czwartek, 15 stycznia 2015

"Gorący Lód" - Nora Roberts

Egzotyczna sceneria Madagaskaru, piękna młoda kobieta i atrakcyjny, choć niebezpieczny mężczyzna, walka z dziką przyrodą i pozbawionymi skrupułów ludźmi tworzą doskonały koktajl sensacji i romansu...
Whitney MacAllister wraca do Nowego Jorku po niezbyt udanym pobycie w Paryżu. Cóż jeszcze może zadziwić młodą i piękną dziedziczkę olbrzymiej fortuny? Ekskluzywne kluby, weekendy na Martynice, towarzystwo sławnych i bogatych to dla niej chleb powszedni. Dopiero kiedy los styka ją z mężczyzną o bardzo podejrzanej profesji i reputacji, dziewczyna odczuwa dreszczyk emocji. Wkrótce jednak to, co wydawało się zabawnym przerywnikiem w udanym życiu, zmienia się w niebezpieczną przygodę. 


[Wydawnictwo Świat Książki, 2006]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/244108/goracy-lod]

PATI:

Czasami są takie momenty w życiu każdego pożeracza książek, że ma ochotę się odprężyć i przeczytać coś nie skomplikowanego i pozytywnego, przy czym nie trzeba używać mózgu. Ja w takich momentach sięgam po Norę Roberts. Nie wiem nawet ile już jej książek przeczytałam - będzie to pewnie w dziesiątkach, ponieważ dzięki niej naprawdę odpoczywam. Pani Roberts to dla mnie niekwestionowana królowa romansów, która płodzi swoje książki w zastraszającym tempie. I jak to bywa właśnie w takich sytuacjach - książki lepsze, gorsze i te rewelacyjne. Ja zdecydowanie jestem fanką tych nowszych powieści (gdzie jest internet i telefony komórkowe :D), są one zdecydowanie dłuższe i widać ciągle rozwijający się warsztat pisarski.
Tym razem jednak kryterium wyboru pozycji „Gorący Lód” („Hot Ice”) była nie chęć odpoczynku umysłowego (chociaż „Smoczy Tron" mnie trochę zmęczył), ale antonim - chciałabym mieć tą listę z wyzwaniem jak najszybciej z głowy :) Książka została napisana w 1987 r., więc należy do tych „starych / pierwszych” powieści, ale to wcale nie znaczy, że jest kiepska.

Utarty schemat jakim pisane są książki Nory Roberts, mnie osobiście zupełnie nie przeszkadza. Chociaż przyznaję, że pewnie jak się czyta którąś tam książkę pod rząd, to zapewne może być on męczący – wiadomo, że dążymy do 100% happy endu tym samym szlakiem co zawsze, jedynie z kosmetycznymi zmianami.
Ona (Whitney MacAllister) - dziedziczka wielomilionowej fortuny znudzona życiem wraca z Paryża, gdzie myślała, że się rozerwie, ale zakupy jakoś nie przyniosły jej wielkiej radości.
On (Douglas Lord) - mężczyzna niebezpieczny i genialny złodziej, który zdecydował się nie oddać skradzionych na zlecenie listów, ponieważ nagrodą, jak udało mu się podsłuchać, nie miały być obiecane pieniążki, ale kulka. W głowę.
Cóż, chyba nic bardziej nie mogłoby różnić tej pary.
Do samochodu Whitney wsiada nieproszony Doug i potem już razem z bohaterami przeżywamy kolejne pościgi i strzelaniny. Wpadamy w samo centrum poszukania skarbu i wielkiej afery kryminalnej. A skarb jest nie byle jaki, bo z epoki rewolucji francuskiej i składają się na niego klejnoty należące do samej Marii Antoniny. A wszystko to wśród lemurów na bajecznym Madagaskarze. I choć same „poszukiwanie” skarbu ogranicza się bardziej do podróży przez urokliwy Madagaskar do miejsca docelowego, nie sposób się jednak przy tym nudzić. Dwójka bohaterów, oczywiście, w końcu legnie na mchu, a skończy się zaręczynami z pierścionkiem z brylantem od samej królowej Marii, ale zanim do tego dojdzie będziemy mogli się rozkoszować genialnymi dialogami prowadzonymi między nimi. Uwielbiam język i humor pani Roberts - te cięte, rozśmieszające riposty i złośliwości, które mają zamaskować wzajemny afekt naszej głównej pary, są po prostu mistrzowskie.
Whitney okazuje się nie być tak do końca rozpieszczoną księżniczką - potrafi być miła, czuła i lojalna, choć świetnie odgrywa też lodową pannę, to jednak ma dobre serce. A Douglas to nie nieczuły drań i krętacz tylko po prostu boi się związków i nie chce pokazać, że chodzi mu o coś więcej, niż gimnastyka horyzontalna. Ech... no czegóż chcieć więcej?

Żeby nie było to czytałam dużo lepsze książki tej autorki - dłuższe. I to mój główny i jedyny zarzut: za dużo uproszczeń i skrótów akcji. Ta książka mogłaby być naprawdę fantastyczna, gdyby właśnie nie to, że jest po prostu za krótka - niczym Harlequin. Zanim się porządnie człowiek wciągnie - to już ślub. Wolałabym, żeby szukanie skarbu było bardziej skomplikowane, niż poszukiwanie nagrobka na cmentarzu, do którego podążali przez całą książkę :)
Dzięki autorce dowiedziałam się więcej o Madagaskarze, niż z niejednego programu na Discovery. Wyrywkowo sprawdziłam niektóre z informacji i wszystko okazało się prawdziwe. Zupełnie nie przeszkadzały mi opisy miejsc i widoków ponieważ książka nie była nimi przeładowana, a fajnie uzupełniały akcję. Wielki szok dla mnie - na Madagaskarze żyją krokodyle. Nilowe! A krokodyl nilowy ma największy w stosunku do wielkości ciała mózg, spośród wszystkich współczesnych gadów i potrafi żyć do 100 lat!

Ogólnie jestem zadowolona z lektury pomimo jej małej objętości. Było w niej wszystko to czego oczekiwałam.


Niniejszym mogę też określić kolejne punkty z listy wyzwań:
  • A classic romance
  • A funny book
  • A mystery or thriller
  • A book with antonyms in title
  • A book set somewhere you've always wanted to visit
  • A book set in different country
  • A book by a female author
  • A book that was originally written in a diffrent language

ocena: 4 / 10
Przeslanie: „Nigdy nie ufaj mężczyźnie - nawet jak da ci brylant warty fortunę. A małżeństwo to nadal tylko interes.”

środa, 14 stycznia 2015

"Smoczy tron" - Tad Williams

Ciemne moce, wkraczają do spokojnej krainy Osten Ard. Nadciągające niebezpieczeństwo przeczuwa jedynie nieliczna grupka osób, zwana Ligą Pergaminu. Giermek Simon, przypadkowo złączony z Ligą, staje się przewodnikiem w poszukiwaniu zaginionych mieczy, w wędrówce, która obfituje w spotkania z wrogami pochodzącymi z najbardziej koszmarnych mitów.

