niedziela, 29 marca 2015

"Cała prawda o planecie Ksi. Drugie spojrzenie na planetę Ksi" - Janusz A. Zajdel



Dowódca ekspedycji ratunkowej odkrywa prawdę o planecie Ksi, lecz sam powątpiewa, czy to aby cała prawda. Po powrocie na Ziemię zdaje raport swym przełożonym i znowu leci na Ksi. O tym, co tam zastanie i jak potoczą się losy żyjących w ekstremalnych warunkach kolonistów, nie dowiemy się już nigdy, ponieważ autor książki zmarł.



[superNOWA, 2005]
[Opis i okładka:  http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4143/cala-prawda-o-planecie-ksi-drugie-spojrzenie-na-planete-ksi ]





AGA:

Janusz A. Zajdel to ikona polskiej fantastyki socjologicznej, człowiek, który zapisał się na kartach tej literatury na tyle wyraźnie w ciągu dwudziestu lat swojej literackiej działalności, że po jego przedwczesnej śmierci przemianowano ówczesną nagrodę fandomu polskiego Sfinks na Nagrodę im. Janusza A. Zajdla. Jak wspomniałam powyżej Janusz A. Zajdel jest przede wszystkim reprezentantem fantastyki socjologicznej, pisanej w latach 60/70-tych XX w., należy więc zdawać sobie sprawę, że w jego twórczości będą dominowały problemy, zagadnienia i obserwacje odwołujące się do tamtych, trudnych dla Polski czasów. Nie oznacza to jednak, że treść jego książek zdezaktualizowała się w momencie odzyskania niepodległości.

„Cała prawda o planecie Ksi” to typowa powieść szkatułkowa, w której opowieść odnalezionego kosmicznego rozbitka, staje się osią całej fabuły, i przyczynkiem do dalszych wydarzeń. Zacznę jednak od początku. Komandor Sloth, pilot pozaukładowy, którego metryczka drastycznie różni się od jego wyglądu, zostaje wysłany z misją, mającą wyjaśnić, co się stało z Konwojem, który miał dotrzeć na nową planetę. Sloth odnajduje dryfujący statek, a na nim starego człowieka oraz dziennik pokładowy, w którym rozbitek spisał tragiczną historię ekspedycji. Pokrótce, by nie zdradzać całej fabuły, statek „Alfa”, a następnie pozostałe jednostki Konwoju, został przejęty przez grupę terrorystów, którzy zdecydowali się na wprowadzenie nowego ładu społecznego w koloni. Opowieść „11-tki”, bo tak nazywany jest rozbitek, opisuje kształtowanie się nowego społeczeństwa pod wpływem fanatyków opanowanych przez ideę, aż do momentu, który doprowadza go do stanu, zastanego przez komandora Slotha.

Ciężko mi zrecenzować tę książkę Zajdla, ponieważ z jednej strony ukazuje ona mechanizmy tworzenia się społeczeństwa totalitarnego, z drugiej strony jest to pod względem konstrukcji i w sumie nawet realizacji, jeden ze słabszych utworów tego autora.

W posłowiu (SuperNowa, 2005) Maciej Parowski wspomina o proweniencji powieści; miała ona być wypadkową historycznych wydarzeń na świecie związanych z terroryzmem, a frustracją odrzucenia przez cenzora jego książki „Wyjście z cienia”. Napięcie, które odczuwane było w Polsce pod koniec lat siedemdziesiątych i na początku lat osiemdziesiątych, a także czysto osobista, pisarska frustracja, zostały rozładowane przez stworzenie właśnie „Całej prawdy o planecie Ksi”, a gorąca głowa i zawiedzione ambicje, nie są złym motywem do pisania, jednak dzieło potrzebuje później szlifu redakcyjnego, którego tu zabrakło.

Fabuła książki jest prosta jak cep. Misja komandora Slotha jest przyczynkiem do opowiedzenia historii kolonii przez pryzmat spostrzeżeń „11-tki”, dziennik pokładowy ujawnia tragiczne wypadki na pokładzie „Alfy” i na planecie. Zajdel ukazuje cały proces zniewalania społeczeństwa przez grupkę fanatyków, kolejne etapy i metody wprowadzania reżimu za pomocą monopolu informacyjnego i propagandy, ideologii oraz terroru tajnych służb wobec przeciwników rebelii. Rebelianci z „Alfy” przejmują władzę nad społeczeństwem, wykorzystując przewagę i element zaskoczenia, przewrót na szczęście ma prawie bezkrwawy charakter, głównie dzięki temu, że mogą decydować o tym kogo i kiedy wyciągnął ze stanu anabiozy. Kolejnymi cechami charakterystycznymi dla państwa terroru, autokracji i totalitaryzmu, które wprowadził Zajdel do książki są: monopol „tymczasowych” władz na broń, psychologia nienawiści kolonistów wobec Ziemian, fabrykowanie informacji, wyciąganie z anabiozy najmniej inteligentnych jednostek i typowo polski obrazek, czyli żywność i dobra wydawane na bony, o cichym przyzwoleniu na pokątne pędzony bimber nie wspominając. Wszystkie te elementy składają się na kanon państwa totalitarnego. Niestety ten akademicki obraz reżimu, powoduje, że powieść tą czyta się, jak łopatologiczną lekturę szkolną. Konstrukcja fabuły wygląda, jakby całą nienawiść autor przelał względem ówcześnie panującego systemu, wytknął wszystko, a potem za szybko to wydał, by zauważyć, że to takie trywialnie nieskomplikowane.

Niezrealizowana kontynuacja pt. „Drugie spojrzenie na planetę Ksi”, której pomysł Janusz A. Zajdel porzucił z powodu niezadowalającej zaliczki na poczet właśnie drugiej części, doczekała się realizacji, jako efekt przeprowadzonego w 2011 roku konkursu, pod egidą Jadwigi Zajdel, Joanny Zajdel-Przybył i Wydawnictwa superNOWA. W 2014 roku wydano powieść autorstwa Janusza A. Zajdla i Marcina Kowalczyka pt. „Drugie spojrzenie na planetę KSI”.

  • A book set in the future.

Ocena: 4/10

Przesłanie: „Totalitarny powrót do szkoły.”

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

PATI:

„Cała prawda o planecie Ksi”... jest niczym koszmarny powrót do szkoły, gdzie stawiano przed nami wyzwania w postaci lektur mniej lub bardziej przeczytywalnych. Jak ktoś czytał Orwell'a to nie wiem czy przypadnie mu do gustu kolejne odgrzewanie tego samego kotleta. Mnie niestety nie przypadło.

