Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroboros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroboros. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 stycznia 2019

"Gdzie śpiewają diabły" - Magdalena Kubasiewicz

Historie o więzi bliźniąt są mocno przesadzone, przynajmniej w ich przypadku. Trudno byłoby znaleźć dwie osoby różniące się od siebie bardziej niż Ewa i Piotr. On – twardo stąpający po ziemi. Ona – wiecznie bujająca w obłokach, pogrążona w swoich fantazjach.
A jednak, choć Ewa zaginęła bez śladu już dziewięć lat temu, on nadal jej szuka i nie potrafi odpuścić. Nieoczekiwanie w sprawie Ewy pojawia się nowy trop. Jej zdjęcie znaleziono w rzeczach Patrycji, dziewczyny zamordowanej w miasteczku gdzieś na końcu świata, do którego nie dotarła współczesna cywilizacja. Śledczy rozkładają ręce, ale Piotr bez chwili wahania wyrusza do Azylu, by wypytać miejscowych o siostrę. Tyle że w Azylu nikt nie słyszał o Ewie. Mieszkańcy częstują go za to swoimi wersjami miejscowej legendy o Diable i jego czarownicy. Azyl przypomina miejsca z horroru: mała społeczność, mroczne sekrety
i zmowa milczenia. A może Piotra tylko ponosi wyobraźnia? Co prawda nigdy nie grzeszył jej nadmiarem, ale… W takim miejscu jak to wszystko wydaje się możliwe.

[Uroboros, 2019]

[Opis i okładka: https://www.empik.com/gdzie-spiewaja-diably-kubasiewicz-magdalena,p1220859753,ksiazka-p]

Książka zrecenzowana dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

PATI:

Nie ukrywam, że na “Gdzie śpiewają diabły” - najnowszą książkę Magdaleny Kubasiewicz, czekałam naprawdę z niecierpliwością i była chyba najbardziej wyczekiwaną przeze mnie styczniową premierą. Od autorki, która zaintrygowała mnie w swojej powieści “Spalić wiedźmę”, oczekiwałam czegoś, co mnie zaiste oczaruje. Dlatego z lekkimi wypiekami i niczym trochę wyrodna matka, porzuciłam wszystko, co czytałam w danym momencie, by poświęcić całą swoją uwagę tylko tej pozycji. I niech będzie jasne - nie żal mi ani jednej minuty, którą spędziłam razem z bohaterami tej książki. 

Piotr od 9 lat nie ustaje w poszukiwaniach Ewy - zaginionej siostry bliźniaczki. Kiedy odnaleziono w lesie ciało kobiety - także zaginionej przed wieloma laty, w jej rzeczach było zdjęcie, z którego do Piotra uśmiecha się jego Ewa - starsza, inna i radosna, ale bez żadnych wątpliwości, była to jego siostra. Piotr bierze więc kilka dni urlopu i wyrusza do wioski, na dosłownym “zadupiu”, w poszukiwaniu informacji o swojej siostrze i jej zażyłości z zamieszkałą w niej dotychczas denatką. Co wcale nie dziwi, cała społeczność wspólnie trzyma zmowę milczenia, a okazywana Piotrowi wrogość, upewniają tylko naszego bohatera, że coś jest z tymi ludźmi nie tak, a pośród nich najprawdopodobniej ukrywa się morderca. Do tego w Azylu diabeł śpiewa na dobranoc, a tajemnicza atramentowa tafla jeziora, gdzie według jednej z wersji miejscowej legendy, spoczywa serce zakochanego w czarownicy diabła, przyciąga Piotra niczym magnes. 

Małe miasteczka często skrywają wielkie tragedie, ale także piękne legendy. Hermetyczność autochtonów tak zniechęcająca i nużąca dla ludzi z zewnątrz często ma także swój cel - chronić siebie i najbliższych przed światem spoza granic, zwłaszcza, jeśli miejscowość nosi tak dumną nazwę jak Azyl. Ale kiedy do wioski przybywa młody chłopak Piotr odkrywa, że ogólna wrogość mieszkańców tyczy się tylko jego osoby, bo nie tylko tam “nie pasuje”, ale i zadaje niewygodne pytania. I choć kolejne wersje legendy o Diable i jego Czarownicy mieszają w głowie nawet stojącemu twardo na ziemi i pozbawionemu wyobraźni Piotrowi, to sam główny bohater jawi się czytelnikowi, jako człowiek dość antypatyczny i naprawdę trudno jest go polubić. Nie współczuje mu się ani trochę, kiedy kolejne nieprzyjemności mniejsze lub większe spadają mu na głowę, a same poszukiwania siostry wydają się u niego bardziej obsesją niż prawdziwą potrzebą serca. Jako świadek i “kronikarz” wydarzeń w Azylu był przeze mnie tolerowany tylko dlatego, że razem z nim chciałam dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się z Ewą i kto odpowiada za śmierć nieszczęsnej Patrycji. Niemniej rozumiem zamysł autorki - Piotr był taki jaki być powinien, będąc prozaicznym tłem dla reszty jakże niezwykłych bohaterów.

“Gdzie śpiewają diabły” jest mroczne, z wyważonym humorem, ale za to mocno oparte na polsko-wiejskich korzeniach i z tym niesamowitym Klimatem, przez duże K, którego tak od dawna poszukuję w książkach, a w tak niewielu niestety go znajduję. Oniryczny opis Azylu, wcielonego koszmaru każdego listonosza, jawi się błotem, deszczem, ale też i bzem pachnące z lirycznymi nazwami poplątanych uliczek. Sami mieszkańcy na widok Piotra przechodzą na drugą stronę ulicy, a każda kolejna niechętnie napotkana osoba wydaje się jeszcze dziwniejsza od poprzedniej i ta ciągła powracająca echem legenda o Diable i Czarownicy nigdy nie brzmiąca dwa razy tak samo.

