poniedziałek, 2 kwietnia 2018

"Sztylet ślubny" - Aleksandra Ruda

Kupiecka córka Mila Kotowienko powraca!
Sztylet ślubny to długo wyczekiwana przez czytelników kontynuacja pierwszej części trylogii Aleksandry Rudej, Sztyletu rodowego.
Królewskim posłańcom udało się uniknąć śmierci, więc cała drużyna zmierza do spokojnego miejsca, w którym mogłaby zająć się lizaniem ran. Wkrótce okazuje się jednak, że na spokój nie mają co liczyć. Kapitan wciąż poszukuje zaginionej narzeczonej, uzdrowiciel ma pełne ręce roboty, a zakochany troll jest… no cóż, zakochany. Mila jednak opiera się względom Dranisza i liczy, że nie będzie musiała przy okazji zdradzić swojej największej tajemnicy.
Tylko jak utrzymać w sekrecie prawdę o sobie, skoro kolejne tarapaty wymagają od dziewczyny sięgnięcia po moc sztyletu? Na dodatek wokół jak na złość pojawia się coraz więcej niechcianych adoratorów.
Nowe tajemnice, nowi wrogowie, dużo magii i humoru – powieść Aleksandry Rudej to humorystyczne fantasy najwyższej próby.
[Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2018]
[Opis i okładka: https://papierowyksiezyc.pl/ksiegarnia/sztylet-slubny/]
Książka udostępniona dzięki Wydawnictwu Papierowy Księżyc i zrecenzowana dla Secretum.pl.
AGA:
Sztylet ślubny” to tom drugi Trylogii Sztyletu Rodowego Aleksandry Rudej, ukraińskiej pisarki, którą polski czytelnik miał już wcześniej okazję poznać dzięki cyklowi o przygodach Olgi i Ottona.
„Sztylet ślubny” to bezpośrednia kontynuacja przygód Mili Kotowienko i drużyny Głosów Królewskich. Akcja rozpoczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym zakończył się tom pierwszy. Po nocnym starciu z watahą wilkołaków poobijana, kontuzjowana załoga Jaromira Wilka, błądzi po leśnych ostępach na terytorium uldona, nie wiedząc, w którą stronę się udać, aby wrócić do dominium Bicza. W drodze powrotnej do cywilizacji, która okaże się wyjątkowo długa, wyboista i usłana trupami, towarzysze w końcu odkryją kim naprawdę jest Miłka. Wszystko niestety to zmieni, a tarcia pomiędzy poszczególnymi członkami drużyny nabiorą rumieńców, z czego jak zawsze najbardziej będzie zadowolony elfi uzdrowiciel Daezael, który z niesłabnącą dozą sarkazmu i uszczypliwości, będzie dolewał oliwy do ognia. Na trakcie dzielne Głosy Królewskie spotkają młodego uldona, który zaprosi ich w gościnę, martwiaki, wielu kandydatów do ręki Jasnoty Hak, którzy z przyjemnością większą, bądź mniejszą, chętnie zaopiekują się dominium jej tatuśka, a na drodze znów pojawią się wilkołaki, a nawet kilku zwykłych.... drwali.
Tom drugi Trylogii Sztyletu Rodowego nie odstaje poziomem od tomu pierwszego, a ilością humoru, nawet go przebija. Wielkim błędem było sięgnięcie po te dwa tomy tuż przed Świętami Wielkanocnymi. Ujmijmy to tak – świątecznych porządków w tym roku nie było, ledwie udało się przygotować obowiązkową paschę i sernik. Podkrążone oczy są świadectwem na to, jak wyczerpująco radosną czynnością może być czytanie.
W tomie drugim zdecydowanie czytelnik spotka się z większą ilością akcji, magii i zaskakujących sytuacji. Na drodze Mili zaczną pojawiać się co rusz nowi kandydaci do ręki Jasnoty Hak. Sama Mila niestety, w tym tomie, została trochę spacyfikowana. Troszkę mam żal do pisarki, że z samodzielnej, charakternej i zadziornej bohaterki, która tyle potrafiła osiągnąć, doświadczyć i przetrwać, nagle robi typową heroinę, która po prostu pragnie księcia, może nie do końca na białym koniu, ale jednak jakoś koniecznie go potrzebuje. Drużyna pod wpływem matrymonialnych perturbacji Jaromira Wilka powoli się rozpada, choć co niektórym bardziej lub mniej, wychodzi to na dobre. Jak humoru nie ubyło, a wręcz przybyło, tak niestety rozwiązania fabularne bywają lekko irytujące, gdy każdorazowo wyjściem z sytuacji okazuje się sięganie po magiczne zdolności Jasnoty. Powieść nadal jednak pomimo wszystkiego czyta się fantastycznie. Poziom przyjemności czerpanych z dialogów i humoru sytuacyjnego, pozwala naładować baterie na bardzo długi czas.
Refleksja końcowa; mam ochotę zamordować pisarkę, że zakończyła tom drugi w takim momencie. Zapewne Wydawnictwo Papierowy Księżyc nie pomoże w cierpieniach czytelników i dołoży wszelakich starań, by je wzmóc, każąc im ponownie czekać bardzo długo na kolejny tom. A może się mylę?
Ocena: 9/10

