Pokazywanie postów oznaczonych etykietą YA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą YA. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 lipca 2018

"Bańka" - Siri Pettersen


Sięgnij po magiczną kulę – przygoda jest na wyciągnięcie ręki!

Brawurowa i cudowna książka! Wyjątkowe połączenie magii i rzeczywistości.

12-letnia Kine musi wstawać rano, musi chodzić do szkoły i na pływalnię, musi żyć z przezwiskiem Bańka, a na dodatek musi śpiewać w beznadziejnym chórze gwiazdkowym. Musi żyć według durnych reguł, w durnym miasteczku, w durnym świecie. 
Ale pewnego dnia zdarza się cud! Znajduje szklaną kulę, która daje jej schronienie przed światem. Bańka zamieszkuje w bańce, która potrafi latać i spełnia życzenia! 
Co z tego wyniknie i jak potoczy się historia Kine? O tym właśnie opowiada ta cudownie kąśliwa, dowcipna, ale i bardzo pouczająca książka.

[Dom Wydawniczy Rebis, 2018]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4848788/banka]

Książka zrecenzowana dla Secretum.pl

PATI:


“Bańka” jest kolejną książką Siri Pettersen, która ukazuje się u nas dzięki wspaniałości Wydawnictwa REBIS i piszę to wspaniałości jak najbardziej szczerze, bo rzeczywiście Siri to autorka, którą znać co najmniej wypada, a do tego jeszcze naprawdę warto. Ta niestety krótka powieść, skierowana jest z założenia do dość młodego czytelnika, bardzo szybko się okazuje, że to przecież jest jednak Siri... po niej należy spodziewać się, że nawet książka dla nastolatek, będzie ponadprzeciętna i na pewno niegłupia. Ta norweska pisarka oczarowała mnie już w trylogii “Kruczych Pierścieni”, do której na pewno nie raz będę jeszcze wracać, a podczas autografów na Pyrkonie 2017 sama autorka okazała się przesympatyczna i entuzjastycznie nastawiona do każdego fana, który podchodził z książką w drżących łapkach. Dlatego też z niecierpliwością czekałam na “Bańkę” i na to, że będę mogła zapoznać się z kolejną “Siri”.

Główna bohaterka, dwunastoletnia Kine nienawidzi wszystkich i wszystkiego, bo wszystko i wszyscy są bardzo głupi, a najbardziej pływalnia i Jarle. Na krzywej ławce na cmentarzu Kine myśli o śmierci i beznadziei życia swojego, użalając się nad sobą po kolejnym fiasku na tej przeklętej pływalni. I wydawałoby się, że tak naprawdę nic jej już nie jest wstanie pomóc, kiedy znajduje szklaną kulę, która okazuje się takim swoistym safe zone - bezpieczną przystanią, do której nic żywego nie ma dostępu, a PRAWIE wszelkie jej zachcianki są spełniane od razu. I tak naprawdę to to PRAWIE zaczyna po jakimś czasie robić różnice. Sama kula, gdyby tego było mało, jest jeszcze zamieszkała przez najbrzydszą na świecie hybrydę “lalko-mumii z misiem”, która zamiast głowy ma czaszkę z jednym oczkiem bardziej. Niby się nie porusza, ale Kine czuje, że nie jest ona całkowicie martwa, a na pewno w niepojęty sposób lalka zwiększa swoją objętość, co sprawia, że dziewczyna zaczyna czuć się nieswojo...

Kine, wychowywana w swojej opinii przez “włochatego orangutana” i “marudną mewę”, ma żal do rodziców, którzy “nie rozumieją jak wielkie potrafi być coś, co jest drobne”. Że jej niechęć do pływalni naprawdę ma swoje podstawy i nie jest tylko nastoletnią fanaberią, a sama Kine jest już na skraju nerwicy i załamania. Kine, to jednak kolejna nastolatka, która potrafi myśleć - oczywiście z opóźnieniem, i nie zawsze wyciąga właściwe wnioski. Trzeba przyznać Siri Pettersen, że naprawdę potrafi konstruować postacie wyjątkowych nastolatek i to takich, które da się lubić. Poza tym Kine wykazuje się wyjątkowo kąśliwym i dosadnym poczuciem humoru, więc na pewno nie da się przy tej książce nudzić.

Uważni czytelnicy i fani Sagi o Ludziach Lodu na pewno zauważą, jak na drugie imię ma Kine, a część z nich będzie nawet pamiętała, że Villemo oznacza “dziki pyłek”. I generalnie bardzo pasuje ono do Kine, która nie tylko przejawia niespotykany poziom niedopasowania w swojej szkole i w całym tym nudnym miasteczku, ale także potrafi na przekór wszystkim podejmować naprawdę odważne i dorosłe decyzje oraz ponosić ich konsekwencje, ucząc się jednocześnie na własnych błędach.

“Bańka” skłania do niejednej refleksji. Zastanawiam się na ile na tę historię składają się własne doświadczenia autorki, a na ile jest to po prostu fikcja literacka. Bo wbrew pozorom Kine nie ma złego dzieciństwa i paskudnych rodziców. Wszyscy muszą po prostu dojrzeć i zrozumieć pewne sprawy. “Bańka” to dla mnie połączenie Burtona z Gaimanem na najwyższym poziomie. To książka przesycona nastoletnim żalem i bólem (czasami także i bólem pupy), która wprowadza jednak światło i nić nadziei, dzięki spodziewanemu happy endowi, choć nie tak bardzo oczywistemu. To na pewno nie jest prosta opowieść, choć porusza wiele elementarnych tematów. I to tematów ważnych, nie tylko dla dzieci, ale i dorosłych, co sprawia, że książkę z przyjemnością przeczyta każdy i znajdzie w niej coś, co go w niej zachwyci.

Ocena:7/10

poniedziałek, 25 czerwca 2018

"Tajemnica godziny trzynastej" - Anna Kańtoch


Nina budzi się zziębnięta wśród rozsypanych na posadzce odłamków szkła. Nie wie, gdzie właściwie się znajduje, ani nie pamięta, kim jest. Rozglądając się wokół, zauważa, że odzyskała przytomność w pałacyku, który stoi przy rynku niewielkiego miasteczka. Tydzień wcześniej Nina, Jacek, Tamara oraz Hubert zostali zabrani przez komunistów na ferie zimowe. Mieli je spędzić w urokliwym miasteczku w Bieszczadach, jednocześnie przygotowując się do swoich przyszłych zadań jako elitarna grupa Czerwonych Kapturków, czyli nastolatków zwalczających skutki anielskiej magii. A teraz przerażona, pozostawiona sama sobie Nina, ubrana jedynie w staroświecką suknię z koronkami, odkrywa, że miasteczko jest wymarłe. Nie napotyka żadnych śladów życia, zupełnie jakby wszyscy mieszkańcy nagle zniknęli. Pozostało jedynie zimno i śnieg. Jak się tu znalazła i co się stało z mieszkańcami opuszczonego miasteczka.

[Uroboros, 2018]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4819701/tajemnica-godziny-trzynastej]

Dziękujemy za udostępnienie  książki do recenzji Wydawnictwu Uroboros.


PATI:


Jeszcze nie zdążyłam się nacieszyć dwoma poprzednimi Tajemnicami, a tu już do moich rąk trafiła ich Trzecia część, choć zarazem Trzynasta. A, że ostatni będą pierwszymi, więc od razu na wstępie zaznaczam, że “Tajemnica godziny trzynastej” aktualnie wychodzi na prowadzenie wśród dwóch swoich poprzedniczek. I to chyba zaskakujące najbardziej dla mnie, że każdy kolejny tom cyklu Tajemnic, wydaje mi się jeszcze lepszy i ciekawszy od pozostałych.