Jeśli chcemy uprościć książkę to jest ona o zdradzie, miłości i zazdrości, jeśli nie… to odnajdziemy w niej o wiele więcej. To opowieść o… opowieści, która ma tyle wersji, ile ludzi nią żyje i oddycha, ale także tworzy ją w niej uczestnicząc. A także o rzeczach, których wybaczyć się nie potrafi, bo nawet wielka miłość nie musi skończyć się zawsze amerykańskim happy endem, tylko jakby bardziej polską goryczą. Jednak to też jest powieść magiczna, której zakończenie tak naprawdę możemy sobie sami wybrać - autorka pozostawia nam pełną dowolność, w co chcemy wierzyć, a w co nie. Tylko, że wybór “naszego” zakończenia przewrotnie określa także i nas samych oraz naszą przynależność do jednego z dwóch światów: do magii Azylu lub pokrytego smogiem Krakowa. Ja osobiście wolę oddychać mgłą i magią znad atramentowo czarnego jeziora Diable bo przecież “za uśmiech diabła warto oddać dusze”. I za tę książkę także.

Ocena: 9,5/10

środa, 3 października 2018

"Pierwsze słowo" - Marta Kisiel


Pewnej nocy do jednej zamkowej celi trafia trzech morderców carów, a każdy z nich słuszny i jedyny. Wallenrod, Winkelried i Wawrzyniec, namaszczony może nie pośród królewskiego truchła w kościelnych podziemiach, ale przecież też w podziemiach... gorzelni. 
Stanisław Kozik nieoczekiwanie dla siebie znajduje się w odmiennym stanie żywotności. Sokółek zamienia się w słup soli w pewnym rozkosznie fikuśnym przedsiębiorstwie. A Oda Kręciszewska w dniu pogrzebu w lustrze dostrzega wąsik swojej matki, co prowadzi ją do podjęcia pewnych niezbyt przemyślanych, ale całkiem udanych życiowych decyzji.
W tym tomie opowiadań nie brakuje też postaci już czytelnikom znanych, jak choćby pewnego pisarza o wyglądzie zmiętego muszkietera i jego prywatnego anioła. W bamboszkach. 
Czasem dowcipnie, innym razem mrocznie. Zawsze klimatycznie i z wielką klasą. Czy to zamtuz, czy biuro komisji przyznającej Certyfikat Międzynarodowej Jakości Fantastycznej, czy carski zamek, a może tonące we mgle zaułki miasta – Marta Kisiel udowadnia, że jej wyobraźnia (podobnie jak poczucie humoru) nie ma żadnych granic.


[Uroboros, 2018]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4858663/pierwsze-slowo]

Książka zrecenzowana dzięki uprzejmości WYdawnictwa Uroboros.

PATI:


Na każdą książkę Marty Kisiel czekam jak każde dziecko na upragnioną Gwiazdkę i Prezenty przez duże “P”. Mój nieprzerwany afekt do tej autorki trwa już od lat naprawdę wielu, kiedy to zakochałam się bez pamięci w Pani Jadzi, co grała w WoWa na kartach “Nomen Omen” i w jakże kultowym już dla mnie tekście - “człowiek człowiekowi panią w dziekanacie”. Ciekawość więc, aż zżerała mnie od środka i nawet trochę na zewnątrz, jakie będzie i jest “Pierwsze słowo” według Marty Kisiel. Zwłaszcza, że sama Ałtorka mówi, iż opowiadań pisać “nie umi”, a twierdzi tak jednak moim zdaniem nader skromnie, skoro nie tak dawno przytuliła do siebie nagrodę Zajdla za najlepsze opowiadanie w 2017 roku “Szaławiła”. Opowiadanie o tyle cudowne, że autorka obiecała jego rozwinięcie na co doczekać się już nie mogę, jak na Gwiazdkę do potęgi 3 czy nawet 4,alleluja.

“Pierwsze Słowo” to pierwszy zbiór opowiadań Marty Kisiel, jaki ujrzał światło dziennie. Jedenaście krótkich form - nowych i tych już lekko pokrytych patyną czasu - zebranych w jednej zgrabnej książeczce z cudowną okładką Tomasza Majewskiego. Wspominam tutaj o okładce, bo naprawdę robi ona wrażenie i jako niespełniony historyk sztuki stwierdzam: “oj bardzo, me gusta, oj tak”. A jak sama treść? I tutaj przyznaję palce na chwilę zawisły nad klawiaturą próbując zebrać wszystko to, co kłębi się w mej głowie w jakieś zgrabne zdania. Było nad wyraz poważnie, było ironicznie, było nostalgicznie, było też “Ałtorkowo”. Całość dość mocno została przetasowana i wymieszana, ale tak wbrew pozorom lekko strawnie i z sensem. “Pierwsze Słowo” na pewno zrobiło na mnie wrażenie, zwłaszcza, że najbardziej zwróciłam uwagę na te najpoważniejsze pozycje - opowiadanie tytułowe “Miasto motyli i mgły”, pełne mrocznego klimatu “Katabasis”, czy przerażająco patologicznie prawdziwy “Cały Świat Dawida”. Dla mnie to właśnie one są kwintesencją tej antologii i pokazują, że Marta Kisiel niejedno ma oblicze i “na serio” też potrafi i to jeszcze tak, że człowiek zamiera z zachwytu.

Co nie zmienia jednak faktu, że “W zamku tej nocy” jest moim absolutnym faworytem przy którym zadławiłam się niejednym, bo aż trzema ciasteczkami i musiałam korzystać z pomocy ręki trzeciej, co by w plecki poklepała na Krakersa przyjacielsko. Utrzymane w podobnym klimacie “Nawiedziny”, wpadły już wcześniej w moje ręce, ale z przyjemnością je sobie przypomniałam, tak samo jak i nagrodzoną Zajdlem rewelacyjną “Szaławiłę”. Za to czytając po raz już kolejny “Dożywocie” na początku westchnęłam ciężko - “ile jeszcze stron zostało?”, ale gdzieś tam w trakcie nabrałam ochoty na przeczytanie tego jeszcze raz i to pewnie nie ostatni. To właśnie, dla mnie, jest największa magia książki oraz autora - to, że czytelnik po prostu chce/musi do tej pozycji wrócić, bo inaczej świat spłonie, a morza zawrzeją i biada temu kto stanie mu na drodze. Pamiętajmy i doceńmy - pisanie lekkich, łatwych i przyjemnych książek, to naprawdę wielka sztuka - to trzeba czuć i umieć, a Marta Kisiel na pewno to Czuje i Umie.

