Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmici. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmici. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 stycznia 2018

"Natarcie" - Marko Kloos

Obcy gromadzą się na obrzeżach Układu Słonecznego, umacniają podbitego Marsa i zaczynają spoglądać w stronę Ziemi.

Odległej lodowatej kolonii Nowy Svalbard, odciętej od reszty galaktyki grozi chaos i śmierć głodowa. Dla zmęczonego walką sierżanta sztabowego Andrew Graysona i zdziesiątkowanych oddziałów Wspólnoty Północnoamerykańskiej, wojna o przetrwanie wkracza właśnie w katastroficzną nową fazę.

Po zawarciu niepewnego sojuszu z dotychczasowymi chińsko-rosyjskimi wrogami WPA organizuje ryzykowną misję przebicia się przez blokadę obcych i odzyskania kontaktu z Ziemią. Tym razem walka o przyszłość ludzkości może zakończyć się wyłącznie pełnym zwycięstwem lub unicestwieniem.

[Fabryka Słów, 2017]
[Opis i okładka: http://fabrykaslow.com.pl/autorzy/marko-kloos/natarcie-frontlines-t-1-marko-kloos/]

Książka udostępniona dzięki uprzejmości Fabryki Słów.

AGA:

Gdy w 2016 roku Fabryka Słów rozpoczęła wydawanie serii Frontlines, zupełnie nieznanego autora Marko Kloosa, obawiałam się, że na polu space opery i fantastyki militarnej generalnie nie można nic nowego za bardzo osiągnąć. Polski rynek przecież już był pełen książek takich wielkich nazwisk jak Weber, Heinlein, Haldeman, Scalzi, a przecież były też pomniejsze jak Currie, Campbell, Douglas, czy Nagata. Jednak to właśnie ten cykl pochłaniam z wielką przyjemnością i to ten pisarz ma wielki dar utrzymywania czytelnika przy sobie.

Jeśli czytaliście „Ewakuację”, drugi tom cyklu, to doznaliście nieprzyjemnego doświadczenia, jakim jest wredne zawieszenie fabuły przez autora w momencie, w którym chciałoby się natychmiast sięgnąć po następny tom. Ludzkość, a przynajmniej ta jej cząstka, która została wraz z Andrew Graysonem, na Nowym Svalbardzie, w systemie Fomalhaut, dowiedziała się, że Dryblasy, czyli agresywny i mocno ekspansywny gatunek, przedostał się do Układu Słonecznego. Nikt nie wie, co się dzieje z Ziemią, poza tym, że zapewne nikomu dużo czasu nie zostało, ani ludziom na Nowym Svalbardzie, którzy umrą z głodu, jeśli będą musieli wyżywić nadprogramową ilość przybyłej armii, ani ludzkości, jeśli resztki sił zbrojnych szybko nie przedostaną się do rodzimego układu i nie wesprą swoich w walce o utrzymanie macierzystej planety. Nic jednak u Marko Kloosa nie jest takie proste, a przecież jest jeszcze Andrew Grayson, który, gdzie się pojawi jest w epicentrum wszelakiego.... zamętu, delikatnie mówiąc.

Sięgając po „Natarcie” byłam przekonana o tym, o czym będzie ten tom. Chyba nadal zbyt sztampowo traktując Marko Kloosa, pomyliłam się. A tom trzeci, choć jest tomem przejściowym i lekko wydłuża cały cykl, to w ogóle, ale to w ogóle, nie daje tego odczuć czytelnikowi, że musi pozamykać kilka wątków, aby móc, zapewne w następnym tomie, pójść dalej z fabułą. Zdecydowanie należy docenić talent pisarza, który potrafi nie wydłużać niepotrzebnie fabuły, tworzyć każdorazowo oryginalnie nową koncepcję dla każdego tomu i prowadzić narrację tak, że czytelnik nie ma, ale to wcale, ochoty odrywać się od lektury. Jakby nie patrząc autor bazuje na bardzo sztampowych elementach: źli kosmici atakują Ziemię, trzeba ją obronić, a całą narrację skupia wokół głównego bohatera, który dzięki łutowi szczęścia zawsze wychodzi z opresji, ale żeby nie wychodził na supermena, najlepiej, aby miał zwykłe cechy, czyli dobrych przyjaciół, dylematy moralne, dobrą kobietę, a i niech od czasu do czasu lubi się napić. Niby bardzo prosta recepta, którą wielu próbuje wykorzystać, ale jednak niewielu umie tak, jak Marko Kloos tchnąć w ten pomysł naprawdę żywą i ciekawą duszę. Nic jednak samo nie przychodzi, w Podziękowaniach „skromny padawan” dziękuje za cenne uwagi i pomoc właśnie wyżej wymienionemu Johnowi Scalzi'emu i Elizabeth Bear, co oznacza, że pisarz, wie, od kogo należy się uczyć.