[Wydawnictwo Rebis, 2010]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/82081/smoczy-tron]









AGA:

Dzieła Tada Williamsa zaczęły się pojawiać na rynku polskim w latach dziewięćdziesiątych, kiedy rozpoczynałam przygodę z fantastyką i wszystkie książki, które w tamtym czasie były wydawane pojawiały się sukcesywnie w naszej domowej biblioteczce. Wzrokiem przyciągały mnie okładki „Dziecka z miasta przeszłości” i „Kalibana”, czy nawet tomów „Wieży Zielonego Anioła”, ale nigdy nie sądziłam, że sięgnę po którąkolwiek z nich. Dlaczego? Ponieważ nie jestem miłośniczką klasycznej fantasy, a opis na czwartej stronie okładki zachwalający Tada Williamsa, jako kontynuatora tradycji tolkienowskiej, wręcz mnie odstraszał. Jednak nigdy, nie należy mówić nigdy. Przyznaję, że nie sięgnęłam po „Smoczy tron” dobrowolnie, a wynikiem umowy czytelniczej pomiędzy znajomymi, jednak nie żałuję i skłaniam się ku stwierdzeniu, że czasem trzeba zrobić książkowy skok w bok, by stwierdzić, że gust się odmienia.

Cykl „Pamięć, Smutek, Cierń”, ani żaden z tomów tej epickiej trylogii, o dziwo, nie zdobył żadnej nagrody literackiej. Czemu o dziwo? Dlatego, że jest to po prostu kawałek dobrej literatury, który za swój rozmach powinien być dodatkowo wyróżniony. Gdy porównuję liczbę nominacji „Stu tysięcy królestw” N.K. Jemisin z liczbą, a raczej brakiem nominacji, „Smoczego tronu”, to nasuwa się pytanie, ile w sumie warte są te nagrody? Albo jak bardzo gusta się zmieniły, że tak słabe powieści, jak „Sto tysięcy królestw” zostaje nominowane?

„Smoczy tron” jest pierwszym tomem rozpoczynającym snutą przez Williamsa opowieścią o krainie Osten Ard., a rozpoczyna się od historii Seomana, zwanego powszechnie Simonem, który jako podkuchenny na zamku Hayholt, prowadzi życie obiboka-marzyciela. Wyjątkowo irytujący główny bohater jest modelowym ciołkiem-matołkiem, który nie potrafi docenić i wykorzystać dawanych mu szans, takich choćby, jak nauka u nadwornego doktora, Morgenesa, który podejmuje trud wlania trochę oleju do zakutej pały w imię dawnych, osnutych tajemnicą wydarzeń towarzyszących przyjściu na świat chłopca. Beztroski Simon lawiruje pomiędzy obowiązkami wykonywanymi na rzecz doktora i ochmistrzyni, a chwilami marzycielskiego łazikowania po zamkowych zakamarkach. Tad Williams bardzo powoli rozpoczyna opowieść, co zresztą jest jedną z niewielu wad tej książki, początkowo skupiając się wyłącznie na monotonnych dniach w Hayholt, przeplatanych drobnymi incydentami, mającymi większe znaczenie dla świata przedstawionego niż fabuły. Tą część powieści czytelnik musi po prostu przebrnąć i się nie zrażać, choć przyznam się, że gdyby nie koleżeńska umowa, początek jest tak nudny, że prawdopodobnie bym lekturę porzuciła. Cała akcja zostaje pchnięta w końcu do przodu, gdy stary król John umiera, przekazuje swą władzę synowi Eliasowi, a na dworze pojawia się jego powiernik, doradca i alchemik, nabbański duchowny Pryrates. Czarne moce obejmują swoje rządy w Osten Ard, a niewielu zostaje przy życiu i chęciach, aby się im przeciwstawić. Simon wpada po uszy w kłopoty, uwikłany w nurt historycznych wydarzeń, próbuje sprostać powierzonemu mu zadaniu, a przy okazji również uratować własną skórę. Na swojej drodze, nadal niezbyt rozgarnięty Simon, spotyka magiczne i legendarne istoty; trolle, bukkeny, olbrzymy, Sithów, starych bogów, magiczne miecze, smoki, itd., które jedne pragnął uratować jego nędzną osobę, a inne pozbawić go życia. Tak rozpoczyna się wyścig z czasem pomiędzy siłami dobra i zła.

„Smoczy tron” to epicka powieść fantasy, utrzymana w klimacie magicznej przygody, opartej na konwencji wyprawy mającej uratować świat. Jak już wspominałam, nie jestem fanką, a tym bardziej ekspertem od high fantasy, ale nawet ja jestem w stanie rozpoznać stałe elementy takich powieści, a mianowicie; dwie opozycyjne siły zwane zazwyczaj dobrem i złem lub światłem i ciemnością, magiczne/mityczne/legendarne istoty (elfy, magowie, trolle, smoki itd.), drużyna dobrych bohaterów, wyzwanie lub cel do osiągnięcia, który ma uratować wszystkich, wyprawa, magiczne akcesoria i często jeden z bohaterów jest pomazańcem bożym/magicznym. Wszystkie te elementy odnaleźć można w powieści Tada Williamsa. Zdecydowaną zaletą pisarstwa tego autora jest fakt, że bardzo starannie on kreśli świat przedstawiony. Z jednej strony taki, stary styl pisania fantasy, w którym autor wyjaśnia wszystko ze szczegółami, rysuje mapki, generuje całą mitologię i historię, a w dodatku próbuje od samego początku wszystko wytłumaczyć, jest zabiegiem nużącym i zniechęcającym, z drugiej jednak strony, gdyby nie dopracowanie każdego aspektu świata, to wizja nie byłaby tak spójna, a odpowiedni nastrój w dalszej części powieści, w której dochodzi już do zawiązania akcji, nie zostałby osiągnięty. Początek powieści, w którym autor wykorzystuje nauki Simona u Morgenesa do wytłumaczenia i wyeksponowania przeszłych konfliktów, jest trudny w odbiorze, tym bardziej, że jak już wspomniałam wyżej, główny bohater jest po prostu irytująco głupi. Jednak druga część książki wynagradza czytelnikowi cierpliwość dostarczając mu dużą dawkę rozrywki w postaci świetnie skonstruowanej przygody Simona i jego przyjaciela Binbiniqegabenika, w skrócie zwanego Binabikiem, w której zwroty akcji potrafią pozytywnie zaskoczyć.

Zapewne moja opinia o „Smoczym tronie” jest subiektywna ze względu na moje neofickie podejście do lektury high fantasy. Jednak obiektywnie patrząc, jeśli pisarz potrafi napisać powieść, którą przeczyta czytelnik, który nie jest miłośnikiem danego gatunku literackiego, i pomimo tego, powieść mu się spodoba, to oznacza, że została ona po prostu naprawdę dobrze napisana. Z całą pewnością sięgnę po dalsze tomy, doceniłam piękno epickiej fantasy, choć nie oznacza to, że stanę się jej zagorzałą zwolenniczką.

Nota bene Tad Williams zapowiedział kontynuację trylogii „Paimięć, Smutek, Cierń”. Akcja nowej trylogii „The Last King of Osten Ard” ma dziać się w trzydzieści lat po wydarzeniach ze „Smoczego tronu”, a składać się będzie z: „The Witchwood Crown”, „Empire of Grass” i „The Navigator’s Children”, a więcej o tym można przeczytać na: http://www.tadwilliams.com/2014/04/tad-returns-to-osten-ard-with-the-last-king-of-osten-ard/


Wyzwanie 2015 - pierwsze odkreślone:

  • A book with more than 500 pages
  • A book with nonhuman character
  • A book with magic
  • A book by an author you have never read before
  • A book you own but have never read
  • A book that was originally written in a different language

Ocena: 7,5/10
Przesłanie: „Odwieczna walka dobra ze złem w klasycznej formie epickiej fantasy. Wszystko byłoby piękne, gdyby Williams nie popełnił genetycznej pomyłki w postaci ciołka-matołka Simona”.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

PATI:

Czasami od książki oczekujemy czegoś szczególnego czy charakterystycznego dla danego gatunku – np. od horroru, że nas przestraszy; od romansu, że nas rozmarzy; a od melodramatu, że na wzruszy. Czego ja oczekuję od literatury fantasy? Oczywiście, że mnie oczaruje, że poczuję tą magię i mnie zachwyci, a już na pewno, że nie będę się przy niej nudzić.
Tad Williams - postać mi znana. Należąca do kanonu i będąca podwaliną gatunku fantasy. Ale jakoś nigdy nie czytana przeze mnie wcześniej i zawsze zostawiana „na później”. Oczywiście słyszałam wielokrotnie o cyklu „Pamięć, smutek, cierń”, ale jakoś nie potrafiłam się do tego zabrać tak samo jak do „Malezjańskiej Księgi Umarłych” czy „Kół Czasu”. Żeby nie było, kiedyś Pana Williamsa coś tam przeczytałam - był to „Czas Calibana” - powiązany z „Burzą” Williama Shakespeare'a – nie zachwyciło mnie, ale pozostawiło dość pozytywne wrażenie. Kiedy w zeszłym roku na Pyrkonie miałam okazję spotkać się z tym autorem i nawet zrobić sobie z nim zdjęcie postanowiłam nadrobić jak tylko się da najszybciej to niedopatrzenie i w ten sposób cykl wskoczył na górę listy czytelniczej.

Po skończeniu jednak pierwszego tomu poczułam się mocno zawiedziona. Wyszłam z założenia, że będzie to epickie dzieło, bo w końcu rzesze fanów i wyznawców nie mogą się mylić. Jakie to smutne... Bo moim zdaniem książka jest zbyt rozwleczona i przez to ogólnie nużąca, a cała historia wydaje mi się naiwna do bólu. Postacie natomiast są nieprawdziwe i totalnie bez charakteru, a wszystko jest sztuczne i przesłodzone - aż zęby bolą i mdłości przychodzą.
Po pierwsze przyznam się bez bicia, że nie przepadam się za pompatycznością „High Fantasy” i nie jest to podgatunek, który zazwyczaj wybieram (osobiście jestem fanka Steampunku i Urban fantasy :). Drażni mnie w High Fantasy brak autentyczności np. walk czy bitew. Krew się może i leje, ale tak jakoś poetycko i z niezwykłym wdziękiem, brak mi flaków wylewających się w potokach juchy i fruwających odciętych kończyn. Nawet bandyci wydają się jacyś grzeczniejsi i lepiej wysławiający się, a brud jest po prostu jakby sztucznym rekwizytem. To właśnie czytając high fantasy mamy największe wrażenie, że to tylko jakaś taka tam „bajka” - jak pogardliwie wyrażają się o literaturze fantasy ludzie, którzy obejrzeli „Władcę Pierścieni”. Tak, to szydera.

Głównym bohaterem jest zapewne Simon - młody podkuchenny, sierota podwójna (umysłowa i rodzinna). Jakież to piękne życie miał na zamku ten nierób jeden. I ten wyidealizowany pogląd jak to dzieciom dorastającym wśród służby dobrze – nie sądzę, żeby takie indywiduum było zbyt długo tolerowane na jakimkolwiek dworze. Simon dostał i owszem nie raz czy dwa lanie za ciapowatość i lenistwo, ale co tam... on i tak wolał po dachach się włóczyć czy żuki w ogrodzie podglądać – taki z niego oportunista wobec władzy co karmi, o! Dostaje się jednak pod skrzydła doktora Morgenesa, który twierdzi że Simon jest jego uczniem, ale tak naprawdę niewiele go nauczył. Ba, nawet nie chciał odpowiadać na pytania naszego ciekawego życia prostaka. Młody oczywiście marudzi, że po co ma się uczyć pisać i czytać, i tak inteligentna osoba jaką według książki był Morganes nie potrafi tego chłopcu wyjaśnić. W jednym zdaniu bez metafor wytłumaczyłabym mu, że w książkach są odpowiedzi na jego pytania i młody od razu bakcyla by złapał. Potem Simeon wyrusza w drogę – rozpieszczony, nieżyciowy nastolatek, samotny, głodny i zziębnięty – dramatyczne rozdziały wypełnione użalaniem nad sobą i złym światem – jedyny fragment prawdziwy do bólu i przerażający, ale co najgorsze – irytujący jak cholera.
Kolejne postacie, które Simon spotyka na swojej drodze są równie sztuczne jak on sam. Simon drażni – głównie bo to nierozgarnięty nastolatek i może i mądrzeje ciut na końcu, ale w pierwszej części bardziej kosmetycznie niż przekonywująco. Joshua – brat króla – wydaje się po prostu mięczakiem i tylko od czasu do czasu pojawia się w nim cień ojca wielkiego Króla Johna, ale przez większość czasu wydaje mdły i bez charakteru. Troll Binabik - „przyjaciel” Simona – cały czas miałam wrażenie, że przyjaźń jaką pokazuje jest podszyta zdradą i sztuczniejsza od piersi Pameli Anderson, a już na pewno pobłażliwa. Uratowany przez Simeona Sith – odpowiednik elfa – okazuje się nie jakimś tam dzikim zwierzątkiem, ale wysoko urodzonym (tu mam przeczucie, że jeszcze się okaże dokładnie jak bardzo) i jego życzliwość ma niecne podłoże. Zastanawiam się czy może tylko ja węszę wszędzie spiski i dwulicowość? Ale jeśli wymienione postacie są naprawdę takie dobre to jedyne co mogę powiedzieć to, że ewidentnie jest to książka dla dzieci, a nie dla dorosłego czytelnika, bo to serio zaczyna być bajka i to okraszona słabymi piosenkami.
Ale jednak była jedna postać, która przypadła mi do gustu i całkowicie podbiła moje serce - kudłata i wyjąca do księżyca - wilczyca Qantaqa. Jest po prostu cudna. Chociaż bohaterowie zamiast ja rozpieszczać i drapać (bo Qantaqa potrafi się zachowywać jak wesoły nachalny labrador) głównie niestety ją odganiają. Może nie wiedzą, że głaskanie wydziela endorfiny? Od razu byłoby im lepiej i mniej samotnie.
Podobał mi się także sposób narracji i wprowadzania nowych informacji, a cały świat jest przemyślany (choć na utartych standardach tylko lekko zmodyfikowanych). Wszystko okazuje się być ważne, a autor rzuca nam okruszki wiedzy, z których składamy całą historię - zazwyczaj dużo lepiej i szybciej niż bohaterowie w niej występujący :)

Niestety pierwszy tom kończy się walką ze smokiem, która trwa jakieś 30 sekund. Dramat. Smok sam nadziewa się na miecz niczym ślepa kura idąca za ziarnem. Jakież to epickie fantasy! Dlatego też stawiam pod wielkim znakiem zapytania czy sięgnę po dalsze części. Nie wciągnęło mnie. A losy bohaterów obchodzą mnie tyle co zeszłoroczny śnieg. Nie poczułam magii. 
  • A book with more than 500 pages
  • A book with nonhuman character
  • A book with magic
  • A book by an author you have never read before
  • A book that was originally written in a different language

Ocena: 4/10
Przesłanie: "Nikt mnie nie lubi i nikt mnie nie kocha, a ja jestem taki biedny i do tego sierota – dajcie mi jeść i zostawcie w spokoju."

wtorek, 13 stycznia 2015

"Sto tysięcy królestw" - Nora K. Jemisin


Samotna młoda kobieta musi stawić czoła intrygom, namiętności i zdradzie, jakich zazna w Stu Tysiącach Królestw.