Podsumowując, wnioskuję, że nasza Ałtorka, że tak się spoufalę, potrafi pisać opowiadania. Niektóre, i chwała bogom za to, potem rozwijane są w jeszcze bardziej rewelacyjne książki, np. “Rozmowa Dyskwalifikacyjna” nadawałaby się na na kolejny zalążek całkiem śmiesznej powieści o przekwalifikowanym, ale znającym swoją godność Renruku Hardogębnym - tak tylko lekko podpowiadam ;)

Nie dajmy się więc zwieść kokieterii Autorki - warto sięgnąć po “Pierwsze słowo”, choćby dlatego by poznać tę “wąska ścieżkę, jaką kluczy jej wyobraźnia”. Koniecznie w zestawie z kocem, czymś puchatym z futerkiem i ciastkami oraz pomocnym “Krakersem” do ewentualnego oddławiania.

“Pierwsze słowo” stało się dla mnie ważną książką, bo także pod wieloma względami jest pierwsze… Pierwsza książka, która dotarła na mój nowy adres, pierwsza przeczytana i zrecenzowana… pierwsza, którą stawiam na na dziewiczo nowych półkach. Pamiętajmy, że Pierwszych Słów nie da się cofnąć, to przestroga nie tylko od autorki, ale także i ode mnie. Pocieszające jest tylko to, że nie zawsze niosą ze sobą tylko zło i cierpienie.

Ocena 9/10

poniedziałek, 25 czerwca 2018

"Tajemnica godziny trzynastej" - Anna Kańtoch


Nina budzi się zziębnięta wśród rozsypanych na posadzce odłamków szkła. Nie wie, gdzie właściwie się znajduje, ani nie pamięta, kim jest. Rozglądając się wokół, zauważa, że odzyskała przytomność w pałacyku, który stoi przy rynku niewielkiego miasteczka. Tydzień wcześniej Nina, Jacek, Tamara oraz Hubert zostali zabrani przez komunistów na ferie zimowe. Mieli je spędzić w urokliwym miasteczku w Bieszczadach, jednocześnie przygotowując się do swoich przyszłych zadań jako elitarna grupa Czerwonych Kapturków, czyli nastolatków zwalczających skutki anielskiej magii. A teraz przerażona, pozostawiona sama sobie Nina, ubrana jedynie w staroświecką suknię z koronkami, odkrywa, że miasteczko jest wymarłe. Nie napotyka żadnych śladów życia, zupełnie jakby wszyscy mieszkańcy nagle zniknęli. Pozostało jedynie zimno i śnieg. Jak się tu znalazła i co się stało z mieszkańcami opuszczonego miasteczka.

[Uroboros, 2018]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4819701/tajemnica-godziny-trzynastej]

Dziękujemy za udostępnienie  książki do recenzji Wydawnictwu Uroboros.


PATI:


Jeszcze nie zdążyłam się nacieszyć dwoma poprzednimi Tajemnicami, a tu już do moich rąk trafiła ich Trzecia część, choć zarazem Trzynasta. A, że ostatni będą pierwszymi, więc od razu na wstępie zaznaczam, że “Tajemnica godziny trzynastej” aktualnie wychodzi na prowadzenie wśród dwóch swoich poprzedniczek. I to chyba zaskakujące najbardziej dla mnie, że każdy kolejny tom cyklu Tajemnic, wydaje mi się jeszcze lepszy i ciekawszy od pozostałych.

“Czerwone Kapturki” znowu spotykają się na akcji, gdy porucznik Lis wysyła dzieciaki na “ferie szkoleniowe” do “najmniej magicznego miasteczka w Polsce” i wychodzi na to, że komuniści nie mogli się już bardziej mylić. Nina, aktualnie Marczak, budzi się przemarznięta na podłodze sali balowej, ubrana w suknie z innej epoki, wśród odłamków rozbitego szkła. Nie tylko nie wie, gdzie się znajduje, ale co gorsza nie wie też kim jest. Wokół wszystko pokrył śnieg, nigdzie żadnych śladów, ni żywej duszy… I już wiemy, że Nina wpadła w kolejne tarapaty. Tak zaczyna się kolejna wielka przygoda dziewczyny, która coś nie ma szczęścia do wakacji, a magia podąża za nią jak upierdliwy stalker - wielbiciel. A miało być tak pięknie - z resztą jak zwykle.

W momencie kiedy Nina, stara się poradzić sobie  w opuszczonym mieście, my rozdział po rozdziale, poznajemy szczegóły ferii, jakie dziewczyna spędzała wcześniej z przyjaciółmi w urokliwym miasteczku “Wilcze Doły” w Karkonoszach. Ja naprawdę uwielbiam te wielowymiarowe, pomieszane chronologicznie zabiegi literackie Anny Kańtoch i jej sposób prowadzenia narracji przeplatające się w czasach i miejscach. Ta niezwykle utalentowana autorka potrafi nawet z książki dla młodzieży stworzyć również ciekawą historię dla dorosłego czytelnika, a do tego jest ona zawsze tak świetnie napisana, że jest to ewenement wśród innych tego typu pozycji. Chylę czoła przed warsztatem, pomysłowością, a chyba najbardziej przed samą realizacją. Pisarka sięga po rozwiązania, które naprawdę rzadko spotyka się w literaturze fantastycznej, a tym bardziej jeszcze tej skierowanej do młodszego czytelnika.

Faktem jest, że tak bardzo zżyłam się z dzieciakami dzięki dwóm poprzednim książkom, że naprawdę trudno mi było ich zostawiać zakopanych pod śniegiem i iść spać. I ze zdziwieniem odkryłam, że naprawdę lubię tę całą ich czwórkę, choć najmniej z nich wszystkich tego nieszczęsnego Jacka. Widać też jak sama Nina rozwija się i powolutku dorośleje, a przebijają się u niej cechy, których brak niejednemu dorosłemu. Potrafi być uczciwa  i krytyczna względem siebie, dostrzega swoje wady, a nie tylko zalety. Nie jest już tak płaczliwie wkurzająca, jak miało to miejsce w Totenwaldzie, więc naprawdę trudno jej nie lubić, a z książki na książkę coraz bardziej przypomnina mi Pratchettowską Tiffany Obolałą. Z resztą nie czarujmy się, sama sytuacja Niny jest naprawdę nie do pozazdroszczenia - z dala od rodziny, której być może już nigdy nie zobaczy, do tego zdeklarowana ateistka często mylona z komunistką, jest zmuszona mieszkać i pobierać nauki w szkole katolickiej. Co gorsza jest zobligowana współpracować z rzeczonymi komunistami i wbrew sobie widzi, że część z nich może nie jest jednak wcale taka do końca zła, a na pewno w pewien sposób docenia i nawet trochę podziwia metody Lisa. Na pewno warto będzie kiedyś usiąść i przeczytać tę całą serię na raz, tak od początku do końca i przyjrzeć się bliżej i dokładniej przemianom jakie zachodzą u Niny.

