Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 grudnia 2018

"Ptyś i Bill. Śmiech to zdrowie. Tom 2"

Drugi tom skrzącej się humorem serii gagów zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Ptyś chodzi do podstawówki. Nie przepada za szkołą ani warzywami, uwielbia za to szalone pomysły i wygłupy. Ma też wielką i niczym nieskrępowaną wyobraźnię. A że jego najlepszym przyjacielem jest skory do żartów pies Bill, więc każdy ich dzień jest wypełniony przygodami. Nie tylko zabawa w Indianę Jonesa czy budowa ogromnego zamku ze śniegu, ale nawet przygotowanie zwykłego obiadu to dla bohaterów okazja do nieziemskiej zabawy, podczas której często wpadają w kłopoty! 
Pomysłodawcą serii był legendarny belgijski autor Jean Roba (1930–2006; m.in. Sprycjan i Fantazjusz), który tworzył ją od 1959 do 2001 roku. Album zbiorczy zawiera trzy tomy oryginalne: Śmiech to zdrowie!, Buff Halo Bill? i Cztery pory roku. 

Seria Ptyś i Bill należy do linii wydawniczej KOMIKSY SĄ SUPER!, w której ukazują się również takie tytuły, jak: Lou!, Ernest i Rebeka oraz Studio Tańca. Przedstawiamy w niej humorystyczne, świetnie narysowane i mądre komiksy dla dzieci, bestsellery na europejskim rynku wydawniczym.

[Egmont, 2018]

[Opis i okładka: https://egmont.pl/Komiksy-sa-super-Ptys-i-Bill.-Smiech-to-zdrowie.-Tom-2,12821512,p.html]

Komiks zrecenzowany dla Secretum.pl

AGA:

W październiku tego roku Wydawnictwo Egmont rozpoczęło wydawanie cyklu komiksów Ptyś i Bill, w ramach serii wydawniczej Komiksy są super! Pierwszy tom zbiorczy zawierał historyjki narysowane przez Laurenta Verrona, który przejął warsztat i schedę po twórcy przygód Ptysia i Billa. Drugi tom zbiorczy zawiera zeszyty chronologicznie starsze, wydane w roku 1999 i 2001: Śmiech to zdrowie! (Boule & Bill: 26, 'Faut rigoler!'), Buff Halo Bill? (Boule & Bill: 27 Bwouf allo Bill?) I Cztery pory roku (Boule & Bill: 28 Les quatre saisons). Wszystkie trzy są autorstwa Jeana Roba’y.

Ptyś i Bill, jak w poprzednim tomie przeżywają ponownie wiele przygód, które często inicjowane są przez ich wyobraźnię lub odmienny, od dorosłego, punkt widzenia świata. Ptyś próbuje zawsze przechytrzyć swoich rodziców, wymyśla co chwilę nowe zabawy z Piotrkiem, a Bill we wszystkim stara mu się towarzyszyć. W tych trzech zeszytach fabuła w znacznie większym stopniu zdominowana jest przez uroczego spanielka, który jak to psy tej rasy, wykazuje się ogromną energią, pomysłowością i charakterem. Karolina, żółwica, towarzyszy owszem obu zadziornym łobuziakom, ale jakby w mniejszym stopniu, niż w „Ptyś i Bill. Do Ataku!”, za to postać ojca zdecydowanie dorównuje aktywnościom dwóm głównym bohaterom, dostarczając dodatkowych komicznych sytuacji.

Każdy w historiach Ptysia i Billa odnajdzie coś dla siebie. „Wieczór we dwoje”, „Wielki Karol Wielki”, „Doktor Psińcio”, „Eine Kleine Nachtmusik”, „Savoir-vivre”, „Powołanie” i wiele innych, pozostanie z czytelnikiem na długo.

Przygody Ptysia i Billa z każdym kolejnym zeszytem wzmacniają więź z bohaterami, do których czytelnik zaczyna mocno się przywiązywać. Pierwszy zbiorowy tom ubawił mnie, ale nie wywołał żadnych dodatkowych emocji. W trakcie czytania tomu drugiego ta nić przyjaźni pomiędzy czytelnikiem, a bohaterami wzmacnia się przez powtarzalność sytuacji, kształtujących tak naprawdę świat przedstawiony i samych bohaterów, a trafne puenty dodają smaczku, stając się wizytówką tego cyklu.