„Główny” bohater, Sloth (jak idealnie pasujące imię), kosmonauta, przez całą tą książeczkę nie zabłysnął ani razu: ani charyzmą, ani inteligencją, ani błyskotliwymi dialogami. Generalnie nie lubię ludzi, stawiających innych na niższym poziomie - bo są od niego młodsi. A już zupełnie nie cierpię facetów, którym w głowie jest bazowanie na swojej opinii (w tym przypadku rzeczywistego wieku) i zasobności portfela (z powodu wykonywanej pracy). A już zupełnie nienawidzę gnojków, którym w głowie tylko, że zacytujmy książkę, „oczy” kobiet i kolejne zaliczanie zdobyczy. Tego bohatera to też i z premedytacją umieściłam w cudzysłowiu, bo w sumie jakby się zastanowić szczerze zastanowić to do od głównych bohaterów czegoś jednak się oczekuje, prawda? Pan Gnuśny natomiast w tej książce nie zrobił zupełnie nic... Pozwolę sobie pokrótce przedstawić „akcję” tej książki: Sloth ma wakacje, które każą mu dowódcy przerwać, bo musi wyruszyć na akcje ratunkową, a Sloth oczywiście marudzi. Slotha budzą przedwcześnie piloci statku, bo spotykają „obiekt latający” i razem z nimi wkraczają na prom należący do konwoju, któremu wyruszyli na ratunek (ojej). Spotykają tam szalonego mumio-pilota – taki tam żywy, ale martwy, czytają jego dziennik (jakieś 50% zawartości książki) po czym docierają na Ksi gdzie oglądają społeczeństwo, a Sloth decyduje się na powrót na ziemię, bo to przewyższa jego kompetencje. KONIEC. Serio i wcale mi nie jest do śmiechu. Najwięcej akcji jest w dzienniku „11” zwanego też Pradziadkiem i to z niego dowiadujemy się co naprawdę miało miejsce na Ksi, a Sloth ma okazję to potwierdzić i zobaczyć co z tego wynikło. Tylko, czy to ciekawe? Jak dla mnie strasznie toporna antyutopia z aż rażącymi odniesieniami do PRL. Ale potem następuje porównanie Lenina do Chrystusa - jako jedynych bezinteresownych przywódców w historii świata - i no kurza noga, aż mnie przytkało na chwilę. Poezję i literaturę socrealizmu to ja czytałam w szkole jako taką tam ciekawostkę humorystyczną, ale Jezus=Lenin - to już cios poniżej pasa i paskudna podlizka pod cenzurę. Od tego momentu zaczęłam postrzegać Zajdla prawie jako Pradziadka, któremu też na końcu nikt nie wierzył, że „on to wszystko robił dla innych”, a nie był sprzedawczykiem i zdrajcą. I tyle w temacie.

Wyobraźcie sobie eksperyment, gdzie świnkami morskimi są ludzie, którzy wybudzeni ze stanu hibernacji dowiadują się, że Ziemia ich oszukała i nie wyposażyła w żadne ułatwiające kolonizacje akcesoria, a żywności jest tyle co kot napłakał. A do „domu” daleko, bo aż 40 lat lotu. Ale to oczywiście jest kłamstwo wymyślone przez rewolucjonistów, chcących wychować społeczeństwo idealne, którzy dokonują w trakcie lotu na Ksi ataku terrorystycznego i obejmują dowodzenie na statku. Wszelakie przywiezione dobra zostają ukryte, a ludzie stopniowo budzeni i zaganiani do pracy przy minimalnych racjach żywnościowych. Wszyscy są niby równi (ale oczywiście niektórzy są równiejsi, o czym decyduje wytatuowany numer porządkowy na czole). Jakikolwiek opór i próba zdrowego rozsądku była karana i piętnowana. Pierwsi osadnicy ze strachu przyjęli nowe doktryny, ale już każde następne pokolenie, które nigdy nie poznało Ziemi, wyrastało w przeświadczeniu, że tam jest jeszcze gorzej. I tak to wszyscy, choć biedni i zacofani, są szczęśliwi i w przyszłości chcą wyzwolić lud macierzystej Ziemi spod jarzma tyranii... Ot i cała historyjka. A teraz się zapytam: no i? Co dalej? Dobra, przyznaję się, że trochę się złośliwie znęcam nad tym tekstem, bo Zajdel zaczął pisać „Drugie spojrzenie na planetę Ksi”, którego nie zdążył już dokończyć, ale traktując to jako osobny tekst literacki, to ewidentnie brakuje mi jakiegokolwiek rozwiązania, podsumowania... no czegokolwiek. Taka tam opowieść trochę o niczym.

Chcecie? To sobie czytajcie. Ja za Zajdla już raczej nigdy nie chwycę.

  • A book set in the future.
  • A book by an author you've never read before.


Ocena: 2/10

Przesłanie: "Co tam chore społeczeństwo, ja chcę urlopu i lasek."




czwartek, 26 marca 2015

"Kolor Magii" - Terry Pratchett

To już prawie dwa tygodnie od kiedy Mistrz nas opuścił. A ja nadal nie potrafię w to uwierzyć... To był dla mnie cios i nawet nie spodziewałam się, że aż tak wielki. To tak jakby umarła cześć mnie. Ci którzy mnie znają, to wiedzą, że już od dawna nie można mnie rozpatrywać w kategorii fana, ale raczej totalnego pratchettoholika. Kiedy pomyślałam, że wraz z Mistrzem odeszła też Babcia Weatherwax, Śmierć, Vimes i Marchewa oraz Vettinari, to opłakiwałam śmierć nie jednego Wielkiego Człowieka, ale i całego świata... Oni umarli również i nigdy więcej nie dowiemy się, jak potoczyły się dalej ich losy. Och, spodziewam się, że prędzej czy później pojawi się ktoś chcący kontynuować dalej tą opowieść, ale to już nigdy nie będzie to samo, niestety. Na razie czekamy na wydanie ostatniej skończonej książki, „Shepard Crown”, rozwijającej dalsze losy Tiffani aka Akwili. Ale co będzie dalej? NIC.

Myślałam nad tym pomysłem już trochę i zastanawiałam się, czy w ogóle zaczynać... Ale znalazłam tylko jeden sposób na oddanie hołdu Pratchettowi - przeczytanie wszystkiego jeszcze raz od początku. Są książki, które czytałam kilka razy, i są też takie, które jak dotąd miałam w rękach tylko raz. Myślę, że pora na swój sposób pożegnać się z Mistrzem. Dobrze, że to będzie długie pożegnanie.

Nie ośmielam się pisać recenzji, czy opinii o tych książkach, a raczej będzie to emocjonalny dialog bazujący na skojarzeniach i przemyśleniach. Aga na pewno znalazłaby na to jakieś piękne i właściwe słowo rodem ze słownika pojęć literackich :) Na pewno będą też spojlery, bo trudno mi będzie je traktować jako pojedyncze książki bez przeszłości i przyszłości.

Nie ukrywam, że staram się zrobić pewnego rodzaju autoterapię, żeby zagłuszyć ból straty i podziękować Terremy Pratchettowi za 20-letnia obecność w moim życiu. Za to, że jego książki były dla mnie odskocznią od życia codziennego, za to, że pocieszały mnie w najgorszych chwilach mojego życia i sprawiały ze gwiazdka była kilka razy do roku. Dziękuję Mistrzu. Za to wszystko i wiele więcej.