"Sztylet rodowy" - Aleksandra Ruda


Aleksandra Ruda powraca! Nowa seria, nowi bohaterowie, nowe uniwersum.
Znakomite fantasy najwyższej próby, pełne przygód, magii, humoru i wyjątkowo barwnych postaci.
Sztylet rodowy to pierwszy tom trylogii, której kolejne tomy ukażą się w 2017 roku.
Co zrobić jeśli wraz z końcem wojny skończyły się też marzenia o wspaniałej karierze i chwale, twoje cokolwiek ograniczone zdolności magiczne nie są nikomu potrzebne, a w kieszeniach świecą pustki?
Oczywiście zostać królewskim posłańcem, do obowiązków którego należy odwiedzanie regionów kraju i sprawdzanie dokumentów podatkowych. To nic, że do towarzystwa dostaniesz zakochanego trolla, tchórzliwego krasnoluda, bezczelną wojowniczkę i elfa, który utracił wiarę w piękno. I jeszcze kapitan królewskiej armii patrzy z góry i nie daje chwili wytchnienia!
Pracuj, Milo, chwilowo jesteś tu uziemiona. Czeka cię wiele nauki, by pokonać trudności czyhające na każdym kroku, bo zwykłe zadanie może okazać się znacznie trudniejsze niż wydawało się na pierwszy rzut oka…
[Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2016]
[Opis i okładka: https://papierowyksiezyc.pl/ksiegarnia/sztylet-rodowy/]
Zrecenzowana dla Secretum.pl.

AGA:
„Sztylet rodowy” czekał na półce dwa lata i pierwszy raz cieszę się z własnej opieszałości czytelniczej, bo dorównała ona opieszałości wydawniczej Wydawnictwa Papierowy Księżyc. Dzięki tej synchronizacji, miałam niewypowiedzianą przyjemność przeczytania, dwóch tomów Trylogii Sztyletu Rodowego Aleksandry Rudej za jednym zamachem. Tę ukraińską pisarkę poznałam już jakiś czas temu za sprawą cyklu przygód Olgi i Ottona, które zaczęła, i niestety nie skończyła wydawać, Fabryka Słów. Sięgając po „Sztylet rodowy” doskonale zdawałam sobie sprawę, że czeka mnie wciągająca lektura, która zmusi mnie do nieprzespanych nocy, nagłych wybuchów śmiechu, zarzucenia wszelkich innych czynności domowych, w zamian ofiarowując mi ogromną dawkę dopaminy, dobrego samopoczucia i... bolesnych skurczy twarzy od nieustannego uśmiechania się.
W królestwie zapanował pokój, zakończyły się wieloletnie walki z pomroką, nastał więc czas, aby król powrócił do porządkowania swego państwa i rządzenia dominiami. Jak wiadomo najważniejsze jest, by być dobrze poinformowanym, kto ma dostęp do informacji, ten ma władzę. A że nie wynaleziono jeszcze w królestwie magicznego internetu, zwrócono się do klasycznego sposobu pozyskiwania informacji, czyli do utworzenia sieci specjalnych posłańców – Służbę Głosów Królewskich. Ci, którzy po zakończeniu wojny, musieli przeorganizować swoje plany życiowe, a także Ci, którzy po prostu musieli się z czegoś utrzymać, zgłosili się do tej jakże zaszczytnej pracy. Tak też poznajemy bohaterów tej wielkiej draki, jaką okaże się podróż do przygranicznych ziem monarchy. Drużyna pod przewodnictwem szlachetnie urodzonego Jaromira Wilka wyrusza w drogę. A cała podróż jest tym bardziej interesująca, że cała drużyna przedstawia pełną gamę wszelakich ras, charakterów i osóbek z prywatnymi i nader ciekawymi tajemnicami. Poznajemy, więc: Milę Kotowienko, córkę kupca, maga po kursie podstawowym, Daezaela Tachlaelbrara, elfa uzdrowiciela, Tisę Wilkowienko, wojowniczkę ochroniarza wyżej wymienionego Jarka Wilka, Percivala von Klotza, krasnoluda rzemieślnika z nadopiekuńczą mamuśką i Dranisza Rycha, kochliwego trolla. Podróż zapewne nie byłaby interesująca, gdyby nie wilkołaki, uldony, truciciele, nadopiekuńcze mamuśki, zakochane kobiety, uszczypliwy elf i ciągle pochmurny i nader wyniosły kapitan. Oj będzie się działo.
Cóż mogłabym napisać o powieści, która powoduje, że człowieka bolą policzki od ciągłego uśmiechania się podczas czytania. Jeśli jeszcze nigdy (nie wiem, jak się tacy czytelnicy mogli uchować) nie czytaliście książek fantasy pisarek zza naszej wschodniej granicy, to jedyne, co mam do powiedzenia – TO WIELKI BŁĄD. Pomimo że zazwyczaj są to powieści dedykowane żeńskiej części odbiorców, to „Sztylet rodowy” spokojnie mogę polecić wszystkim. Aleksandra Ruda oparła fabułę na schematycznym motywie, który przewija się wielokrotnie przez literaturę fantasy: oto drużna złożona z bohaterów różnych ras musi wykonać zadanie, a w drodze do celu przeżywa przygody, cementując swoją przyjaźń. Niby wszystko już było, więc dlaczego TA powieść różni się od tylu jej podobnych? Odpowiedzią jest – niesamowite poczucie humoru pisarki, która na każdej stronie wlewa go kubłami w swoje postaci i dialogi. Najwspanialszy elf uzdrowiciel z deprechą, wersja emo, którego największą pasją jest podglądanie ludzkich dramatów i tragedii, a także ich niejednokrotne podsycanie, troll Dranisz, wielkolud robiący maślane oczy do Miłki, Tisa, platonicznie zakochana służąca w kapitanie Wilku i Persik, rozpieszczony krasnolud do kopania, za którym ciągnie się nadopiekuńcza mamuśka, która bardziej nadawałaby się do roboty niż jej rozmemłana latorośl. A na końcu podróży czeka naszą zgraję początkowych niedorajdów niespodzianka – król zdecydowanie nie wie, co się dzieje na jego ziemiach.
Mogłabym pisać i pisać peany radości na cześć „Sztyletu rodowego”, zamiast tego po prostu napiszę, że zaraz po przeczytaniu pierwszego tomu, sięgnęłam po drugi.