Serdecznie polecam mniejszym i większym czytelnikom.

Ocena: 8/10

środa, 12 grudnia 2018

"Ptyś i Bill. Do ataku! Tom 1"

"Skrząca się humorem seria gagów zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Ptyś chodzi do podstawówki. Nie przepada za szkołą ani warzywami, uwielbia za to szalone pomysły i wygłupy. Ma też wielką i niczym nieskrępowaną wyobraźnię. A że jego najlepszym przyjacielem jest skory do żartów pies Bill, więc każdy ich dzień jest wypełniony przygodami. Nie tylko zabawa w Indianę Jonesa czy budowa ogromnego zamku ze śniegu, ale nawet przygotowanie zwykłego obiadu to dla bohaterów okazja do nieziemskiej zabawy, podczas której często wpadają w kłopoty! 
Pomysłodawcą serii był legendarny belgijski autor Jean Roba (1930–2006; m.in. Sprycjan i Fantazjusz), który tworzył ją w latach 1959–2001). Od 2003 roku cykl przejął francuski rysownik Laurent Verron (Le Maltais, Odilon Verjus, Fugitifs), który we współpracy z różnymi scenarzystami zrealizował osiem albumów Ptysia i Billa. Album zbiorczy zawiera trzy tomy oryginalne: Najlepszy przyjaciel, Do ataku! i Ukochany spaniel.  

Seria Ptyś i Bill należy do linii wydawniczej KOMIKSY SĄ SUPER!, w której ukazują się również takie tytuły, jak: Lou!, Ernest i Rebeka oraz Studio Tańca. Przedstawiamy w niej humorystyczne, świetnie narysowane i mądre komiksy dla dzieci, bestsellery na europejskim rynku wydawniczym. "

[Egmont, 2018]

[Opis i okładka: https://egmont.pl/Komiksy-sa-super-Ptys-i-Bill.-Do-ataku.-Tom-1,11681820,p.html]

Komiks zrecenzowany dla Secretum.pl

AGA:

Każdy chłopiec powinien mieć swojego psa.
Czy są młodzi, jak Tintin i Miluś, czy Charlie Brown i Snoopy, czy nieco starsi, jak Obeliks i Idefiks, Cubitus i Semafor, czy Lacky Luke i Bzik, to ewidentnie widać, że taki tandem jest powielany przez twórców komiksów. Wdzięczny temat przyjaźni człowieka z psem, choć często drugoplanowy, pozwala na wiele zabiegów artystycznych, utrwalając jednocześnie archetypiczną więź, jaką zadzierzgnęli wieki temu.

„Ptyś i Bill. Do Ataku!” nie jest komiksem, który wyłamywałby się z tej konwencji. Wbrew imieniu, dwunożnym bohaterem jest Bill, rezolutny rudzielec, figlarz, jak każdy chłopiec w jego wieku. Jego najlepszymi przyjaciółmi od psot są Bill, bystry i cwany, równie rudy jak pan, spaniel, Karolina vel Karo, pancerna żółwica o szczodrym sercu i powolnych nogach oraz Piotrek, jedyny ludzki kumpel Ptysia. Cała czwórka z ogromnym polotem i kreatywnością wyczyniają cuda, aby się nie nudzić; filmują nową wersję Indiany Jonesa, tworzą rzeźby ze śniegu i piasku, rysują graffiti, ratują damy z opresji, walczą w szeregach pirackiej załogi, czy próbują zaimponować płci przeciwnej. Ptyś dzielnie opiera się nauce, Bill kąpieli za to obaj przysparzają rodzicom chłopca tyleż radości, co kłopotów.

