Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiedźma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiedźma. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 stycznia 2021

"Klątwa burzy" - Patricia Briggs

 

W Mercedes Thompson-Hauptman nie ma nic zwyczajnego. Jest mechanikiem samochodowym, zmiennokształtną kojocicą i partnerką życiową przywódcy wilkołaczej watahy. Ale żadna z tych niecodziennych rzeczy nie jest źródłem jej obecnych kłopotów.

W obecne kłopoty wpakowała się bowiem całkiem samodzielnie - wchodząc na most i przyjmując na siebie odpowiedzialność za bezpieczeństwo wszystkich mieszkańców Tri-Cities. Wszystko wyglądało prosto: miała od czasu do czasu złapać jakiegoś goblina-zabójcę, kozę-zombie czy trolla. Miała dopilnować, by na neutralnej ziemi ludzie mogli bezpiecznie pertraktować z istotami magicznymi.

Rzeczywistość udowodniła, że nikt nie jest bezpieczny. Doszło do konfrontacji pomiędzy przywódcami ludzi a Szarymi Panami, rządzącymi magicznym ludem.

Narasta konflikt. Zbliża się nieuniknione stracie.

Nadciąga burzowy jeździec, a imię jego Śmierć.

[Fabryka Słów, 2020]
[Opis i okładka: Fabryka Słów]

Egzemplarz udostępniony do recenzji, dzięki życzliwości Fabryki Słów.

AGA:

Pod wieloma względami rok 2020 był niezwykły. Niestety nie należał do najlepszych dla mnie pod względem czytelniczym, nadal tkwiłam w zastoju i liczba przeczytanych książek była tak niska, że lepiej o tym głośno, tym bardziej na piśmie, nie wspominać. Za to 2021 rok zaczęłam z przytupem, mam już za sobą trzy książki, czwartą właśnie się delektuję. Jednak rok 2021 może i będzie przełomowy ze względu na powrót umiłowania do sączenia słów, ale nie wygląda na to, by miał być mniej niezwykły, niż 2020. A o tym za chwilkę...

„Klątwa burzy” to jedenasty tom cyklu o Mercedes Thompson i jak dotarliście do niego, to znaczy, że należycie do fenomenalnego grona szczęśliwców, którzy dopingują kojocicy Mercy. Po zapowiedziach z tomu poprzedniego, nastawiona byłam na burzowego jeźdźca, Śmierć we własnej osobie i miałam nadzieję na większą rólkę ulubionej Elizawiety. I z tymi życzeniami, trzeba ostrożnie. 

Pani Briggs ma chyba pod skóra Kojota, bo ładnie wszystko poprzekręcała, co w głowie mi się uroiło na temat tego, co znajdę w tomie jedenastym. Na dzień dobry Mercy poskromiła goblina zabójcę, a gdy już udało się pozbyć się niewygodnego chłystka, to  wraz z Mery Jo bawiła się w chowanego-łapanego z mini kózkami zombie. Mini kózki zombie! Nie można zarzucić pani Briggs braku poczucia humoru i rozbudowanej wyobraźni. A akcja dopiero się rozkręcała. Dziwnym zbiegiem okoliczności pod nieobecność Elizawiety, przypominam, została u Bonaraty fundując mu terapię odwykową od wilkołaczej krwi, pojawiły się nowe wiedźmy i to nie byle jakie. 

One by one, 
two by two, 
the Hardesty witches
are traveling trough.
With a storm of curses,
they call from their tomes;
they will drink your blood
and dine on your bones.

A żeby jeszcze było mało, szykuje się wielkie spotkanie pomiędzy ludźmi a pradawnymi. Jak dla Mercy to za dużo zbiegów okoliczności. Kojocica próbując sprostać nowej roli logistyka imprezy ludzie-pradawni, będzie musiała się zmierzyć z kolejnymi zombiakami, sprzymierzyć się z Wulfem, nie dać się rozerwać bombie, a na końcu dokonać szturmu na bastion wiedźm. A pisałam o smoku... 

Patricia Briggs z tomu na tom coraz bardziej mnie zaskakuje. Pomimo że jej fabuła opiera się zawsze o zasadę my dobrzy-oni źli, to jednak potrafi to tak cudownie kwieciście rozwinąć, okrasić humorem, a na końcu oprószyć trupami, że człowiek żałuje, że sam nie może sięgnąć po topór i z bojowym okrzykiem ruszyć na wroga. Tak w tym tomie pojawią się topory. 