Ocena: 10/10

poniedziałek, 19 marca 2018

"Komornik 3. Kant" - Michał Gołkowski


Wypełniło się Proroctwo. Teraz pozostaje tylko jeden, ostatni akord.

Oto nadchodzi dzień Pana, okrutny, pełen srogości i płonącego gniewu, aby obrócić ziemię w pustynię, a grzeszników z niej wytępić.

Księga Izajasza 13:9, Psalm 86, Dzieje Apostolskie 9


Świat musi spłonąć.

Ale jeszcze można pokazać pazur.

Jeszcze można przetrącić skrzydełka tym zasranym cherubinkom.

Jeszcze skundlona ludzkość do końca nie sczezła.

Jak by tak zebrać wszystkich, nawet największych wypierdków, szaleńców, emerytowanych gladiatorów i najmroczniejsze bestie rewersu, to może uda się zasadzić skrzydlatym siarczystego kopa i zgasić świętoszkowate uśmieszki na gładkich gębach.

Do boju ludzie, a ci z góry mogą nam naskoczyć na kant!

[Fabryka Słów, 2017]
[Opis i okładka: https://fabrykaslow.com.pl/autorzy/michal-golkowski/komornik-kant/]

Książka udostępniona dzięki uprzejmości Fabryki Słów i zrecenzowana dla serwisu Secretum.pl.


PATI:

Nie należę specjalnie do fanatycznych wielbicieli postapo, choć nawet mam przygotowaną drogę ewakuacji na wypadek apokalipsy zombie, to zdecydowanie nie jest to gatunek, po który sięgam chętnie i często. Ale moi drodzy jest jeden wyjątek. Wydarzył się cud nad cudy i jest nim „Komornik” Gołkowskiego, którego pierwszy tom mnie - co tu owijać w bawełnę – zmiażdżył, drugi przeżuł i wypluł... a trzeci? Trzeci po prostu wyKantował. Przyznaję się, że pierwszą część Komornika przesłuchałam, drugą pożarłam, a trzeciej aż nie mogłam się doczekać. Sama wizja - jakże przerażająca - nieudana apokalipsa i szczątki ludzkości starającej sobie jakoś radzić. Mityczne stwory, krwiożerczy aniołowie... a to nie tak to miało być i nie tego wszyscy się spodziewaliśmy.

Apokalipsa przyszła, trwała i nie wyszła jak było to przepowiedziane i opisane. Niedobitki ludzkości nadal żyją na gruzach cywilizacji, a wśród nich krążą komornicy, którzy na polecenie Góry, po kolei wykańczają pojedyncze jednostki, aż do czasu, kiedy nie zostanie już nikt żywy - tyle w ramach wstępu. Znana z poprzedniego tomu Maryan porodziła, ale córkę - a to Mesjasz, który nie do końca spełniał warunki kontraktu i nie został zaakceptowany odGórnie. Sam ten fakt z powodu płci dziecka przeszedł jakoś bez echa, ale Ezekiel Siódmy, niczym biblijny Józef, próbuje znaleźć jakieś w miarę bezpieczne miejsce dla swoich dziewczyn. Sielanka jednak nie trwa długo, Zek jest tak naprawdę bez wyjścia i postanawia przyjąć propozycję, którą tak lekko odrzucił poprzednio... a potem to już się tylko dzieje i dzieje... i dzieje i dzieje. Bardzo mnie jednak zdziwiło to, że autor nie wykorzystał jakoś bardziej i pełniej wątku Maryan i Aurory. Te dwie postacie pojawiają się w tym tomie już bardzo marginalnie, jakby trochę zabrakło na nie pomysłu, albo po prostu miejsca. Bo i my i Zek nie możemy za to narzekać na nudę, bo nasz bohater przez praktycznie całą książkę pomyka z jednego końca mapy na drugi bez chwili wytchnienia. Trudno nawet zliczyć ilość sytuacji, z których ledwo ledwo wychodzi z życiem, a wszystko po to, by ludzie mogli na sam koniec w pięknym, ale co tu dużo ukrywać i bezsensownym, choć spektakularnym stylu postawić przysłowiową kropkę nad i. A co z tego wynika? Ja przyznam, że czuję pewien niedosyt i jestem rozżalona. W „Kancie” dzieje się wiele i chyba aż za wiele. Gdzieś zniknęła prześmiewczość i bluźnierczość, która tak zachwycała w poprzednich tomach na rzecz nieprzerwanej akcji, ucieczek, pościgów i „zabili go i uciekł”. Zek, typowy antybohater, gdzieś w tym całym biegu, stracił dla mnie swój zgorzkniały urok Brudnego Harrego, z postaci o jakże cudownie ironicznym poczuciu humoru z talentem do trafnych przemyśleń, zmienił się w takiego strusia pędziwiatra. Ewidentnie widać, że autor dotarł do miejsca, do którego zamierzał. Niestety już w połowie tomu uważny czytelnik będzie wiedział, dokąd go autor prowadzi i jaką drogą. Innymi słowy, tak proszę Państwa - zakończenie było mniej więcej takie jak się spodziewałam od samego początku.

