt. „Hum' Ha Ostatni”.  

[Wydawnictwo Psychoskok, 2014]
[Okładka: http://www.empik.com/hum-ha-ostatni-dzielski-witold,p1095342716,ksiazka-p]
[Opis: http://wydawnictwopsychoskok.pl/ksiazka/197/hum-ha-ostatni]

AGA:

Bardzo rzadko zdarza mi się trafić na książkę, o której nic wcześniej nie wiedziałam. W nielicznych przypadkach spotykam na półkach książki autora, o którym nigdy nie słyszałam. Ale tak, aby nie wiedzieć nic o autorze, nie znać książki i nigdy nie słyszeć o wydawnictwie, to mi się jeszcze nie zdarzyło. Dlatego doceniam takie znajomości, które pozwalają mi z niemożliwego, czynić możliwe. Jeden z moich znajomych podsunął mi do przeczytania „Hum’ Ha Ostatniego” Witolda Dzielskiego z Wydawnictwa Psychoskok. Przyznajcie, ilu z Was wiedziało, że dyrektor Biura Spraw Zagranicznych Kancelarii Prezydenta RP napisał książkę fantasy? Ciekawe, czy Prezydent wie?

W Królestwie Hołdacji źle się dzieje. Władczyni Bakukova sprzymierzyła się z gnomami, którzy wraz z Leśnymi terroryzują królestwo i wprowadzają zamęt między ludźmi, a elfami. W odległej lodowej krainie dorasta Utin, lodowy mag, syn generała Tederlucha i potencjalny przyszły władca Aslandu, który ma przypieczętować swoją dorosłość najazdem na Hołdację. W małej wiosce zwanej Przesieką uczeń uzdrowiciela dowiaduje się, że jego mentor jest demonem, a on sam staje się spadkobiercą wiedzy demonologicznej. A z Holmburgu wyrusza ekspedycja, która uwikła się w walkę o ocalenie Huma, Hołdacji i Hurmy.

„Hum' Ha Ostatni” to historia oparta na klasycznych motywach powieści fantasy. Odnaleźć w niej można wielorasową drużynę wybierającą się w podróż, a także młodego bohatera Huma, który odkrywa nagle, że jest kimś wyjątkowym z niespotykanymi talentami magicznymi. Pod względem fabularnym powieść Witolda Dzielskiego, nie jest odkrywcza. Autor poszedł utartą, zawsze sprawdzającą się ścieżką, a język i dynamika akcji, dodatkowo ułatwiają odbiór powieści. Trzeba przyznać, że jak na debiut literacki historia Huma jest całkiem dobrze i sprawnie napisana. Nie oznacza to, że książka jest bez wad. Niestety wiele wątków w powieści nie zostało rozwiniętych właściwie, a niektóre wręcz zostały w połowie zarzucone. Postaci wykreowane są ze zmiennym szczęściem, przede wszystkim świetne są postaci męskie, jak krasnoludzki marszałek prowincji Holm, Robhur Kufer, niezły jest też rektor Mechanerii Marcus Rootling, czy szef Szpicy Pudziach Trowski, ale postaci kobiece są koszmarnie płytkie, i tak królowa Bakukova to infantylna dziewczynka o defetystyczno-literackim nastawieniu do wojny, magiczka Yupstyna Bargod stworzona została jako awanturująca się baba, która koniecznie potrzebuje chłopa, ale nigdy zgodnie, nota bene, ze swoją profesją, nie rzuciła zaklęcia, a jedyna konkretna silna kobieta zostaje śmiertelnie dźgnięta soplem lodu przez własnego syna. Dodam może na obronę powieści, że świat wykreowany przez Witolda Dzielskiego jest bardzo różnorodny, bogaty, a czasem nawet zaskakujący, biorąc pod uwagę, że wprowadził on delikatnie elementy steampunku do klasycznej powieści fantasy.