Pisałam, że z życzeniami trzeba ostrożnie. Od tego tomu moim nowym ulubieńcem stał się Wulfe. Dlaczego? No cóż, nie mogę zdradzić wszystkiego, bo nie byłoby zabawy, ale jak pisałam chciałam większą rólkę dla Elizawiety i ją dostałam, to znaczy ona, w tym tomie.

A teraz wyjaśnienie dlaczego rok 2021 też zapowiada się niezwykle. Coś takiego nigdy nie zdarzyłoby się w normalnych czasach. Po przeczytaniu tomu dziesiątego, sięgnęłam po „Klątwę burzy”. Muszę na wstępie nadmienić, że często bardzo intensywnie czytam i przeżywam przygody bohaterów, dlatego często szybko zapominam szczegóły. Po przeczytaniu 1/3, zaczęłam podejrzewać u siebie sklerozę, ewentualnie zaniknięcie szarych komórek, odpowiedzialnych za pamięć, nie rozpoznawałam bowiem bohaterów i jaki znowu most i troll. To było podejrzane, takie wydarzenie, które spowodowało stworzenie wolnej strefy, odcięcie się Marroka od watahy Adama, no nie, to nie możliwe, bym aż tyle zapomniała. A teraz drodzy czytelnicy będziecie mieć większy ubawze mnie, niż briggsowych mini kózek zombie – zapomniałam przeczytać tomu dziewiątego. Od tego momentu obstaję, że z dwojga złego, jakby mnie miało pokarać, to jak w kawale o piciu, wolę Parkinsona od Alzheimera. Pewnie na łożu śmierci sobie tego nie wybaczę.

Tak też spodziewajcie się w niedługim czasie, retrospektywnej recenzji tomu dziewiątego.

Ocena: 10/10

środa, 3 lutego 2016

"Opowieści z Wilżyńskiej Doliny" i "Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny" - Anna Brzezińska


Nazywają ją Babunią Jagódką. Mieszka w skromnej chatce pośrodku lasu, lecz kiedy zapuszcza się do wioski, pleban wali w dzwony na alarm, a władyka idzie pić ze zgrozy. A jeśli na dodatek odmienia się zaklęciem „piękna-i-młoda”, oj, wtedy dzieją się rzeczy zupełnie niemoralne. 


Oczywiście jeśli jest w dobrym humorze. Bo jeśli się rozsierdzi, potrafi zakląć najcudniejszego księcia w żabę. Albo w coś jeszcze paskudniejszego. 

Nic dziwnego, że wieśniacy starają się trzymać od wiedźmy z daleka. No, chyba że ich przypili. Jak wioskowego świniopasa Szymka, który zakochał się w najbogatszej dziewczynie we wsi. Albo piękną Jarosławnę młynarzównę, która zupełnie nie nadawała się do życia na wsi. Albo wiejską ladacznicę Gronostaj, którą nabożne gospodynie postanowiły wyświęcić ze wsi. Albo zbójcę Waligórę, którego najemnicy zakopali po szyję w ziemi i zostawili na pewną śmierć. 
Tak, wiedźma z Wilżyńskiej Doliny może im wszystkim pomóc. Ale, jak dobrze wiadomo, nie ma nic groźniejszego niż własne życzenia. Zwłaszcza jeśli się spełniają.

[Agencja Wydawnicza RUNA, 2002]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/110535/opowiesci-z-wilzynskiej-doliny]

AGA:

Twórczość Anny Brzezińskiej przesączała się do mojej świadomości czytelniczej stopniowo i malutkimi strumieniami. Wpierw natknęłam się na jej opowiadanie w antologii „Zajdel 2003”, po który sięgnęłam z ciekawości, co tam w polskiej fantastyce słychać, taki przegląd w pigułce, by w razie czego nie być osłem. Zwróciło tam moja uwagę opowiadanie Andrzeja Pilipiuka „Kuzynki” do tego stopnia, że sięgnęłam po jego książkę. Czasem jednak trzeba poprzestać na tym, co dobre i nie zagłębiać się dalej. Powieść całkowicie mnie rozczarowała, nie dlatego, że źle została napisana, ale dlatego, że skierowana była do innego, młodszego odbiorcy. Odmiennie stało się z „Kotem Wiedźmy” Anny Brzezińskiej, której to krótka historyjka o wrednej, spasionej, ryżej bestii spodobała mi się równie bardzo jak opowiadanie Pilipiuka, ale nie zainspirowało mnie do natychmiastowego sięgnięcia po antologię.