Szczerze polecam cały cykl Frontlines i z niecierpliwością będę oczekiwała tomu czwartego „Chains of Command”.

Ocena: 9/10.

czwartek, 1 września 2016

"Pobór" - Marko Kloos


Mamy rok 2108, a Wspólnota Północnoamerykańska trzeszczy w szwach.

Dla pasożytniczych nierobów pokroju Andrew Graysona, są tylko dwie drogi, żeby wyrwać się z zarobaczonych, pełnych przemocy bloków socjalnych, gdzie dzienna racja żywieniowa to marne dwa tysiące kalorii smakującej jak papier przetworzonej soi: można albo łudzić się nadzieją na wygraną w loterii i otrzymanie biletu do jednej z pozaziemskich kolonii, albo się zaciągnąć.
Wybór jest prosty: mrzonki na bok, kalkulacja przodem.
Andrew zaciąga się do sił zbrojnych, skuszony prawdziwym żarciem, pensją z emeryturą i możliwością wyrwania się z Ziemi.
Ale szybko po rozpoczęciu kariery pełny oczekiwań i roszczeń Andy odkrywa, że dobre jedzenie i przyzwoita opieka medyczna słono kosztują… a nawet zasiedlona galaktyka skrywa o wiele większe niebezpieczeństwa, niż wojskowa biurokracja albo rządzące slumsami gangi.



Militarne science fiction jest zdradliwe, bo albo próbuje niepotrzebnie uprościć i upiększyć instytucję wojskowości, albo z kolei opisuje ją tak, że trzeba absolutnie kochać broń, żeby w ogóle móc taką książkę przeczytać. „Pobór” doskonale balansuje po tej cienkiej linii, pokazując świat, gdzie wojsko jest jedną z nielicznych rozsądnych opcji ucieczki ze zniszczonej Ziemi, umiejętnie dozując wiedzę taktyczno-zbrojeniową tak, że nie odstrasza niedoświadczonego czytelnika.


[Fabryka Słów, 2016]
[Okładka i opis: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3721332/pobor]

Recenzja dla Secretum.pl, książka udostępniona z uprzejmości Fabryki Słów.

AGA:

Na polskim rynku wydawniczym od kilku lat fantastyka militarna przechodzi prawdziwy renesans. Po wielu latach tłamszenia tego gatunku przez Davida Webera, pojawia się coraz więcej, nowych nazwisk i tytułów. Wydawnictwa polskie coraz częściej prezentują autorów takich jak Evan Currie, Ian Douglas, Kennedy Hudner, czy John Scalzi. Pora teraz również na mało znanego Marko Kloosa, niemieckiego pisarza, piszącego i publikującego w Stanach Zjednoczonych. Jego cykl Frontlines właśnie rozpoczyna swoją karierę, dzięki wydawnictwu Fabryka Słów, które we wrześniu tego roku wypuszcza pierwszy tom „Pobór”. Pytanie brzmi, czy po grafomańskim Weberze, lekkim Curriem, czy nagradzanym Scalzim, pozostała jakaś nisza dla Kloosa?

Andrew Greyson, to typowy przedstawiciel jednej z Dzielnic Zakwaterowania Komunalnego; zniechęcony skromnym życiem na socjalnym garnuszku, zamiast próbować wyrwać się z dołów społecznych ciężką pracą - kombinuje. Jako syn niedoszłego wojskowego, zamiast liczyć na ślepy traf w loterii, czyli bilet do jednej z pozaziemskich kolonii, skuszony perspektywą prawdziwego żarcia i płatnej emerytury, zaciąga się do wojska. Jego jedynymi pragnieniami są: nigdy nie wrócić do DZK, wyrwać się z Ziemi i po odbyciu służby otworzyć sobie pełne pieniędzy konto w banku. Andrew trafia na szkolenie przygotowawcze Sił Zbrojnych Wspólnoty Północnoamerykańskiej, potem trafia do Armii Terytorialnej, a to dopiero początek przygody z wojskiem. Jak mówi chińskie przysłowie: „Obyś żył w ciekawych czasach”.