“Czerwone Kapturki” znowu spotykają się na akcji, gdy porucznik Lis wysyła dzieciaki na “ferie szkoleniowe” do “najmniej magicznego miasteczka w Polsce” i wychodzi na to, że komuniści nie mogli się już bardziej mylić. Nina, aktualnie Marczak, budzi się przemarznięta na podłodze sali balowej, ubrana w suknie z innej epoki, wśród odłamków rozbitego szkła. Nie tylko nie wie, gdzie się znajduje, ale co gorsza nie wie też kim jest. Wokół wszystko pokrył śnieg, nigdzie żadnych śladów, ni żywej duszy… I już wiemy, że Nina wpadła w kolejne tarapaty. Tak zaczyna się kolejna wielka przygoda dziewczyny, która coś nie ma szczęścia do wakacji, a magia podąża za nią jak upierdliwy stalker - wielbiciel. A miało być tak pięknie - z resztą jak zwykle.

W momencie kiedy Nina, stara się poradzić sobie  w opuszczonym mieście, my rozdział po rozdziale, poznajemy szczegóły ferii, jakie dziewczyna spędzała wcześniej z przyjaciółmi w urokliwym miasteczku “Wilcze Doły” w Karkonoszach. Ja naprawdę uwielbiam te wielowymiarowe, pomieszane chronologicznie zabiegi literackie Anny Kańtoch i jej sposób prowadzenia narracji przeplatające się w czasach i miejscach. Ta niezwykle utalentowana autorka potrafi nawet z książki dla młodzieży stworzyć również ciekawą historię dla dorosłego czytelnika, a do tego jest ona zawsze tak świetnie napisana, że jest to ewenement wśród innych tego typu pozycji. Chylę czoła przed warsztatem, pomysłowością, a chyba najbardziej przed samą realizacją. Pisarka sięga po rozwiązania, które naprawdę rzadko spotyka się w literaturze fantastycznej, a tym bardziej jeszcze tej skierowanej do młodszego czytelnika.

Faktem jest, że tak bardzo zżyłam się z dzieciakami dzięki dwóm poprzednim książkom, że naprawdę trudno mi było ich zostawiać zakopanych pod śniegiem i iść spać. I ze zdziwieniem odkryłam, że naprawdę lubię tę całą ich czwórkę, choć najmniej z nich wszystkich tego nieszczęsnego Jacka. Widać też jak sama Nina rozwija się i powolutku dorośleje, a przebijają się u niej cechy, których brak niejednemu dorosłemu. Potrafi być uczciwa  i krytyczna względem siebie, dostrzega swoje wady, a nie tylko zalety. Nie jest już tak płaczliwie wkurzająca, jak miało to miejsce w Totenwaldzie, więc naprawdę trudno jej nie lubić, a z książki na książkę coraz bardziej przypomnina mi Pratchettowską Tiffany Obolałą. Z resztą nie czarujmy się, sama sytuacja Niny jest naprawdę nie do pozazdroszczenia - z dala od rodziny, której być może już nigdy nie zobaczy, do tego zdeklarowana ateistka często mylona z komunistką, jest zmuszona mieszkać i pobierać nauki w szkole katolickiej. Co gorsza jest zobligowana współpracować z rzeczonymi komunistami i wbrew sobie widzi, że część z nich może nie jest jednak wcale taka do końca zła, a na pewno w pewien sposób docenia i nawet trochę podziwia metody Lisa. Na pewno warto będzie kiedyś usiąść i przeczytać tę całą serię na raz, tak od początku do końca i przyjrzeć się bliżej i dokładniej przemianom jakie zachodzą u Niny.

Pierwsze dwa tomy udało mi się przeczytać praktycznie jeden po drugim, a i teraz zbyt wiele wody w Warcie nie upłynęło między kolejnym. Tak czy siak, mam naprawdę nadzieję, że ta cała historia traktowana jako całość do czegoś dąży. Do chociaż jakiegoś minimalnego “Happy Endu” dla Niny. I mam wrażenie, że kiedy/jeśli Anioły odejdą i Nina utraci swój przenikliwy dar otrzymany w schedzie po Wybrańcu, to naprawdę trudno jej będzie znowu zostać normalną i niczym nie wyróżniającą się dziewczyną. To wszystko co już przeżyła i to, co jej szykuje jeszcze autorka już ją tak zmieniło, że przeciętna to ona już raczej nie będzie.

Mam więc naprawdę nadzieję, że autorka będzie dalej kontynuować tę serię, bo przynajmniej we mnie ma wielką fankę, która z niecierpliwością czeka na następne tomy przygód Niny i reszty Kapturków. No może poza tym nieszczęsnym Jackiem…

Ocena: 8/10

czwartek, 8 marca 2018

"Tajemnica Nawiedzonego Lasu"- Anna Kańtoch

Po mrożącej krew w żyłach Tajemnicy Diabelskiego Kręgu Anna Kańtoch przedstawia dalsze losy Niny Pankowicz, w najlepszym stylu żonglując konwencjami i tworząc opowieść, której nie da się zapomnieć.
Wakacje w Markotach przewróciły życie Niny do góry nogami. Gdy dziewczynka próbuje dojść do siebie, w jej szkole pojawiają się sierżant Sowa i porucznik Lis. Zabierają ją do Instytutu Totenwald pod wschodnią granicę, gdzie przebywają dzieci takie jak ona, obdarzone przez anioły magicznymi mocami. Instytut przypomina koszary – jego mieszkańcy przez całe dnie ciężko pracują, zabierani są na badania i przesłuchania. Co jakiś czas niektóre dzieci dostają czerwoną kartkę i znikają bez śladu. Nikt dokładnie nie wie, czego chcą komuniści. Mroczne tajemnice skrywa także las i opuszczona wioska węglarzy położona nieopodal… Jakie zadanie tym razem otrzyma do wykonania Nina?
[Urobors, 2015]
[Opis i okładka:https://www.gwfoksal.pl/tajemnica-nawiedzonego-lasu-anna-kantoch-sku627da0f78ee9f62a328e.html]
Książka zrecenzowana dla Uroboros.
PATI:
Anna Kańtoch to autorka, z którą do tej pory miałam niewiele do czynienia. Dotychczas na  koncie mam “13 Anioła” i pierwszą część serii o Domenicu Jordanie, ale z racji braku jakiś wielkich zachwytów, nie to, że omijałam pozostałe książki tej autorki, ale raczej nie szukałam ich jakoś specjalnie. W przypadku “Tajemnicy diabelskiego kręgu” zadziałała na mnie okładka. Taka klimatyczna… taka mroczna… opis też zachęcający - powojenna Polska, anioły (?!) i dziwne wydarzenia w trakcie wakacji w Markotach. Wszystko zapowiadało, że lektura będzie chociaż interesująca, pomimo, że to YA. A ja ją chwyciłam i zjadłam i uznałam ją za nawet bardziej niż zadowalającą. Oczywiście nie obyło się bez pewnych zastrzeżeń z mojej strony, ale Diabelski Krąg na tyle przypadł mi do gustu, że już bez ociągania sięgnęłam po część drugą z ochotą i wyczekiwaniem wręcz przeogromnym.