1# Kolor Magii

To pierwsza część słynnego wieloksięgu rozgrywającego się na płaskiej ziemi śmieszna, mądra i cudownie zadowalająca jak wszystkie książki Pratchetta. W odległym, trochę już zużytym układzie współrzędnych, na płaszczyźnie astralnej, która nigdy nie była szczególnie płaska, skłębiona mgiełka gwiazd rozstępuje się z wolna... Spójrzcie...

[Prószyński i S-ka, 1994]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4560/kolor-magii]










To pierwsza książka Pratchetta, którą przeczytałam i od niej też postanowiłam rozpocząć mój powolny re-read. Szczerze, to długo się zastanawiałam czy lepiej czytać seriami, czy po kolei... dobrze pamiętałam, że pierwsze części zdecydowanie odstają od mojej ukochanej wizji Świata Dysku. Do tego - nie jestem jakąś tam wielka fanką Rincewinda, bo mam innych ulubieńców na Dysku :) Co uważniejsi czytacze zauważą, że nie wymieniłam Rincewinda kilka akapitów wyżej. Z resztą uważam, że pierwsze książki ze Świata Dysku są raczej no cóż... oczywiście wyśmienite, ale w ogólnym rozrachunku są tymi słabszymi. „Kolor Magii” nie jest jednak pierwszą książką Pratchetta, z którą się spotkałam – pierwszą był „Dysk”, którego wtedy po prostu nie zmęczyłam i musiałam do niego wrócić dopiero po wielu latach, by móc ją odhaczyć jako przeczytaną.

Pamiętam, jak koleżanka pożyczyła mi ”Kolor Magii” od razu z „Blaskiem Fantastycznym” - mówiąc: "przeczytaj są świetne". I były. Wtedy jednak miałam lat 14. Prychałam i śmiałam się jak głupia i po dwóch dniach poprosiłam ją o dalsze części, których wtedy nie było jeszcze za wiele w Polsce. Całkowicie i totalnie pokochałam... Bagaż <3 Jednakże dokładnie w tym samym czasie przeczytałam też „Nudę Pierścienia”, cykl o Kedringernie i „Katarem i magią”, dlatego choć z przyjemnością czytałam kolejne książki Pratchetta, to nie zostałam jeszcze ich wielką fanką. Jak trafiło mi coś do ręki - to nie odmawiałam, zaadoptowałam też częściowo ich styl, ale oczywiście na bardzo niskim levelu i nieudolnie :) Nawet moje prace klasowe przeszły totalne przeobrażenie, a do tego zaczęłam razem z koleżanką pisać humoreskę o Robin Hoodzie i na niej się też nie skończyło.

Teraz czytając po wielu latach ponownie "Kolor Magii" (chyba po raz 5 lub 6 w życiu), nie sposób nie odnieść wrażenia, że to taka tam zabawna opowiastka przygodowa dla młodzieży i nie ma w niej drugiego dna tak, jak w późniejszych jego dziełach. Chociaż, czy na pewno? Tym razem podeszłam do czytania bardzo metodycznie i powoli, robiąc górę notatek i znalazłam w niej przemyconych kilka smaczków, ale do tego jeszcze dojdziemy. Niemniej jest faktem, że to bardzo lekka pozycja, która choć przesycona humorem - nie wymaga zbyt wiele od czytelnika.

Oczywiście nie ma w tym nic dziwnego, że Świat Dysku od „Koloru Magii” bardzo się zmienia i ewoluuje, a postacie popełniają błędy i są opisane w sposób, którego pewnie potem się wstydzą :) Co by nie być gołosłownym, biegnę już z przykładem „podbródków Vettinariego na upierścienionych dłoniach”. Czy: Vettinari częstujący interesantów: „konserwowymi szkarłupniami, kandyzowaną meduzą, czy rozgwiazdą w cukrze”. Późniejszy Vettinari, co najwyżej poczęstowałby Wodą i Chlebem oraz przytulną Celą, a o znajdującym się tam rezydencie szybko by zapomniał. Takie „kiksy” bez problemu odnajdzie uważny czytelnik i potrafią one trochę zniechęcić do tych początkowych części Świata Dysku. Zdaję sobie sprawę, że pisząc „Kolor Magii” Pratchett nie podejrzewał pewnie, że poza tą pozycją pojawi się jeszcze ponad 40 kolejnych, więc nic dziwnego, że pojawiają się pewne nieścisłości. Mnie osobiście one, no cóż... drażnią :) Na przykład Śmierć (dzięki Bogom mówiący już od pierwszej książki odpowiednio DUŻYMI LITERAMI) – zaskoczył mnie jak: „wziął duszę Greicha, ugniatał ją aż stała się punktem bolesnego blasku”, a potem ją połknął – a to raczej niecodzienne zachowanie jak na znaną nam Śmierć. A w innym miejscu spotkałam się ze zdaniem, że „juki Śmierci są wypchane, ale nie mają żadnego ciężaru”, co by wskazywało na to, że właśnie tam przewożone są dusze, które Śmierć zabiera – to także jest dość ciekawe. Jest też napisane, że po Magów Śmierć musi przyjść osobiście (choć po Rincewinda na samym końcu przysłał Demona Skrofuła), a nie przysyłać swoich zastępców: Zarazę albo Głód, ale do tego pewnie wrócimy jeszcze przy okazji czytania „Muzyki Duszy”. Inne ciekawostki, które spotykamy w „Kolorze Magii„ to: Wydział Medycyny oraz Wydział Pomniejszych Bóstw na Niewidocznym Uniwersytecie; Gildia Graczy; za barem „Rozbitego Bębna” stoi mały troll; że istnieją gryzonie zwane szczurami pocztowymi; wspomniane są gnolle, gnomy i skrzaty; a np. trolle po śmierci rozsypują się w żwir... Wszystko to mnie zaciekawiło i postaram się to zweryfikować podczas czytania kolejnych książek z cyklu.
Zaskoczyła mnie także pewna niekonsekwencja, którą pewnie będę śledzić przez dalsze części – na samym początku, czarno na białym jest napisane, że Mag nie może wypowiedzieć liczby osiem; za to już pod koniec książki w zwykłej rozmowie z Dwukwiatem - Rincewind wyjaśnia turyście jak działa Latacz z Krull - i bez zająknięcia mówi, że potrzeba do tego ośmiu magów rangi czwartej... Czyż to nie ciekawe zjawisko? W ogóle w całej książce Rincewind wypowiada „osiem” dwa razy i aż nie mogę się doczekać czy złapię na tym też i innych Magów. No co? Każdy ma jakieś hobby :)