„Hum' Ha Ostatni” Witolda Dzielskiego, to o dziwo całkiem poprawnie napisana powieść fantasy. Przygody ekspedycji wysłanej przez marszałka Holmu, Kufera, do Hołdacji czyta się sprawnie i z dozą przyjemności. Nie należy oczekiwać oczywiście fajerwerków, a w związku z nierozwinięciem wielu wątków, czuje się na koniec nieprzyjemny niedosyt. Książka stanowi egzotyczne doświadczenie dla czytelnika nieświadomego istnienia takiej powieści.

Ocena: 6,5/10

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

"Rzeki Londynu" - Ben Aaronovitch


Nazywam się Peter Grant. Jestem detektywem i uczę się na czarodzieja – jako pierwszy uczeń od pięćdziesięciu lat. Zajmuję się gniazdem wampirów w Purley, negocjuję rozejm między walczącymi ze sobą bogiem i boginią Tamizy, wykopuję groby w Covent Garden – a to tylko rutynowe działania. Duch rozruchów i rebelii obudził się w mieście i na mnie spada obowiązek przywrócenia porządku chaosie, który wywołał. Albo tego dokonam, albo umrę próbując…

[Wydawnictwo Mag, 2014]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/194624/rzeki-londynu]






AGA:

Przyznaję się, ciężko pisze mi się recenzje książek nijakich, gdy książka jest zła z zapałem mogę ją skrytykować, gdy jest dobra, to z pasją wychwalam jej zalety, ale jak jest nijaka, to mam problem. „Rzeki Londynu” niestety należą do ostatniej kategorii i właśnie sobie zadaje pytanie: „- No i co ja mam z nią zrobić. O czym tu napisać, gdy ma się ochotę skwitować całą powieść po prostu 'może być'”. „Rzeki Londynu” miały być szybkim przerywnikiem pomiędzy czytaniem dwóch innych książek. I nie wyszło mi to ekspresowe czytanie.

Podchodząc do powieści Bena Aaronovitcha wydawało mi się, że będzie to lekkie i szybkie urban fantasy w klimacie steampunk. Nic jednak bardziej mylnego. Akcja „Rzek Londynu”, jak sam tytuł wskazuje, rozgrywa się w Londynie i jest to o dziwo współcześnie znane nam miasto. Założyłam a priori, że jak ma być magia, to będzie to epoka wiktoriańska i że książka wejdzie w klimaty ostatnio tak popularnego steampunku. A tutaj, proszę czytelnika, niespodzianka!!! Główny bohater, zwykły posterunkowy na okresie próbnym, wyciąga komórkę, korzysta z komputera i jeździ samochodem, złoczyńców śledzi za pomocą monitoringów miejskich i strzela z pistoletu. Powieść do połowy toczy się powolnym rytmem, jak na mój gust, przy takich książkach, zbyt flegmatycznym, by nie rzec, że w stylu angielskim. Na początku czytelnik zostaje zapoznany z głównym bohaterem, Peterem Grantem, który wraz ze swoją koleżanką z pracy, Lesley May, stoją przed życiową szansą zostania prawdziwymi gliniarzami lub przed życiową klęską, kończącą się siedzeniem za biurkiem. Peter Grant, jako przeciętniak, lekko ciapowaty syn ćpającego muzyka, dostaje niezwykłą szansę pomagać kolegom zza biurka, a piękna Lesley trafia do brygady od „wielkich spraw”. Jednak, musi być to jednak, inaczej książka byłaby nudna, podczas rutynowego śledztwa w sprawie nierutynowego morderstwa,w którym Lesley i Peter robią za zwykłe stójki, ciapowaty posterunkowy odkrywa w sobie talent konwersacji ze świadkami dość ulotnej natury – z duchami. Przyłapany na takim procederze trafia pod opiekuńcze skrzydła nadinspektora Nightingale'a (ładne nazwisko, ale 'słowik' nijak ma się do postaci), który okazuje się dość wiekowym czarodziejem – nie, nie na szczęście to nie Merlin. Peter Grant wraz z mistrzem i przy pomocy Lesley, starają się wyjaśnić zagadkowe, dość krwawe, związane z magią morderstwa, a równocześnie starają się udobruchać, skłóconych ze sobą Matkę Tamizę i Ojca Tamizę, a także ich liczne potomstwo.