Ja(Nina) wróciła do domu z wakacji “z niespodzianką” od aniołów i stara się na nowo odnaleźć w normalnym świecie. Ninie po Markotach pozostały nie tylko wspomnienia, ale i zdobyte tam nowe umiejętności - w spadku otrzymała 1/12 skilla magicznego Wybrańca do tego ponadprzeciętną przenikliwość. I trzeba przyznać, że tak naprawdę nie wyszła na tym bardzo źle. Dziewczyna wróciła też zauważalnie odmieniona psychicznie i jest zbyt inteligentna by wierzyć, że takie w miarę normalne życie będzie w ogóle na dłuższą metę możliwe. Dlatego pojawienie się w jej szkole dwóch funkcjonariuszy ze Służb Bezpieczeństwa zainteresowanych jej skromną osobą w ogóle jej nie zaskakuje. Zostaje przymusem przewieziona do instytutu Totenwald, gdzie poza mniej lub bardziej ciężką pracą czekają na nią przesłuchania i różne testy. Ale nasza Nina nie jest sama - wśród znajdującej się tam młodzieży odnajduje też swoich przyjaciół z Markotów i dziewczyna razem ze swoją mniej lub bardziej niezawodną grupą wsparcia postanawiać wiać z nawiedzonego lasu i Totenwaldu najszybciej jak się da. Zwłaszcza, że las wokół zamieszkują we mgle przerażające istoty.

Czego spodziewałam się po “Tajemnicy nawiedzonego lasu”? Na pewno tego co po innych seriach, że druga część zazwyczaj i niestety jest gorsza od tej pierwszej. Ale o dziwo, mnie dużo bardziej podobał się właśnie ten drugi tom - chyba głównie z powodu rozwiązania ostatecznego zagadki chaty węglarzy. I chociaż czytałam “Nawiedzony Las” głównie w nocy niepomna na przestrogi z tylnej części okładki  - to jakoś nie miałam większych problemów z zaśnięciem. Chociaż nie... w sumie to miałam. Książka na tyle mnie wciągnęła, że naprawdę trudno mi było się od niej oderwać, nawet kosztem kolejnych utraconych godzin snu. Nie potrafię niestety ocenić czy “Nawiedzony Las” rzeczywiście potrafi przerażać i ciarki na ciele stwarzać, ale na pewno potrafi wciągać i czyta się go z przyjemnością, nawet jeżeli tak jak ja nie jesteście już targetem i grupą docelową tej książki. W moim przypadku nie tylko wiek odgrywa rolę, ale i dobrowolne oraz wieloletnie spaczenie - zaczytywanie się już w podstawówce horrorami m. in. Grahama Mastertona.

Zaskakujące jest jak autorka serwuje nam niezłego wielosmakowego shek’a - taki literacki eklektyzm - quasi gotycką młodzieżową powieść grozy osadzoną w powojennej Polsce, przemieszana z kryminałem, elementami horroru i szczyptą sf, niczym wisienką na tej całej bombie kalorycznej. Trzeba przyznać że jest to niesamowicie smakowite i sycące. Sama książka klimatem przypomina mi pod pewnymi względami “Osobliwy dom pani Peregrine”, ale traktuje to tylko na jej plus. Co mnie zastanowiło to, co się stało z naszą Niną, która w tej części ryczy i płacze dużo więcej niż przez całą poprzednią. Przenikliwość dziewczyny i jej nabyta inteligencja często nie idzie w parze z jej nadpobudliwością i często działaniem w amoku. A potem następuje kolejny ryk i chlipanie. Ja rozumiem, że dziewczyna jest w najgorszym możliwym wieku, z jednej strony jest jeszcze dzieckiem, a z drugiej chce być już traktowana jak dorosła. To już nie ta sama beztroska nastolatka (tak bardzo beztroska na ile może sobie na to pozwolić dziewczyna w powojennej Polsce). Nie jest taka dzielna jak myślała, ale potrafi zagryźć zęby i robić swoje.

Poziom trudności także zagadek wzrasta - co było moim głównym zarzutem do Diabielskiej pierwszej części -  w tym tomie autorka nie wybiera już najbardziej oczywistych i najprostszych rozwiązań i choć bywają one czasami nadal dość grubo szyte to i tak czuć już sporą różnicę. Czekam też na kolejne tomy i mam nadzieję, że Nina wraz z przyjaciółmi mniej lub bardziej szybko będzie dorastać i odkryją wreszcie co jest straszniejsze - prawdziwe potwory, czy komunistyczna rzeczywistość trzyma w stalowych pięściach przez SB. Na koniec chciałabym jeszcze pokazać Wam niespodziankę, którą otrzymałam wraz z książką, która sprawiła mi wielką frajdę - tak jestem pustą literacką gadżeciarą xD



Ocena: 8/10

poniedziałek, 30 listopada 2015

"Wybrana" - Naomi Novik


Naomi Novik, wychowywana na polskich bajkach i baśniach, wplata poznanych w nich bohaterów do swojej najnowszej powieści.



Agnieszka kocha swój dom w dolinie, swoją cichą wioskę położoną na peryferiach królestwa Polnii, niedaleko granicy z sąsiednią Rusją. Uwielbia okoliczne lasy i lśniącą błękitną rzekę. Niestety, w pobliżu rozpościera się także złowrogi i tajemniczy Bór, pełen złych mocy i drapieżnych stworów. Mieszkańcy doliny mogą liczyć tylko na to, że żyjący w odosobnieniu czarodziej zwany Smokiem nie dopuści do rozprzestrzeniania się zła. Jego pomoc oparta jest jednak na okropnym warunku - co dziesięć lat zabiera on z doliny jedną siedemnastolatkę, która będzie mu usługiwać w jego wieży.

Zbliża się dzień kolejnego wyboru. Agnieszka jest w grupie kandydatek i martwi się tym, że - zgodnie z przypuszczeniami mieszkańców - Smok zabierze jej przyjaciółkę Kasię, najpiękniejszą i najzdolniejszą z dziewczyn. Czarodziej jednak podejmuje inną decyzję...

[Rebis, 2015]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/259888/wybrana]

AGA:

„Wybraną” Naomi Novik otrzymałam od Pati na urodziny, pomimo tego, że jest to powieść młodzieżowa, od którego to gatunku raczej trzymam się z daleka. Sami jednak przyznajcie, ile książek przeczytaliście, w których bohater ma tak samo na imię jak wy? A „Wybrana” to powieść fantasy zagranicznej autorki.

Na zapowiedź „Wybranej” Naomi Novik zwróciłam uwagę dzięki pięknej okładce Scotta McKowana, przykuła moją uwagę, marketing zadziałał, wysiłki ilustratora nie poszły na marne. Normalnie książki Nami Novik z cyklu Tremeraire nie wzbudzały mojego zainteresowania, tą też bym się nie zaciekawiła, nawet pomimo pięknej ilustracji, gdyby nie fakt, że bohaterką jest moja imienniczka i że reklamowana była jako powieść nawiązująca tematyką do baśni polskich.

„Wybrana” opowiada historię pewnego Boru, Smoka i rzeszy niewinnych dziewcząt poświęcanych na rzecz okiełznania złych mocy. Zabrzmiało, jak wstęp do książki o nekromancji lub co najmniej czarnej magii. Żartuję, nie jest tak ciekawie, tzn. okropnie, w końcu to powieść dla młodzieży. Opowieść rozpoczyna się, gdy zgodnie z tradycją Smok, choć niezgodnie z tradycją nie jest łuskowatym gadem ziejącym ogniem, tylko czarodziejem zamieszkującym wieżę na skraju Boru, wybiera z Dwiernika, pobliskiej wioski, młodą dziewczynę na swoją towarzyszkę. Nadal należy pamiętać, że to powieść dla młodzieży. Wszyscy przekonani są, że wybranką zostanie piękna i powabna, przygotowywana do tej roli od urodzenia, Kasia. Jednak Smok wszystkich zaskakuje i wybiera ciapowatą i nierozgarniętą Agnieszkę. Początki współpracy czarodzieja z wybranką, nie mylić z oblubienicą, są dość ciężkie, Smok, pomimo że jest człowiekiem, zachowuje się, jak gruboskórny, łuskowaty gad ziejący ogniem, wydając polecenia, ale niczego nie tłumacząc, a Agnieszka z braku jakichkolwiek wyjaśnień, miota się w roli, w której nigdy nie chciała być obsadzona. W trakcie, gdy bohaterowie próbują się pozabijać, pojawiają się w wieży nowe dramatis personae; Książe Marek oraz matka Kasi. Do akcji wkracza Bór, który stara się zagarnąć dla siebie coraz większy teren. Agnieszka i Smok muszą stawić czoła zamachowi stanu, bezkrólewiu, inwazji Boru, roszczeń Księcia Marka, a nawet uratować Polnię przed zakusami Rusji.