Gdy “Komornik 1” ściskał za gardło, podnosił jakieś 50 cm od podłogi, i dawał dwa szybkie... ... To trójka jest takimi Szybkimi Wściekłymi 6. Niby wszystko ok, ale tego czaru i magii już brak. Trzeba jednak przyznać, że zakończenie trzyma fason i jednak jako finisz całej historii wpisuje się w konwencję. Jeśli przeczytaliście tomy pierwszy i drugi to na pewno i tak sięgniecie po trójkę i namawiać Was do tego nie muszę.

Ocena: /10


"Dom, który się przebudził" - Martin Widmark

Dom, który się przebudził” to drugi (po „Tyczce w Krainie Szczęścia”) wspólny projekt Martina Widmarka, szwedzkiego giganta literatury dziecięcej, i Emilii Dziubak, wybitnej polskiej ilustratorki.
Samotny i zrzędliwy Larson powoli gasi światła w całym domu, jakby szykował się na kres życia. Niespodziewanie w opuszczonym domostwie pojawia się mały chłopiec z prośbą o zaopiekowanie się jego roślinką na czas wyjazdu.
To opowieść o tym, że zawsze można zacząć żyć od nowa i że ważne jest, aby mieć się o co troszczyć – nawet jeśli to tylko roślinka w doniczce.

[Mamania, 2017]
[Opis, okładka i ilustracje: http://mamania.pl/product-pol-252-Dom-ktory-sie-przebudzil.html

AGA:

Martina Widmarka, szwedzkiego pisarza dla dzieci, nikomu przedstawiać nie trzeba. Wprowadzony na rynek wydawniczy przez poznańskie wydawnictwo Zakamarki, cieszy się nadal wielką popularnością wśród młodych czytelników. Cykl o Biurze detektywistycznym Lessego i Mai doczekał się filmowych adaptacji, a w księgarniach pojawiły się również inne książki tego pisarza, jak przygody Dawida i Larisy, czy cykl o Nally Rapp. W związku z dorastaniem mojej latorośli, niestety trochę rozeszły się również drogi z twórczością tego pisarza, który pozostaje raczej w kręgach literackich młodszego czytelnika. Na uwagę moją jednak zwróciła współpraca szwedzkiego pisarza z naszą rodzimą ilustratorką, Emilią Dziubak, której cudowne prace towarzyszyły lekturom mojej córki. Z Martinem zrealizowała dwa projekty: „Tyczkę w Krainie Szczęścia” i Dom, który się przebudził” i o tym ostatnim chciałabym dzisiaj Wam opowiedzieć.


„Dom, który się przebudził”, to tak naprawdę historia starego Larsona, mężczyzny, który sam mieszka w domu, jest samotny. Pozostawiony sam z sobą, ze swoimi wspomnieniami z „poprzedniego” życia, z dawnymi nawykami, których nie ma z kim dzielić po odejściu dzieci i śmierci żony, zapuszcza coraz bardziej dom, w którym mieszka, a brud, stęchlizna i zastój, jaki w otoczeniu Larsona panuje jest odzwierciedleniem aktualnego stanu ducha domownika do tego stopnia, że nawet jego kot Jan Sebatian odszedł. Wydaje się, że w przygnębiającym, osamotnionym egzystencji staruszka nie wydarzy się już nic, co mogłoby zmienić szarą rzeczywistość. Aż pewnego dnia pojawia się u jego drzwi chłopiec, który narzuca staremu Larsonowi opiekę nad doniczką. Chłopiec wyjeżdża z rodzicami i martwi się o swoją roślinkę. W doniczce jest ziarenko, które jeszcze nie wykiełkowało. Chłopiec pozostawia Larsona ze swoją własnością, nie dając mu czasu na protesty i znika. A pomimo że początkowo sytuacja wydaje się staruszkowi nie do przyjęcia, okazuje się dla niego darem.

„Dom, który się przebudził” jest niezwykle wrażliwą opowieścią o osamotnieniu, delikatnym traktatem o starości. Dorośli wyczują w tej krótkiej opowieści brzydki obraz współczesnego społeczeństwa. Rodzin, które się rozpadają, w których więzy rodzinne się rozluźniają w wyniku codziennych obowiązków, pędu ku przyszłości, indywidualizmu i degradacji tradycyjnych wartości. W tym świecie dzieci Larsona, Mikael i Sanna, są częścią jego życia wyłącznie jako duchy przeszłości, występujące na równi ze wspomnieniami o zmarłej żonie, Sarze. Wydawałoby się, że książeczka trudna i przygnębiająca. Jednak nic bardziej mylnego. Historia jest ciepła, mądra i ukazuje piękno drobnych gestów, które czasem wystarczą, by pchnąć człowieka na nowe tory. A każdy wie, że dobry sąsiad, to skarb, który należy pielęgnować.

Martin Widmark zaskoczył mnie tak ciepłą i delikatną opowieścią, którą wspaniale oddała w odpowiednich barwach Emilia Dziubak. Ilustratorka tak dobrała barwy swych ilustracji, że oddawały nastrój całej historii i przemianę wewnętrzną, jakiej przeszedł głównych bohater. Serdecznie polecam „Dom, który się przebudził”, jako piękną ucztę dla oka i wspaniały balsam dla serca.