„Rzeki Londynu” z jednej strony są ciekawym novum w urban fantasy, akcja bowiem dzieje się współcześnie w Londynie, który raczej jako miejsce akcji panuje w literaturze grozy lub steampunku, o romansach historycznych nawet nie wspominając, z drugiej jednak strony napisana jest w dość chaotyczny sposób, który utrudnia ogarnięcie realiów świata przedstawionego. Książka jest połączeniem klasycznego kryminału, gdzie bohaterem jest stróż prawa, mający do rozwikłania zagadkę tajemniczych morderstw, występują elementy grozy związane z makabrycznością dokonywanych zabójstw, są też stałe elementy dla urban fantasy, czyli magia, duchy, postaci fantastyczne. Są jeszcze bohaterowie, którzy stanowią, jak dla mnie, największy mankament tej książki. Dlaczego? Ponieważ nie są wiarygodni i mało charakterystyczni. Peter, główny bohater, przedstawiony jest początkowo jako ciapowaty posterunkowy, który może i mógłby się wykazać, gdyby umiał się zorganizować, nagle później staje się szczwanym lisem i przebiegłym magiem. Co najbardziej drażniło mnie w Peterze Grant'cie to jego jedna cecha, która rzuciła mi się w oczy, a mianowicie, gdziekolwiek się pojawiał dostrzegał szczegóły, których żaden facet nie zauważa, a przeciętny policjant, wydaje mi się, tym bardziej, a jakie to szczegóły?, np. wyposażenie domu, zauważa wchodząc do pomieszczenia, że na stole leży dwuletni pecet Della (jeszcze, że zna markę rozumiem, ale skąd wie, że dwuletni), lub na stole stała lampka od IKEI (no dobrze, może dzięki temu autor zarobił na darmowe obiady w ich barze), ale „hipoalergiczna drewniana podwieszana karuzela z serii zabawek edukacyjnych od Galta”, to już przegięcie, bezdzietny policjant nie powinien znać zabawek dla niemowlaków i używać słowa hipoalergiczny. Wolałabym nie wspominać o tym, że posterunkowy był świetnym znawcą kobiecej garderoby, na tyle dobrym, że wiedział, że Matka Tamiza nosi portfelową spódnicę uszytą z austriackiej koronki. Najwyraźniej nie doceniam wszechstronności edukacji policjantów w Wielkiej Brytanii, jednak może gdyby ich kształcono kierunkowo, nie musieli by sięgać do magii, by rozwiązywać sprawy morderstw. Nie wspominając o tym, że wygląda to tak, jakby autor sięgnął do katalogu i wybierał z nich przedmioty do opisu. Postać czarodzieja Nightingale'a też została kiepsko nakreślona, jest on bowiem mistrzem i jedynym czarodziejem w Londynie, a jednak robi za tło, a całe śledztwo i negocjacje z genius loci, pozostawia niedouczonemu, nieprzeszkolonemu posterunkowemu z nierozwiniętym jeszcze talentem do czarów. Zdecydowanie kreowanie postaci Aaronovitchowi nie wyszło. Wszystko, zarówno świat przedstawiony, fabuła, jak i postaci, wykazują duży potencjał, ale niewykorzystany.

Ogólnie rzecz ujmując,fabuła rozwija się flegmatycznie, bohaterowie są mało charakterystyczni, a świat przedstawiony dość chaotyczny, jedyną pozytywną cechą, która mnie powiedzmy miło zaskoczyła, to autoironiczny humor głównego bohatera, taki cyniczny z dodatkiem fatalizmu. Blog jednak nie byłby Zgryźliwy, gdybym nawet chwaląc nie dodała trochę uszczypliowości, a mianowicie szkoda, że Aaronovitchowi starczyło tego humoru tylko na połowę książki. Można przeczytać, ale bez fajerwerków.

  • A book that was originally written in a different language,
  • A book you own but have never read
  • A book by an author you have never read before
  • A book with magic
  • A book set in different country
  • A mystery or thiller
  • A book with nonhuman character

Ocena: 5/10

Przesłanie:”Flegmatyczny kryminał urban fantasy z Londynem w tle.”