Autorka w wywiadzie (http://www.naominovik.com/2015/07/ask-naomi-tell-us-more-about-the-uprooted-polish-fairy-tale/) i w podziękowaniach wspomniała, że inspiracją do napisania książki były jej wspomnienia z dzieciństwa, związane z matką, która czytała jej baśnie Natalii Gałczyńskiej „O wróżkach i czarodziejach”. Jedna z baśni pt. „Agnieszka – Skrawek nieba” zainspirowała Naomi Novik do napisania właśnie „Wybranej”. Polski odbiorca jednak nie odnajdzie poza nazewnictwem żadnych powiązań z Polską, bowiem baśnie, którymi inspirowała się autorka, są tak naprawdę francuskimi baśniami ludowymi. Czytelnicy, którzy spodziewaliby się nawiązań do kwiatu paproci, siedmiu śpiących rycerzy, czy smoka wawelskiego, mocno się rozczarują. Nie będę jednak zbytnim malkontentem, bo nawet tak luźne nawiązania do polskości u autorów zagranicznych, cieszą. Sama powieść przypomina po trosze książki wschodnich autorek, takich jak Gromyko, Izmajłowa, czy Ruda, jednak nie zawiera tego najważniejszego, swobodnego, niewymuszonego humoru. Historia Agnieszki i Smoka porywa, jest lekka w odbiorze, fabuła rozwija się dynamicznie, a czasem nawet zaskakuje. Agnieszka jest bardzo podobna do bohaterek zza wschodniej granicy; impulsywna, przekonana o tym, że świat jest biało-czarny, pełna idei i ukrytych, nierozwiniętych jeszcze talentów oraz wiary w słuszność wyłącznie swoich przekonań. W „Wybranej”, gdyby nie traktować jej jedynie jako lekkiej i przyjemnej powieści, można by odnaleźć wiele problemów, z którymi młodzież się spotyka w czasie dorastania. Agnieszka, jako młoda dziewczyna, zostaje rzucona na głęboką wodę i oddana pod opiekę Smokowi, musi nauczyć się żyć w nowym dla niej otoczeniu, sprostać dorosłym obowiązkom, rozpocząć trudną naukę czarowania, jednocześnie dręczy ją tęsknota za rodzinnym domem, często musi podejmować decyzje kierując się rozumem, a nie impulsywnym uczuciom (nie to, żeby jej to wychodziło), a przez cały czas buntuje się przeciwko autorytetom. „Wybrana” wydaje się być dobrze skonstruowaną, ciekawą powieścią. Pomimo, że fabuła rozwija się we względnie standardowy sposób w mniej więcej znanym kierunku, to koncepcja Boru, tym czym okazuje się on być, jest zaskakująca, oryginalna i okrutna, wzorująca na mrocznych i okrutnych baśniach.

Na koniec podsumowując; „Wybrana” Naomi Novik to po prostu dobrze napisana powieść fantasy dla młodzieży doprawiona szczyptą polskości. Dorosły czytelnik zadowoli się po prostu jej lekką formą i zwięzłą fabułą.


  • A book that was originally written in a different language
  • A book by an author you have never read before
  • A book with magic
  • A book with one word title
  • A book by female author
  • A book with nonhuman character
  • A book published this year
  • A book with more than 500 pages



Ocena: 8/10
Przesłanie: "Dobry marketing nie jest zły." :)




środa, 2 września 2015

„Nadciąga burza” - Robin Bridges


Światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki.

Ew. św. Jana 3,19


Gałęzie i korzenie drzewa genealogicznego naszej rodziny splątane są z wieloma innymi drzewami królewskich rodów i, podobnie jak większość roślin w owym mrocznym lesie, skażone złem.

Petersburg. Rok 1888. Krwawi słudzy Ciemności dążą do obalenia cara. Z dnia na dzień mroczny sekret Kateriny Aleksandrownej, umiejętność ożywiania zmarłych, zaczyna ściągać uwagę tych, których zainteresowania powinna za wszelką cenę unikać.

Nadchodzi czas, w którym młodziutka Księżna Oldenburga musi opowiedzieć się po jednej ze stron konfliktu... To wybór umysłu, ale i serca. Ofiarowanemu albo chłodnemu carewiczowi Jurijowi, albo zabójczo przystojnemu księciu Danile, dziedzicowi tronu vladików z owianej przerażającymi opowieściami Czarnogóry.

Tego wieczoru śmierć zatańczy pośród nas.

[Fabryka Słów, 2012]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/137997/nadciaga-burza]

PATI:

"Nadciąga Burza" to powieść - wydana z trzy lata temu przez Fabrykę Słów - która jakoś od razu wpadła mi w oko, głównie z powodu jakże sympatycznej okładki rodem jak z romansu historycznego - piękna blondyna robi do nas dziubek, okutana w czarne futro i wielgachną quasi rosyjską czapę. A wokół prószy puszysty śnieżek, bezlistne drzewa pociągnięte lakierem punktowym sugerują nam, że książka będzie klimatyczna. Niestety tylko sugerują. Myślę, że nawet jest im trochę wstyd, że aż tak wprowadzają w błąd niczego nieświadomych czytelników. Pamiętacie jak z Agą wspólnie cierpiałyśmy przy: "Posępnej Litości" i "Dziewczynie w Stalowym Gorsecie"? Ta powieść idealnie wpasowuje się w ten trend. Słabo napisana, bardzo banalna treściowo i zadziwiająco kiepska ogólnie. Robin Brigdes, pielęgniarka, której korzenie są ukraińskie (pradziadkowie prowadzili piekarnię) uznała, że jest na siłach napisać powieść o Rosji z roku Pańskiego 1888. Co gorsza, stwierdziła, że podoła nawet z trylogią – dzięki bogom, nie wydanej w Polsce. A pomagała jej przy tym ponoć Ilona Andrews (sądzę że głównie Ilona, a nie Andrew) - w co aż nie chce mi się za bardzo wierzyć.

Główną postacią "Nadciągającej Burzy" jest Katerina Aleksandra Maria von Holstein-Gottorp, księżniczka Oldenburgu, wiosen 16, blond panna marząca zostać lekarzem. I choć ojca ma postępowego, takiego co nie ma nic przeciwko jej fanaberyją, to już jej "Maman" chce wydać córunię za jakiegoś arystokratę z odpowiednim nazwiskiem, rodowodem i majątkiem. Mamusia, bardzo mądra kobiecina, obawia się jednak, że raczej żaden pretendent nie będzie chciał żony lekarki. Ale to oczywiście nie wszystko. Nasza bohaterka jest nie tylko błękitnej krwi - jest też potężnym nekromantą (!!!), co w swojej naiwności ukrywa nawet przed najbliższymi. Oczywiście w książce już kompletnie nic by się nie działo, poza kolejnymi opisami bali, na które uczęszcza Katerina; więc jej sekret musi prędzej czy później wyjść na jaw. No i rozpoczyna się polowanie na dziewczynę: Książę Czarnogóry - wąmpierz - upatrzył ją sobie na małżonkę, a jego siostry czarownice wspomagają go na każdym kroku, nie cofając się przed niczym. Katia w swojej naiwności daje się im zastraszyć i godzi się na narzeczeństwo z Daniłą - by jej rodzinie nie stała się żadna krzywda. A to już niestety ponad połowa książki. Dalej? Dalej jest już tylko gorzej. Po Petersburgu krążą ożywieńcy, wilkołaki, ghule, wampiry i wszelkie ich odmiany, a wszystko to tak nędznie opisane, że czytelnik tylko ziewa – zero emocji i zero atmosfery.