Cykl komiksów o Ptysiu i Billu ( fr. Boule et Bill) został stworzony przez belgijskiego ilustratora i scenarzystę Jeana Roby. Pierwsze historie o tej łobuzerskiej, aczkolwiek zabawnej parze, ukazały się w 1959 roku, innymi słowy w przyszłym roku Ptysiowi i Billowi stuknie sześćdziesiątka bez mała. Wydawnictwo Egmont jednak postanowiło wydać zbiorczo trzy tomy - „Ptyś i Bill, Najlepszy przyjaciel”, „Ptyś i Bill. Do Ataku” i „Ptys i Bill. Ukochany spaniel”- w jednym, które tworzył już Laurent Verron, w schedzie po swoim mistrzu. Jean Roba tworzył aktywnie cykl do 2000 roku, niestety z powodu trudności manualnych pałeczkę stopniowo przekazał swojemu asystentowi Verronowi, który również kontynuował przygody Ptysia i Billa, po śmierci ich twórcy, w 2006 roku. Nie wiem, czym kierowało się wydawnictwo, rozpoczynając od trzydziestego drugiego albumu, ale mogę dywagować, że nie chcąc wydawać wszystkich zeszytów, postawiło na te najnowsze, z którymi współczesne dzieci będą mogły się bez przeszkód utożsamić.

Opowiastki o wybrykach chłopca i jego psa, rozpisane zostały na pojedynczych,
opatrzonych tytułem stronicach. Plansze kipią aż od akcji i humoru, a każde dziecko odnajdzie w tych historyjkach siebie. Świat Ptysia i Billa miał zaskarbić sobie młodego, europejskiego czytelnika na wzór amerykańskich „Fistaszków”. I jak owszem można doszukać się podobieństwa, choćby w spersonifikowanym świecie Billa, na wzór Snoopy'ego, to jednak są to całkowicie odmienne komiksy. Belgijscy twórcy komiksu, podobnie jak francuscy, potrafią w sposób wspaniały, niezwykły, a przede wszystkim zabawny pokazać świat dziecka. Ptysiowi bliżej do Cedryka autorstwa Laudeca i Cauvina, a nawet do amerykańskiego Calvina i Hobbesa Wattersona, niż do Charliego Browna i Snoopy'ego Schultza.

Cykl „Ptyś i Bil” dedykowany jest przede wszystkim młodszym czytelnikom i to tej części chłopięcej, wydaje się, że może zrównoważyć cykl „Sisters” przeznaczony dla dziewczynek. Jednak nie sugerowałabym się mocno tym podziałem, poczucie humoru nie zależy bowiem ani od płci, ani od wieku, dlatego polecam go każdemu.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

"Wampir z KC" - Andrzej Pilipiuk

Komuna ustępuje miejsca krwiożerczemu kapitalizmowi, co jednak wcale nie oznacza, że wszystko nagle układa się świetnie.

To był taki dobry plan, co mogło się nie udać?! Miały być zyski z wyśrubowanych norm i wakacje w Bułgarii. Miał być wyzysk i poganianie klasy robotniczej batogiem przez spasionego burżuja z cygarem w zębach. Miało być tak pięknie. Miało, ale się...

Wampiry przeżywają szereg traum: najpierw Zakład Pracy wysyła je na urlop. Wiadomo, że najgorsze we wczasach jest to, że nie ma nic do roboty. A bez roboty człowiek głupieje. Wampir również, bo wampir wszak też człowiek, tylko nieco bardziej martwy.

Następnie Drucianka upada , mimo śmiałego planu naprawczego, który miał dziarskim i zwycięskim krokiem wprowadzić kulejący zakład w krwiożerczy kapitalizm. I znowu- najgorsze w bezrobociu jest to, że nie ma nic do roboty.

Może z powodu tych trudnych przeżyć oba wampiry nie mają tyle co kiedyś cierpliwości do kamieniczników czy byłych ubeków i ich pomysłów na nową rzeczywistość. W ogóle ta nowa rzeczywistość jakaś taka...podobna łudząco do tej starej.

Cóż, kapitalizm najwyraźniej już jest, ale kapitalistów zapomnieli dowieźć.