Yeine Darr jest wyrzutkiem z barbarzyńskiej północy. Gdy w tajemniczych okolicznościach ginie jej matka, dziewczyna zostaje wezwana do królewskiego miasta Sky. Gdy przybywa na miejsce, ku jej wielkiemu zaskoczeniu zostaje ogłoszona spadkobierczynią samego króla. Jednak droga do tronu Stu Tysięcy Królestw nie jest łatwa, a Yeine odkrywa, że właśnie trafiła w sam środek krwawej i okrutnej walki o władzę.

„Sto Tysięcy Królestw” to jeden z najlepszych debiutów fantasy ostatnich lat. Powieść była nominowana do wszystkich najbardziej prestiżowych nagród fantasy w kategorii najlepsza powieść roku. Arcydzieło fantasy, którego nie można przegapić!


[Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2011]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/118712/sto-tysiecy-krolestw]

AGA:

„Sto tysięcy królestw” Nory K. Jemisin trafiło w moje ręce, podobnie jak „Smoczy tron” T.Williamsa, w wyniku umowy czytelniczej ze znajomymi. Nora K. Jemisin jest mało znaną na rynku autorką, a pomimo tego odebrała już za swoją powieść w 2011 r. nagrodę Locus za Najlepszy Debiut ( Locus Award for Best First Novel), a także uzyskała wiele nominacji do rożnych literackich nagród takich, jak: Hugo, Nebula World Fantasy Award i Goodread Choice. W Polsce ukazał się pierwszy tom cyklu „Trylogia dziedzictwa” i dwa tomy cyklu „Snu o krwi”. „Sto tysięcy królestw” ukazało się w 2010 roku, a w Polsce rok później, i chyba nie zdobyło rzeszy czytelników, bo jak dotąd wydawnictwo Papierowy Księżyc, nie zdecydowało się opublikować dwóch pozostałych tomów.

W mieście Sky, stolicy Stu Tysięcy Królestw, pojawia się na żądanie króla, jego wnuczka, młoda Darryjka, Yeine, jedyne wspomnienie ukochanej córki. Ma ona wypełnić obowiązek względem króla, rodu i królestwa, wstąpić w poczet zaszczytnego rodu Aramerich, a że zbliża się koniec żywota Dekarty Arameriego, głowy rodu, króla i dziadka, na tron ma wstąpić nowy władca. Yeine, dzikuska z dalekiego kraju Północy, o całkowicie odmiennych wartościach etycznych, moralnych, a nawet religijnych, zostaje rzucona na głęboką wodę pałacowych intryg, żądz i... bogów. W Sky mieszkają bowiem nie tylko członkowie rodu Aramerich, ale także zdetronizowani i zniewoleni bogowie, którzy skazani są na łaskę i niełaskę śmiertelników. Yeine tymczasem próbuje przeżyć, odkryć tajemnicę z przeszłości i ocalić swój naród Darr. Wyścig z czasem trwa, a stawką jest nie tylko wyciągnięcie na światło dzienne starych i bolesnych rodzinnych brudów, ale również zachwianie wiarą w bogów.

Muszę przyznać, że ten skrót wydarzeń, ujęty tak, by nie zdradzić zbyt wiele, brzmi nawet atrakcyjnie. Widzę już siebie jako taką małą mróweczkę, piszącą w wydawnictwie cudowne peany na temat powieści, które są nic nie warte. Po „Stu tysiącach królestw” niestety widać, że jest to debiut. Powieść napisana jest w sposób infantylny, odniosłam wrażenie, że autorka pisała wyłącznie sama dla siebie, a nie celem przekazania jakiejś historii. Widzę panią Jemisin siadającą do komputera i piszącą, co jej ślina na język przyniesie, nie starając się stworzyć podwalin pod swój warsztat pisarski, a jedynie dającą upust swoim romantycznym marzeniom. Książka nie byłaby może tak zła, gdyby pisarska zdecydowała się jednoznacznie na coś, a mianowicie, gdyby stwierdziła, że będzie to powieść dla młodzieży, albo że będzie to pełnokrwisty romans, albo fantasy dla dorosłych. A tak wszystkie cechy tych trzech gatunków wymieszała i wyszedł gniot. Czasami czytam powieść i zdaję sobie sprawę, że jest ona adresowana do innego odbiorcy, młodszego lub mniej doświadczonego pod względem czytelniczym, wtedy im ją polecam, samej nie mając satysfakcji z lektury. Niestety w przypadku tej lektury, której poziom jest tak niski, że nie zamierzam jej nikomu polecać. W czym przejawia się infantylizm? Naiwność i płytkość uwidocznia się w tym, jak postrzega i przedstawia świat główna bohaterka, a mianowicie, najwięcej miejsca zajmują opisy strojów, komnat, przepychu i bogactwa. Najważniejsze dla autorki było przedstawienie czym podróżowała bohaterka, w co była ubrana i czym wyłożone były podłogi we wszystkich komnatach, za to czytelnik nie może zorientować się w tym, co najważniejsze, nie ma też pojęcia, jak tak naprawdę funkcjonuje Sto Tysięcy Królestw, nic nie wiadomo o ekonomice i historii kraju, nawet nie wiadomo, czy rzeczywiście istnieje sto tysięcy królestw. Całą powieść przepaja nachalny duch feminizmu; Darr, rodzinne królestwo Yeine, to matriarchat połączony z niewolnictwem mężczyzn, w kraju ustanowiono „ogólnoświatową granicę wieku dojrzałości” (!!!), a największą rywalką Yeine jest kobieta, bo mężczyzna to zapijaczony perwersyjny, zblazowany paniczyk. Nie chciałabym, by czytali to nastolatkowie, dlaczego? Jeżeli przez pół książki status człowieka jest określany przez to, co ma na sobie i co posiada, wydaje mi się ona niewłaściwa dla młodego człowieka, a można przeczytać choćby:”Wystarczy jednak odpowiedni strój i myślę, że nabierze trochę...ogłady”! Po połowie książki te trywialności powoli zanikają, aczkolwiek pojawia się kolejny wątek, a mianowicie pożądliwa miłość, i tak główna bohaterka snuje się po korytarzach znów nie wiedząc czego chce; zemsty, czy miłości; żyć, czy się unicestwić. Bardzo trudno mi stwierdzić jednoznacznie, który z wątków w powieści jest dominującym, ponieważ autorka po kolei ustanawia każdy z nich najważniejszym. Książka mogłaby być o poszukiwaniu prawdy i zemście, albo o przeobrażeniach społeczno-religijnych, albo o głębokiej i namiętnej miłości, albo w końcu o niewolnictwie boskim, naśladującym arabskie dżinny z lamp. Niestety autorka chciała chwycić zbyt wiele srok za ogon i jej nie wyszło, a szkoda, bo pomysł nie był zły, tylko wykonanie kiepskie.

Klątwą trzeba by obłożyć wszystkich niezdecydowanych autorów, plagą są oni straszną. Nora Jemisin nie ustrzegła się błędów debiutanta, ale przecież nie każdy prozator musi być od razu geniuszem pióra. Mam nadzieję, że w przyszłości książki tej autorki będą się odznaczać tym wszystkim, czego zabrakło w „Stu Tysiącach Królestw”, a sama autorka zdecyduje się na to jak, co i dla kogo chce pisać, bo pisanie dla siebie to można uprawiać jedynie do szuflady.

Wyzwanie na 2015:
  •  A book with a number in the title
  •  A book by female author
  •  A book with love triangle
  •  A book by an author you have never read before
  •  A book you own but have never read
  •  A book that was originally written in a different language

Ocena: 2,5/10
Przesłanie: „Młodzieńcze fantazje infantylnej dorosłej pisarki.”