Powieść Marko Kloosa reprezentuje jeden z wariantów powieści militarnej fantastyki, ten tzw. „od zera do bohatera”, choć w stopniu dość umiarkowanym, z pewnością nie tak rozbuchanym, jak w Honorverse Webera. Główny bohater dostaje się do wojska i w związku z różnymi zbiegami okoliczności pakuje się w kłopoty, a potem ratuje sobie wielokrotnie tyłek, przy okazji łapiąc się na kilka kolorowych odznaczeń.

Trzeba przyznać, że Marko Kloos sprytnie ominął klasyczne pułapki, jakie czyhają na pisarza militarnej fantastyki, takie jak kreowanie nieprzeciętnie odważnego bohatera (por. Alicia DeVries ze „Ścieżki furii” D. Webera), zbyt obszerne opisy techniczne i taktyczne (por. tomy powyżej piątego Honor Harrington), czy ubajkowienie służby wojskowej (Hayden War Evana Currie). Przede wszystkim główny bohater nie otrzymuje tego, czego pragnie od razu, musi się rzeczywiście napracować, by w końcu zrealizować swoje marzenia. Ne jest to typ nieprzeciętnie odważnego bohatera, tylko po prostu dobrego żołnierza.

Niestety nie tylko Andrew musi się namęczyć, ale czytelnik również. Dlaczego? Powieść jest źle napisana, ciężkim, wojskowym i technicznym żargonem? Nie. Akcja jest powolna i nudna? Nie. To w czym problem? Przez 70% książki czytelnik towarzyszy Greysonowi podczas zakwaterowania w koszarach, uczy się dyscypliny i porządku, biega, bierze udział w wykładach, akcjach Armii Terytorialnej i zaczyna się zastanawiać, czy aby na pewno czyta fantastykę. Świat przedstawiony, wyposażenie żołnierzy, akcje woskowe, tak niewiele różnią się od realiów współczesnego żołnierza, że odniosłam wrażenie, że czytam po prostu dziennik piechociarza. Pomimo tego, że akcja wciąga, a opisy życia wojskowego naprawdę są realistyczne, byłam przez sporą część książki bardzo rozczarowana. A jednak Marko Kloos obronił się, po tych pieczołowitych opisach dnia codziennego w koszarach i manewrach wojskowych rodem z „Helikoptera w ogniu” (2001, reż. Ridley Scott), w końcu nasz wojak trafia do marynarki i zostaje wystrzelony w kosmos, gdzie trafia na... obcych. I w końcu wracamy do FANTASTYKI militarnej.

Powieść Kloosa z jednej strony jest nowatorska, ponieważ ukazuje z pieczołowitością, realistycznie i bez koloryzowania codzienność żołnierzy, z drugiej strony jest mocno odtwórcza. Wielkie mocarstwa są w klasycznej opozycji politycznej Wschód-Zachód, czyli Związek Chińsko-Rosyjski contra Wspólnota Północnoamerykańska, wielkie blokowiska przypominają osiedla zamknięte z filmu „Dredd” (2012, reż. Pete Travis), a miłość piechociarza do pilota marynarki nasuwa proste skojarzenie, niestety bardzo żałosne, z miłością Johnnego Rico do Carmen Ibanez z „Żołnierzy kosmosu” Paula Verhoevena. Na szczęście dla Kloosa obcy to nie gigantyczne owady (prawie, ale pssst..).


Starałam się dość obiektywnie ocenić powieść „Pobór”, która tak naprawdę ma bardzo niewiele wad, a te które się pojawiają, są marginalne. Akcja powieści jest wystarczająco wartka, by wciągnąć czytelnika w świat Andrew Greysona, który wcale nie okazuje się takim strasznym egoistycznym obibokiem, jak go opisano w blurbie, a styl pisania Kloosa jest znacznie bardziej poważny i rzetelny niż na przykład Evana Currie. Proza Marko Kloosa nie jest tak rozbuchana jak Davida Webera, nie jest tak lekka jak Evana Currie i nie jest tak wizjonerska, jak Johna Scalzi, innymi słowy znalazła się nisza dla tego pisarza – realizm, jeśli można o takim pisać w ramach fantastyki.  