W zbiorach swoich opowiadań, Anna Brzezińska opowiada historie, których fabuła związana jest z mieszkańcami Wilżyńskiej Doliny i Babunią Jagódką. Dolina leży sobie w pobliżu swojsko brzmiących szczytów Maczugi, Pala, Mnicha i Gór Sowich, a bohaterowie noszą równie rodzime imiona, takie jak Szymek, Jarosławna, Rozalka, czy Kordelia. Kraj feudalny z książętami, władyką, kmieciami, również przypomina starodawną Polskę. Kreacja świata, gdzie pan jest właścicielem wiosek i uprawia grasancką, aczkolwiek legalną politykę, gdzie pleban pilnuje moralności i grzmi z ambony, a pod pierzyną rozgrzewa się o ciepłe kobiece ciało pokrzepiony dobrym jadłem i napitkiem, gdzie prości kmiecie modlą się zarówno do kościelnych obrazów, jak i do specyfików i zaklęć wioskowej wiedźmy, do przesady przypominają obrazki wyjęte z polskiej literatury pozytywistycznej. Mieszkańcy Wilżyńskiej Doliny to głównie chłopstwo, głupi motłoch, wierzący w zabobony, pobożnie chodzący do kościoła, a potem do karczmy, by upić się do nieprzytomności. Anna Brzezińska nie szczędzi bowiem czasu na czcze historyjki rodem z baśni, tylko przedstawia najbrzydsze, najbardziej naturalistyczne opowieści o życiu w zabitej dechami wioskowej dziurze, gdzie po śmierci ojca wyrzuca się wdowę, a córki przejmuje się jak inwentarz („Córki grabarza”), gdzie bez ziemi i opieki męża kobiety zmuszone są do zostania wioskowymi ladacznicami (Gronotaj), czy w końcu gdzie bez opieki pana i plebana wioska jest najeżdżana przez zbójców i niszczona doszczętnie. Wydawać by się mogło, że są to kolejne naturalistyczne opowiadania w kanonie polskiej literatury o trudach i niedolach chłopstwa. I zapewne byłoby tak, gdyby nie Babunia Jagódka i wszelaki element fantastyczny. Hola, hola, stop. To teraz już nie pozytywistyczne nowelki, a klechdy? A właśnie, że nie, choć pewnie zaczerpnięte z nich to i owo było. Niedaleko wioski żyje sobie Babunia Jagódka, nie, nie w domku z piernika, po trosze znachorką, po trosze i akuszerką mogłaby być, ale po co, jak może się odmienić zaklęciem „młoda-i-piękna” i sławić swe wdzięki na tyle skutecznie, by wszyscy po latach właśnie tę rozpustę i zaklętego w kozła gacha wspominali. Babunia Jagódka stanowi swoistego rodzaju polisę ubezpieczeniową na status quo w wiosce, ale prywatnie nie sprzyja ona nawet po cichu chłopstwu. Nie jest ona w żadnym stopniu podobna do wiedźm z bajek i baśni, jest znacznie gorsza, wredna, harda, okrutna, butna, rozpustna i władna w magiczną mocą daną jej z przyrodzenia od Kii Krindara, dawnego boga, a jej ojca. Owszem wiedźma dba o swoje stadko, ale na swój sposób i na swoich zasadach, gdy ma komuś pomóc, to za wysoką cenę, nie tylko płaconą w srebrnikach, ale również w krwi, życzeniach, czasem przyszłości własnych dzieci. Babunia Jagódka jest jak fiskus, aby żyć spokojnie, trybut wioskowej wiedźmie w szacunku, trunkach, śliwkach, regularnie należy składać. A jak kmiecie zapomną, to iskry lecą.

„Opowieści z Wilżyńskiej Doliny” i „Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny” z powodu przaśnego i archaicznego języka, a także z powodu cierpkiego, okrutnego po trosze humoru, jest na wskroś swojska, a w odbiorze wydaje się lekką lekturą, tym bardziej, że przewija się co rusz magiczny element rodem z podań (koboldy, nocnice, rusałki), baśni (smok, wiedźma), czy powieści fantasy (szczurzacy). Jednak baśniowość Brzezińskiej przypomina bardziej pierwotne baśnie, mające straszyć i pokazywać okrucieństwo, a Babunia Jagódka czasami może ratuje z opresji, aczkolwiek inaczej niż chłop by chciał, a z pewnością nie w sposób radośnie bajkowy. Wiedźma u Brzezińskiej to taki zły dżin, który pomaga, a także spełnia życzenia, ale zawsze mając na uwadze nie to, co dana osoba pragnie, tylko to, co Babunia uważa za właściwe, w szczególności dla siebie. Opowiadania o Wilżyńskiej Dolinie to jakby odczarowana bajkowość, krzywe zwierciadło bajek.