Ocena: 9/10




czwartek, 8 marca 2018

"Tajemnica Nawiedzonego Lasu"- Anna Kańtoch

Po mrożącej krew w żyłach Tajemnicy Diabelskiego Kręgu Anna Kańtoch przedstawia dalsze losy Niny Pankowicz, w najlepszym stylu żonglując konwencjami i tworząc opowieść, której nie da się zapomnieć.
Wakacje w Markotach przewróciły życie Niny do góry nogami. Gdy dziewczynka próbuje dojść do siebie, w jej szkole pojawiają się sierżant Sowa i porucznik Lis. Zabierają ją do Instytutu Totenwald pod wschodnią granicę, gdzie przebywają dzieci takie jak ona, obdarzone przez anioły magicznymi mocami. Instytut przypomina koszary – jego mieszkańcy przez całe dnie ciężko pracują, zabierani są na badania i przesłuchania. Co jakiś czas niektóre dzieci dostają czerwoną kartkę i znikają bez śladu. Nikt dokładnie nie wie, czego chcą komuniści. Mroczne tajemnice skrywa także las i opuszczona wioska węglarzy położona nieopodal… Jakie zadanie tym razem otrzyma do wykonania Nina?
[Urobors, 2015]
[Opis i okładka:https://www.gwfoksal.pl/tajemnica-nawiedzonego-lasu-anna-kantoch-sku627da0f78ee9f62a328e.html]
Książka zrecenzowana dla Uroboros.
PATI:
Anna Kańtoch to autorka, z którą do tej pory miałam niewiele do czynienia. Dotychczas na  koncie mam “13 Anioła” i pierwszą część serii o Domenicu Jordanie, ale z racji braku jakiś wielkich zachwytów, nie to, że omijałam pozostałe książki tej autorki, ale raczej nie szukałam ich jakoś specjalnie. W przypadku “Tajemnicy diabelskiego kręgu” zadziałała na mnie okładka. Taka klimatyczna… taka mroczna… opis też zachęcający - powojenna Polska, anioły (?!) i dziwne wydarzenia w trakcie wakacji w Markotach. Wszystko zapowiadało, że lektura będzie chociaż interesująca, pomimo, że to YA. A ja ją chwyciłam i zjadłam i uznałam ją za nawet bardziej niż zadowalającą. Oczywiście nie obyło się bez pewnych zastrzeżeń z mojej strony, ale Diabelski Krąg na tyle przypadł mi do gustu, że już bez ociągania sięgnęłam po część drugą z ochotą i wyczekiwaniem wręcz przeogromnym.

Ja(Nina) wróciła do domu z wakacji “z niespodzianką” od aniołów i stara się na nowo odnaleźć w normalnym świecie. Ninie po Markotach pozostały nie tylko wspomnienia, ale i zdobyte tam nowe umiejętności - w spadku otrzymała 1/12 skilla magicznego Wybrańca do tego ponadprzeciętną przenikliwość. I trzeba przyznać, że tak naprawdę nie wyszła na tym bardzo źle. Dziewczyna wróciła też zauważalnie odmieniona psychicznie i jest zbyt inteligentna by wierzyć, że takie w miarę normalne życie będzie w ogóle na dłuższą metę możliwe. Dlatego pojawienie się w jej szkole dwóch funkcjonariuszy ze Służb Bezpieczeństwa zainteresowanych jej skromną osobą w ogóle jej nie zaskakuje. Zostaje przymusem przewieziona do instytutu Totenwald, gdzie poza mniej lub bardziej ciężką pracą czekają na nią przesłuchania i różne testy. Ale nasza Nina nie jest sama - wśród znajdującej się tam młodzieży odnajduje też swoich przyjaciół z Markotów i dziewczyna razem ze swoją mniej lub bardziej niezawodną grupą wsparcia postanawiać wiać z nawiedzonego lasu i Totenwaldu najszybciej jak się da. Zwłaszcza, że las wokół zamieszkują we mgle przerażające istoty.

Czego spodziewałam się po “Tajemnicy nawiedzonego lasu”? Na pewno tego co po innych seriach, że druga część zazwyczaj i niestety jest gorsza od tej pierwszej. Ale o dziwo, mnie dużo bardziej podobał się właśnie ten drugi tom - chyba głównie z powodu rozwiązania ostatecznego zagadki chaty węglarzy. I chociaż czytałam “Nawiedzony Las” głównie w nocy niepomna na przestrogi z tylnej części okładki  - to jakoś nie miałam większych problemów z zaśnięciem. Chociaż nie... w sumie to miałam. Książka na tyle mnie wciągnęła, że naprawdę trudno mi było się od niej oderwać, nawet kosztem kolejnych utraconych godzin snu. Nie potrafię niestety ocenić czy “Nawiedzony Las” rzeczywiście potrafi przerażać i ciarki na ciele stwarzać, ale na pewno potrafi wciągać i czyta się go z przyjemnością, nawet jeżeli tak jak ja nie jesteście już targetem i grupą docelową tej książki. W moim przypadku nie tylko wiek odgrywa rolę, ale i dobrowolne oraz wieloletnie spaczenie - zaczytywanie się już w podstawówce horrorami m. in. Grahama Mastertona.

Zaskakujące jest jak autorka serwuje nam niezłego wielosmakowego shek’a - taki literacki eklektyzm - quasi gotycką młodzieżową powieść grozy osadzoną w powojennej Polsce, przemieszana z kryminałem, elementami horroru i szczyptą sf, niczym wisienką na tej całej bombie kalorycznej. Trzeba przyznać że jest to niesamowicie smakowite i sycące. Sama książka klimatem przypomina mi pod pewnymi względami “Osobliwy dom pani Peregrine”, ale traktuje to tylko na jej plus. Co mnie zastanowiło to, co się stało z naszą Niną, która w tej części ryczy i płacze dużo więcej niż przez całą poprzednią. Przenikliwość dziewczyny i jej nabyta inteligencja często nie idzie w parze z jej nadpobudliwością i często działaniem w amoku. A potem następuje kolejny ryk i chlipanie. Ja rozumiem, że dziewczyna jest w najgorszym możliwym wieku, z jednej strony jest jeszcze dzieckiem, a z drugiej chce być już traktowana jak dorosła. To już nie ta sama beztroska nastolatka (tak bardzo beztroska na ile może sobie na to pozwolić dziewczyna w powojennej Polsce). Nie jest taka dzielna jak myślała, ale potrafi zagryźć zęby i robić swoje.