Poza bardzo szczegółowymi opisami kolejnych sukien i biżuterii, jakie ma na sobie nasza bohaterka nie brakuje też opisów licznych pałaców i sal, oranżerii, korytarzy, ogrodów i co gorsza sukien, jakie mają na sobie inne Wysokości, oraz dań jakie spożywają łącznie ze stwierdzeniami, że np. kaczka była gumowa, a zupa bez smaku. Gdyby wyciąć z książki wszystkie te niepotrzebne opisy, zostałoby pewnie zaledwie 20% „akcji” i jakieś pół strony dialogów. Zupełną zgrozą były także „rozdziały”, a właściwie „rozdzialiki”, książka ma 370 stron, a rozdziałów jest, uwaga, 58! Obliczyłam, że średnia długość to 6,38 strony. Być może miał to być zabieg sugerujący „dynamikę”, ale dla mnie bardziej przypominało to książeczkę dla dzieci. To było złe, ale najgorsze jeszcze przed nami.

Zbrodnią było umieszczenie przez autorkę (złośliwie nie nazywam jej pisarką) w tej całej swojej historii prawdziwych postaci, a dokładniej przedstawicieli dynastii Romanowów. Jeśli nie pamiętacie dokładnie jak zginęli ostatni car i caryca, to na pewno obiła wam się o uszy historia o Anastazji, która jak okazało się całkiem niedawno nie przedostała się jednak do Stanów Zjednoczonych, ale została bestialsko zamordowana razem z całym swoim rodzeństwem i rodzicami. Rodzicami, o których śmie pisać Pani Bridges dając im paranormalne moce i opisując carewicza Mikołaja II, jako pochodzącego z Jasnego Dworu Fairy. Także Aleksandra Fiodorowna, zwana jeszcze wówczas Alicją Wiktorią Heleną Ludwiką Beatrycze Hessen-Darmstadt, nie umknęła zbrodniczej fantazji Bridges, która zasugerowała kilkakrotnie jej nadnaturalne pochodzenie. Za to Jurijew Aleksandrowicz – miłość Katii, to nikt inny jak Jerzy Aleksandrowicz Romanow, który w rzeczywistości był bardzo słabego zdrowia - chorował na gruźlice i praktycznie mieszkał w gruzińskim uzdrowisku Abbas-Tuman. Moim osobistym zdaniem pozostali przy życiu potomkowie dynastii Romanowów i innych rodów, których nie oszczędza Bridges, powinni napisać pozew zbiorowy, i nie tylko oskubać pielęgniareczkę ze wszystkich pieniędzy, ale i zażądać sprostowania, przeprosin oraz co najmniej rytualnego samobójstwa. Dlaczego tak ostro? Nie zapominajmy, że Mikołaj oraz jego żona Alicja są nie tylko świętymi kościoła prawosławnego, ale także zostali zamordowani ze szczególnym okrucieństwem przez reżim bolszewicki, i chociaż z tego tytułu należy im się szacunek.

Naprawdę absolutnie nie warto chwytać tej książki w rękę w innym celu niż jako podstawkę pod kubek. Może nastolatki pokochają Katię i jej ptasi móżdżek, choć naprawdę nie wiem dlaczego miałyby to zrobić – przeraża mnie, że takie pozycje są wydawane i serwowane młodym czytelnikom. Dla mnie książka ta była tylko nieustannym pasmem wynudzenia oraz negatywnych emocji z powodu przekłamań historycznych. Jakby tu zarobić na Romanowach? No właśnie nie tak. Dajmy im już spokój - czy nie wystarczająco wiele wycierpieli?

  • A book with nonhuman characters
  • A book by a female author
  • A book set in a different country
  • A book set somewhere you've always wanted to visit
  • A book with magic
  • A book by an author you've never read before
  • A book that was originally written in a diffrent language

Przesłanie książki: „Nadciąga totalna porażka”
Ocena: 1/10

niedziela, 16 sierpnia 2015

„Lot sowy” - Mercedes Lackey & Larry Dickson



Rodzice Dariana byli myśliwymi, którzy w Lesie Pelagirskim łapali w pułapki istoty zmienione przez magiczne burze, a potem sprzedawali ich fantastyczne skóry. Darian jednak nie towarzyszył im w ich ostatniej wyprawie do Pelagiru – polowania, z którego nigdy nie wrócili.


Obecnie Darian jest uczniem czarodzieja Justyna, życzliwego starca, który uparcie twierdzi, że Darian ma „talent”. Jednak pogrążony w rozpaczy po stracie rodziców chłopiec nie jest zainteresowany magią i zamiast się uczyć, szuka pociechy w lesie, gdzie ukryty wśród olbrzymich drzew samotnie przeżywa żałobę. I to właśnie ze swojej kryjówki na skraju Lasu Pelagirskiego Darian widzi atak północnych barbarzyńców na swoją wieś. Samotny i bezsilny ucieka w głąb lasu. Nie wie jednak, że w odwiecznych ostępach zamieszkują Jastrzębi Bracia, lud starożytny i magiczny, a ucieczka doprowadzi go do odkrycia, którego ani Justyn, ani rodzice nie mogli przewidzieć…

[Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2015]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/232169/lot-sowy]

PATI:

Pierwszą książkę Mercedes Lackey przeczytałam jeszcze w szkole podstawowej i przyznam się szczerze, że głównie to okładka „Strzały Królowej” skusiła mnie do jej zakupu. Jak się okazało - nockę miałam z głowy. Następnego dnia pognałam jak szalona po „Lot strzały”, a na zbliżającą się gwiazdkę rodzice sprezentowali mi „Upadek Strzały”. Jeden jedyny raz w życiu zdarzyło mi się, że zaraz po skończeniu trzeciej części trylogii chwyciłam od razu za tom pierwszy i przeczytałam ją w całości raz jeszcze. Cała "Trylogia Strzał Królowej" to najczęściej polecana i pożyczana przeze mnie książka i teraz myślę, że to wręcz cud, że zawsze do mnie wracała. Może pożyczający wiedzieli, że zabiłabym i trupowi wyrwała moje najukochańsze książki? Dzisiaj okładka trzyma się już tylko na taśmie klejącej, ale te wspomnienia... te wylane łzy...

Jakieś 2-3 lata temu powtórzyłam cały Cykl o Valdemarze - poza dwoma tomami „Przysięgi i honoru” - w ramach niemego protestu, że nie wydano całości, a jedynie 2 tomy z 3. Chwyciłam za Valdemar nie tylko chcąc przypomnieć sobie losy bohaterów, z którymi dorastałam, ale też trochę z ciekawości, jak bardzo zmieni się mój odbiór tych pozycji. I muszę przyznać, że choć miejscami niektóre książki są dość naiwne, to nadal czyta się je wyśmienicie, a kreacja świata: fauny, flory i pomysły autorki na akcje są naprawdę rewelacyjne. Z resztą naiwne wydawały mi się tylko poszczególne tomy, w których głównymi bohaterami byli ci nieletni. Te dorosłe wcale, a wcale nie odbiegały poziomem od najlepszych pozycji z gatunku fantasy. Mam nadzieję, że tym wstępem wyjaśniłam wam jak bardzo uwielbiam tę autorkę i jak mocno czekałam przez ten cały czas na to, żeby zostały wydane kolejne, niepublikowane dotąd części z jednego z moich ulubionych światów fantasy. Czy te dwadzieścia lat czekania opłaciło się?