W przedmowie do wydania jakie posiadam (koszt książki to tylko 17 zł!) napisano, że Pratchett pytany, czy wierzy w magię, odpowiada, że więcej magii znajdzie się w zwyczajnym domowym komputerze, niż na sabacie czarownic, jednakże wielu ludzi poważnie traktuje czary, ale on sam wierzy w cywilizację technologiczną. Tu taki mały p.s. – swoje książki Sir Terry w danym czasie oddawał wydawcy na dyskietkach – co uznałam za absolutnie urocze :) Ale wracając do słów samego Mistrza – jest to jakby podsumowanie tej książki. Rincewind miał nadzieję, że magia w Imperium Agatejskim skąd pochodzi Dwukwiat działa jakoś „lepiej”, że potrafią np. „zaprząc błyskawicę”. O wiele łatwiej było również Rincewindowi wyobrazić sobie samolot, niż latającego smoka, w którego jakoś nie potrafił uwierzyć. Można więc uznać, że Rincewind to pierwszy i chyba jedyny Mag na całym Świecie Dysku, który wierzy, że istnieje coś lepszego niż ogólnie panująca magia – a my potrafimy to nazwać – to technologia. Zresztą z opisów Rincewida każdy Mag na Świecie Dysku naprawdę łatwo nie ma. Czas jaki trzeba poświęcić na nauczenie się najprostszego zaklęcia to minimum trzy miesiące, które po wypowiedzeniu / użyciu znika, a po śmierci Maga wszystkie niewypowiedziane zaklęcia się same wypowiadają. Do tego jeszcze Starsi ujarzmili magię i zmusili ją do przestrzegania Prawa Zachowania Rzeczywistości, co pokrótce można wytłumaczyć, że wysiłek do osiągnięcia celu nie zmienia się niezależnie od użytych środków. Stworzenie samej iluzji szklanki jest proste, bo wymaga ona tylko subtelnej gry świateł, ale za to podniesienie prawdziwej szklanki, wymaga kilku godzin przygotowań, jeśli Mag nie chce by prosta zasada dźwigni wycisnęła mu mózg przez uszy. Do tego sama magia nie umiera - tylko stopniowo zanika, a z ksiąg napisanych przez Magów - po ich śmierci stopniowo wycieka. I tutaj moje pytanie - najbardziej magiczną księgą na dysku jest OCTAVO, która należała do samego Stwórcy, to czy to oznacza, że Stwórca nie żyje skoro ciągle wycieka z niej Magia? To pytanie pojawiło mi się znikąd i nie wiem, czy nie posunęłam się za daleko w przypuszczeniach.

Na sam koniec chciałabym się z Wami podzielić kilkoma cytatami, które utkwiły mi w pamięci w trakcie czytania:

Kring – magiczny miecz wykuty z błyskawicy, należący do Hruna Barbarzyńcy, powiedział takie oto mądre słowa: „Sam jesteś swoim największym wrogiem, Rincewindzie” i teraz odnieśmy to do nas samych. Ile razy strach sparaliżował nas przed zrobieniem czegoś, albo zepsuł nam radość przeżywania jakieś sytuacji? Na przykład ja mam lęk wysokości (czy jak mawia Ricewind – lęk gruntu, bo to nie wysokość zabija :) i pamiętam jak mój Misio zaproponował wyjście przez okno na rusztowanie, które nam postawili z okazji zapędów ociepleńczych bloku. Wyjść – wyszłam, ale wszystko co pamiętam, to wcale nie romantyczną atmosferę oglądania zachodu słońca i słodkie wyznania, ale paniczny strach, przez który po minucie już byłam z powrotem w środku hiperwentylując. Albo jak mój Misiasty skakał na bungee i zaproponowano mi, żebym z nim wjechała na te 83 metry w ramach towarzystwa; co oczywiście wyśmiałam. Takie przypadki mogłabym wymieniać garściami :) A dotyczy to tylko jednego mojego lęku z wielu... :D

Trudno jest mi też nie zgodzić się z samym Rincewindem, który twierdzi: „Poznałem już emocje i poznałem nudę. Nuda była lepsza”. Bogowie, jak ja kocham moje nudne życie! Stresy i takie tam to jak mam codziennie w pracy, a w domu to kocham spokój i rutynę. Kiedyś nie usiedziałam w domu ani godziny spokojnie, a teraz najlepszy sposobem na weekend to wieczór z książką/serialem/filmem, ewentualnie od czasu do czasu jakaś domówka, czy inne planszówki. Wszystko co mi jest niezbędne do życia można streścić w jednym obrazku (mojego autorstwa):
I święty spokój!
I internet :D

Na sam koniec zaprezentuje nam się sam Śmierć: „ ALE WRESZCIE ZROZUMIAŁEM, ŻE PRĘDZEJ CZY PÓŹNIEJ KAŻDY UMIERA. WSZYSTKO UMIERA W SWOIM CZASIE. MOŻNA MNIE OKRAŚĆ, ALE NIE MOŻNA MI NICZEGO ODEBRAĆ”


Żegnaj Mistrzu po raz pierwszy.

wtorek, 24 marca 2015

"Piętno rzeki" - Patricia Briggs

Zmieniająca się w kojota Mercy Thompson wie, że jej wspólne życie z jej partnerem, Alfą wilkołaków Adamem, nigdy nie będzie nudne, ale nawet ich wesele nie poszło zgodnie z planem. Niemniej jednak, dziesięciodniowy miesiąc miodowy na brzegi rzeki Columbia, gdzie są zupełnie sami, tylko ich dwoje, powinien to nadrobić. Ale podróż – i ich odpicowana przyczepa – jest prezentem od rasy fae. A nic, co związane z tą rasą, nie przychodzi z łatwością i bez ograniczeń…

[Fabryka Słów, 2015]
[Opis i okładka: 
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/93896/pietno-rzeki]






AGA:

Patricia Briggs, to amerykańska pisarka znana z książek z serii o Mercedes Thomson, które powstały na fali egzaltacji nie tyle urban fantasy, co wilkołaczych, wampirzych, a nawet zombicznych amantów. Pierwszy tom serii wydany został dwa lata po K. Harrison „Przynieście mi głowę wiedźmy”, a rok po premierze „Zmierzchu” S. Meyer. Aktualnie, po trzech latach od wydania „Zrodzonego ze srebra”, na rynku polskim ukazał się szósty tom serii - „Piętno rzeki”.

Mercedes Thompson, jak pięknie zostało to określone, nigdy nie zaczyna nadnaturalnych rozrób, natomiast zawsze je kończy. Przyciąga paranormalne kłopoty jak magnez, tym bardziej, jako awatar Kojota, ma skłonności do wprowadzania nie tyle chaosu, co zmian. We wszystkich tomach bohaterka wpada w tarapaty, z których udaje jej się zawsze z mniejszymi, bądź większymi obrażeniami, wyjść cało. „Piętno rzeki” pod tym względem nie różni się od innych części.