Wilżyńska Dolina nie ma wielu powodów do sławy.


Pleban załadował na drabiniasty wóz dobytek i gospodynię i niecnie zdezerterował. Władyka szuka chwały na bitewnych polach. Zdesperowani wieśniacy kryją się po krzakach. No, ale jest jeszcze wiedźma. Ginekologiczna znakomitość pięciu powiatów. Posiadaczka zaklęcia „piękna-i-młoda”, kijów-samobijów, stada kur ziejących ogniem oraz cudownego remedium na hemoroidy.

Babunia Jagódka lubi proste życie. Święty spokój, gorzałkę i jurnego parobka. Ale wielki świat zewsząd wali do jej obejścia. Rycerstwo złośliwie urządza polowanie na smoka. Chłopstwo pod nieobecność feudała chce parcelować folwark. Syn najbogatszego gospodarza znajduje w pniu drzewa rusałkę i zakochuje się w niej na umór. Bogobojna gospodyni chce się pozbyć męża, a inna, wprost przeciwnie, chce ich mieć aż dwóch. A co najgorsze, prześladują ją dzieci, szukające w lesie swej matki-księżniczki, którą podobno porwała okrutna wiedźma.
Babunia Jagódka zna najskrytsze życzenie swoich zacnych sąsiadów. Czasami nawet je spełnia.
I właśnie dlatego trzeba się jej bać.

[Agencja Wydawnicza RUNA, 2010]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/72509/wiedzma-z-wilzynskiej-doliny]

„Opowiadania z Wilżyńskiej Doliny” kontynuowane są w zbiorze pt. „Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny”, który w swoim ogólnym charakterze nie różni się zbytnio od opowiadań z pierwszej antologii, aczkolwiek zaszły w nich dwie znaczące zmiany. W „Wiedźmie” punkt ciężkości został skierowany na mieszkańców Doliny, pomimo że antologia nosi tytuł „Wiedźma...”, to Babunia Jagódka w tych opowiadaniach jest wartością dodaną, a jej udział został zepchnięty do biernego uczestnictwa. Nie jest to zbyt dobry zabieg. W pierwszej antologii Babunia wszędzie się wpychała, wszystko nadzorowała, egzekwowała od chłopstwa szacunek, zawsze musiała na swoim postawić, a w kontynuacji jest bierna, ospała, ewentualnie pofatyguje się na koniec historii pojawić i postawić przysłowiową kropkę nad i. Opowiadania straciły niestety na swoim ostrym charakterze, a zyskały niestety na rozwlekłości. Na uwagę zwraca jedno opowiadanie, a mianowicie „Zagubione dzieci”, w którym to Brzezińska naprawdę w swobodny, lekki i prześmiewczy sposób wykorzystała dosłowne nawiązania do bajek i baśni; Rańczyk i Lila to nowa wersja Jasia i Małgosi, wspominana przez nich Jarosławna jawi się jako nomen omen młynarzówna z Rumpelsztyka, a Babunia oczywiście za czarownicę z chatki z piernika robi. Groteska z realizmem się miesza,a odkrywanie zabawnych nawiązań, daje sporo przyjemności czytelnikowi. Nie zmienia niestety to opowiadanie fakty, że drugi tom jest przegadany, a trzonem fabuły stały się problemy społeczno-politycznych.

Obie antologie pomimo bardzo bliskiego pokrewieństwa z polską literaturą i podaniami krajów europejskich, czyta się z przyjemnością. Autorka świetnie balansuje pomiędzy naturalizmem, humorem i magicznością, choć zdecydowanie w pierwszym tomie wprawniej, a wszystko okrasza cudownym, żywym, przaśnym językiem zaczerpniętym z dawnej mowy.

Ocena tom 1: 7/10
Ocena tom 2: 6/10

Przesłanie: „Swojskość, powrót do domu, przaśny język i wredna baba... jaga?”