Poziom trudności także zagadek wzrasta - co było moim głównym zarzutem do Diabielskiej pierwszej części -  w tym tomie autorka nie wybiera już najbardziej oczywistych i najprostszych rozwiązań i choć bywają one czasami nadal dość grubo szyte to i tak czuć już sporą różnicę. Czekam też na kolejne tomy i mam nadzieję, że Nina wraz z przyjaciółmi mniej lub bardziej szybko będzie dorastać i odkryją wreszcie co jest straszniejsze - prawdziwe potwory, czy komunistyczna rzeczywistość trzyma w stalowych pięściach przez SB. Na koniec chciałabym jeszcze pokazać Wam niespodziankę, którą otrzymałam wraz z książką, która sprawiła mi wielką frajdę - tak jestem pustą literacką gadżeciarą xD



Ocena: 8/10

poniedziałek, 26 lutego 2018

"Wieża" - Daniel O'Malley

Takiej książki jeszcze nie czytaliście! Połączenie mrocznego urban fantasy z thrillerem paranormalnym i komedią. Niespotykany dotąd koktajl gatunkowy, na punkcie którego oszaleli czytelnicy na całym świecie, a najczęściej stawianym przez recenzentów pytaniem jest: „Dlaczego nie poznałem "Wieży" wcześniej?!”.

Jeżeli wydaje Wam się, że w literaturze powiedziano już wszystko, widocznie nie znacie jeszcze imponującego debiutu Daniela O’Malleya. Ta pokręcona, trzymająca w napięciu i inteligentna opowieść zabierze Was do świata, jakiego nie jesteście sobie w stanie nawet wyobrazić. A kiedy już do niego wkroczycie – nie będziecie chcieli wracać.

Myfanwy Thomas budzi się w parku w Londynie otoczona martwymi ciałami. Niczego nie pamięta, więc jej jedyną nadzieją na przetrwanie jest zaufanie instrukcjom, które zostawiła w kieszeni jej poprzedniczka. Wkrótce dowiaduje się, że jest Wieżą – wysoko postawionym członkiem sekretnej organizacji, która chroni świat przez nadnaturalnymi zagrożeniami. Ale wewnątrz organizacji jest zdrajca, który pragnie jej śmierci. Walcząc o własne bezpieczeństwo, Myfanwy trafia na osobę z czterema ciałami, apodyktyczną kobietę, która może wejść w jej sny, sekretny ośrodek szkoleniowy, gdzie dzieci przekształca się w zabójczych wojowników i spisek większy, niż mogłaby sobie wyobrazić.
 
Zaskakująca i zabawna, "Wieża" jest szokująco pomysłowym debiutem, skierowanym do czytelników, którzy lubią powieści szpiegowskie z dawką fioletowego szlamu.

[Papierowy Księżyc, 2017]
[Opis i okładka: http://www.empik.com/archiwum-checquy-tom-1-wieza-o-malley-daniel,p1169917785,ksiazka-p]
Książka zrecenzowana dla Secretum.pl i dzięki uprzejmowci Wydawnictwa Papierowy Książyc.