Adam i Mercy połączeni zostają węzłem małżeńskim, a więc książka rozpoczyna się bardzo słodkawo i romantycznie. Zaciekawił mnie jeden aspekt tego wydarzenia, a mianowicie nie występuje w powieści problem akceptacji wilkołaków i istot magicznych przez Kościół, rozumiem, że to nie tej klasy powieść, by prowadzić dywagacje religijne, ale jednak brak konfliktu pomiędzy Kościołem, a istotami nadnaturalnymi z jednej strony jakby uprawomocnia ich istnienie w świecie ludzi, z drugiej jednak strony jest to nierealna akceptacja, a autorka zamyka sobie w ten sposób możliwość wprowadzania ciekawego wątku, np. świętej inkwizycji. Wracając jednak do treści książki; Mercy i Adam udają się w podróż poślubną, a gdzie? Wilkołak w Paryżu? Kojot na Akropolu? Egzotyczne plaże tylko dla futrzaków? Nie, to byłoby zbyt romantyczne, dlatego udają się w niedalekie strony, zresztą bliskie autorce, na kemping stworzony przez królową wróżek, z przyczepą kempingową pożyczoną od wujka Zee, który sam to wszystko zaproponował. A przecież w poprzednim tomie wyraźnie podkreślono, aby nie pożyczać, nie prosić o pomoc, czy przysługę istot magicznych. Oczywiście książka byłaby totalnie stracona dla czytelnika, który nie pała miłością do sielankowych opisów pożycia małżeńskiego, dlatego w końcu po około 120 stronach pojawia się pierwszy domniemany trup i pierwsza prawdziwa, aczkolwiek oddychająca ofiara, na pocieszenie dodam, że z odgryzioną stopą, a raczej jej brakiem. Jak to w świecie Mercy bywa, okazuje się, że wujek Zee nie bezinteresownie oddał im do dyspozycji przyczepę. Małżeństwo Hauptmanów musi dowiedzieć się, co grasuje w rzece, dlaczego Mercy ukazuje się duch ojca, a także pozbyć się piętna rzeki i spróbować przy tym nie zginąć.

Niestety szósta część przygód kojocicy okazała się, jak dotąd, najsłabszym tomem w serii. Znakomitą część książki stanowią wewnętrzne dywagacje Mercedes na różne tematy, najpierw dotyczące ślubu, a następnie jej poczucia braku przynależności, niedostosowania do grupy i inne bolesne postraumatyczne pseudopsychologiczne roztkliwianie się nad sobą. Konstrukcja powieści została oparta na prostym i konwencjonalnycm schemacie; Mercy wpada w tarapaty, musi rozwikłać, powiedzmy, że tajemniczą zagadkę, następnie ratuje świat. Efektem pracy autorki nad tym tomem jest wielki niedobór wszystkiego, czym książki z tej serii odróżniały się od innych, a mianowicie; prawdziwej tajemnicy, niespodziewanych zwrotów akcji, bogatego tła magicznego. Patricia Briggs, jakby idąc po łatwiźnie, uczepiła się pochodzenia Mercy, jej domieszki krwi indiańskiej i całą fabułę oparła na tym wątku. Powieść mogłaby zostać uratowana, gdyby nie postać potwora wodnego ukształtowanego na wzór chińskich smoków oraz magicznego ołtarza odlanego z betonu na kształt Stonehenge. Rozumiem, że kultura Ameryki Północnej to głównie kiczowaty zlepek wielu kultur, że w Maryhill, rzeczywiście istnieje taka replika kręgu megalitycznego, że zbiory Muzeum Sztuki w Maryhill, najprawdopodobniej autorka opisywała z autopsji, ale to jednak za mało. Wszystko, co zostało zaczerpnięte z bogactwa kultury Indian jest powierzchowne i płytkie, dlatego cała historia jest po prostu słaba.

„Piętno rzeki”, gdyby nie sentyment do bohaterów całej serii, uznałbym za szmirę. Historia Mercy w tej powieści jest naciągana, płytka, prosta jak cep i stereotypowa. Jako miłośniczka książek Patricii Briggs, mam ogromną nadzieję, że w kolejnych tomach odżyje duch prawdziwego talentu pisarki, inaczej uznam, że należało zabić bohaterkę w piątym tomie.

  • A book published this year.
  • A book with nonhuman character.
  • A book by female author.
  • A book set in different country.
  • A book with magic.
  • A book that was originally written in a different language.



Ocena: 3/10

Przesłanie: „Nie miałam pomysłu, a tam wezmę trochę indiańskich wierzeń, dorzucę Stonehenge, zamieszam miłosną pałeczką i Mercy stanie się pogromczynią chińskiego smoka. Fani wszystko łykną, a co tam.”



środa, 25 lutego 2015

"Atlas wysp odległych" - Judith Schalansky


Wysmakowany album, w którym literatura łączy się z kartografią, by zabrać czytelnika w niezwykłą podróż po pięćdziesięciu tajemniczych lądach.

Portretując pięćdziesiąt odległych wysp rozsianych na pięciu oceanach, Judith Schalansky udowadnia, że atlas geograficzny to najbardziej poetycka z książek. Z pracowicie zebranych relacji historycznych i danych naukowych wysnuwa intrygujące literackie miniatury. Zestawiając je z subtelnymi, całostronicowymi mapami, tworzy całość o wielkiej mocy oddziaływania na wyobraźnię. Jedyną w swoim rodzaju, romantyczną książkę-marzenie, która zachwyci wszystkich miłośników wyimaginowanych podróży.

„Atlas wysp odległych” zdobył pierwszą nagrodę w konkursie na najpiękniejszą niemiecką książkę roku.

Olga Tokarczuk tak napisała o "Atlasie":

"Ta wspaniała książka sięga do prawdziwego sedna podróży – to już nie nerwowe i kompulsywne przemieszczanie się po świecie z popularnym przewodnikiem w ręku, lecz spokojna i dogłębna kontemplacja osobliwości świata. Określenie „palcem po mapie” nabiera tutaj zupełnie innego znaczenia – staje się poznawaniem bardzo osobistym, wręcz zmysłowym. Zgadzam się z Autorką: kartografia powinna zostać uznana za rodzaj literatury, a atlas należy traktować jak tom poetycki".


[Wydawnictwo Dwie Siostry, 2014]
[Opis i okładka z: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/205582/atlas-wysp-odleglych]

AGA:

Wydawnictwo Dwie Siostry specjalizuje się w literaturze dla dzieci i młodzieży i od dłuższego czasu gości na półkach mojej córki, głównie ze względu na wysoki poziom edytorski, a także ze względu na szatę graficzną wydawanych książek. Wydawnictwo wybiło się na polskim rynku literatury dziecięcej, dzięki serii „Mistrzowie ilustracji”, w której ukazują się reedycje klasycznych powieści literatury dla dzieci, w twardych oprawach ozdobione pracami najwybitniejszych polskich ilustratorów, oraz mapami ilustrowanymi przez Aleksandrę i Daniela Mizielińskich, które zasłynęły swą urodą i niespotykaną koncepcją w całej Europie. Jednak, z powodu takiego, a nie innego profilu wydawniczego, jest to wydawnictwo, o którym poza rodzicami, pedagogami i bibliotekarzami mało kto wie, ponieważ literaturę przeznaczoną dla dorosłych wydają w niewielkiej ilości.