[Fabryka Słów, 2018]
[Okładka i opis: https://fabrykaslow.com.pl/autorzy/andrzej-pilipiuk/wampir-z-kc/]

Książka udostępniona dzięki Wydawnictwu Fabryka Słów.

PATI:

Są takie chwile, gdy zerkamy na zegarek i okazuje się, że gdzieś nam “wcięło” kolejną godzinę z życia. Są też i takie, kiedy stajemy przed jakże trudną decyzją, czy “jeszcze tylko skończę jeden rozdział” jest ważniejsze, niż funkcjonalność i produktywność w pracy dnia następnego. Ja po spędzeniu nocki z wampirami musiałam ratować się mocnym makijażem i 4 kubkami jeszcze mocniejszej kawy, aby zatuszować braki w ilości przespanych godzin. Bo ja niestety wąpierzem nie jestem i snu potrzebuję i kurcze blade lipa z psią kostką mać - niech się ktoś nade mną zlituje i dobije, ale oderwać się od “Wampira z KC” Andrzeja Pilipiuka po prostu nie potrafiłam. I niech rzuci we mnie kamieniem ten, co nigdy nie zarwał nocy przez dobrą książkę!

Bo oto nadchodzi wiatr zmian, który nie czarujmy się sprawia znanym nam już z poprzednich części wampirom więcej kłopotów niż pożytku. Nie dość, że zmuszono ich do bezczynnych wakacji nad morzem, a potem do bezczynnych dłuższych wakacji na bezrobociu, to jeszcze niesławny Eduard z Hameryki nie zapomniał o polskich krwiopijcach i nasyła na nich Fundacje Van Helsinga. Nie jest łatwo więc być niewadzącym nikomu wampirem w Warszawie, który toczy w trudzie i znoju swój własny “kamień” pod górę życia na cześć i chwałę kolektywu. Bo jak nie grzybobranie w styczniu, to po skarb, czy drzewko trzeba się wybrać, a dres okazuje się też może być ubiorem do pracy. Opowiadania łączące się w jedną całość ukazują przemiany, co nie takie znowu zaskakujące, nie tylko czasów, ale i naszych bohaterów. Bo wampiry jak się okazuje w dobie krwiożerczego kapitalizmu muszą stać się no cóż... bardziej krwiożercze, a rekin biznesu to w końcu bardzo groźny drapieżnik nawet uzbrojony w srebrny świecznik.

Jak to zwykle u Pilipiuka - miejscami było zabawnie, miejscami bardzo poważnie i niegłupio, ale w idealnie wyważonej mieszance. I choć zaczyna się niby bardzo niewinnie, bo na wakacjach nad morzem, to i tak potem jest z grubej rury - bo jak można inaczej nazwać spotkanie naszych bohaterów z Samym Wiecie Kim? Marek, Igor i ich wychowanka Małgorzata zostają herosami światowego kalibru, bo choć nieżywi to przeżyli, a Harry Potter powinien im buty czyścić ot co! Nie zdradzając za bardzo fabuły -  tak, spotykają Jakuba i jego wiernego “Robina” Semena.

Kiedy “13 grudnia wybuchła wojna, kulki z cebulki, a groch to był proch” moim rodzicom wyłączyli prąd, a co za tym idzie i telewizor, więc po 9 miesiącach i 10 dniach przyszłam na świat ja. Dlatego mniej więcej lata 88-91 w jakich dzieje się akcja “Wampira z KC” przypadają dokładnie w okresie mojej już jako takiej świadomości życia wokoło.  Dzięki tej książce miałam możliwość powspominania sobie dzieciństwa, bo naprawdę doskonale pamiętam ideę i wygląd zakładowych ośrodków wczasowych z tamtych czasów. Pamiętam ich zapach, wygląd i specyficzny charakter... W sumie, to wszystko tam było specyficzne, a autor zafundował mi powrót do pilśniowych domków nad uroczym jeziorem w Skokach "pod" Poznaniem “nad” jeziorem. Te dziury w podłodze, stołówka, zapach farby olejnej...  Ehhh wspomnienia wracają do mnie niczym tamtejsze krwiożercze komary do odsłoniętej części ciała. A przypomniany smak bułki z pieczarkami - niewidzianego i lekko zapomnianego przeze ze mnie rarytasu i hot-dogów z  połówkami parówek (mniej lub bardziej mięsnych) zalanych czerwonym keczupem marki Winiary śni mi się teraz po nocach. Jako, że dziś dzieci kartki na żywność znają już tylko z kuponów do mac’a, nie rozumieją tamtych czasów, kiedy czekoladę załatwiało się po znajomościach na święta, a aparaturę do pędzenia posiadał co drugi sąsiad. I właśnie dlatego, ta część sagi o wampirach trafiła do mnie najbardziej i tak niesamowicie wciągnęła.