Pierwsze dwa tomy udało mi się przeczytać praktycznie jeden po drugim, a i teraz zbyt wiele wody w Warcie nie upłynęło między kolejnym. Tak czy siak, mam naprawdę nadzieję, że ta cała historia traktowana jako całość do czegoś dąży. Do chociaż jakiegoś minimalnego “Happy Endu” dla Niny. I mam wrażenie, że kiedy/jeśli Anioły odejdą i Nina utraci swój przenikliwy dar otrzymany w schedzie po Wybrańcu, to naprawdę trudno jej będzie znowu zostać normalną i niczym nie wyróżniającą się dziewczyną. To wszystko co już przeżyła i to, co jej szykuje jeszcze autorka już ją tak zmieniło, że przeciętna to ona już raczej nie będzie.

Mam więc naprawdę nadzieję, że autorka będzie dalej kontynuować tę serię, bo przynajmniej we mnie ma wielką fankę, która z niecierpliwością czeka na następne tomy przygód Niny i reszty Kapturków. No może poza tym nieszczęsnym Jackiem…

Ocena: 8/10

czwartek, 8 marca 2018

"Tajemnica Nawiedzonego Lasu"- Anna Kańtoch

Po mrożącej krew w żyłach Tajemnicy Diabelskiego Kręgu Anna Kańtoch przedstawia dalsze losy Niny Pankowicz, w najlepszym stylu żonglując konwencjami i tworząc opowieść, której nie da się zapomnieć.
Wakacje w Markotach przewróciły życie Niny do góry nogami. Gdy dziewczynka próbuje dojść do siebie, w jej szkole pojawiają się sierżant Sowa i porucznik Lis. Zabierają ją do Instytutu Totenwald pod wschodnią granicę, gdzie przebywają dzieci takie jak ona, obdarzone przez anioły magicznymi mocami. Instytut przypomina koszary – jego mieszkańcy przez całe dnie ciężko pracują, zabierani są na badania i przesłuchania. Co jakiś czas niektóre dzieci dostają czerwoną kartkę i znikają bez śladu. Nikt dokładnie nie wie, czego chcą komuniści. Mroczne tajemnice skrywa także las i opuszczona wioska węglarzy położona nieopodal… Jakie zadanie tym razem otrzyma do wykonania Nina?
[Urobors, 2015]
[Opis i okładka:https://www.gwfoksal.pl/tajemnica-nawiedzonego-lasu-anna-kantoch-sku627da0f78ee9f62a328e.html]
Książka zrecenzowana dla Uroboros.
PATI:
Anna Kańtoch to autorka, z którą do tej pory miałam niewiele do czynienia. Dotychczas na  koncie mam “13 Anioła” i pierwszą część serii o Domenicu Jordanie, ale z racji braku jakiś wielkich zachwytów, nie to, że omijałam pozostałe książki tej autorki, ale raczej nie szukałam ich jakoś specjalnie. W przypadku “Tajemnicy diabelskiego kręgu” zadziałała na mnie okładka. Taka klimatyczna… taka mroczna… opis też zachęcający - powojenna Polska, anioły (?!) i dziwne wydarzenia w trakcie wakacji w Markotach. Wszystko zapowiadało, że lektura będzie chociaż interesująca, pomimo, że to YA. A ja ją chwyciłam i zjadłam i uznałam ją za nawet bardziej niż zadowalającą. Oczywiście nie obyło się bez pewnych zastrzeżeń z mojej strony, ale Diabelski Krąg na tyle przypadł mi do gustu, że już bez ociągania sięgnęłam po część drugą z ochotą i wyczekiwaniem wręcz przeogromnym.

Ja(Nina) wróciła do domu z wakacji “z niespodzianką” od aniołów i stara się na nowo odnaleźć w normalnym świecie. Ninie po Markotach pozostały nie tylko wspomnienia, ale i zdobyte tam nowe umiejętności - w spadku otrzymała 1/12 skilla magicznego Wybrańca do tego ponadprzeciętną przenikliwość. I trzeba przyznać, że tak naprawdę nie wyszła na tym bardzo źle. Dziewczyna wróciła też zauważalnie odmieniona psychicznie i jest zbyt inteligentna by wierzyć, że takie w miarę normalne życie będzie w ogóle na dłuższą metę możliwe. Dlatego pojawienie się w jej szkole dwóch funkcjonariuszy ze Służb Bezpieczeństwa zainteresowanych jej skromną osobą w ogóle jej nie zaskakuje. Zostaje przymusem przewieziona do instytutu Totenwald, gdzie poza mniej lub bardziej ciężką pracą czekają na nią przesłuchania i różne testy. Ale nasza Nina nie jest sama - wśród znajdującej się tam młodzieży odnajduje też swoich przyjaciół z Markotów i dziewczyna razem ze swoją mniej lub bardziej niezawodną grupą wsparcia postanawiać wiać z nawiedzonego lasu i Totenwaldu najszybciej jak się da. Zwłaszcza, że las wokół zamieszkują we mgle przerażające istoty.

Czego spodziewałam się po “Tajemnicy nawiedzonego lasu”? Na pewno tego co po innych seriach, że druga część zazwyczaj i niestety jest gorsza od tej pierwszej. Ale o dziwo, mnie dużo bardziej podobał się właśnie ten drugi tom - chyba głównie z powodu rozwiązania ostatecznego zagadki chaty węglarzy. I chociaż czytałam “Nawiedzony Las” głównie w nocy niepomna na przestrogi z tylnej części okładki  - to jakoś nie miałam większych problemów z zaśnięciem. Chociaż nie... w sumie to miałam. Książka na tyle mnie wciągnęła, że naprawdę trudno mi było się od niej oderwać, nawet kosztem kolejnych utraconych godzin snu. Nie potrafię niestety ocenić czy “Nawiedzony Las” rzeczywiście potrafi przerażać i ciarki na ciele stwarzać, ale na pewno potrafi wciągać i czyta się go z przyjemnością, nawet jeżeli tak jak ja nie jesteście już targetem i grupą docelową tej książki. W moim przypadku nie tylko wiek odgrywa rolę, ale i dobrowolne oraz wieloletnie spaczenie - zaczytywanie się już w podstawówce horrorami m. in. Grahama Mastertona.