AGA:
Droga Ty, Twoje ciało należało kiedyś do mnie.
Ciało, w którym się znalazłaś, może zapewnić ci bogactwo, władze i wiedzę, o których normalnym ludziom się nie śniło.
Możesz dowiedzieć się, dlaczego zostałaś zdradzona.
Życzę ci wszystkiego, co najlepsze. Cokolwiek postanowisz bądź ostrożna...
Czy trzęsąc się na deszczu w parku, stojąc pośrodku porozrzucanych, nieprzytomnych ciał, nie pamiętając swego imienia, można oprzeć się tak kusicielskim obietnicom, jak bogactwo, władza i wiedza? Gdy nie wiadomo, czego się spodziewać po swoim „nowym” życiu, należy zrobić wszystko, aby utrzymać się na powierzchni i działać według instrukcji, którą pozostawiła poprzednia właścicielka ciała – Myfanwy Thomas. Jedyna nadzieja w fioletowym segregatorze, obfitym koncie bankowym i strachu, który dzięki władzy wzbudza Myfanwy w swoich współpracownikach w tajnej brytyjskiej agencji Checkquy. A i moce, wspomniałam o mocach, dzięki którym specjalistka od zarządzania tajnymi operacjami i finansami, może obezwładnić każdego, przejmując kontrolę nad jego systemem nerwowym.
Myfanwy Thomas, traci pamięć, więcej, traci tożsamość, a więc całe swoje dotychczasowe życie. W przeciwieństwie do bohaterek wielu melodramatycznych powieści dla kobiet, została o tym uprzedzona, dlatego dla następczyni swego ciała przygotowuje plan awaryjny: koperty, które mają pomóc w pierwszych dniach po amnezji, fioletowy segregator z najważniejszymi informacjami oraz bezpieczne lokum. Potem wszystko zależy od tej drugiej.
Obie, choć w jednym ciele i nie jednocześnie, Myfanwy mieszkają w Londynie, pracują w tajnej agencji Checkquy, która strzeże Królestwo Brytyjskie przed odmiennymi istotami i niewyjaśnionymi zjawiskami. Przed „nową” Mayfanwy stoi wielkie wyzwanie po pierwsze nie dać się zdemaskować, po drugie nie zginąć, po trzecie nie dać się zdemaskować (hmm, to już było), po czwarte odkryć kto stoi za utratą tożsamości, po piąte prowadzić tajną agencję, co nie jest proste, biorąc pod uwagę fakt, że współpracuje się z piekielnie niebezpieczną Figurą posiadającą cztery ciała, a jeden umysł, po szóste nie dać się zabić (hmm, to już było), po siódme zapobiec inwazji Hodowców i jeszcze raz nie dać się zabić i ponownie nie dać sobie odebrać pamięci (to coś nowego). Dodajmy, że wszystko jest zaskakujące tytuł Biskupa nosi kilkusetletni wampir, Przechowalnia Więźniów mieści się na plebani, a Miffy w domu trzyma Wolfganga i jest to... króliś.
Trzeba przyznać, że Wydawnictwo Papierowy Księżyc ma rękę do książek, które kocha się czytać. „Wieża” to, o dziwo, debiut literacki Australijczyka, Daniela O’Malleya, który zasłużył sobie tym tytułem na Aurealis Award w kategorii najlepsza książka science-fiction roku 2012. Napisałam, o dziwo, ponieważ powieść napisana została całkiem przyzwoicie i w sposób przemyślany, jest naprawdę niewiele elementów, do których można by mieć zastrzeżenia. Owszem sam początek jest troszkę toporny i trudno było mi przez niego przebrnąć, co raczej wynikało z moich uprzedzeń i lęku przed tym, co mnie czeka, ale który idealnie oddawał nastrój osoby zagubionej po utracie osobowości. Odrobinę naiwnie przedstawione jest również stanowisko Wieży, koordynatorki wszystkich działań agentów na Wielką Brytanię, taka nadprzyrodzona M z Jamesa Bonda, ale całokształt powieści wypada nadzwyczaj pozytywnie. Fabuła wciąga, postać pierwszoplanowej Miffy przestaje być z czasem tak niedorzecznie infantylna, wielobarwne postacie drugoplanowe intrygują, a wartka akcja, nie pozwala oderwać się od lektury. Autor skupił całą fabułę wokół głównej bohaterki i spisku, dlatego zabrakło mi troszkę szerszego tła, wytłumaczenia dlaczego jedne niewytłumaczalne zjawiska są likwidowane, a inne nie, dlaczego z syrenami zatoki można się porozumieć i na jakich zasadach, albo dlaczego dzieci z nadprzyrodzonymi zdolnościami zwalczają innych z nadprzyrodzonymi zdolnościami?
„Wieża” Daniela O’Malleya zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie i z czystym sercem polecam to każdemu i w każdym wieku. Jest to przede wszystkim świetna lektura, która dostarcza pełną gamę wrażeń. Poza tym, kto nie lubi silnych bohaterek, powieści pełnej akcji i humoru, w tle z wampirami, agentami rodem z MARVELA skrzyżowanymi z Ghostbusters i Facetami w Czerni? Mam nadzieję na szybkie tłumaczenie tomu drugiego „Stiletto”, jestem bardzo ciekawa, jak będzie rozwijała się dalsza kariera Wieży Thomas w strukturach Checkquy.
Ocena: 9/10

"Magia kąsa" - Ilona Andrews

Świat po magicznej apokalipsie.
Postęp techniczny był u szczytu swojego rozwoju, gdy w Atlancie eksplodowała Moc i zablokowała właściwie całą istniejącą technologię.
Teraz fale magii pojawiają się bez ostrzeżenia, a gdy napływają cała technologia zamiera – samoloty spadają, samochody nie działają, brakuje elektryczności. Wszystko zaczyna na nowo działać, gdy fala Mocy odpłynie.
W tym dziwnym i pokręconym świecie mieszka Kate Daniels.
Pyskata dziewczyna, w której żyłach płynie krew i magia. Gdy dowiaduje się o śmierci swojego opiekuna - musi dokonać wyboru – komu zaufać, z kim współpracować. Spojrzeć w oczy Władcy Bestii i dołączyć do Gromady?

Aby dopaść winnego wykorzysta wszystko, czym dysponuje: zdolności paranormalne, doskonałe wytrenowanie w walce, zaawansowaną technikę i szemrane znajomości.
Ona znajdzie odpowiedź, choćby miała ją wydrzeć z paszczy lwa.
[Fabryka Słów, 2017]
[Opis i okładka: https://fabrykaslow.com.pl/autorzy/ilona-andrews/magia-kasa-seria-o-kate-daniels-5/

Książka udostępniona dzięki uprzejmości Fabryki Słów.

PATI:

Wbrew pozorom bardzo trudno jest pisać recenzję książki, którą czytało się już dobre kilka razy. Tym bardziej - trudno oceniać ją tak jakby na świeżo i to starając się wymazać z pamięci dalsze części z cyklu. Ale nie pozostaje mi nic innego, jak się dla Was postarać. Jeśli jeszcze się tego nie domyśleliście - ja naprawdę bardzo lubię serię o Kate Daniels. A w sumie prawda jest taka, że uważam duet autorski Ilona i Andrew Gordon za jednych z najlepszych przedstawicieli Urban Fantasy – mojego ostatnio najbardziej ulubionego gatunku, a sama seria o Kate zajmuje poczytne... bo pierwsze miejsce w tej kategorii. „Magia Kąsa” to pierwsza część cyklu, który aktualnie liczy sobie 10 części plus kilka książek pobocznych oraz garść dodatkowych opowiadań. Dotychczas nakładem wydawnictwa Fabryka Słów wydano pierwsze 5 tomów i mam naprawdę nadzieję, że teraz przy wznowieniu możemy liczyć na więcej i to wreszcie z ładnymi okładkami.