Wydawnictwo Dwie Siostry wydało w 2013 roku książkę, która w 2009 roku uzyskała tytuł Najpiękniejszej Niemieckiej Książki Roku, która na łamach wielu portali, blogów i grup społecznościowych przewijała się bez przerwy, i której urodę sławiono wszędzie, jak piękną Helenę. Niestety w związku z dość niebagatelną sumą, którą należało by wydać, aby ją mieć na własność, oczekiwałam pojawienia się tej pozycji na bibliotecznych półkach i moja cierpliwość w końcu została wynagrodzona. W grudniu 2014 roku wpadł w moje ręce „Atlas wysp odległych” Judith Schalansky.

Co to jest „Atlas wysp odległych”? W pierwszej chwili myślałam, że będą to historie o mitycznych, legendarnych lub wymyślonych wyspach. Jednak zgodnie z tym, co zamieszcza wydawnictwo na stronie internetowej, jest to pięćdziesiąt odległych wysp rozsianych na pięciu oceanach, Judith Schalansky udowadnia, że atlas geograficzny to najbardziej poetycka z książek. Z pracowicie zebranych relacji historycznych i danych naukowych wysnuwa intrygujące literackie miniatury. Zestawiając je z subtelnymi, całostronicowymi mapami, tworzy całość o wielkiej mocy oddziaływania na wyobraźnię. Z wieloma powyższymi stwierdzeniami będę polemizowała poniżej, aczkolwiek jest to podstawowy obraz oraz to, czego można spodziewać się po tej publikacji. Judith Schalansky, rocznik 1980, dziecko zamkniętych granic i podzielonych Niemiec, studiowała historię sztuki i projektowanie komunikacji wizualnej, a także dogłębnie zgłębiła zagadnienia typografii książki. Ze wstępu dowiedzieć się można więcej; że zakochała się w mapach, gdy granice były nieprzekraczalne; że mapy polityczne kłamią; że pięknem rozbłyskają wyłącznie mapy fizyczne, które nie dbają o wydarzenia historyczne; że odkryła kiedyś w atlasie akwarelę wyspy, odwzorowanej bez skali i bez odniesienia do stałego lądu, którą określiła najbardziej samotną wyspą, jaką kiedykolwiek widziała. Te wszystkie informacje zawarte w przedmowie dużo mówią o autorce oraz o proweniencji książki, która powstała z miłości do map, a one przecież mogą łagodzić tęsknotę powstałą z samego obcowania z rycinami odległych lądów. Ta miłość zgubiła autorkę, nie pierwszego i nie ostatniego pisarza, który nie umiał okiełznać własnej pasji.

Każda karta wyspy opatrzona jest kilkoma niezmiennymi cechami: nazwa wyspy, ewentualna przynależność do archipelagu, nazwy w innych językach (w szczególności tych zmieniających przynależność terytorialną), koordynaty (współrzędne geograficzne), odległość do trzech wybranych lokalizacji, oś czasu z zaznaczonymi ważniejszymi datami, tekst (opowieść) i oczywiście mapa w skali 1 : 125 000. Książka opatrzona jest również glosariuszem i indeksem. Układ książki, staranność typograficzna, minimalizm w grafice, jednolity układ wprowadzają czytelnika w błąd, że jest to publikacja popularnonaukowa, tym bardziej, że autorka w przedmowie wielokrotnie nadmieniała o nieustannym uczęszczaniu do bibliotek i korzystaniu z wielu zbiorów kartograficznych. Niestety nic bardziej mylnego. Uważny czytelnik, taki który nie wierzy na słowo, doszuka się wielu nieścisłości. Pierwszą z nich jest fakt, że autorka raz przedstawia wyspę, a raz archipelag wysp, nie nadmieniając o tym czytelnikowi, tak jest chociażby z St. Kilda, które są szkockim archipelagiem wysp. Trzy lokalizacje wyspy względem innych terytoriów, są wybierane losowo, bez jakiegokolwiek klucza, ani nie są to najbliższe lądy, ani nie są one wybrane ze względu na strony świata, jedynie wybór pisarki decydował, które wyspy i kraje zostaną umieszczone na osiach odległości. Kolejnym brakiem konsekwencji oraz przypadkowością doboru wykazała się autorka przy podawaniu powierzchni wyspy, raz autorka podaje powierzchnię wyspy (np. Wyspa Atłasowa), a za drugim razem powierzchnię całkowitą, do której włączone są również przybrzeżne inne wysepki, a także wody terytorialne (np. Robinson Crusoe). Te brak konsekwencji łatwo niestety wyjaśnić, ponieważ najbardziej prawdopodobnym źródłem wiedzy autorki była Wikipedia, czego dowodzi właśnie powierzchnia wyspy Robinson Crusoe, ponieważ właśnie na niemieckojęzycznej Wiki zostaje podana powierzchnia zgodna z tą w książce, a mianowicie 96,4 km kw, gdzie na angielskojęzycznej i polskojęzycznej podana zostaje powierzchnia 47,94 km kw. Podobną sytuacje można odszukać w danych dotyczących ludności, autorka podaje liczbę mieszkańców w oparciu o dane statystyczne zawarte głównie w Wikipedii i nie byłoby w tym nic bulwersującego, gdyby nie fakt, że nie trzymała się jednego rocznika, tak, by można było sobie ewentualnie porównać stan ludności pomiędzy wyspami, tylko skacze po datach jak pijany zając, raz jest to rok 2000 (np. Brava), za drugim razem 2002 (np. Robinson Crusoe), za trzecim z 2009 (np. Trindade). Raz udało mi się odszukać inne źródło danych populacji, gdyż nie mogłam je dopasować do żadnej ze stron Wikipedii, i odnalazłam dane ludności na stronie Mysterra Magazine, a dotyczyły te dane wyspy Ascension. Tak chaotyczne, nieujednolicone czerpanie wiedzy i przekazywanie jej dalej, bardzo umniejsza wartość książki i zaufanie do autorki. Rozumiem, że Judith Schalansky apelowała w przedmowie, aby kartografia powinna w końcu zostać uznana za rodzaj literatury, a sam atlas za gatunek poetycki, ale dokąd by człowiek dotarł, gdyby mapy traktować tak, jak autorka potraktowała statystykę, demografię i historię?