-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

PATI:

„Sto Tysięcy Królestw” to książka jakich wiele – ani rewelacja, ani porażka całkowita. Ot takie czytadło na kilka godzin, miejscami irytująco infantylne, miejscami nawet ciut wciągające. Niestety – niezaskakujące – a ja właśnie głównie tego od książki oczekuje. Intrygi są zaledwie „intryżkami”, bo wystarczy minimum inteligencji, żeby od razu przejrzeć wszystkie zamiary autorki i przewidzieć, jak zostanie poprowadzona narracja. Tak szczerze, to czytałam pozycje gorsze i lepsze, ta jest tak mniej więcej pośrodku.

Młoda Yeine, to postać jak najbardziej szablonowa, typowe dziewczę z barbarzyńskiej prowincji, które zostaje „zaproszone” na dwór swojego dziadka, żeby dowiedzieć się, że zostaje mianowana na możliwego spadkobiercę tronu. Możliwego, bo ma jeszcze dwoje Kuzynów przygotowywanych do tej roli. Tak jak Scimina jest zdeterminowana i przebiegła, tak Relad jest zblazowany i no cóż... żaden – jedyne co pamiętam to to, że sikał w ogrodzie :)

Yeine oczywiście jest w szoku, toż dziadek wyrzekł się jej matki, a ona to zaledwie biedna myszka z północy, wychowywana bardziej na wojowniczkę (kogoś w rodzaju amazonki), niż na przyszłą królową. Chociaż wojowniczka z niej jak mysiej... kaptur, bo choć nóż może i wyciąga często, ale co najwyżej nim wymachuje pseudo groźnie. Styliści (sic!) zajmują się naszą sierotką i zostaje od razu wpuszczona w świat kłamstw, zdrady intryg politycznych, które sporo wykraczają poza normalne życie Yeine. I gdyby autorka na tym skończyłaby byłoby bardzo źle, ale dzięki bogom wplątała w to wszystko jeszcze wątek... bogów. I to nie byle jakich, bo odpowiednik Chaosu – Lord Nahadoth i trójka jego dzieci. I zaczęło być w miarę ciekawie. W miarę.

Sam pomysł kary dla istot wyższych, by służyły zadufanym w sobie ludziom – niezły. Są ich bronią i muszą spełniać wszystkie ich rozkazy... ale bogowie nie są głupi, bogowie wypełniają życzenia ludzi dosłownie i bezwzględnie. Tu od razu przypomniał mi się kawał ze złotą rybką, gdzie pewien pan poprosił o dużego ptaka i otrzymał Emu. W tej książce dostałby od Bogów takiego, że umarłby z powodu niedokrwienia. I to okrucieństwo i nienawiść do ludzi była rzeczywiście na plus dla tej książki. Przez to nie była taka nastoletnio-słodko-pierdząca. Bogowie zabiliby cię, gdyby tylko mogli, więc uważaj na to, co im rozkażesz. I tu na scenę wkracza nasza barbarzynka ze słowem proszę. Też zauważacie, jakie to idiotyczne? Najlepszy tekst z książki: „zrób ze mną proszę co zechcesz”... Facepalm.

Oczywiście główna bohaterka poza walką o przetrwanie i o życie, ma jeszcze czas zakochać się w Lordzie Chaosie, chociaż miejscami zastanawiałam się, czy jej wybrańcem nie zostanie młody Sieh. Z jego możliwością zmiany wieku, chyba miałoby to ciut więcej smaczków :D Anyway serce nie sługa, miłość zapowiedziana na okładce pojawić się musiała, a i do konsumpcji też doszło. I to takiej z trzęsieniem ziemi i lotem w kosmos, niczym Łajka, z powiewającymi uszami i tęczą Nyan Cata. Po prostu WOW. Łóżko i komnata w strzępach, a nasza bohaterka dzielna i bez żadnego siniaczka. Ach Ci Bogowie i ich boska moc kontroli. OŁ JE.

Główna bohaterka jest za przeproszeniem głupawa, niemrawa, bez charakteru i szlachetna do porzygu. Jedyny moment kiedy za pomocą Nahy sieje postrach wśród agresorów na jej ukochane Darre, wtedy stwierdziłam o, wyrabiasz się bejbe... ale zaraz potem, jak cielę patrzyła na cierpienia ukochanego. I do tego ta narracja pierwszoosobowa. Nie było tam nikogo ciekawszego? Autorko?
Jedyne zaskoczenie (a może i nie do końca), główna bohaterka ma skórę koloru kory drzewa... takoż jak i pisarka, która poczyniła tę książkę. Nie codziennie spotyka się czarnoskórą w fantasy, a tym bardziej, jako postać, wokół której kręci się cała historia, a nie jako mięso armatnie na polu bitwy.
Lord Ciemności, Chaos, Pan Ciemności – takie piękne przydomki, a nie spotkałam jeszcze tak nędznego adwersarza światłości. Jakiś taki bezpłciowy, złamany, nędzny. Zło powinno mieć ikrę, on ma co najwyżej... kryl. Jedyną postacią, którą da się polubić w tej książce jest Sieh. Słodki Łobuziak, który wbije ci nóż w plecy przy każdej możliwej sposobności. Oczywiście musiało nam być kilkakrotnie powiedziane o tym, że jest także ulubieńcem zamkowych pedofilii. Ale po co nam ta informacja? Doszłam w końcu do wniosku, że po to by książka była bardziej mroczna, bo nic więcej z tego nie wynikało. Wątek całkowicie zmarnowany.

„Sto Tysięcy Królestw” to pomieszanie „Krwawych Kamieni” Anne Bishop z „Czarnym Magiem” Trudi Canavan. Niestety jest to dość nieudany miks i dość kiepska jakościowo podróbka. Szkoda zaprzepaszczonego pomysłu z powodu tak kiepskiego wykonania. Nie wiem czy sięgnę po następne części, może kiedyś, jak już nie będę miała zupełnie, co ze sobą zrobić.

 Odkreślam z wyzwania następujące punkty:

  • A book with a number in the title
  • A book by female author
  • A book with love triangle
  • A book with nonhumans characters
  • A book with magic
  • A book by an author you have never read before
  • A book that was originally written in a different language
  • A book you can finish in a day
  • A book you started but never finished

Ocena: 4/10
Przesłanie: "Oj jaka ja biedna, a on taki boski bo jest bogiem."


piątek, 2 stycznia 2015

Czytelnicze Wyzwanie 2015

Jakże to ludzkie by z nowym rokiem robić postanowienia, czy stawiać przed sobą różne wyzwania. Oh, oczywiście pojawił się już jakiś tam challenge na fb żeby przeczytać minimum 52 książki w roku 2015, ale szczerze mówiąc nas on rozbawił. A przynajmniej mnie :D My postanowiłyśmy podnieść poprzeczkę i wziąć się za coś co wymaga więcej samozaparcia czytelniczego i no coż... sprawia więcej trudności:


Pomysł i grafika zaczerpnięte z: http://www.popsugar.com/love/Reading-Challenge-2015-36071458

Pozostaje nam już tylko życzyć powodzenia :)

poniedziałek, 22 grudnia 2014

"Krwawy trop" - Steven Erikson

Krwawy trop to niezależna książka ze świata Malazańskiej księgi poległych-najlepszej epickiej serii fantasy ostatnich lat. Stanowiąca idealny wstęp dla tych, którzy sagi Eriksona nie znają, a także doskonałą lekturę dla miłośników cyklu.