„Lot Sowy” to, na szczęście tylko powierzchownie, naiwna opowieść o kolejnym biednym osieroconym nastolatku. Darian stracił oboje rodziców i wioska postanowiła, że skoro posiada jakiś talent magiczny, to będzie uczył się na czarodzieja. Nie ukrywajmy, że rozpieszczonemu przez rodziców chłopcu, nie w smak jest jednak nauka, on kocha las i tam czuje się najlepiej. Jego arogancja i lenistwo jest oczywiście źle przyjmowana przez resztę zamkniętej i odizolowanej społeczności. Jego rodzice także nie byli wcześniej akceptowani - jako ci, którzy nie dość, że przybyli z zewnątrz to jeszcze zajmowali się nie rolą, ale polowaniami na tajemnicze i groźnie stworzenia z Lasu Pelagirskiego. Darian znosi więc przytyki z powodu swojego pochodzenia z mniejszą lub większą godnością, ale nie zapominajmy, że jest on nadal tylko dzieckiem. W dniu, kiedy jego wioska zostaje zaatakowana przez barbarzyńców ucieka w głąb puszczy i jego życie się zmienia - spotyka na swojej drodze Legendarnych Sokolich Braci, ale jakże odmiennie ukazanych, niż w trylogii „Magicznych Wiatrów”.

Faktem jest, że sama historia jest prawdopodobnie całkiem fascynująca dla młodych czytelników, ale dość banalna dla dorosłych. Tam gdzie młodzież znajdzie przygodę i akcję, a może i wzór do naśladowania oraz podwaliny pod wiarę we własne siły; tam niestety pełnoletni czytelnik ziewa, a główny bohater będzie go na zmianę: irytować, drażnić, mocno wkurzać i śmieszyć. Dość antypatyczny, wiecznie narzekający chłopiec, do tego ciągle we łzach, nie zdobył mojego serca mimo swojej niewątpliwej inteligencji i odwagi (choć czasem można ją i nazwać głupotą wieku szczenięcego). Miejscami wydawał mi się aż tak nieprawdziwy w swojej dobroci i poczuciu obowiązku, że aż nie chciało mi się wierzyć, że dziecko zwłaszcza w wieku 13 lat postępowałoby właśnie w taki sposób. To dziwne, bo znam młodocianych bohaterów od "Mercedeski" i aż mi się nie chciało wierzyć, że mogła stworzyć aż taką karykaturalną postać. Chociaż trzeba przyznać, że Vanyel też w książce "Sługa Magii" był raczej irytującym gnojkiem, ale za to na jakiego mężczyznę wyrósł :) Jest więc może i nadzieja dla naszego Dariana.

Ale tak naprawdę, to nie na Dariana zwracałam uwagę, a głównie na postacie dorosłych, i na to jak one są opisane. Szczególnie na to w jaki sposób postępują ze zbyt inteligentnym na swój wiek chłopcem. Każdy miał na to własny sposób: jedni bardzo głupi, a inni trochę mądrzejszy, ale za to bardziej podstępny. Postępowanie Justusa spostrzegłam jako dość egoistyczne, jeśli chodzi o podejście do szkolenia chłopca. Aż się chciało mi krzyczeć, że bycie dobrym nauczycielem, to też jest wielka sztuka i naprawdę nieliczni ja opanowali. Gawiedzi wioskowej nie trudno przyznać trochę racji co do sposobu postrzegania chłopca - nie dość, że „psuł” im własne dzieci, to jeszcze w żaden sposób nie przykładał się do powierzonych mu zadań. Choć wypominanie mu rodziców i złej krwi jest absolutnie naganne, to nie powiem, ale mnie też by w końcu zirytowało, że chłopak ma wszystko za przeproszeniem w nosie i nawet nie zarabia na własne utrzymanie. Fakt, że oczekiwali wdzięczności w dość nachalny sposób, nie zmienia wcale faktu, że ta wdzięczność im się należała. No i Sokoli Bracia - to już szczyt obłudy. Niby tacy dobrzy, a tak naprawdę jakby się zastanowić to bardzo wygodni i bezwzględni. Śnieżny Ogień wprost mówi, że bez zmrużenia okiem poświęci życie chłopca, a z drugiej nazywa go braciszkiem i pozwala mu się wypłakiwać na ramieniu. Oczywiście widziani oczami dziecka wydają się jednak społeczeństwem idealnym, wyrozumiałym, rodzinnym i wojowniczym (choć dość zapobiegawczym i roztropnym). Darian nie wie jednak, że nauczenie go języka Tayledrasów było tylko przykrywką do zrobienia pętli w jego umyśle, by powstrzymać go przed napadami histerii, na które dorośli nie mieli czasu. Ale czy naprawdę, czy po prostu było im tak wygodnie? Spoglądając na "Lot Sowy" z tej perspektywy zupełnie już inaczej zaczęłam odbierać tę książkę - przestała być dla mnie infantylna i banalna. Raczej ukazywała, jak inteligentne dziecko może zburzyć spokój w każdej społeczności i jak można sobie z nim poradzić. Albo i nie radzić zupełnie.

Do tego, z resztą jak zwykle w swoich książkach, Lackey ukazuje nam Valdemar jako miejsce dość bezwzględne, że życie w nim to wcale nie jest słodka bajka. Autorka nie stroni od brutalnych scen oraz otwarcie opowiada o okrucieństwach świata. Dużo wydarzeń jest tylko zasygnalizowanych, ale nie trzeba się bardzo wysilać, by zrozumieć, że chodzi o homoseksualizm, prostytucję, czy pedofilię. I choć książka jest miejscami zbyt przegadana, zbyt dosłowna, to jednak nie sposób się od niej oderwać. Trochę za krótka, trochę zbyt mało akcji, zbyt dużo analizy psychologicznej, a jednak jest tak wyśmienicie napisana - ubrana w proste słowa i niezwykle płynna. Dużym plusem także były nawiązania do postaci znanych z poprzednich książek, na które uśmiechałam się z rozczuleniem i znów nabrałam ochoty by do nich powrócić. Nie zapomniałam także, że ęą książkę Lackey napisała ze swoim mężem Larrym Dixonem, ale tak jak "Trylogia Magicznych Wojen" także napisana w tandemie z małżonkiem, odbiegała od reszty książek, tak "Trylogia Sowiego Maga" jak najbardziej wpisuje się w jakże mi dobrze znany styl "Mercedeski".

Mogłabym się czepiać Zysku i S-ka za stronę 108 gdzie pomylone są imiona postaci, mogłabym także podyskutować na temat opisu z tyłu książki - Jastrzębi Bracia oraz hasła "Chłopiec, który nie ma nic, sięga po moc (!!!???), żeby zmienić świat". Ale nie będę. I to z bardzo egoistycznych pobudek - chcę wreszcie poznać dalsze losy Valdemarczyków i ich sprzymierzeńców. Marzę o wydaniu wreszcie pełnych trylogii i dokończenia Cyklu. A po cichu liczę także na reedycję.