Seria o “zwyczajnych” warszawskich wampirach z Pragi-Północ skradła mi serce już w pierwszym tomie. W drugim utrwaliła tylko uczucie między nami, a trzeci przypieczętował je na wieki. I pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że to nie ostatnie spotkanie ze “zwyczajnymi” i nawet bardziej ludzkimi od ludźmi warszawskimi wampirami. Panie Andrzeju, a może by tak 4 tom - Wampir z PoPisu?


Ocena: 8/10

wtorek, 25 sierpnia 2015

"Rok Szczura: Widząca" - Olga Gromyko

Jedni marzą o władzy i sławie, kto inny o bogatym i wygodnym życiu, a ktoś o cichym rodzinnym szczęściu.
Z tysiąca ścieżek utkany jest ludzki los i tylko Najjaśniejsza Bogini wie, dokąd prowadzą.
Czy młodej wędrowniczce starczy szczęścia by dokonać właściwego wyboru?
Czy właściwy wybór w ogóle istnieje?
Bo żeby jedno marzenie się spełniło czasem trzeba zrezygnować z innych…

[Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2014]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/240194/rok-szczura-widzaca]







PATI:

Podczas gdy Aga walczyła z recenzją "Szczurynek", ja cichaczem przeczytałam "Rok Szczura". Bynajmniej nie było to zrobione z premedytacją, ale po prostu w bibliotece zauważyłam taki samotny „Rok” stojący na półce i postanowiłam się nim zaopiekować. W swojej recenzji Aguś zawarła już wszystko to co trzeba wiedzieć o samej autorce, więc nie zamierzam się powtarzać, oraz wyjaśniła dokładnie w jaki sposób Szczurynki powstały. Z tego co widziałam, Aga odniosła wrażenie, że posiadanie szczura jest fajne... ja za to po lekturze "Roku", szczurów boję się jeszcze bardziej.

Pewne rzeczy wynosi się z domu - mój ojciec nie cierpi szczurów, więc wychowywana na jego nienawiści nigdy także nie pałałam do nich zbytnią sympatią. Napawają mnie wstrętem, do tego uważam je absolutnie niehigieniczne i złośliwe stworzenia, których główną rolą jest życie pośród śmieci, roznoszenie chorób i robienie kolejnych pokoleń. Tak jak Prachettowe gryzonie w "Zadziwiającym Maurycym i jego uczonych szczurach", mogłam jeszcze przeboleć (traktowałam je bardziej jak myszki), tak Gromykowe mnie obrzydzały i powodowały tylko drgawki i nerwowe przełykanie śliny - były prawdziwsze i takie realne, a co za tym idzie, okropnie przerażające. Żeby było jasne, te klatkowe domowe szczury mnie nie ruszają - mogę je pogłaskać, wziąć nawet do ręki (na trochę). Myślę, że głównie dlatego, że są czyste i napiszmy to wyraźnie - nieskażone kanibalizmem i choróbskami!