Polecam szczerze i serdecznie moim zdaniem jest to najlepszy obecnie cykl fantasy wychodzący w Polsce, a może i na świecie.
Eryk Rzmirezowicz - Magazyn Esencja

Pełen magii i tajemnic, lecz w pełni logiczny; epicko rozbuchany, lecz bogaty w przemyślne szczegóły; wykorzystujący tradycję fantasy, lecz przecież oryginalny; obejmujący kilka kontynentów, a zarazem historią swych kultur sięgający setki tysięcy lat wstecz; krwawy, kolorowy i fascynujący - taki jest świat Stevena Eriksona.
Jacek Dukaj

[Wydawnictwo MAG, 2004]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4613/krwawy-trop-pierwsza-z-opowiesci-o-bauchelainie-i-korbalu-broachu]

AGA:

Steven Erikson, kanadyjski pisarz z Winnipeg, jest znany na całym świecie ze swojego cyklu „Malazańska Księga Poległych”. Pierwszy tom tej sagi leży w poczekalni na swoją kolej, jakoś zawsze bardzo długo decyduję się na czytanie wielotomowej historii z obawy, że zacznę, a nie będę miała czasu skończyć. W Polsce pierwszy tom „Ogrody Księżyca” pojawił się rok po premierze, czyli w 2000 roku, dwa lata po publikacji „Gry o Tron”, a w roku, w którym ukazało się „Starcie królów” George R.R. Martina. Właśnie te dwa cykle fantasy na długi czas wiodły prym na zagranicznym i polskim rynku wydawniczym. Mało jednak kto wie, że pomysł na Malazański cykl nie powstał wyłącznie w głowie Stevena Eriksona, niejaki Ian Cameron Esselmont wykreował ten świat z Eriksonem na potrzeby gry RPG. Był rok 1982, a w 1991 powstał scenariusz filmowy. W końcu Steven Erikson przekształcił scenariusz w powieść, lecz początkowo nie miał szczęścia, i dopiero po kilku latach została ona wydana. Esselmont, który umówił się na symultaniczne pisanie powieści w ramach Malazańskiej sagi, dotrzymał obietnicy dopiero w 2004 roku, wydając „Knives of Night” (pol. „Noc noży, 2007), będącej prequelem do cyklu, do roku 2014 wydał jeszcze pięć tomów.

„Krwawy trop” (Blood Follows, 2001) w Europie, w Wielkiej Brytanii został wydany w limitowanej edycji 300 kopii w twardej oprawie i 500 kopii w miękkiej, wszystkie podpisane przez Stevena Eriksona i opatrzone wstępem Stephena R. Donaldsona – autor cyklu Skoków i Kronik Thomasa Covenanta. Polscy czytelnicy niestety muszą zadowolić się na razie trzema z pięciu tomów „Opowieści o Bauchelainie i Korbalu Broachu”, które wydane są w miękkiej okładce i na lichym papierze, ale przynajmniej z autorskim wstępem. „Krwawy trop” rozpoczyna osobny cykl, który jest swoistym hołdem dla twórczości pisarzy, których Erikson czytywał; dla Fritza Leibera, Roberta E. Howarda i Karla Edwarda Wagnera.

Akcja „krwawego tropu” dzieje się w Laluni – irytującym, choć poprawnym, tłumaczeniu oryginalnej nazwy Lamentable Moll, oznaczającej Smętną/Żałosną/Opłakaną Lalunię – mieście portowym, gdzie panuje strach, rzucony na mieszkańców przez seryjnego mordercę. Sierżant Guld przy współpracy królewskiego maga, próbuje odnaleźć rzeźnika, który pozostawia poćwiartowane zwłoki po całym mieście. W tym samym czasie inny bohater, Emancipor Rees, ponownie pechowo traci pracę, ponownie w przykrych okolicznościach, ponieważ ponownie jego pracodawca traci życie, w sumie to już trzeci z kolei. Szczęśliwie na drodze pożałowania godnego lokaja, stają dwaj tajemniczy podróżnicy, Bauchelain i wiecznie nieobecny Korbal Broach. Śledztwo się toczy, intryga snuje, a zakończenie cudownie wywraca wszystko do góry nogami.

Cała historia nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym. Fabuła książki podzielona została na dwa wątki; w pierwszym, kryminalnym dominuje postać sierżanta Gulda tropiącego mordercę, w drugim bezrobotny lokaj Emancipor, który próbuje sprostać wymaganiom niewdzięcznej rodziny, a następnie fanaberiom nowych pracodawców. W tle majaczy miasto portowe, które nigdy nie śpi, i w którym zawsze jest duży ruch. Opowieść zgodnie z założeniami Eriksona przypomina opowiadania Fritza Leibera, gdzie główne skrzypce odgrywali Fafryd i Szary Kocur. U Eriksona bohaterowie nawet noszą w podobny sposób stworzone imiona, czyli jedno- i dwuczłonowe. Panuje atmosfera tajemniczości i strachu, a za każdym rokiem czai się nieznana i złowróżebna magia. Niestety są również spore różnice, niektóre na korzyść Eriksona, niektóre na korzyść Leibera. A mianowicie świat u Eriksona jest płaski, mało charakterystyczny i mało oryginalny, autor nie pofatygował się nawet do szczegółowego nakreślenia tła, bardzo możliwe, że założył a priori, że wszyscy są zorientowani w realiach po przeczytaniu całej sagi. Użycza również postaciom wielokrotnie nowoczesnej mowy, która jest odrobinę zbyt potoczna. Wszystko to powoduje, że nowela przypomina wprowadzenie mistrza gry do typowej gry fabularnej. To tyle jeśli o przewagę Leibera, który w znacznie większym stopniu przyłożył się do wykreowania świata w swoich opowiadaniach. Na korzyść Eriksona przemawia fakt, że bez dwóch zdań posiada on niebagatelny i rozbrajający dar do ukazywania komizmu sytuacji lub wypowiedzi przez pryzmat czarnego humoru, a samo zakończenie wywołuje ciarki, a jego przewrotność nasuwa podejrzenie, że autor śmiał się w kułak z czytelników, kwitując całą historię soczystym - „Mam Was!”.

Zdecydowanie ta krótka nowelka nie należy do arcydzieł. Widać wyraźnie, że Erikson pisał ją wyłącznie dla własnej przyjemności, chcąc złożyć pewnego rodzaju hołd, albo ofiarę, ku pamięci twórczości autorów klasycznej dark fantasy. W związku z powyższym jest to nowelka przyjemna i krótka, ale nie wprowadzająca do kanonu fantasy nic nowego.


Ocena: 6/10
Przesłanie: „Czasem lepiej pozostawić utwory pisane do szuflady w spokoju”.





niedziela, 21 grudnia 2014

"Marsjanin" - Andy Weir


Mark Watney kilka dni temu był jednym z pierwszych ludzi, którzy stanęli na Marsie.


Teraz jest pewien, że będzie pierwszym, który tam umrze!

Straszliwa burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja,   w której skład wchodzi Mark Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawy ratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o przetrwanie, w której równie ważną rolę, co naukowa wiedza, zdolności techniczne i pomysłowość, odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…

Realizowany na podstawie tej książki film reżyseruje Ridley Scott, a główną rolę gra Matt Damon.