Ocena: 6/10
Przesłanie: "Szczęśliwie mało pompatyczna historia pewnego wojaka".

poniedziałek, 6 lipca 2015

"Laguna" - Nnedi Okorafor



Troje nieznajomych, a każde z nich ma swoje problemy. Biolog morski Adaora. Słynny w całej Afryce raper Anthony. Udręczony żołnierz Agu. Kiedy wędrują po plaży Bar Beach w Lagos, legendarnej nigeryjskiej metropolii, są bardziej samotni niż kiedykolwiek.

Kiedy jednak coś podobnego do meteorytu wpada do oceanu, troje ludzi zabranych przez falę zostaje ze sobą związanych na wiele trudnych do zrozumienia sposobów. Wraz z Ayodele, gościem z gwiazd, przebijają się przez Lagos i walczą z czasem, by ocalić miasto, świat... i samych siebie.
"Nie było czasu na ucieczkę. Nie było czasu na odwrót. Nie było czasu na krzyk. I nie było też bólu. Przypominało to wyrzucenie w gwiazdy".

[Wydawnictwo Mag, 2015]
[Opis i okładka:http://lubimyczytac.pl/ksiazka/224135/laguna]


AGA:


„Uczta wyobraźni”, jak wielokrotnie wspominałam, jest serią bardzo specyficzną, w której ukazują się książki dziwne, zakręcone, dalekie od głównonurtowych powieści fantasy i science fiction. Sięgając po którąkolwiek pozycję z tej serii, jestem przekonana, że spotka mnie coś całkiem nowego i odmiennego, dlatego często traktuję tę serię, jak odskocznię, chwilę oddechu od pozycji lekkich, łatwych i przyjemnych. „Laguna” Nnedi Okorafor zdecydowanie wpisuje się w kanon tych dziwnych i odmiennych, choć amerykańska pisarka nigeryjskiego pochodzenia, sięgnęła po stare sprawdzone motywy z klasyki literatury science fiction.

Akcja rozpoczyna się wizją jakiejś niszczycielskiej siły, która w wodach Zatoki Gwinejskiej atakuje z mściwą satysfakcją podwodną część rurociągu, ciesząc się jego unicestwieniem. Dopiero po chwili czytelnik stwierdza z zaskoczeniem, że właśnie przeczytał fragment o uczuciach włócznika (ryba), który został obdarowany przez kosmitów niespodziewanie wielkimi gabarytami. Po takim wstępie czytelnik przenosi się na lagoską plażę Bar Beach, na której spotyka się przypadkowo, 8 stycznia 2010 roku, trójka ludzi. To oni staną się osią fabuły, i to oni będą pierwszymi ludźmi, którzy dostąpią wątpliwego zaszczytu pierwszego kontaktu z obcymi. Adaora, nigeryjska, zamożna pani oceanolog, Anthony, ghański raper, i Agu, nigeryjski żołnierz zostają porwani przez, wywołaną przez kosmitów, oceaniczną falę w głąb zatoki. Po tym dość niecodziennym kontakcie z przedstawicielami obcej cywilizacji, wracają na ląd z Ayodele, posłem, mającym na celu z jednej strony poznać ludzi i ich świat, z drugiej strony pokojowo zaanonsować przybycie „nowych” mieszkańców Ziemi. Adaora, Agu i Anthony będą zmuszeni skonfrontować się z fanatycznym, chrześcijańskim kapłanem Oke, nawróconym na wiarę mężem Adaory, Chrisem, grupką homoseksualistów chcących obcych wykorzystać do swojej seksualnej rewolucji, wojskiem, a także tajemniczym Kolekcjonerem Kości, a wszystko po to, aby dotrzeć do prezydenta Nigerii, który jako jedyny może pokojowo przywitać obcych i poddać się zmianom, które ze sobą niosą.

