Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antologia. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 października 2018

"Pierwsze słowo" - Marta Kisiel


Pewnej nocy do jednej zamkowej celi trafia trzech morderców carów, a każdy z nich słuszny i jedyny. Wallenrod, Winkelried i Wawrzyniec, namaszczony może nie pośród królewskiego truchła w kościelnych podziemiach, ale przecież też w podziemiach... gorzelni. 
Stanisław Kozik nieoczekiwanie dla siebie znajduje się w odmiennym stanie żywotności. Sokółek zamienia się w słup soli w pewnym rozkosznie fikuśnym przedsiębiorstwie. A Oda Kręciszewska w dniu pogrzebu w lustrze dostrzega wąsik swojej matki, co prowadzi ją do podjęcia pewnych niezbyt przemyślanych, ale całkiem udanych życiowych decyzji.
W tym tomie opowiadań nie brakuje też postaci już czytelnikom znanych, jak choćby pewnego pisarza o wyglądzie zmiętego muszkietera i jego prywatnego anioła. W bamboszkach. 
Czasem dowcipnie, innym razem mrocznie. Zawsze klimatycznie i z wielką klasą. Czy to zamtuz, czy biuro komisji przyznającej Certyfikat Międzynarodowej Jakości Fantastycznej, czy carski zamek, a może tonące we mgle zaułki miasta – Marta Kisiel udowadnia, że jej wyobraźnia (podobnie jak poczucie humoru) nie ma żadnych granic.


[Uroboros, 2018]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4858663/pierwsze-slowo]

Książka zrecenzowana dzięki uprzejmości WYdawnictwa Uroboros.

PATI:


Na każdą książkę Marty Kisiel czekam jak każde dziecko na upragnioną Gwiazdkę i Prezenty przez duże “P”. Mój nieprzerwany afekt do tej autorki trwa już od lat naprawdę wielu, kiedy to zakochałam się bez pamięci w Pani Jadzi, co grała w WoWa na kartach “Nomen Omen” i w jakże kultowym już dla mnie tekście - “człowiek człowiekowi panią w dziekanacie”. Ciekawość więc, aż zżerała mnie od środka i nawet trochę na zewnątrz, jakie będzie i jest “Pierwsze słowo” według Marty Kisiel. Zwłaszcza, że sama Ałtorka mówi, iż opowiadań pisać “nie umi”, a twierdzi tak jednak moim zdaniem nader skromnie, skoro nie tak dawno przytuliła do siebie nagrodę Zajdla za najlepsze opowiadanie w 2017 roku “Szaławiła”. Opowiadanie o tyle cudowne, że autorka obiecała jego rozwinięcie na co doczekać się już nie mogę, jak na Gwiazdkę do potęgi 3 czy nawet 4,alleluja.

“Pierwsze Słowo” to pierwszy zbiór opowiadań Marty Kisiel, jaki ujrzał światło dziennie. Jedenaście krótkich form - nowych i tych już lekko pokrytych patyną czasu - zebranych w jednej zgrabnej książeczce z cudowną okładką Tomasza Majewskiego. Wspominam tutaj o okładce, bo naprawdę robi ona wrażenie i jako niespełniony historyk sztuki stwierdzam: “oj bardzo, me gusta, oj tak”. A jak sama treść? I tutaj przyznaję palce na chwilę zawisły nad klawiaturą próbując zebrać wszystko to, co kłębi się w mej głowie w jakieś zgrabne zdania. Było nad wyraz poważnie, było ironicznie, było nostalgicznie, było też “Ałtorkowo”. Całość dość mocno została przetasowana i wymieszana, ale tak wbrew pozorom lekko strawnie i z sensem. “Pierwsze Słowo” na pewno zrobiło na mnie wrażenie, zwłaszcza, że najbardziej zwróciłam uwagę na te najpoważniejsze pozycje - opowiadanie tytułowe “Miasto motyli i mgły”, pełne mrocznego klimatu “Katabasis”, czy przerażająco patologicznie prawdziwy “Cały Świat Dawida”. Dla mnie to właśnie one są kwintesencją tej antologii i pokazują, że Marta Kisiel niejedno ma oblicze i “na serio” też potrafi i to jeszcze tak, że człowiek zamiera z zachwytu.