Ale w "Roku szczura", jak już pisałam, nie znajdziemy miłych i słodkich gryzoni. Za to są takie co zagryzają małe kocięta i takie, które rzucają się na człowieka i obgryzają jego ciało do kości - tutaj chciałabym dodać, że ów człowiek jeszcze żył. Może właśnie dlatego tak przypadła mi do gustu Ryska - główna bohaterka, która nienawidzi szczurów, równie mocno jak ja, a przynajmniej do momentu kiedy nie poczułam się przez nią w pewnym sensie zdradzona. Ryskę możemy nazwać fantem, jaki pozostawił po sobie żołnierz wrogiej Sawrańskiej armii, gdy on i jego pobratymcy najechali wioskę Przybłocie w celach gwałtów i grabieży. Wychowywana przez ojczyma, nie zaznała ani ciepła, ani miłości, bo jej żółte oczy od razu zdradzały mieszane i hańbiące pochodzenie. Jej los odmienił się trochę, kiedy została oddana za długi rodziny na służbę do bogatego krewniaka, Świstaka, a że Ryska była pracowitą i grzeczną dziewuszką, szybko podbiła serca pozostałej służby, znalazła tam też przyjaciela - Żara - młodego nicponia o dość luźnym podejściu do cudzej własności. Ale Ryska miała też jeszcze jedną zaletę bardzo korzystną dla gospodarstwa Świstaka i całej wioski - była Widzącą (przyszłość). A przy Widzących zawsze kłębią się szczury.

Ryski nie sposób nie lubić - jest niesamowicie pozytywną i altruistyczną postacią. W głębi serca pozostała wieskową (pisownia z książki) dziewczyną, która jedynie czego pragnie to domu, męża i dzieci. Jest tak dobra i naiwna, że aż się jej czasem żal robi, ale pomimo, że spotyka na swojej drodze całe zło tego świata, to i tak potrafi zachować swoją niewinność. Żar dla odmiany to bohater, którego bardzo trudno lubić - z upartego łobuziaka wyrasta na osobę bez skrupułów, dla której życie w zbytku to jedyny cel. Ale jest też i Alk - postać tajemnicza, bezczelna i okrutna - jego nie cierpi się od samego początku. A ja nie zmieniłam o nim zdania aż do samego końca książki.

Nie lubię pisać źle o pisarzach, których lubię, ale otwarcie muszę przyznać, że nie jest to najlepsza z książek Olgi Gromyko. Jest zdecydowanie najbardziej poważna, przerażająco naturalistyczna i bezwzględna. Jest zaledwie miejscami trochę zabawna, a to już poważny zarzut do autorki, która potrafi przez całą książkę opisywać parę błądzącą po lesie, a człowiek przy tym zaśmiewa się do łez (Zawód Wiedźma). Ale to nic - najstraszniejsze jest zakończenie, a właściwie jego paskudny brak. Rozumiem, że w zamyśle ma to być cykl, ale wydaje mi się, że zakończenie całkiem pokaźnej historii w taki sposób, w jaki ma miejsce w "Roku szczura" bardziej przypomina mi początkującego pisarza, niż doświadczoną i uznaną autorkę. Zbyt dużo czasu nasi bohaterowie spędzają w drodze, żeby po dotarciu na miejsce... po prostu wyruszyć ponownie dalej. Nie rozumiem też, po co pojawia się epizodyczne bawienie się w detektywów - póki co całkowicie nie związane z całością historii - ale być może Gromyko ma na to jakiś pomysł.

Książka nie była całkowitą stratą czasu, w końcu to Gromyko, ale niestety dla mnie okazała się rozczarowaniem - niestety nie tego oczekiwałam. Przynajmniej tyle, że nie jest nudno, a miejscami książka okazywała się jak narkotyk - pożerała mi godziny w zastraszającym tempie, aż blady świt pukał w okno i budził mój zdrowy rozsądek mówiąc, że jeśli nie chcę być w pracy zombie - to 4 godziny snu jest absolutnym minimum. Ciekawe i niebanalne postacie, świetnie skonstruowany świat, oszczędne podawane informacje na temat magii sprawiają, że książka potrafi porwać. Nie jest to jednak pozycja, od której zaczynałabym przygodę z Gromyko - cudowny styl i lekko pióro nie zatuszują braków w historii.