Gdyby tylko oprzeć się na tym skrócie fabuły, najprawdopodobniej większość nie sięgnęłaby po tę książkę i wcale, a wcale bym się temu nie dziwiła. Sama koncepcja powieści jest trywialna. Trzonem fabuły staje się pierwszy kontakt ludzkości z przybyszami z kosmosu, co więcej autorka sięga do wielu znanych motywów, można przypomnieć film „Otchłań” Jamesa Camerona, czy książkę „Kula” Michaela Crichtona oraz film na jej podstawie Barry'ego Levinsona, które ukazywały potencjał podmorskiego świata. Nnedi Okorafor w Podziękowaniach przyznaje się, że inspiracją do powstania tej powieści był film „Dystrykt 9” Neilla Blomkampa, który wzbudził w niej gniew, choć nie tłumaczy dlaczego. Rzeczywiście film i powieść Okorafor mają pewne cechy wspólne; opowiadają o kontakcie z obcą cywilizacją, o społecznej ksenofobii, a także akcja rozgrywa się w jednym z państw afrykańskich. Jednak wydaje się, że Okorafor stara się wybronić naród nigeryjski, może i przedstawia różne grupy społeczne, które na swój sposób próbują wykorzystać pojawienie się obcych, ukazuje prymitywne lęki przed innością, i przypiera swoich bohaterów do muru, aby uzyskać najbardziej skrajne zachowania, ale wszystko dąży do happy endu i to takiego w najgorszym wydaniu. Dlaczego? Ponieważ w ostatecznym rozrachunku ludzkość zmienia się nie ewolucyjnie, nie w wyniku mądrości lub tragedii, lecz „magicznego” działania obcych na emocje i psychikę mieszkańców Lagos. Po prostu obcy machnęli „magiczną różdżką” i naród nigeryjski będzie przodować w pokojowej koegzystencji z obcymi. Pytanie brzmi, po co obcy się trudzili, by poznać skrajne emocje i zachowania ludzi, jeśli od początku mogli wnieść zmiany, które pozwoliłyby im swobodnie zamieszkać na Ziemi? Oczywiście po to, aby autorka mogła ukazać najgorsze cechy ludzi, ksenofobię, religijny fanatyzm, okrucieństwo i zachłanność, brutalizację tłumów w obliczu zagrożenia, ukazać ludzi, których nie chciałoby się znać i spotkać w życiu, a także typowo zachodni pogląd o społeczności afrykańskiej, jako prymitywnej, agresywnej masie, ale to wszystko traci na swoim wydźwięku w momencie, gdy wszystko zostaje uspokojone magiczną mgłą powstałą z ofiary Ayodele, na wzór ofiary Chrystusa.

Powieść należy do ciekawych, pomimo trywialnego i absurdalnie głupiego pomysłu na fabułę, a zasługuje ona na uwagę ze względu na miejsce akcji, dla większość dość egzotycznego, postaci, które zostały bardzo wyraźnie i naturalistycznie przedstawione oraz ze względu na gorzkie i okrutne przedstawienie natury ludzkiej. Niestety można odczuć, że jest to powieść pisana, że tak powiem, przez osobę z zewnątrz; z jednej strony ukazuje prymitywizm i agresywność mieszkańców Afryki, którzy za oparcie mają jedynie siłę fizyczną i prawo ulicy, a z drugiej strony Nigeryjczycy ukazani są jako naród wybrany, ten który będzie niósł kaganek pokoju i będzie świecił przykładem koegzystencji z kosmitami. Nadaje im mądrość w sposób sztuczny przez co zamiast zrehabilitować afrykańskie narody w oczach Zachodu, powoduje całkiem odmienną reakcję, ponieważ wygląda na to, by ten naród stanął na nogi i stał się cywilizacyjną i kulturową potęgą, muszą zaingerować Obcy, bo innego rozwiązania nie widać.


Podsumowując, jest to powieść oryginalna, lekko naiwna, przypomina filmy kategorii D, w których fabuła jest idiotyczna i nie trzymająca się kupy, ale o dziwo zagrana przez świetnych aktorów. Jednym słowem tak jakby Meryl Streep i Helen Mirren zagrały w „Zombie SS”, film byłby do kitu, ale gra aktorska pierwszorzędna.

  • A book published this year.
  • A book with nonhuman character.
  • A book  by female author.
  • A book with one word title.
  • A book set in different country.
  • A book by an author you have never read before.
  • A book that was originally written in a different language

Ocena: 5/10

Przesłanie: "Afrykańczycy zasługują na szansę bycia narodem wybranym."