[Wydawnictwo Akurat, 2014]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/235716/marsjanin]

AGA:


Pierwszy raz „Marsjanina” zobaczyłam w zapowiedziach książkowych księgarni internetowej, spojrzałam i nie zainteresowałam się nim w ogóle. „Nie oceniaj książki po okładce”, a ja na przekór, zrobiłam odwrotnie; spojrzałam na wiszącego w powietrzu(?), raczej w atmosferze, astronautę w kombinezonie, otulonego czerwonym pyłem, i co? Automatycznie skojarzyłam projekt Erica White'a, wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak nazywa się autor okładki, ze wszystkimi filmami z przełomu wieków, takimi jak „Misja na Marsa”, czy „Czerwona planeta” i odrzuciłam tę powieść z powodu domniemań. A fe, tak się nie powinno robić. Niedługo po tym na Facebooku jeden ze znajomych zamieścił link do audiobooka tejże książki na YouTube (ang.) https://www.youtube.com/watch?v=3TiyohYgako, zachwalając go jako kawał dobrej fantastyki naukowej. Krok po kroczku zbliżałam się do złapania się na haczyk marketingu, choć nie nachalnego. Następnym etapem był krótki teaser filmu wyświetlony przed seansem „Interstellara”, zresztą genialnego, który to teaser dopiero po pewnym czasie skojarzyłam z powieścią Andy'ego Weira. Ostatnim gwoździem do trumny, no nie to złe wyrażenie, jeszcze raz, ostatnim krokiem do decyzji o przeczytaniu tej książki okazała się nagroda 2014 Goodreads Choice Awards. Rzadko decyduję się na czytanie książek na topie, zazwyczaj niestety okazują się rozczarowaniem, ten jeden raz nie czuje się winna temu, że uległam masowemu zachwytowi.

Andy Weir nie jest znany szerzej na rynku wydawniczym, nigdy niczego nie wydał przed „Marsjaninem”, prowadzi bloga, na którym publikował swoje opowiadania, i na którym po raz pierwszy pojawiła się seria literackich odcinków o Marku Watney'u. Powieść została najpierw wydana jako e-book na Kindla, a po odniesieniu niespodziewanego sukcesu, wydana w formie papierowej. O dziwo, zanim pojawiła się papierowa publikacja w lutym 2014 roku, w marcu 2013 wydano audiobook (nagrodzony Audie Award 2014), i nawet pomimo wcześniejszych wydań, książka i tak osiągnęła sukces. W Polsce „Marsjanin” został wydany przez imprint Wydawnictwa MUZA, a mianowicie przez Wydawnictwo Akurat, którego redaktorem naczelnym jest Arkadiusz Nakoniecznik, który, jak wiadomo, był przez dwa lata redaktorem miesięcznika „Nowa Fantastyka” i tłumaczem literatury fantastycznej.

Powieść „Marsjanin” to historia astronauty, którego misja na Marsie zostaje nagle przerwana w wyniku nasilającej się burzy piaskowej. W trakcie ewakuacji niestety nie dociera do MAVu, czyli Mars Ascent Vehicle, który miał go wynieść na orbitę czerwonej planety i dalej do Hermesa, którym załoga miała powrócić na Ziemię. Od tego momentu rozpoczyna się „przygoda” Marka Watney'a, który będąc botanikiem i inżynierem, ale przede wszystkim człowiekiem o niezaprzeczalnie ścisłym i logicznym umyśle, walczy o przetrwanie na niegościnnej planecie.

Fabuła dość prosta w swojej konstrukcji, ot taki marsjański Piętaszek skrzyżowany z misją Apolla 13, próbuje nie umrzeć z głodu i skontaktować się z NASA, a wszystko to podparte przez naukowe obliczenia i rozwiązania. Czy wszystkie dane podawane przez autora w powieści są prawdziwe, nie wiem, założyłam a priori, że programista komputerowy i syn fizyka, postara się przybliżyć przynajmniej do rzeczywistych danych. Cała książka byłaby niesamowicie nudnym zbiorem naukowych rozważań, gdyby nie sposób narracji. Przez większość powieści wykorzystana jest narracja pierwszoosobowa w formie dziennika, rejestrująca kolejne dni pobytu Marka Watney'a na Marsie. Sam bohater charakteryzuje się poczuciem humoru i jego autoironiczne wypowiedzi spisane potocznym językiem, są kwintesencją tego, co spowodowało taką popularność tej książki. Autor stworzył bohatera, którego czytelnik nie może nie lubić, któremu dopinguje i przeżywa z nim każdy sukces i niepowodzenie. Sposób opisania całego zdarzenia i kłopotów, w które popadł Mark przestają być tylko zlepkiem naukowych wywodów, a stają się interesującymi monologami.

Szczerze zastanawiałam się, czy jest możliwe przeniesienie tej powieści na szklany ekran, hmm, chyba trzeba zmienić to wyrażenie, jest lekko przestarzałe, na plazmowy/ciekłokrystaliczny ekran, jest możliwe tak, by nie zanudzić widza. Do połowy powieści uważałam, że nie, a głównym powodem był język i narracja, której finezji i niuansów nie przekazałby Matt Damon, ani żaden aktor. Jednak akcja powieści z czasem wychodzi poza obręb wyłącznie dbania o egzystencję i robi się na tyle ciekawie, że Hollywood z pewnością znajdzie spore pole do popisu. Czy wybór Matta Damona na Marka Watney'a jest trafny, to się dopiero okaże, na razie podchodzę do tego projektu sceptycznie, pamiętam Matta Damona z „Interstellara”, gdzie również grał rozbitka na nieznanej planecie, ale o całkowicie odmiennym charakterze niż bohater Weira - bezwzględny, egoistyczny, ponury i brrr... po prostu szumowina jakich mało.

Andy Weir wykorzystał od dawna istniejące w kulturze motywy Piętaszka, dodał do nich elementy dramatyzmu astronautycznego Apolla 13, ale ubrał te znane i oklepane motywy w wyjątkowo autoironiczne szaty. Polecam tę książkę zarówno tym, co zakochani są w fantastyce, jak i tym, którzy po prostu chcą przeczytać dobrą literaturę.

Ocena: 8,5/10
Przesłanie: „Fantastyka naukowa też może być odprężającym doświadczeniem”.




wtorek, 9 grudnia 2014

"Uczeń skrytobójcy" - Robin Hobb


Uczeń skrytobójcy to zadziwiający świeżością debiut w gatunku fantasy. Jest w nim magia i zły urok, jest bohaterstwo i podłość, pasja i przygoda.

Młody Bastard to nieprawy syn Księcia Rycerskiego. Dorasta na dworze w Królestwie Sześciu Księstw, wychowywany przez szorstkiego koniuszego swego ojca. Ignoruje go cała rodzina królewska oprócz chwiejnego w swoich sądach Króla Roztropnego, który każe uczyć chłopca sekretnej sztuki skrytobójstwa. W żyłach Bastarda płynie błękitna krew, ma więc zdolność do korzystania z Mocy.


[Prószyński i S-ka, 1995]
[Opis i okładka:
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/192216/uczen-skrytobojcy]


AGA: 

Do serii „Nowa Fantastyka” Wydawnictwa Prószyński i S-ka mam wielki sentyment, zapewne przyczynił się do tego fakt, że mój nadal trwający romans z fantastyką, rozwijał się właśnie w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to wydawnictwo publikowało jedne z ciekawszych, wtedy na polskim rynku, tytułów. Nie zawsze udane, ale z pewnością oryginalne, ilustracje na okładkach, autorstwa Piotra Łukaszewskiego, będą kojarzyły mi się z konkretnymi tytułami, i z tego powodu sentymentalnie nigdy inne wydania nie będą dla mnie odpowiednie. Z twórczością Robin Hobb zetknęłam się tylko raz, a mianowicie podczas lektury „Legend II” - antologii pod redakcją Roberta Silverberga- gdzie zamieszczone zostało opowiadanie pod tytułem „Powrót do domu”, będące prequelem do trylogii o „Kupcach i ich żywostatkach”. Jednak, tak jak już wspominałam o tym przy czytaniu „Rycerza Siedmiu Królestw”, zapoznawanie się z tym zbiorem mija się z celem, jeśli wcześniej nie spotkało się z książkami, do których nawiązują opowiadania, wyrwane z kontekstu w ogóle do czytelnika nie przemawiają. Pamiętam, że „Powrót do domu” zanudził mnie prawie na śmierć, w wyniku czego nie sięgnęłam po obszerniejszą twórczość tej autorki.... aż do teraz.