  • A book with nonhuman characters
  • A funny book
  • A book by a female author
  • A book set in a different country
  • A book from the author that you love that you haven't read yet
  • A book with magic
  • A book that was originally written in a diffrent language

Przesłanie: "Krowy chorują na wykształcenie, ale na dyplomację to już nie."
Ocena: 7/10



wtorek, 11 sierpnia 2015

"Szczurynki. Szczurzy żywot w opowiastkach i obrazkach" - Olga Gromyko


„Czasami pisarze muszą robić dziwne rzeczy. Na przykład łazić po piwnicy z zapalniczką (sprawdzając, na ile wystarczy i co za jej pomocą można zobaczyć), studiować grzyby jadalne z atlasem w ręku lub czytać śmiertelnie nudne podręczniki do fizyki. Albo hodować szczura, żeby jak najbardziej prawdopodobnie opisać jego zwyczaje”. 


W taki to sposób do domu Olgi Gromyko trafił szczur, ochrzczony imieniem Falk. Miał to być tylko jeden, jedyny, malutki szczurek, kupiony jako materiał badawczy do tworzonej właśnie powieści. A potem… Zaszczurzyło się w domu pani Olgi błyskawicznie, kiedy jedna po drugiej zaczęły w rodzinie pojawiać się ogoniaste damy. Ryska, Vesta, Fudżi… Każda z własnym, indywidualnym charakterem, obyczajami i gustami. 

Na podstawie obserwacji szczurzego towarzystwa powstała następnie książeczka pt. „Szczurynki” zawierająca przezabawne anegdoty z życia zwierzątek, dramatyczne opowieści o ich przygodach w domu, na wystawach i nawet na planie filmowym(!), jak również konkretne porady praktyczne dla początkujących hodowców (aczkolwiek bez moralizatorstwa). Szczur to nie zabawka i nie mebel – szczur to osoba! 

Dodatkowym atutem „Szczurynek” są prześliczne, dowcipne ilustracje wykonane przez Marinę Misiurę, dzięki czemu jest to znakomita lektura dla czytelników w każdym wieku.


[ Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2015]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/258467/szczurynki-szczurzy-zywot-w-opowiastkach-i-obrazkach]


AGA:

„Szczurynki. Szczurzy żywot w opowiastkach i obrazkach” to zbiór trzydziestu jeden historyjek o szczurach, które z literaturą fantastyczną bezpośrednio nie mają nic wspólnego. Pośrednio z fantasy łączy je osoba autorki, a także powieść którą poczyniła „Rok szczura. Widząca” (Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2014). Olgi Gromyko żeńskiej części czytelników zapewne nie trzeba przedstawiać, ale może nie wszyscy zaznajomili się z jej powieściami, a szkoda, i nie wiedzą, że jest to białoruska pisarka fantasy, której, jak zresztą większości pisarek zza wschodniej granicy, cechą charakterystyczną pisarstwa jest nieprzeciętne poczucie humoru. W latach 2007-2011 Fabryka Słów wydała cykl o Wiedźmie, a w 2014 roku zainteresowało się autorką Wydawnictwo Papierowy Księżyc, wydając najpierw „Wiernych wrogów”, a potem „ Rok szczura. Widzącą”. Z powodu tego ostatniego tytułu, a raczej w wyniku pisarskich eksperymentów, powstały właśnie „Szczurynki”.

Czasami pisarze muszą robić dziwne rzeczy. Na przykład łazić po piwnicach z zapalniczką (sprawdzając, na ile wystarczy i co za jej pomocą można zobaczyć), studiować grzyby jadalne z atlasem w ręku (wydanie siódme, poprawione i zmienione) lub czytać śmiertelnie nudne podręczniki do fizyki (bez szczególnych sukcesów, ale przynajmniej próbowałam!). Albo hodować szczura, żeby jak najbardziej prawdopodobnie opisać jego zwyczaje.” („Rok szczura” w: „Szczurynki”, Papierowy Księżyc, 2015, s. 12). 