Skąd pojawiła się taka zacięta dociekliwość w poszukiwaniu nieścisłości, przecież sięgałam po "Atlas wysp odległych" nastawiona pozytywnie i mając nadzieję brać udział w podróży pełnej zaczarowanych miejsc? Lektury "Atlasu" nie rozpoczęłam od sprawdzania poprawności informacji, ale od po prostu czytania opowieści. Czytając wcześniej różne recenzje na blogach literackich spotkałam się z opinią, że są to historie tajemnicze, będące zwierciadłem dla marzycielskiej duszy człowieka, który pragnie odkrywać nowe lądy. Fakt są to niejednokrotnie tajemnicze historie, tak tajemnicze, że aż niezrozumiałe, wyrwane z kontekstu historii, wybrane fragmenty jakiegoś incydentu, wspomniane wydarzenia, ubarwione tak, ze wydają się czasem zatrważające, wręcz nieprawdziwe. Niestety wielokrotnie są one dla czytelnika po prostu niezrozumiałe, to że autorka wiedziała o czym pisze, nie oznacza, że odbiorca tego tekstu zrozumie to w jakikolwiek sposób. Najlepszym przykładem na bezsensowność tekstu, jest opis dotyczący wyspy Annabon, gdzie podawanie skrótów 3COV, EA5BYP , czy DJ9ZB i nadmienienie o jakiejś stacji nadawczej, nie daje czytelnikowi dosłownie nic, ani przyjemności z opowieści, ani jakiejkolwiek wiedzy, o zrozumieniu nie wspominając. Nie rozumiejąc przekazu pisarki, zaczęłam wertować Internet w poszukiwaniu zrozumienia (!!!) . Innym razem opowieść o wyspie jest po prostu nudna, jakby autorka nie miała pomysłu na nią lub wydarzenia, które miały miejsce przytłoczyły ją i wybrała najprostszą z możliwych historii, czego przykładem jest historia wyspy Tristan da Cunha, gdzie autorka pominęła najciekawsze informacje, że jest to prawie wyspa przeklęta, bowiem jak nie wybucha wulkan, to następuje izolacja wymuszona przez I Wojnę Światową, albo następuje plaga szczurów na przemian z zarazą wybijającą owce, połowa społeczności ma astmę, a cała popadła w alkoholizm. Z "Atlasu" o wyspie można dowiedzieć się „ekscytującej” informacji o panującym tam mikrokomunizmie, który mniej miał wspólnego z utopistycznymi ideami, co sugeruje autorka, a bardziej po prostu z warunkami i specyfiką życia.

Drążąc opowieści spisane przez Judith Schalansky w "Atlasie wysp odległych", odkryłam wiele interesujących historii i zaskakujących informacji. Zdobyłam też pewność, że nie należy bezkrytycznie wierzyć w to, co spisane na papierze, że ta drobna nieufność wobec autora ma swoje podstawy, a czasem może niespodziewanie odkryć przed nami niespotykane pokłady wiedzy i zdolności. Czytając historie wielu wysp odkryłam, oczywiście nie pierwsza i nie ostatnia, że pomimo tego, że jak to autorka określa, że wyspy są przecież tylko małymi kontynentami, że człowiek jest nie tylko zwierzęciem stadnym, ale potrzebuje również przestrzeni i innych stad, aby się właściwie rozwijać. Większość historii wysp przeplata się z tragediami ludzkimi, wynikającymi z izolacjonizmu, braku dostępu do edukacji, opieki medycznej, a nawet do zróżnicowanego pożywienia. Czytając opowieści o życiu wyspiarzy, można dowiedzieć się o klątwach rzuconych na społeczeństwa za grzechy, które po dokładniejszej analizie okazują się skazą genetyczną wywołującą achromatopsję na Pingelap lub astmę na Tristan da Cunha lub okazuje się chorobą zabijającą noworodki, która jest po prostu tężcem noworodkowym na St Kilda. Jednak bywają wyspy przeklęte, gdzie nieszczęścia zdarzają się znacznie częściej niż na innych np. Tristan da Cunha, czy od samego początku skazane są na moralną zagładę, jak np. Pitcairn, gdzie osiedliła się w 1790 roku część zbuntowanej załogi „Bounty”, gdzie również doszło do walk wynikiem których pozostał na wyspie jeden mężczyzna i dziewięć kobiet, a aktualnie żyjący potomkowie osadników jakby ulegli złemu czarowi, bo w 2004 roku siedmiu mężczyzn na 47 mieszkańców zostało oskarżonych o wykorzystywanie seksualne nieletnich, te 14% społeczeństwa, okazało się pedofilami. Nie spotkałam wyspy szczęśliwej, jedynie te, które są bezludne, mają w sobie więcej neutralnego szczęścia niż inne, co świadczy tylko o tym, że człowiek wpływa na wszystko bardzo destruktywnie.


"Atlas wysp odległych" jest doskonałym przykładem na świetny pomysł, fatalnie wykonany. Książka pod względem zamysłu, typografii i grafiki jest fantastyczna, bardzo inspirująca, ale niestety odniosłam wrażenie, że autorka chcąc uhonorować te wszystkie małe wyspy, zatraciła się w niefrasobliwości, niszcząc własną książkę. Pozycja ta bowiem traci w moich oczach całkowicie, nie jest bowiem ani dobrym źródłem wiedzy, ani też dobrą literaturą, co więcej wprowadza i mami czytelnika, że jest inaczej. Niestety załączenie glosariusza i indeksu nie czyni ją naukową, brak jest rzetelnej bibliografii (choć nie mogło być inaczej, biorąc pod uwagę to, że zapewne źródłem wiedzy była głównie Wikipedia), brakuje też legend do map, wyjaśnienia metodologii tworzenia tego atlasu. Brak mi słów, że zachwyt nad formą jest w obecnych czasach na tyle potężny, że przyćmiewa zdroworozsądkowy krytycyzm.
  • A book  by female author
  • A book of short stories
  • A book set in different country
  • A nonfiction book
  • A book based on thru story
  • A book by an author you have never read before
  • A book that was originally written in a different language


Ocena: 3/10

Przesłanie: "Marketing i typografia motorem sukcesu, podkreślającego bezkrytyczny zachwyt bezrefleksyjnego czytelnika pokolenia obrazkowego".

niedziela, 25 stycznia 2015

"Cudzoziemiec w Olondrii" - Sofia Samatar


Jevick, syn handlarza pieprzu, wychowywał się na opowieściach o Olondrii, odległej krainie, gdzie ksiąki – niezwykle rzadkie w jego ojczyźnie – są czymś często spotykanym. Po śmierci ojca Jevick wyrusza zamiast niego na coroczną wyprawę handlową do Olondrii. Jego życie wydaje się bliskie doskonałości, ale gdy raduje się Świętem Ptaków, zaczyna go prześladować duch niepiśmiennej dziewczyny z jego ojczyzny.
Zdesperowany Jevick szuka pomocy u olondryjskich kapłanów i staje się pionkiem w rozgrywce między dwiema najpotężniejszymi frakcjami w imperium. Pojawia się groźba wojny domowej. Jevick musi stawić czoło duchowi i poznać jego historię. Ta próba stanowi wyzwanie dla jego wyobrażeń o sztuce i życiu, o domu i wygnaniu...