W kolejce na mnie czekają „Oczy sowy”. I wiecie co? Już nie mogę się doczekać. Naprawdę. Zwłaszcza, że Darian już trochę dorósł i mam nadzieję na więcej akcji i ogólnie bardziej dorosłą pozycję. Polecam głównie fanom autorki w celu uzupełnienia cyklu oraz młodym (męskim) czytelnikom, w których może "Lot Sowy" zaszczepi miłość do tego świata, jak u mnie to zrobiła Talia i jej historia. Mercedes Lackey warto poznać w wieku nastoletnim - to miłość i sympatia, która pozostaje do końca życia.

  • A book published in this year
  • A book with non human characters
  • A book by a female author
  • A book set in a different country
  • A book from an author you love tha you haven't read yet
  • A book at the bottom of your to-read list
  • A book with magic
  • A book that was originally written in a different language


Ocena książki: 7 / 10
Przesłanie: "O tym jak chłopiec wpada z deszczu pod rynnę."



  

poniedziałek, 4 maja 2015

"Polowanie" - Andrew Fukuda

JESTEŚ ŁOWCĄ ALBO ZDOBYCZĄ. Nie wolno się pocić. Nie wolno się śmiać. Nie wolno ściągać na siebie uwagi. I przede wszystkim, cokolwiek się robi, nie wolno zakochać się w jednym z nich. Gene różni się od swoich rówieśników. Nie potrafi biegać szybko jak błyskawica, słońce mu nie szkodzi, nie dręczy go również żądza krwi. Gene jest człowiekiem i zna zasady. Trzeba ukrywać prawdę. To jedyny sposób, żeby zachować życie w świecie nocy – świecie, gdzie ludzie stanowią przysmak i poluje się na nich dla krwi.

"Kiedyś było nas więcej. Bez wątpienia. Nie tylu, żeby wypełnić stadion czy salę kinową, ale na pewno więcej niż teraz. Po prawdzie sądzę, że nikt już nie został. Oprócz mnie. Tak to jest z rzadkimi okazami. Są wysoko cenione i pożądane. I dlatego wymierają."

[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/213078/polowanie]

PATI:

Jak wiadomo są takie książki, które się połyka w jedno posiedzenie, i są też takie, które się ciągną jak flaki z olejem. „Polowanie” klasyfikuje się gdzieś dokładnie pośrodku, zwrócone jednak twarzą w stronę flaków (dosłownie i w przenośni) – ani pasjonujące, ani śmiertelnie nudne, na pewno za to dość obrzydliwe (co dziwne jest to wielką zaleta tej książki), ALE niestety też koszmarnie irytujące. Jeśli chodzi o klimat książki, to jest takie połączenie „Igrzysk Śmierci”, „Niezgodnej” i „Niezawładniętych”. Tak szczerze, to zainteresowała mnie okładka, a opis z tyłu nie zniechęcił. Jakież ogromne było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że czytam właśnie Young Adult o głupkowatych nastolatkach, a nie poważną pozycję dla dorosłego czytelnika. Fabryka Słów po raz kolejny mnie zadziwiła...

Autor - Andrew Fukuda, choć urodził się na Manhattanie, to dorastał jednak w Hong-Kongu i co ciekawe jest pół-Chińczykiem, a pół-Japończykiem. Może dlatego jego podejście do tematyki wampirów jest takie bezkompromisowe – jego wampiry to, choć rozumne istoty, żyjące w społeczności i posyłające swoich potomków do szkoły - to pod wpływem zapachu człowieka zamieniają się w opętane żądzą mięsa potwory. Tutaj (dzięki bogu) główny bohater nie zakochuje się w smutnej i tajemniczej wampirce, a jego miłość odmienia świat, a seks jest wspaniały. Tutaj musi on walczyć o przetrwanie i by nie zostać zjedzonym. To zdecydowanie jest wielki plus tej pozycji.

Nie wiem cóż takiego stało się na Ziemi, bo w „Polowaniu” nie ma o tym nawet wzmianki, ale wampiry przejęły kontrolę nad światem i całkowicie wytępiły rodzaj ludzki – czy jak w tej książce jest on określany – heperów. I właśnie to na początku wprowadziło pewien chaos – musiałam się przyzwyczaić, że książkowi „ludzie” to wampiry, a „heperzy” to eee... człowieki... Dla dobra naszego wspólnego zdrowia psychicznego w dalszej części ustalmy że wampiry to wampiry, a ludzie to heperzy :)

Główny bohater – Gene (jego imię, gdyby nie było wymienione na okładce, poznalibyśmy dopiero na str. 182 książki) przez całe życie jest zmuszony golić nogi, tors i inne przylegające. Do tego nie wolno mu się: śmiać, krzywić, psikać, okazywać innych emocji niż głód i pożądanie, no i pocić czy płakać. Od dziecka, choć on i jego rodzina są/byli heperami, udaje wampira i stara się przetrwać w ich społeczeństwie. Najważniejsze to nie wychylać się i choć (ponoć) jest inteligentny to stopnie ma średnie, nie zadaje się z nikim i żyje niczym tajemniczy samotnik – a jak literatura młodzieżowa nas uczy- nic nie działa tak na dziewczyny... Po kolei traci kolejnych członków rodziny i kiedy zostaje sam nie pozostaje mu już nic innego jak kontynuować grę o przetrwanie. A „zbyt długie udawanie wywołuje nienawiść (…) do tego, kim się jest naprawdę” - Gene nienawidzi ukrywania się i nienawidzi bycia heperem i chce być „normalny”. Zaskakujące jest jak wiele nowych pomysłów Fukuda wprowadził do swojej wizji świata wampirycznego i jaki ładny koktajl z tego zmiksował – drapanie paznokciami nadgarstka, strach przed wodą ich zwyczaje godowe... Dzięki temu nie mamy wrażenia odtwórczości i co za tym idzie – kotleta. Tutaj dopatrzyłam się także elementu komicznego - jakie to musi być dziwne dla hepera udającego wampira, kiedy wyje i ślini się razem z zresztą, udając żądzę krwi; je z nimi posiłki składające się z surowego mięsa i wydaje z siebie przedziwne odgłosy. Tak stojąc zupełnie z boku pomyślałam, że na jego miejscu czułabym się jak idiotka zachowując się jak zwierzę w rui na widok czyjejś pachy :D

Kraj USA w „Polowaniu” aktualnie ma tylko 5 mln „mieszkańców” i jak się okazuje ostanie parę sztuk heperów, którzy trzymani w Instytucie Badań Heperystycznych zostaną uwolnieni i rozpoczną się Wielkie Łowy- taki event mający na celu podniesienie popularności władcy. Szczęśliwcy wyłonieni na podstawie loterii będą mieli jedyną zapewne w życiu możliwość posmakowania (a także rozerwania na strzępy i pożarcia) młodych i jędrnych heperów. Oczywiście nasz Gene- w tym przypadku wielki pechowiec, zostaje wylosowany razem z Ashley swoją szkolną miłością. Teraz pozostaje mu już tylko robić wszystko by nie zostać wykrytym, a właściwie to odwlekać tę chwilę ile się tylko da. W tym czasie nasz młody bohater popełnia już tylko błąd za błędem i zaczynałam go z kartki na kartkę coraz bardziej nie lubić. Bo ja bardzo przepraszam, ale osobiście uznaję naszego bohatera za idiotę, któremu po prostu brak inteligencji. Żeby dopiero po tak długim czasie wpaść na pomysł z jeziorem?! No proszę, to serio nie trzeba być do tego jakimś geniuszem... Takich zaćm umysłowych spodziewałabym się raczej nie po głównym bohaterze, ale po postaci komicznej, jakimś wioskowym głupku. Generalnie wszystko to takie grubymi nićmi szyte, jeżeli chodzi o akcję, do tego bardzo, bardzo przewidywalne i zarazem denerwujące, że bohaterowie są tacy za przeproszeniem tępi. Nasz Gene jest nie tylko niekonsekwentny, ale i nielogiczny, niesympatyczny i ogólnie wkurzający cholernie. Mamy więc fajny świat, fajny pomysł i beznadziejnego bohatera i akcję. Nic tylko wyć w głos.