Zaskakujące jest jak autorka serwuje nam niezłego wielosmakowego shek’a - taki literacki eklektyzm - quasi gotycką młodzieżową powieść grozy osadzoną w powojennej Polsce, przemieszana z kryminałem, elementami horroru i szczyptą sf, niczym wisienką na tej całej bombie kalorycznej. Trzeba przyznać że jest to niesamowicie smakowite i sycące. Sama książka klimatem przypomina mi pod pewnymi względami “Osobliwy dom pani Peregrine”, ale traktuje to tylko na jej plus. Co mnie zastanowiło to, co się stało z naszą Niną, która w tej części ryczy i płacze dużo więcej niż przez całą poprzednią. Przenikliwość dziewczyny i jej nabyta inteligencja często nie idzie w parze z jej nadpobudliwością i często działaniem w amoku. A potem następuje kolejny ryk i chlipanie. Ja rozumiem, że dziewczyna jest w najgorszym możliwym wieku, z jednej strony jest jeszcze dzieckiem, a z drugiej chce być już traktowana jak dorosła. To już nie ta sama beztroska nastolatka (tak bardzo beztroska na ile może sobie na to pozwolić dziewczyna w powojennej Polsce). Nie jest taka dzielna jak myślała, ale potrafi zagryźć zęby i robić swoje.

Poziom trudności także zagadek wzrasta - co było moim głównym zarzutem do Diabielskiej pierwszej części -  w tym tomie autorka nie wybiera już najbardziej oczywistych i najprostszych rozwiązań i choć bywają one czasami nadal dość grubo szyte to i tak czuć już sporą różnicę. Czekam też na kolejne tomy i mam nadzieję, że Nina wraz z przyjaciółmi mniej lub bardziej szybko będzie dorastać i odkryją wreszcie co jest straszniejsze - prawdziwe potwory, czy komunistyczna rzeczywistość trzyma w stalowych pięściach przez SB. Na koniec chciałabym jeszcze pokazać Wam niespodziankę, którą otrzymałam wraz z książką, która sprawiła mi wielką frajdę - tak jestem pustą literacką gadżeciarą xD



Ocena: 8/10

piątek, 8 grudnia 2017

"Star Wars: Więzy krwi" - Claudia Gray


Książka, która wiąże słynną trylogię Star Wars z Przebudzeniem mocy.

Kolejna książka z serii Star Wars. Tym razem czytelnik zapozna się z wydarzeniami, które rozgrywają się 6 lat przed historią opisaną w Przebudzeniu mocy.

Kiedy rebelianci pokonali Imperium, Leia Organa uwierzyła, że to początek pokoju w galaktyce. Jako członek Senatu musi stać na straży demokracji i bacznie obserwować przekupnych polityków oraz ludzi, którzy w duchu nadal pozostali wierni Imperium. Tymczasem w galaktyce czai się nowe zagrożenie.


[Uroboros, 2017}
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4741192/star-wars-wiezy-krwi]

Książka udostępniona dzięki wydawnictwu Uroboros.

AGA:

Uniwersum Gwiezdnych Wojen jest tak rozległe, że aktualnie, komuś, kto nie jest na bieżąco ze wszystkimi seriami, kanonami ciężko odnaleźć się i zdecydować tak naprawdę od czego zacząć. Czy rozpocząć czytać książki według chronologii ich wydawania, czy według chronologii wydarzeń? Każdy, kto pierwszy raz sięga po pierwszą powieść z serii Star Wars musi sam podjąć taką decyzję, która należy do tych z gatunku „osiołkowi w żłobie dano…”.

„Star Wars : Więzy Krwi” to druga powieść napisana przez Claudię Gray , której akcja osadzona jest w uniwersum Gwiezdnych Wojen. Pierwsza, „Utracone Gwiazdy”, została w Polsce wydana w 2016 roku, w rok po jej napisaniu, a trzecia, „Leia, Princess of Alderaan”, ukazała się na razie za granicą we wrześniu tego roku.

 Akcja „Więzów krwi” rozgrywa się na kilka lat przed Przebudzeniem mocy, kiedy Leia Organa jest członkiem senatu, Han Solo, nadzoruje kolejną rundę lotów podświetlnych Pięciu Mieczy, a Luke Skywalker wychowuje Bena Solo. Fabuła powieści skupia się wokół problemów wewnętrznych Nowej Republiki, która pomimo ciężko wywalczonego pokoju, po wielu latach walki z Imperium, teraz nie umie poradzić sobie z biurokracją, marazmem politycznym, proceduralnością i wewnętrzną kłótliwością stronnictw. Zmęczona apatią i impasem działań Senatu Leia postanawia odejść z życia politycznego i przyłączyć się do męża.  Jednak w ostatniej chwili z tego letargu i poczucia bezsilności wyrywa ją nagła chęć pomocy delegatowi, który przybył do Senatu z prośba o ingerencję w sprawie kartelu, który rozszerza niebezpiecznie swoją działalność, i który wg emisariusza, Yendora z Ryloth, może być zagrożeniem dla wolnego handlu całej galaktyki. Leia decyduje się, że jej ostatnim dziełem, będzie właśnie faktyczne przysłużenie się obywatelom Nowej Republiki i wraz ze swoją załogą, a także przedstawicielem opozycji, Ransolmem Casterfem, udaje się w misję dyplomatyczną. Co z tego wyniknie i co tak naprawdę kryje się za działaniami kartelu Rinnrivina, a także jaki to będzie miało finalny wpływ na Leie i całą Galaktykę, nikt nie mógł przewidzieć.