Co nie zmienia jednak faktu, że “W zamku tej nocy” jest moim absolutnym faworytem przy którym zadławiłam się niejednym, bo aż trzema ciasteczkami i musiałam korzystać z pomocy ręki trzeciej, co by w plecki poklepała na Krakersa przyjacielsko. Utrzymane w podobnym klimacie “Nawiedziny”, wpadły już wcześniej w moje ręce, ale z przyjemnością je sobie przypomniałam, tak samo jak i nagrodzoną Zajdlem rewelacyjną “Szaławiłę”. Za to czytając po raz już kolejny “Dożywocie” na początku westchnęłam ciężko - “ile jeszcze stron zostało?”, ale gdzieś tam w trakcie nabrałam ochoty na przeczytanie tego jeszcze raz i to pewnie nie ostatni. To właśnie, dla mnie, jest największa magia książki oraz autora - to, że czytelnik po prostu chce/musi do tej pozycji wrócić, bo inaczej świat spłonie, a morza zawrzeją i biada temu kto stanie mu na drodze. Pamiętajmy i doceńmy - pisanie lekkich, łatwych i przyjemnych książek, to naprawdę wielka sztuka - to trzeba czuć i umieć, a Marta Kisiel na pewno to Czuje i Umie.

Podsumowując, wnioskuję, że nasza Ałtorka, że tak się spoufalę, potrafi pisać opowiadania. Niektóre, i chwała bogom za to, potem rozwijane są w jeszcze bardziej rewelacyjne książki, np. “Rozmowa Dyskwalifikacyjna” nadawałaby się na na kolejny zalążek całkiem śmiesznej powieści o przekwalifikowanym, ale znającym swoją godność Renruku Hardogębnym - tak tylko lekko podpowiadam ;)

Nie dajmy się więc zwieść kokieterii Autorki - warto sięgnąć po “Pierwsze słowo”, choćby dlatego by poznać tę “wąska ścieżkę, jaką kluczy jej wyobraźnia”. Koniecznie w zestawie z kocem, czymś puchatym z futerkiem i ciastkami oraz pomocnym “Krakersem” do ewentualnego oddławiania.

“Pierwsze słowo” stało się dla mnie ważną książką, bo także pod wieloma względami jest pierwsze… Pierwsza książka, która dotarła na mój nowy adres, pierwsza przeczytana i zrecenzowana… pierwsza, którą stawiam na na dziewiczo nowych półkach. Pamiętajmy, że Pierwszych Słów nie da się cofnąć, to przestroga nie tylko od autorki, ale także i ode mnie. Pocieszające jest tylko to, że nie zawsze niosą ze sobą tylko zło i cierpienie.

Ocena 9/10

czwartek, 21 września 2017

"Wilcze Leże" - Andrzej Pilipiuk

Od A jak Anubis do W jak wilkołactwo.
Zanurz się w świat opowieści, w których granica między tym co realne a tym co fikcyjne niebezpiecznie się zaciera…
W życiu Roberta Storma nadchodzi wielka zmiana. Gdy na horyzoncie pojawi się dziewczyna, która ma szanse zostać kobietą jego życia, Robert pozna smak porażki i narazi się wpływowym przeciwnikom. A jedynym wyjściem będzie ucieczka…
Doktor Skórzewski znów zetknie się z pytaniami bez odpowiedzi i stanie twarzą w twarz z faktami, których nie sposób ogarnąć rozumem…
Zaś we Wrocławiu pewna pochodząca z Breslau mumia przysporzy inspektorowi Pawłowi Nowakowi sporo kłopotów.
Umość się wygodnie w Wilczym Leżu i oczekuj niespodziewanego.

