Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Londyn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Londyn. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 czerwca 2017

"Pył Ziemi" - Rafał Cichowski

Czas wyrównuje wszystko do zera

W XXIV wieku Ziemia umiera. W przestrzeń kosmiczną zostaje wystrzelony Yggdrasil, statek pokoleniowy, który ma zapewnić przetrwanie gatunkowi ludzkiemu. Ponad siedemset lat później para nieśmiertelnych istot, technologicznie pod​rasowanych Ziemian, wraca na błękitną planetę. Od powodzenia ich misji zależy ocalenie statku i wszystkich osób znajdujących się na pokładzie. Muszą odnaleźć tajemniczą Bibliotekę Snów, w której zapisano ogół wspomnień ludzkości.

Lilo i Rez podczas swej wędrówki zetrą się z prymitywnym plemieniem, którego członkowie dawno zapomnieli o dobrodziejstwach techniki. Będą się układać z samozwańczym lordem władającym wiernie odtworzoną kopią wiktoriańskiego Londynu, którego największą bolączką są morderstwa prostytutek oraz zbyt wysoki poziom edukacji wśród plebsu. Zawędrują też do Aurory, miasta, gdzie barwy następnego zachodu słońca wybiera się w drodze głosowania.

Gdzieś na końcu drogi Lilo i Reza ukryta jest prawda. Ale czy warto dla niej poświęcić wszystko? Może pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć?

Pył Ziemi czerpie z wielu gatunków literackich, tworząc niezwykłą opowieść o świecie przyszłości, w którym zaawansowana technologia sąsiaduje z gotyckim mrokiem i absurdem. Imponuje skalą, porusza i bawi ostrym jak brzytwa poczuciem humoru.

[Wydawnictwo SQN, 2017]
[Opis i okładka: http://www.wsqn.pl/ksiazki/pyl-ziemi/]

Recenzja dla Duzeka.pl
Książka udostępniona dzięki uprzejmości Wydawnictwa SQN

AGA:

Po „Pył Ziemi” chciałam sięgnąć zaraz po przeczytaniu Neala Stephensona „7Ew”, tak, aby pozostać w klimacie apokaliptycznym. Nie do końca mi się to udało, a i powieść Cichowskiego nie do końca, okazała się tym, czym myślałam. Cieszy mnie jednak fakt, że na arenie polskiej literatury fantastycznej pojawiło się nowe nazwisko.
 O Rafale Cichowskim niewiele jeszcze można napisać; jest anglistą, z zawodu tłumaczem, dziennikarzem i copywriterem. W 2015 r. nakładem Wydawnictwa Novae Res ukazała się jego pierwsza powieść  „2049”, która od razu została nominowana do Nagrody Fandomu Polskiego imienia Janusza A. Zajdla. W tym roku ukazała się jego druga powieść „Pył Ziemi” tym razem nakładem Wydawnictwa SQN z bardzo  dobrze dobraną i dopracowaną okładką.

O czym jest „Pył Ziemi”?

Planeta Ziemia umarła. Ludzie ją zabili, po czym czmychnęli z niej, jak szczury z tonącego statku. Niestety nie wszystkim się udało, generalnie większość „utonęła”. Ta cząstka, która się jednak uratowała lekko też nie miała; niepokoje społeczne, bomba demograficzna, despotyzm, problemy ze sztuczna inteligencją;  w końcu celem uratowania resztek ludzkości zostaje wysłana misja ratunkowa na Ziemię.  Lilo i Rez, dwójka bohaterów ma odnaleźć Bibliotekę  Snów, w której zgromadzone są wszystkie wspomnienia wszystkich ludzi, cała wiedza ludzkości. Zaskakujące jest, że Ziemia okazuje się nie być martwa. Jeszcze bardziej zaskakujące okazują się być odpowiedzi, które otrzymują Lilo i Rez, a które dotyczą sensu istnienia ich i siedemdziesięciu paru milionów ludzi na arce.
„Pył Ziemi” wzbudził we mnie sprzeczne emocje.

Najpierw to, co mi się nie podobało.

Gdyby być delikatnym można by powiedzieć, że Cichowski czerpał garściami z literatury i kultury współczesnej. Gdyby być niedelikatnym i nazwać to wprost, to po prostu  wrzucił znane z wielu książek i filmów motywy, wszystko wstrząsnął, zamieszał i poszczególne elementy losował i wykorzystywał: zagłada Ziemi, statek-arka, kapitan-despota, bunt sztucznej inteligencji, bomba demograficzna, Adam-Ewa, Londyn-steampunk, epoka wiktoriańska, Kuba Rozpruwacz, Matrix,  Królowa Kier, wymieniać można bez końca. Pomysł na Świat wydaje mi się dość chaotyczny, z fantazją, polotem, rozmachem, ale jeszcze nie do końca ogarnięty. Jest w tym szaleństwo, ale czasem jednak ciut mniej, daje zdecydowanie ciut więcej, gdyby odrobinkę ująć, nie próbować w jedną powieść wsadzać piętnastu, wyszłoby o wiele lepiej. Narracja prowadzona skokowo, mało płynnie, czasem w stylu filmowym Guya Ritchiego, która wyprzedza potencjalne fakty, zaburza percepcję czytelniczą. Absurdalne rozwiązania fabularne i po prostu po chamsku narzucające się wzorce kulturowe, obrazy z „Wall-e”, „Obłoku Magellana”, „Solaris”, itd.