Przygotowując się do napisania powieści „Rok szczura”, autorka kupiła na targowisku szczura Falka, który po półrocznych obserwacjach został oddany szczurzemu hodowcy. Jednak ziarno uwielbienia dla szczurków zostało zasiane i pustka pozostawiona przez Falka niespełna miesiąc później została wypełniona przez Ryskę, a potem jeszcze przez Lerkę Wiewióreczkę, Vestę, Pasię, Fudżi. Jak widać z czasem autorka popadła w szczurouwielbienie i jedynie, co ją ograniczało to szczurolimit, wyznaczany przez pojemność klatki. Czytając opowiadania dowiadujemy się o istnieniu Srogich Mińskich Hodowców, którzy odsiewają niegodnych potencjalnych właścicieli szczurów o podstępnej i mrocznej osobowości od tych potencjalnie odpowiednich opiekunów ich ukochanych szczurków, o potrzebie znalezienia w pobliżu doktora Szczulittla, konieczności posiadania „szybkiej szczurzej pomocy” i o trzech fazach szczuromanii. A to dopiero początek dobrej lektury, bo zrębem wszystkich opowieści jest ubarwiona, świetnie opisany behawioryzm szczurynek; nie ominie czytelnika wątpliwa przyjemność dowiedzenia się, że szczurek zestresowany to szczurek smrodliwy, że jednym capnięciem szczurzysko potrafi przegryźć kark króliczego noworodka, że szczurynki bawią się w koronczarki, wystarczy podsunąć zasłonę, a koronka powstanie, jak się patrzy, że lubią w uwielbieniu zaznaczać szczynami swój teren, ale także, by nie było tak naturalistycznie potwornie można też dowiedzieć się, że szczurki szczękają zębami, gdy są zadowolone, potrafią kulturalnie brać udział w biesiadach popijając przysmaki winkiem, a także dostarczają nieograniczonej rozrywki podczas urządzania regularnych najazdów koczowniczej ordy szczurów na Sporne Terytorium Graniczne.

Czym są „Szczurynki”? Można by założyć, że jest to zapis warsztatu pracy pisarza nad nową powieścią, albo poradnikiem dla neofitów w zakresie hodowli szczurów, albo zapisem behawioralnym tych gryzoni, a może nawet zabawnym zbiorem historyjek o rozbrykanych domowych pupilach – tak naprawdę ten zbiór jest tym wszystkim po trochu. Może to też być lektura dla starszych dzieci, jednak przy udziale dorosłego czytelnika i jedynie pod warunkiem, że potem nie będzie pretensji do autorki, że po lekturze pojawi się klatka z nowymi lokatorami. Niezaprzeczalnym atutem jest, jak zawsze, niesamowity i bezapelacyjnie rewelacyjny dowcip Olgi Gromyko. Kto inny mógłby bezkarnie drwić ze srogich mińskich hodowców szczurów, następnie nabijać się z samej siebie transportującej zasikanego szczura pod zimową kurtką, opisywać z takim wyczuciem antropomorficzne zachowanie gryzoni, a nawet krytykować reżim Łukaszenki?

Czy „Szczurynki” są lekturą wyłącznie dla miłośników prozy Olgi Gromyko? Nie, sądzę, że każdy znajdzie w tych krótkich formach coś ciekawego dla siebie. Czy jest to pozycja dla znawców, hobbistów i pasjonatów klatkowych gryzoni? Nie, aczkolwiek zapewne oni będą mieli podwójną przyjemność z czytania. Czy czytelnik czujący atawistyczną niechęć do szczurów odnajdzie przyjemność w czytaniu tych opowiastek? Tak, pod warunkiem, że nie cierpi na murofobię, rodentofobie lub mizofobie, ewentualnie posiada bardzo słabą wyobraźnię. Skutkiem ubocznym czytania „Szczurynek” zdecydowanie będzie niekontrolowane, nagłe wybuchy śmiechu, a także chęć nabycia tych zwierzątek, na szczęście do opanowania przez zdrowy rozsądek, jeśli go czytelnik oczywiście posiada.

  • A book published this year.
  • A book with nonhuman character.
  • A funny book.
  • A book by female author.
  • A book of short stories.
  • A book set in different country.
  • A book based on thru story.
  • A book that was originally written in a different language.


Ocena: 9/10
Przesłanie: „Mamusiu chcę szczurynkę !!!!”