[Fabryka Słów, 2017]
[Opis i okładka: http://fabrykaslow.com.pl/autorzy/andrzej-pilipiuk/wilcze-leze-andrzej-pilipiuk/]

Fragment można przeczytać : TUTAJ
Książka udostępniona dzięki uprzejmości Fabryki Słów.

AGA:

„Wilcze Leże” to już dziewiąty zbiór opowiadań Andrzeja Pilipiuka, i pomimo że od dawna twierdzę, że najlepszą jego antologią było „2586 kroków”, to jednak dzięki lekkości pióra i niewątpliwie świetnie wypracowanemu warsztatowi pracy, opowiadania te czyta się po prostu z przyjemnością.

Antologia numer dziewięć, nomen omen, liczy sobie dziewięć opowiadań, z czego pięć poświęconych jest Robertowi Stormowi, dwa doktorowi Pawłowi Skórzewskiemu, a dwa są  nie związane z wyżej wymienionymi, a tak lubianymi przez czytelników, bohaterami, w tym tytułowe „Wilcze Leże”. Czego można spodziewać się można po kolejnej antologii Andrzeja Pilipiuka? Odnajdujemy w niej stałe elementy, które przewijają się przez wszystkie opowiadania autora, a mianowicie zamiłowanie do rzeczy starych, szacunek do rzemieślników, którzy pochylili się nad rzeczami, by je stworzyć. Widać w opowiadaniach Pilipiuka, że nie lubi współczesnego podejścia do „jednorazowości”, hołduje tradycji, że warto starać się coś naprawić, niż to wyrzucić. Ta sama staroświeckość tyczy się również szacunku w stosunku do relacji międzyludzkich; pamięci o przodkach, szacunku względem zmarłych, nawet tych, którzy byli nam obcy, nawet tych, którzy bywali wrogami. Takie opowiadania jak „List z wysokich gór”, czy „Wilcze leże” właśnie przypominają o tym by w złych czasach nie być „wioskowymi hitlerkami” i pomagać sobie nawzajem. Z jednej strony w Pilipiuku dużo goryczy, ale również dumy narodowej, nostalgii i tęsknoty, niestety za czasami i wartościami, których już nie ma, za szlachetnością, która już przeminęła. W opowiadaniach znajdziemy sentymentalne powroty do czasów kolonializmu, mumie, egzotyczne krainy, niesamowitość będzie przeplatała się z rzeczywistością, będą też cyganki, wilkołaki, tajemnicze drzwi, zaginione manuskrypty, święte relikwie, a także bardzo realni gestapowcy, policjanci, bandyci i zakapiory. Kult przedmiotów i wartości, aż namacalna, smakować można na podniebieniu. 

Wydaje się, że twórczość Pilipiuka zbliża się bardziej do urban fantasy, niż do klasycznej fantastyki, bliżej jej do zagadek rodem z policyjnych akt spraw niewyjaśnionych i dziwnych. Brak w historiach mocnego akcentu, morału, sama droga poszukiwań ma być fascynująca, a nie rozwikłanie zagadki. 

Każdorazowo z opowiadaniami Andrzeja Pilipiuka mam problem; z jednej strony czyta mi się je świetnie, tę antologię zresztą czytało mi się rewelacyjnie w porównaniu na przykład z „Aparatusem”. Przyznaję, że podobnie postrzegam krytycznie przemiany społeczne i z przyjemnością wykpiwam co poniektóre irytujące zachowania społeczne. Z przyjemnością śmieję się z drobnych smaczków, jak na przykład „pogrzeb lali z sex shopu”, czy obraz Chrystusa w garniturze z walizką. Jednak czasem czuję się zmęczona nachalnym parenetycznym hołdem składanym staroświeckości, Robertem Stormem, który zaczyna być odrealnionym omnibusem i brakiem porządnych zakończeń z przytupem. Wydaje mi się, że pora wprowadzić w końcu jakieś zmiany.

Ocena: 8/10