Sięgając po „Więzy krwi” wiedziałam, że nie będzie fajerwerków i że nie będzie to space opera, wszystkie wcześniej przeczytane opinie, wskazywały, że jest to dobrze napisana powieść, ponoć jedna z lepszych, ale bez wartkiej, porywającej akcji. I rzeczywiście tak jest.  Niewątpliwie urzekły mnie w niej opisy odległych planet. Podróże dyplomatyczne załogi „Lustrznej Tafli”, statku Lei, pozwoliły na zwiedzenie i odkrywanie różnorodnych ekosystemów Galaktyki. Świetnie też zbudowała Claudia Gray relacje pomiędzy Leią a Ransolmem, jako inteligentnymi, otwartymi,  o bogatej, bolesnej przeszłości ludźmi, ale posiadającymi różne wizje polityczne. Sam wątek spisku prowadzony jest ciekawie, ale dość nierównomierne tempo akcji, przesuwa punkt ciężkości w kierunku relacji Lei i Ransolma, niż samego problemu związanego z kartelem Rinnrivina, dlatego bardziej jest to powieść z kręgu obyczajowego, niż nawet politycznego. Najbardziej drażniące wydały mi się dialogi prowadzone pomiędzy Hanem i Leią, które były sztuczne, drętwe, bez życia, sama postać Lei, poza drobnymi chwilami zrywnej akcji, jest dość sztywna, jakby autorka nie umiała zmierzyć się z legendą.


Podumowując. „Więzy krwi” są powieścią napisana poprawnie, jej niezaprzeczalnym atutem jest analiza psychologiczna relacji pomiędzy jednostkowymi członkami wrogich obozów politycznych, a także światy przedstawione Galaktyki. Jednak osobiście, nie tego chyba szukałam w Gwiezdnych Wojnach, każda chwila akcji, która się w powieści pojawiała przyprawiała mnie o palpitacje serca, co oznacza, że jednak jednoznacznie Star Wars równają się dla mnie ze space operą i chyba poszukam właśnie takich tomów.

Ocena: 6/10

środa, 15 listopada 2017

"Dożywocie/Szaławiła" - Marta Kisiel

Kolejne wydanie bestsellerowego "Dożywocia", w którym fani serii znajdą także nowe opowiadanie Marty Kisiel Szaławiła.
Pewnego dnia Konrad Romańczuk dziedziczy dom. Świetnie się składa, bo pomoże mu to ułożyć sobie życie i uniknąć niewygodnego związku. Z chęcią przyjmuje spadek, a dopiero później sprawdza, co dokładnie odziedziczył. A otrzymał gotycką willę – tyle że w pakiecie z grupą bardzo charakterystycznych bohaterów.
Dodatkowo, w tomie znalazło się najnowsze opowiadanie Marty Kisiel "Szaławiła". Dowiedz się, co działo się z Lichotką pomiędzy "Dożywociem" a "Siłą niższą"!


Od wydawcy:

Siła wyższa bez wątpienia jest kobietą, Pech bez wątpienia mężczyzną, a Licho... licho je tam wie. Poza tym płeć uczulonego na własne pierze anioła stróża z manią czystości to dla Konrada Romańczuka (głównej osoby tego dramatu) bynajmniej nie największy problem.
Z połączonych mocy nadprzyrodzonego trio powstaje bowiem fatum z prawdziwego zdarzenia: klątwa ciekawych czasów. Będzie ona odtąd sprawowała dożywotni nadzór nad każdym krokiem Konrada, świeżo upieczonego spadkobiercy Lichotki, wiekowego domu z upiorną, gotycką wieżyczką rodem z kiepskich filmów grozy, oraz całym dobrodziejstwem inwentarza:
Nieszczęsną duszą panicza Szczęsnego, seryjnego samobójcy, poety, mistrza całorocznej depresji i haftu krzyżykowego - sztuk 1.
Mackami szefa kuchni o chrupiącym imieniu, przybyłego wprost z głębin odwiecznego ZUA - sztuk minimum 8.
Utopcami zawsze nie w tej łazience co trzeba sztuk 4. Najprawdziwszą Zmorą w postaci charakternej kotki - sztuk 1 plus 4 kły i 18 pazurów w pakiecie.
Wrednym różowym królikiem, niepozornym omenem straszliwej zagłady - zbiór nieprzeliczalny.
Tylko właściwie kto tu kogo dostał w spadku:
Konrad dożywotników czy dożywotnicy Konrada?
Gromadka przesympatycznych postaci, pasmo perypetii niekoniecznie z tego świata, rewelacyjnie barwny i dosadny język, cięte dialogi, a nade wszystko pierwszorzędny humor - oto, co znajdziecie vr Dożywociu Marty Kisiel uroczej, pełnej ciepła opowieści, która od lat zajmuje szczególne miejsce na mojej półce.
[Uroboros, 2017]
[Opis i okładka: http://www.empik.com/dozywocie-szalawila-kisiel-marta,p1165750030,ksiazka-p]

Książka udostępniona dzięki wydawnictwu Uroboros.

PATI:
Jeśli nie czytaliście jeszcze „Dożywocia” Marty Kisiel, to popełniliście wielki błąd, który należy jak najszybciej naprawić. I w sumie tak mogłaby się nie tylko zaczynać moja recenzja, ale i kończyć, bo teraz przez resztę recenzji będą już tylko peany i zachwyty. To już moje drugie czytanie „Dożywocia” i przyznaję się bez bicia, że za pierwszym razem jakoś przeszło ono u mnie bez większego echa. Znaczy fajne, wszystko ok, do przeczytania. ALE to dlatego, że było zaraz po zakończeniu „Nomen Omen” genialności nad genialnościami i książkowej rewelacji. Dodatkowy bonusik w postaci „Szaławiły”, oraz czekająca cierpliwie „Siła niższa” sprawiły, że chwyciłam po tę książkę jeszcze raz. I teraz już wiem jaka głupia ja byłam. „Dożywocie” wcale nie jest gorsze od „Nomen Omen”. Jest po prostu zupełnie inne i należy je z innego typu atencją traktować. Teraz zwijam się w kłębek ze wstydu i chlipię w kącie smarkając w dywanik nad własnym niedowładem umysłowym. Tyle stracić!