Przez całą książkę zastanawiałam się także, dlaczego heperzy, wolą ukrywać się wśród swoich wrogów wiedząc, że każdy dzień może być ich ostatnim, zamiast odejść gdzieś i zaszyć najdalej jak się da. Wiedząc, że wampirów jest tylko 5 mln, a USA jest ogromne, na pewno można znaleźć jakąś cichą i spokojną enklawę by odbudować rodzaj ludzki i być może obmyślić zemstę i rewoltę. Na to i na wiele innych pytań rodzących się podczas czytania nie uzyskałam jednak od pana Fukudy odpowiedzi, a niestety nie jestem młodym czytelnikiem, który łyka wszystko i lubię zadawać niewygodne pytania... Choćby i na przykład kto im konstruuje mikrofalówki? Skąd heper bierze normalne jedzenie? Czym są żywione konie? ...

Jeśli jednak macie dosyć świecących jak kucyki pony wampirów, lub tych epatujących seksem osobników, których wypijanie krwi śmiertelniczki wywołuje u ww. wielokrotny orgazm, to „Polowanie” będzie miłą i jakże sympatyczną odmianą. Choć ból dupy wywołują bohaterowie, to tekst, można jednak przeczytać z mniejszą lub większą przyjemnością. Pod znakiem zapytania zostawiam, czy przeczytam kolejny tom, jak już to raczej z ciekawości, czy autor raczy mi odpowiedzieć na moje pytania.

    • A book with nonhuman character
    • A book with one-word title
    • A book set in different country
    • A book by an author you have never read before
    • A book that was originally written in a different language

Ocena: 4/10

Przesłanie: Młodzieżowa, jako tako, zjadliwa odtrutka na „Zmierzch”.


wtorek, 14 kwietnia 2015

"Pół króla" - Joe Abercrombie


Książę Yarvi poprzysiągł zemstę zabójcom ojca. Chce odzyskać czarny tron. Najpierw jednak jako sprzedany w niewolę galernik musi stawić czoło okrucieństwu i srogiemu morzu. I to mając tylko jedną sprawną rękę.

W oczach świata jest słaby. Nie utrzyma tarczy ani nie chwyci za topór, dlatego musi z umysłu uczynić zabójczą broń.

W osobliwej kompanii wyrzutków znajduje wsparcie, na jakie nie mógłby liczyć wśród szlachetnie urodzonych.

Yarvi ma u boku lojalnych przyjaciół, lecz zawiła ścieżka, którą kroczy, może się zakończyć tym, czym się rozpoczęła – niespodziewanym zwrotem, zasadzką i śmiercią króla.

[Dom Wydawniczy Rebis, 2015]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/249962/pol-krola]


AGA:

Proza Joe Abercrombiego pojawiła się na polskim rynku wydawniczym w 2006 roku za sprawą ISA, jednak mam wrażenie, że jego powieści przebiły się do szerszego grona odbiorców dopiero za sprawą „Zemsty najlepiej smakującej na zimno”, wydanej przez Wydawnictwo MAG w 2009 roku, z przyciągającą wzrok okładką. Od tego momentu jego powieści były wydawane dość regularnie i co ważniejsze były czytane, a o jego niejakim sukcesie może świadczyć fakt, że MAG pofatygował się o nowe wydanie Trylogii Pierwszego Prawa, i to w nowym tłumaczeniu. Na fali tej popularności na rynek wydawniczy wkroczyła, tym razem wydana przez Dom Wydawniczy Rebis, nowa powieść „Pół króla” („Half a King”, 2014).

„Pół króla” to historia o losie władców Gettlandu. Krainą tą leżącą nad Morzem Drzazg (Shattered Sea ), rządzi król Uthrik z piękną i bardzo zaradną Złotą Królową, Laithlin. Nieszczęście jednak sprawia, że król wraz z dziedzicem tronu, wpadają w zasadzkę i zostają, co tu dużo mówić, zarżnięci. Pech chciał, że Czarny Tron w wyniku nagłej i niespodziewanej sukcesji obejmuje, może i mądry i wykształcony, ale mało waleczny i raczej skromnej postury, Yarvi, najmłodszy syn. Niestety przeznaczony na Ministra, czyli doradcę królów, Yarvi, nie może sprostać wyobrażeniom poddanych o typowym gettlandzkim królu, nie umie walczyć, przynajmniej skutecznie, raczej chucherko z niego niż skandynawski Pudzian, a co najgorsze ma zniekształconą jedną dłoń, uniemożliwiającą mu trzymanie, obowiązkowej u Gettów, tarczy. Jakby tych nagłych obowiązków i odpowiedzialności było mało, musi koniecznie, jak to u wszystkich walecznych i honorowych narodów bywa, pomścić haniebną śmierć ojca i brata. Rusza więc dzielnie wspierany przez stryja Odema w bój, aby ogniem i mieczem nieść na ustach swoją i rodziny krzywdę. Młode to, to i głupie. Powieść nie byłaby interesująca, gdyby rejterada na Amwend w Vulskardzie skończyła się triumfem. Krótko panujący król Gettlandu zostaje zdradzony i efektem różnych perturbacji trafia jako niewolnik na galerę, gdzie za sprawą niedoli, pielęgnując zemstę w sercu, planuje dotrzymanie złożonej przysięgi krwawego odwetu na mordercach członków rodziny. Tak rozpoczyna się przygoda, która toczyć się będzie zarówno na wzburzonym morzu, jak i na zmrożonym lądzie.

Po lekturze „Zemsty najlepiej smakującej na zimno”, „Czerwonej krainy” i „Bohaterów”, czytając „Pół króla” stwierdziłam z zaskoczeniem, że Abercrombie złagodniał. Powieść, w przeciwieństwie do poprzednich książek, nie jest przesycona krwią, trupami, okrucieństwem, brak jej również defetystycznego cynizmu, tak charakterystycznego dla jego prozy. Może byłabym mniej zaskoczona, gdybym wiedziała przed lekturą, że „Pół króla” rozpoczyna tak naprawdę trylogię dedykowaną młodszemu czytelnikowi. Gdyby wszystkie powieści fantasy dla młodzieży były takie (westchnienie). Owszem brakuje tego charakterystycznego naturalizmu Abercrombiego, ale książka nie trąci infantylizmem i naiwnością, czym najczęściej są skażone powieści dla młodzieży. Bohaterowie rzeczywiście tam, gdzie u „dorosłego” Abercombiego kopnęliby leżącego, tu podają mu raczej rękę, ale nie są cukierkowi, ani lukrowani, tylko po prostu są ludźmi, którzy w gruncie rzeczy nie są źli, tylko życie im dokopało i próbują wyjść z sukcesem na prostą. „Pół króla” jest może trochę przewidywalna, można domyśleć się wielu rzeczy, jest mniej zwrotów akcji, ale jest ona po prostu dobrze napisana.

Podsumowując „Pół króla” to powieść dla każdego, bez względu na wiek, z wartką akcją, która wciąga czytelnika od samego początku. Szybka i satysfakcjonująca lektura, dająca przyjemny odpoczynek. Życzyłabym sobie, by wszystkie powieści dla młodzieży utrzymywały taki poziom.

  • A book that was originally written in a different language.
  • A book published this year.


Ocena: 8/10

Przesłanie: „Jedna z niewielu powieści fantasy, która swoją fabułą i stylem nie upokarza młodzieży”.