Teraz, coś miłego.

Niewątpliwy rozmach i przewrotność, nienormalny stan umysłu rodem z „Alicji z Krainy Czarów”, jakby się poruszać we śnie i przeskakiwać z jednej krainy do innej, otrzymałoby się mniej więcej to, co Cichowski zamieścił w swojej książce. Brawa za odwagę, ale  mocny kuksaniec za zrzynanie ze wzorców kulturowych. Nie wszystko jednak było kalką literacką. Biblioteka Snów, może ani nazwą, ani pomysłem, nie wybijało się oryginalnością, ale z pewnością  sposób  udostępniania zbiorów był pierwszorzędny. To samo tyczy się wyjaśnienia tytułu. To czym jest Pył Ziemi, jest genialną, bezczelną drwiną  popularnych w kulturze motywów ucieczki z umierającej Ziemi na arkę kosmiczną.


Podsumowując. 

Rafał Cichowski ma potencjał pisarski i jeśli tylko powściągnie trochę swój rozmach, wyrzuci trochę z głowy stałych elementów przewijających się w kanonie fantastyki, pozostawi tą swoją przewrotność , to uda mu się przetrwać na w sumie mało wymagającym rynku polskim. A jeśli odnajdzie w sobie oryginalność, to może wybije się ponad bycie po prostu poczytnym.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

"Rzeki Londynu" - Ben Aaronovitch


Nazywam się Peter Grant. Jestem detektywem i uczę się na czarodzieja – jako pierwszy uczeń od pięćdziesięciu lat. Zajmuję się gniazdem wampirów w Purley, negocjuję rozejm między walczącymi ze sobą bogiem i boginią Tamizy, wykopuję groby w Covent Garden – a to tylko rutynowe działania. Duch rozruchów i rebelii obudził się w mieście i na mnie spada obowiązek przywrócenia porządku chaosie, który wywołał. Albo tego dokonam, albo umrę próbując…

[Wydawnictwo Mag, 2014]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/194624/rzeki-londynu]






AGA:

Przyznaję się, ciężko pisze mi się recenzje książek nijakich, gdy książka jest zła z zapałem mogę ją skrytykować, gdy jest dobra, to z pasją wychwalam jej zalety, ale jak jest nijaka, to mam problem. „Rzeki Londynu” niestety należą do ostatniej kategorii i właśnie sobie zadaje pytanie: „- No i co ja mam z nią zrobić. O czym tu napisać, gdy ma się ochotę skwitować całą powieść po prostu 'może być'”. „Rzeki Londynu” miały być szybkim przerywnikiem pomiędzy czytaniem dwóch innych książek. I nie wyszło mi to ekspresowe czytanie.

Podchodząc do powieści Bena Aaronovitcha wydawało mi się, że będzie to lekkie i szybkie urban fantasy w klimacie steampunk. Nic jednak bardziej mylnego. Akcja „Rzek Londynu”, jak sam tytuł wskazuje, rozgrywa się w Londynie i jest to o dziwo współcześnie znane nam miasto. Założyłam a priori, że jak ma być magia, to będzie to epoka wiktoriańska i że książka wejdzie w klimaty ostatnio tak popularnego steampunku. A tutaj, proszę czytelnika, niespodzianka!!! Główny bohater, zwykły posterunkowy na okresie próbnym, wyciąga komórkę, korzysta z komputera i jeździ samochodem, złoczyńców śledzi za pomocą monitoringów miejskich i strzela z pistoletu. Powieść do połowy toczy się powolnym rytmem, jak na mój gust, przy takich książkach, zbyt flegmatycznym, by nie rzec, że w stylu angielskim. Na początku czytelnik zostaje zapoznany z głównym bohaterem, Peterem Grantem, który wraz ze swoją koleżanką z pracy, Lesley May, stoją przed życiową szansą zostania prawdziwymi gliniarzami lub przed życiową klęską, kończącą się siedzeniem za biurkiem. Peter Grant, jako przeciętniak, lekko ciapowaty syn ćpającego muzyka, dostaje niezwykłą szansę pomagać kolegom zza biurka, a piękna Lesley trafia do brygady od „wielkich spraw”. Jednak, musi być to jednak, inaczej książka byłaby nudna, podczas rutynowego śledztwa w sprawie nierutynowego morderstwa,w którym Lesley i Peter robią za zwykłe stójki, ciapowaty posterunkowy odkrywa w sobie talent konwersacji ze świadkami dość ulotnej natury – z duchami. Przyłapany na takim procederze trafia pod opiekuńcze skrzydła nadinspektora Nightingale'a (ładne nazwisko, ale 'słowik' nijak ma się do postaci), który okazuje się dość wiekowym czarodziejem – nie, nie na szczęście to nie Merlin. Peter Grant wraz z mistrzem i przy pomocy Lesley, starają się wyjaśnić zagadkowe, dość krwawe, związane z magią morderstwa, a równocześnie starają się udobruchać, skłóconych ze sobą Matkę Tamizę i Ojca Tamizę, a także ich liczne potomstwo.