Piętnaście lat temu, kiedy technika weszła w swoją szczytową fazę, nadpłynęła pierwsza z wielu fal magii, niszcząc na swojej drodze budynki ze stali i szkła oraz wszystko to, co techniczne. W zamian obudziła to, co mityczne, a stało się dla ludzi śmiertelnie niebezpieczne. Pojawiły się na świecie nie tylko potwory w ich dosłownym znaczeniu, ale i Panowie Umarłych (czyt. nawigatorzy wampirów), zmiennokształtni wszelkiej maści futra, oraz bogowie przez małe i duże B. Magia przestała nagle być kuglarskimi sztuczkami ku uciesze gawiedzi i stała się nie tylko sposobem na życie, ale i na przetrwanie. Magiczne lampy częściowo zastąpiły te elektryczne, a zaklęcia ochronne zaczęły chronić mieszkania przed niechcianymi gośćmi skuteczniej niż zwykłe zamki. Poza tym pojawili się goście, których naprawdę nie chcielibyście u siebie gościć. W tym właśnie świecie poznajemy naszą główną bohaterkę Kate Daniels, która właśnie dowiaduje się o śmierci swojego Opiekuna, Grega – rycerza Zakonu Miłosiernej Pomocy. Greg, został zamordowany w trakcie wykonywania  obowiązków, a Kate targana wyrzutami sumienia z powodu swojego zachowania przy ich ostatnim spotkaniu, stara się rozwiązać zagadkę jego śmierci. Zagadkę, w którą zamieszani są nie tylko Panowie Umarłych, Zmiennokształtni, ale i ktoś jeszcze. A do tego nic nie wydaje się tym czym powinno być. Kate w trakcie swojego śledztwa będzie musiała nie tylko zawrzeć sojusze, na które nie ma ochoty, zaciągnie długi i na swoją własną osobę sprowadzi niezdrowe zainteresowanie Pan KiciKici Currana – Władcy Bestii. Oj będzie się działo.

Ale co ważne – postać Kate nie ma dzięki bogom nic wspólnego z marysuizmem. To twarda baba z ciałem zbudowanym z samych mięśni, a na widok jej „zniewalającego” uśmiechu ludzie reagują raczej z zaskoczeniem, a nie zauroczeniem. Jak sama o sobie mówi - piękna to ona nigdy nie była, a na ciele przybywają jej kolejne blizny, bo jakoś ma skłonność do szafowaniem swoim życiem na prawo i lewo. I choć udaje jej się jakoś przetrwać, to często na sam koniec walki jest w bardzo kiepskim stanie. Ale tak naprawdę dowiadujemy się niewiele o niej samej i to właśnie jest to co w tym wszystkim jest najlepsze. Właśnie najbardziej lubię w tej serii tą tajemnicę, którą autorzy z sadystyczną powolnością pozwalają nam odkrywać okruszek po okruszku, kawałek po kawałku przez kolejne tomy cyklu. To po prostu widać, że od samego początku mieli pomysł na całość, że każda kolejna część jest dokładnie rozplanowana i przemyślana tak, by rzucić jakiś ochłap czytelnikowi, ale nadal trzymać kilka zaskakujących asów w rękawie, aż do wielkiego finału... i nieco dalej. Mało autorów postępuje w ten sposób z nami – czytelnikami, więc za pomysł i wykonanie Ilona i Andrew otrzymują ode mnie 6 z plusem. Bo kim tak naprawdę jest Kate, skąd i od kogo pochodzi jej moc, dowiemy się nieprędko. Ale dla mnie to jedna z największych zalet tej książki - to jak autorzy bawią się z nami podrzucając nam często sprzeczne ze sobą informacje.

Trzeba też przyznać, że autorzy pełnymi garściami czerpią z różnych mniej lub bardziej znanych mitologii, dopasowując je bardzo zgrabnie do całej historii i świata, który stworzyli. Nawet  powszechne znane nam już wampiry, czy zmiennokształtni są tak przetworzeni, że całość nie smakuje jak odgrzewany kotlet. Warto też zwrócić uwagę na humor i autoironie głównej bohaterki. Można przy niej na pewno parskać, można zaśmiać się, a nawet puścić herbatę nosem dlatego ostrzegam, że picie, czy jedzenie przy tej książce jest niewskazane nie tylko ze względu na latające czasami w niej radośnie flaki, czy odnóża, ale głównie przez docinki Kate i innych bohaterów. Jeśli lubicie wschodnią fantasy i jej humor, to na pewno ta pozycja także wam się spodoba - wszak Ilona Gordon pochodzi właśnie z Rosji.

Jeśli wszystko to co napisałam powyżej was nie przekonało to pragnę jeszcze nadmienić, że wszystkie osoby, którym dotychczas poleciłam ten cykl były, jeśli nie zachwycone to przynajmniej rozbawione. Naprawdę warto zapoznać się z Kate i Curranem i obserwować jak to wszystko dalej się potoczy i dać się zaczarować temu cyklowi.

Motto: „Kici kici taś taś... - do lwa piiip, do lwa?”
Ocena: 11/10