Konrad Romańczuk, niespełniony pisarz po świeżym zerwaniu z mityczną Majką, postanawia przeprowadzić się z wielkiej stolicy na odludzie. A, że właśnie trafił mu się spadek po jakimś odległym krewnym, „dworek z dożywociem”, rzuca wszystko, by poświęcić się pisaniu. Na miejscu okazuje się, że gotyckie domiszcze z wieżyczką jest już zamieszkałe przez dożywotników i tak naprawdę to on będzie tylko „chwilowym” dożywotnim mieszkańcem Lichotki. Dla mocno stąpającego po ziemi Konrada zgraja, z którą pozostało mu bytować, to nie tylko szok i dramat, ale często zgrzytanie zębów i obrażenia cielesne. Bo w Lichotce mamy dużo wszystkiego, co jest takie piękne i fajne dla geeków i nie tylko. No dobrze, nie ma może babci Jadzi rżnącej w WoWa, ale za to mieszkańcami domu są: Zło wcielone w postaci różowego, puchatego i ślicznego króliczka - Rudolfa Valentino, który jest, o ile bardziej przerażający niż Wielki Przedwieczny Mackowaty Krakers uwielbiający piec, gotować i trochę też wychowywać pozostałych bohaterów. Mamy kotkę Zmorę - typowego złośliwego przedstawiciela swojego gatunku. Mamy Panicza Szczęsnego, głównego mąciciela, widmo, co popełnił samobójstwo w kapuście - zapewne trzynastozgłoskowcem. Mamy też utopce w liczbie 4, bezimienne potwory z bagien, jest też i hamadriada – tak śliczna, jak i małomówna… ale co najważniejsze jest i Licho. Aniołek stróż z uczuleniem na własne pierze, kochający sprzątać i prać. Kochający Lichotkę i swojego Konrada. Licho ten sympatyczny dzieciaczko anioł, choć skrzydełka ma wydepilowane niczym kurczak na rosołek, na pewno skradnie Wam serce, jak i moje skradło i oddać nie chce ni chu chu, i alleluja! Ta jakże malownicza zbieranina bytów stara się żyć ze sobą w zgodzie… wróć, stara się jakoś znieść nieszczęsnego Szczęsnego i nie oszaleć. Właściwie to Konrad stara się nie oszaleć, bo reszta jakoś już przez 200 lat do kapuścianego Widma się mniej lub bardziej przyzwyczaiła.

„Dożywocie” to generalnie radosna komedyjka, o przygodach mieszkańców Lichotki w trakcie, której będziecie prychać, śmiać się w głos, czy nawet zaśmiewać do łez. To także książka o tym jak Konrad, trochę dzieciak (jak to facet w wieku 33 lat), musi się nauczyć odpowiedzialności nie tylko za siebie, ale i za wszystkich podopiecznych. Odpowiedzialności przez duże „O”, przed którą tak uciekał i tchórzył, a która teraz przybyła, dała mu dwa kopniaki w... bolesne miejsce i ze sto w te mniej oraz żąda, by ją wreszcie zauważono i zaakceptowano. Oczywiście nie przychodzi mu to ani łatwo ani bezboleśnie, ale suma summarum staje w końcu na wysokości zadania, tylko że... siła wyższa, jak i niższa oraz widma zawsze potrafią pokrzyżować wszelkie plany i porządek. A wszystko to przy akompaniamencie: Mickiewicza i Słowackiego.

Na koniec, chciałabym napisać jeszcze kilka słów na temat „Szaławiły”, dodatkowego opowiadania, które pojawiło się w tym wydaniu książki. Pani Marto... o ałtorko ty moja! O tak!!! Kupuję to i pragnę więcej. Co za historia! Mam naprawdę nadzieję, naprawdę i przeszczerze i przeszczęśnie, że to niejedyne i brońcie o bogowie, ostatnie spotkanie z Odą i Rochem. No dobra co ja będę ściemniać - zwłaszcza z Rochem… Prooooooszęęęęęęęę (oczy licha patrzące na nowy psikacz konwaliowy do szyb). Szaławiła pozostawiła we mnie niedosyt... jakby ktoś mi wydzielił jednego cukierka i skitrał resztę.

Nie powtarzając się już nie potrzebnie. Weźcie przeczytajcie „Dożywocie”, bo (do)żyć Wam nie dam i truć będę okropnie. Warto. Naprawdę.

“Dożywocie”.

Ocena: 10/10
Motto: Rocznik 82 jest najlepszym rocznikiem - zawsze to sądziłam.




wtorek, 31 października 2017

"Dwór Skrzydeł i Zguby" - Sarah J. Maas

Długo oczekiwana trzecia część bestsellerowego cyklu Sarah J. Maas
Feyra powraca do Dworu Wiosny, zdeterminowana by zdobyć informacje o działaniach Tamlina oraz potężnego, złowrogiego króla Hybernii, który grozi, że rozgromi cały Prythian. Jednak by to osiągnąć, musi najpierw rozegrać śmiercionośną, przewrotną grę… Jeden poślizg może zniszczyć nie tylko Feyrę, ale też cały jej świat.
W obliczu wojny, która ogarnia wszystkich, Feyra znów musi decydować, komu może ufać i szukać sojuszników w najmniej oczekiwanych miejscach. Niebawem dwie armie zetrą się w krwawej, nierównej walce o władzę.
[Uroboros, 2017]
[Opis i okładka: http://www.empik.com/dwor-cierni-i-roz-tom-3-dwor-skrzydel-i-zguby-maas-sarah-j,p1162077769,ksiazka-p]

Książka udostępniona dzięki uprzejmości Wydawnictwu Uroboros.