„Rzeki Londynu” z jednej strony są ciekawym novum w urban fantasy, akcja bowiem dzieje się współcześnie w Londynie, który raczej jako miejsce akcji panuje w literaturze grozy lub steampunku, o romansach historycznych nawet nie wspominając, z drugiej jednak strony napisana jest w dość chaotyczny sposób, który utrudnia ogarnięcie realiów świata przedstawionego. Książka jest połączeniem klasycznego kryminału, gdzie bohaterem jest stróż prawa, mający do rozwikłania zagadkę tajemniczych morderstw, występują elementy grozy związane z makabrycznością dokonywanych zabójstw, są też stałe elementy dla urban fantasy, czyli magia, duchy, postaci fantastyczne. Są jeszcze bohaterowie, którzy stanowią, jak dla mnie, największy mankament tej książki. Dlaczego? Ponieważ nie są wiarygodni i mało charakterystyczni. Peter, główny bohater, przedstawiony jest początkowo jako ciapowaty posterunkowy, który może i mógłby się wykazać, gdyby umiał się zorganizować, nagle później staje się szczwanym lisem i przebiegłym magiem. Co najbardziej drażniło mnie w Peterze Grant'cie to jego jedna cecha, która rzuciła mi się w oczy, a mianowicie, gdziekolwiek się pojawiał dostrzegał szczegóły, których żaden facet nie zauważa, a przeciętny policjant, wydaje mi się, tym bardziej, a jakie to szczegóły?, np. wyposażenie domu, zauważa wchodząc do pomieszczenia, że na stole leży dwuletni pecet Della (jeszcze, że zna markę rozumiem, ale skąd wie, że dwuletni), lub na stole stała lampka od IKEI (no dobrze, może dzięki temu autor zarobił na darmowe obiady w ich barze), ale „hipoalergiczna drewniana podwieszana karuzela z serii zabawek edukacyjnych od Galta”, to już przegięcie, bezdzietny policjant nie powinien znać zabawek dla niemowlaków i używać słowa hipoalergiczny. Wolałabym nie wspominać o tym, że posterunkowy był świetnym znawcą kobiecej garderoby, na tyle dobrym, że wiedział, że Matka Tamiza nosi portfelową spódnicę uszytą z austriackiej koronki. Najwyraźniej nie doceniam wszechstronności edukacji policjantów w Wielkiej Brytanii, jednak może gdyby ich kształcono kierunkowo, nie musieli by sięgać do magii, by rozwiązywać sprawy morderstw. Nie wspominając o tym, że wygląda to tak, jakby autor sięgnął do katalogu i wybierał z nich przedmioty do opisu. Postać czarodzieja Nightingale'a też została kiepsko nakreślona, jest on bowiem mistrzem i jedynym czarodziejem w Londynie, a jednak robi za tło, a całe śledztwo i negocjacje z genius loci, pozostawia niedouczonemu, nieprzeszkolonemu posterunkowemu z nierozwiniętym jeszcze talentem do czarów. Zdecydowanie kreowanie postaci Aaronovitchowi nie wyszło. Wszystko, zarówno świat przedstawiony, fabuła, jak i postaci, wykazują duży potencjał, ale niewykorzystany.

Ogólnie rzecz ujmując,fabuła rozwija się flegmatycznie, bohaterowie są mało charakterystyczni, a świat przedstawiony dość chaotyczny, jedyną pozytywną cechą, która mnie powiedzmy miło zaskoczyła, to autoironiczny humor głównego bohatera, taki cyniczny z dodatkiem fatalizmu. Blog jednak nie byłby Zgryźliwy, gdybym nawet chwaląc nie dodała trochę uszczypliowości, a mianowicie szkoda, że Aaronovitchowi starczyło tego humoru tylko na połowę książki. Można przeczytać, ale bez fajerwerków.

  • A book that was originally written in a different language,
  • A book you own but have never read
  • A book by an author you have never read before
  • A book with magic
  • A book set in different country
  • A mystery or thiller
  • A book with nonhuman character

Ocena: 5/10

Przesłanie:”Flegmatyczny kryminał urban fantasy z Londynem w tle.”