„Uczeń Skrytobójcy” to pierwszy tom cyklu „Skrytobójca” (tytuł oryginalny cyklu „Farseer”, czyli Dalekowidzący) wydany pierwszy raz przez Prószyńskiego i S-kę w 1997 roku, zaledwie dwa lata po premierze, a wznowiony przez MAGa w 2005 i 2014 roku. W tych latach tworzyły również inne pisarki, popularne również w Polsce, a mianowicie Lois McMaster Bujold, Mercedes Lackey, Anne McCaffrey, dlaczego o nich wspominam? Dlatego, że literatura fantastyczna, w szczególności fantasy, lat dziewięćdziesiątych była pisana w sposób charakterystyczny. Powieści tamtych lat były uładzone, światy poukładane, nazwane, opatrzone nawet mapkami, ale nie posiadały cech rzeczywistego świata, przypominały trochę filmy z lat sześćdziesiątych, gdzie bohaterowie niby walczyli, niby byli ranni i taplali się w błocie, ale zawsze byli piękni, czyści i tacy szlachetni. Świat Robin Hobb jest bardzo podobny; Kozia Twierdza, jako miasto portowe jawi się zbyt czysto, zbyt porządnie, owszem są pijacy (o matko!!) i biedniejsi ludzie niż ci mieszkający na dworze, ale nic poza tym. Wszystkie dobrze urodzone dramatis personae są nazwane imionami znamionującymi cechy charakteru, dlatego w sumie żadne z ich poczynań nie jest tajemnicą. Pomimo tego jednak bohaterowie są zaskakiwani na przykład przez żądzę władzy księcia Władczego lub irytują się na króla Roztropnego, że nie podejmuje szybkich lub pochopnych decyzji. Kolejną cechą powieści z tamtych lat jest widoczny podział na tych dobrych i na tych złych, co ciekawe ci dobrzy zazwyczaj są nieskazitelni, ale często naiwni lub przyjmują rolę męczenników, za to ci źli mają po prostu złe intencje. Nawet postaci dwuznaczne, takie jak król Roztropny, czy „szef wywiadu” Cierń, pomimo podejmowania decyzji moralnie złych, są przedstawieni pozytywnie i rozgrzeszani ze swych niecnych poczynań w imię wyższego dobra. Niestety bohaterom złym pozostaje być po prostu złym, nie są ani okrutni, ani barbarzyńscy, a co gorsza nawet nie są za bardzo przebiegli. Powieściom lat dziewięćdziesiątych brakowało zdecydowanie realności, mechaniki świata przedstawionego, bohaterów, którzy byliby z krwi i kości, a nie wyciągnięci spomiędzy bajek.

„Uczeń Skrytobójcy” to historia bękarta następcy tronu, księcia Rycerskiego, zostaje on oddany do zamku, ponieważ dotychczasowy opiekun, właściwie dziadek, nie chce dalej łożyć na jego utrzymanie. Tu się zatrzymam, ponieważ absurdalnym wydaje mi się, aby najpierw odżywić dzieciaka do wieku lat sześciu, a potem go oddać, zanim tak naprawdę mógłby być pożyteczny dla gospodarstwa. Oczywiście jak to w bajkach bywa, przyjęto chłopca pod dach książęcy na piękną buźkę, bo do ojca podobny. Bastard trafia najpierw pod opiekę koniuszego; konwencja książki lat dziewięćdziesiątych nie pozwala go brutalnie usunąć ze sceny politycznej, a znowu autorka chciała być choć trochę poprawna i wysłała go do stajni, a nie od razu do komnat. Ot, taki motyw Kopciuszka. Tam bohater zdobywa niezbędne umiejętności koniuszego i psiarczyka - niezbędne dla kogo? Oczywiście książka nie byłaby interesująca, gdyby nie było motywu dobrej wróżki, która za pomocą czarodziejskiej różdżki, nie obdarzyłaby bohatera zapomnianego przez wszystkich, dobrodziejstwami. Król Roztropny alias dobra wróżka, obdarowuje Bastarda komnatą, atencją, dobrym wiktem, dostępem do edukacji, w zamian chce bezwzględnej lojalności i bycia karzącą ręką króla. Tak Bastard trafia pod opiekę truciciela, szpiega i skrytobójcy, Ciernia, który zamienia się z Brusem (królewski koniuszym) miejscami bycia najlepszym przyjacielem chłopca. Książka fantasy nie obyłaby się bez magii, dlatego bohater trafia na naukę do Konsyliarza, który jako jedyny ze wszystkich wykazuje drobne cechy okrucieństwa, które niestety nie wynikają z bezwzględnego charakteru, ale raczej z zakompleksienia – znów czarny charakter nie jest tak czarny, jakbyśmy chcieli, tylko godny politowania. Nadal jednak za mało jest autorce szkoleniowców młodego książęcego bękarta, więc pisarka dołożyła w międzyczasie mało atrakcyjnego Krzewiciela, który próbował kusić wycieczkami w poszukiwaniu ziółek. Och, iluż ich było, tych ludzi, którzy wokół Bastarda tańczyli, a jak jeden się pojawiał, to poprzedni znikał lub się obrażał. Można by rzec, że młody człowiek często szuka mentorów i zmienia autorytety, jak rękawiczki, ale bez przesady, cała ta kawalkada wyglądała jak orszak panny młodej. Wszystkie zabiegi edukacyjne dążyły do stworzenia w efekcie szarej eminencji dyplomacji, skrytobójcy doskonałego i truciciela, który w wieku lat dziesięciu miał podejmować działania ratujące królestwo od problemów. Aż trudno uwierzyć, aby chłopiec, który rozeznać się nie może w intrygach pałacowych, miał podejmować decyzje wagi państwowej. Nie wspominając już o fakcie, że nikt o jego profesji nie miał poza królem i Cierniem wiedzieć, a tu proszę podczas jednej z wypraw dyplomatycznych przywitano go wprost: „Witamy słynnego truciciela”. Błagam!!! Największym zarzutem wobec fabuły jest stworzenie środka ciężkości wokół głównego bohatera i jego dorastania, przez co jedyny ciekawy wątek, zamorskich najeźdźców oraz dziwnej choroby zwanej kuźnicą, został zepchnięty na daleki plan. Nawet zaręczyny księcia Szczerego okazały się bardziej absorbujące, niż tajemnicze rajdy szkarłatnych okrętów z Wysp Zewnętrznych.

Cóż można powiedzieć; żałuję, że nie przeczytałam tej powieści w latach dziewięćdziesiątych, gdy mój gust był bardziej naiwny, gdy zawsze kibicowałam bohaterowi, gdy taki styl pisania był na topie. „Uczeń Skrytobójcy” napisany jest sprawnie, dobrym językiem, który ułatwia „wgryzienie się” w świat. Niestety kreacja świata przedstawionego jest naiwna, fabuła mało oryginalna, a bohater w stylu Kopciuszka.

„Ucznia Skrytobójcy” mogę z czystym sercem polecić dwunasto- trzynastolatkom, którzy z pewnością odnajdą w powieści to, co ja zagubiłam wiele lat temu – naiwność.

Moja ocena: 6/10
Przesłanie:”Reminiscencje z lat młodości, gdy człek naiwny i bezkrytyczny”.