PATI:

Przyznam uczciwie, że na finalny tom historii Rhysa i Feyry czekałam z niecierpliwością, ciesząc się bardzo z tego, że Pani Maas uznała, iż tylko trzy tomy wystarczą, dzięki czemu nie będzie to opera mydlana, jak „Szklany tron”. Czekałam z jeszcze jednego powodu – sposób w jaki autorka poprowadzi fabułę, powie też dużo o tym, czego będzie można się spodziewać po zakończeniu „Tronu”. Na pewno uważny czytelnik zauważy sporo zbieżności między tymi dwoma pozycjami - ot chociażby to, że pierwszy wybór partnera, nie jest wyborem ostatecznym naszych bohaterek, a ten drugi zawsze okazuje się lepszy, niż ten deflorujący :) Takich podobieństw uważny czytelnik znajdzie na pewno kilka, no tak, ale to ma być recenzja „Dworu Skrzydeł i Zguby”, a nie praca porównawcza. Naprawdę ze sporą nadzieją w sercu porzuciłam wszystkie inne rozgrzebane mniej lub bardziej lektury, na rzecz „Dworu Skrzydeł i Zguby”, i chciałam zatopić się w historii... Chciałam, ale mi nie wychodziło. I właśnie nie mam absolutnie pojęcia dlaczego?! To nie to, że mnie nie wciągnęło, ale jednak czytało mi się ten tom zdecydowanie wolniej niż pozostałe. Podejrzewam, że chciałam odwlec nieuniknione, to że będę musiała się w końcu pożegnać z Rhysem. Z pewnością obawiałam się także zakończenia, że będzie słodko lipne, jeśli mam być szczera. Jakie jest zakończenie tego Wam nie mogę zdradzić, a bardzo żałuję. Natomiast odnoszę wrażenie, że autorka puszcza do nas oczko i pewnie w niedługim czasie uraczy nas jakimiś opowiadankami, może sub seriami z bohaterami, do których już tak się przyzwyczailiśmy i żal ich trochę zostawić tak na pastwę losu. W końcu przynoszą Pani Maas niemałe pieniądze.


Czego można spodziewać się po trzecim tomie Dworu? Na pewno sporo scen batalistycznych – działań wojennych i działań „łóżkowych”. Na pewno rozmachu, ale nie spodziewajcie się opisów, jak z Wiedźmina, bo strategia stosowana przez naszych bohaterów, to stań tu i walcz, a ty idź tam i zrób co musisz. Serce jakoś nie drżało z obawy o ich losy, a bohaterskie rany goiły się w dni dwa z okładem. Jest krew, bywają flaki, bywa okrutnie, ale w granicach rozsądku. Cieszę się, że Feyra wyrobiła się i wyrosła na dumną (czasami aż za) i zdecydowaną kobietę. Natomiast nadal zdarza jej się nie myśleć dalekowzrocznie i często podejmuje nieprzemyślane decyzje pod wpływem chwili i emocji. Ale to chyba też taki urok tej postaci - moim zdaniem na pewno o wiele sympatyczniejszej i mniej denerwującej niż (nie)sławna Celaena z Tronu, której uczciwie przyznaję nie trawię.

Historia rozpoczyna się dokładnie w miejscu gdzie skończył się tom 2 – Feyra na własne życzenie zamieszkała ponownie w Dworze Wiosny razem z sprzymierzonym z Hybernią Tamlinem i „leczy traumę po porwaniu”, co dokładnie można opisać, jako szpiegowanie na terenach wroga. Jak się później okazuje, zupełnie niepotrzebnie, bo wszystkie informacje jakie zdobyła były już reszcie znane, ale została pocieszona tym, że je po prostu potwierdzała. Trochę to takie hm... naiwne? Ja na miejscu Feyry trochę bym się przynajmniej wkurzyła, ale rozumiem – hormony / Rhys / mroczny urok, dawno się nie widzieli, a jego zapach... :D No tak – tego możemy się dokładnie spodziewać po tym tomie, czego przedsmak mieliśmy w tomie drugim. Nasza parka gzi się jak króliki, a autorka nie pozostawia nam miejsca na wyobraźnie i podaje wszystko na przysłowiowej tacy. Ale ja jestem już za stara, by mnie to ruszało, choć myślę, że młodsze czytelniczki mogą dostać chociaż wypieków.

Nadchodzi jednak czas wojny i Feyra razem ze swoim Księciem oraz gronem przyjaciół muszą stawić czoła Królowi Hybernii. I choć wiedzą, że jest to raczej przegrana walka i szans za wielkich na wygraną nie mają, to za to są świetni w wymyślaniu sposobów, jak by tu zginąć bohaterską śmiercią. No właśnie, co mnie naprawdę uderzyło to to, że każda z głównych postaci w tej książce, jest tak absolutnie chętna by poświęcić swoje życie w najbardziej szalony, czy bezsensowny sposób, by uratować resztę. Często nie konsultując tego ze sobą wzajemnie, lezą gdzieś z jakimś głupim, nieprzemyślanym pomysłem do zrealizowania i chcą jakże ochoczo zginąć. Człowiek, by się trochę więcej spodziewał po istotach, które żyją trochę dłużej na tym świecie, niż przeciętny zjadacz chleba. No chyba, że życie im się już całkowicie znudziło – w takim wypadku wszystko jest całkowicie jasne, chociaż powiem, że mnie to całkiem ubawiło.

Główne pytanie brzmi: czy warto przeczytać? Odpowiem - tak: Rhys, Rhysand, Mroczny Książę... I wszystko jasne. Trzeba przyznać Pani Maas, że bardzo dobrze konstruuje męskich bohaterów, którzy potrafią w sobie rozkochać, nie tylko główną bohaterkę, ale i rzeszę fanek na całym świecie. Straumatyzowani chłopcy, idealni, mroczni, altruistyczni i tak pięknie oraz wiernie kochający... Tak. Faceci wychodzą jej naprawdę świetnie.

Mam nadzieję, że jednak to nie będzie ostateczne i definitywne pożegnanie z Rhysem znaczy się z Dworem, i że jeszcze kiedyś się spotkamy. Na pewno zamierzam jeszcze raz  przeczytać lub przesłuchać całą trylogię, bo przyznam się, że czasami czułam się równie głupio jak Nesta czy Lucien, kiedy wszyscy patrzyli na siebie znacząco, a ja zachodziłam w głowę o co biega. To jak bycie w towarzystwie, które się zna od lat i śmieją się ze wspólnego żartu, czy półsłówkami wspominają jakąś imprezę. Tak się kończy, kiedy tyle czasu mija między wydawaniem kolejnych tomów, że człowiek zdąży zapomnieć, co tam dokładnie się zdarzyło, ale dzięki bogom za Internet.

Reasumując, jeśli nie czytaliście poprzednich części, lepiej po nie najpierw sięgnijcie. Jeśli przeczytaliście... to myślę, że i tak nie trzeba Was namawiać po chwycenie za „Dwór Skrzydeł i Zguby”.

Ocena: 7/10
Motto: RHYSSSSSSS.