"Zwróćmy uwagę na tę oszołamiającą i świetnie napisaną powieść. Debiutancka książka Sofii Samatar jest jednoczeście fascynującą epicką fantasy, jak i wyrazem miłości do opowieści, poezji oraz języka. Samatar pisze jak dziedziczka Ursuli K. LeGuin oraz Gene’a Wolfe’a" – Kelly Link

"Opowieść o duchach i książkach, o zdradzie i tajemnicy, niezwykle pomysłowa i pięknie napisana" – Jeffrey Ford

"Wspaniały styl, piękny, zmysłowy i precyzyjny – historia o duchach w stylu Prousta" – Paul Witcover


[Wydawnictwo MAG, 2014]
[Okładka i opis: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/224136/cudzoziemiec-w-olondrii]

AGA:

W serii „Uczta Wyobraźni” wydawane są zawsze pozycje, które odróżniają się od głównego nurtu fantastyki, powiedzmy popularnej. Jest to seria, która nie każdemu przypadnie do gustu, i nie każda pozycja zachwyci swą obcością literacką. Tak czy inaczej Sofia Samatar i jej styl snucia opowieści, idealnie wpisuje się w kanon tej serii. Sama autorka na polskim rynku jest absolutnie nie znana, a jej egzotycznie brzmiące nazwisko, maskuje fakt, że jest to amerykańska pisarka o wielkim kunszcie pisarskim. Sofia Samatar według biografii pochodzi z rodziny świetnie wykształconej pod względem literackim; jej ojciec jest nauczycielem, historykiem i pisarzem somalijskim, a mama nauczycielką i mennonitką pochodzenia niemiecko-szwajcarskiego, autorka zresztą wspomina w "Podziękowaniach": Rodzicom, którzy przekazali mi miłość do słów, sama z resztą zdobyła wyższe wykształcenie z zakresu literatury i języków afrykańskich. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ patrząc na dom rodzinny, w którym się wychowała oraz studia, które ukończyła, wiadomo skąd pojawia się w pisarstwie Samtar taka poetyczność i dbałość o język. A dbałość o słowo pisane zabrało jej dwanaście lat życia, które poświęciła na napisanie i udoskonalenie „Cudzoziemca w Olondrii”.

W Imperium Olondrii istnieją Wyspy Herbaciane, na tyle odległe od stałego lądu, że kulturowo i religijnie stanowią całkiem odmienne społeczeństwo. Pomiędzy wysepkami, jest jedna Tinimavet, gdzie ludność nie jest zbyt liczna, osad jest mało, a ludzie żyją zgodnie z tradycją przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Na tej wysepce jest sobie Tyomem, wioska, w której stoi piękny, strzelisty budynek z żółtego kamienia, będący dumą jego pana, właściciela plantacji pieprzu. Tu rozpoczyna się historia Jevicka, który jest synem handlarza pieprzem i Kiavet, drugiej żony, wyznawczyni dawnych wierzeń oraz bratem opóźnionego psychicznie Joma. W tym świecie patriarchalnej władzy, gdzie miłość do ziemi jest najważniejsza, Jevick otrzymuje prezent, a mianowicie edukację z rąk olondryjskiego nauczyciela Lunre'a, który nie tylko uczy chłopca języka olondryjskiego, ale zaszczepia mu miłość do książek i słowa pisanego, daje mu dar – pismo i cyfry. Po śmierci ojca Jevick udaje się do Bainu, Pozłacanego Domu, Niezrównanego Miasta, gdzie kontynuując prace ojca, zawozi pieprz na sprzedaż, a jednocześnie raduje się, że w końcu dotarł do miejsca, o którym jak dotąd mógł tylko marzyć: Marzyłem o szerokich ulicach wypełnionych łoskotem kół wozów, o tłocznych targach, mostach, bibliotekach, ogrodach, domach rozkoszy, o wszystkim, o czym czytałem, lecz czego nigdy nie widziałem na własne oczy, co znajdowało się gdzie indziej. Pozbawiony kurateli ojca, napawa się Bainem, a także bierze udział w Święcie Ptaków, które odmienia jego dotąd dość beztroskie życie. Ta jedna noc, szaleńczy pochód, radosne szaleństwo powoduje, że zapada na tajemniczą chorobę, którą jedni traktują jak skazę na duszy, a drudzy czczą, jak świętość. Jevicka nawiedza duch dziewczyny, którą spotkał w drodze do Olondrii, a która zmarła na kyitnę, okrutną, wyniszczającą chorobę. Z powodu tych objawień popada w tarapaty, a jego podróż przez świat olondryjskiej polityki i walki o władzę religijną, dopiero się rozpoczyna.

Czytając „Cudzoziemca w Olondrii, czyli kompletny pamiętnik mistyka Jevicka z Tyomu” nie zawiodłam się na tym, co zadecydowało, że po tą książę sięgnęłam, a mianowicie na języku, którym został on napisany. Sofia Samatar pięknie snuje swoją opowieść, którą nazwałabym typem slow-read, nie można jej bowiem „łyknąć”. Tak, jak w przypadku Catherynne Valente, proza Samatar pozwala na smakowanie samego czytania. I w przeciwieństwie do twórczości Valente, po przeczytaniu siedemdziesięciu procent powieści, obawiałam się, że nie pozostanie mi nic do wychwalania w tej książce, poza językiem. Fabuła bowiem mało tego, że toczy się powoli, to jest dość nużąca, a sam bohater poddaje się biegowi wydarzeń. Czytelnik również zostaje poniekąd zmuszony właśnie do poddania się tej historii i wykazania zarówno cierpliwości, jak i zaufania wobec autorki. „Cudzoziemiec w Olondrii”, to jedna z tych książek, którą należy przeczytać do końca, aby docenić jej wartość, bowiem dopiero w trzech czwartych książki, poznajemy historię nie tylko Jissavet z Kiem, spotkanej na pokładzie Ardonyi, chorej na kyitnę dziewczyny, ale także miłosny dramat Mirosa, krewnego kapłana Avalei i towarzysza podróży Jevicka. Cała powieść przesycona jest anadenedet, czyli opowieściami życia, różnych osób spotkanych przez głównego bohatera, historią Lunre'a, który opuścił nagle Baim, czy Tialon, jego ukochanej, jednak anadenet Jissavet jest najważniejsza, jej vallon, książka o jej życiu, staje się jej jut, duchem opiekuńczym, którego jako hotun, nie posiadała. „Cudzoziemiec w Olondrii” przede wszystkim jest pięknie snutą opowieścią o targanej wewnętrznym konfliktem religijnym Olondrii, ale jest to też historia o mezaliansie Mirosa i poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, ale także jest to opowieść o niesprawiedliwości społecznej panującej na Kiem, gdzie hotuni pogardzani są przez uprzywilejowanych mieszkańców i o prześladowaniu chorych na kyitnę.

Należy wspomnieć o jeszcze jednym ważnym bohaterze powieści Sofii Samatar, a mianowicie o wszechobecnych książkach. Vallon (książka) została wprowadzona do świata Jevicka na wyspie Tinimavet, gdzie nikt nie znał liter, ani liczb, przez olondryjskiego nauczyciela Lunre'a, który mozolnie uczy chłopca najpierw liter, a potem ukazuje mu piękno powieści, poematów i wierszy, i właśnie te utwory towarzyszą Jevickowie później podczas całej podróży po Olondrii, snują się pomiędzy wierszami, wzbogacając świat powieści. Książki w powieści Samatar odgrywają bowiem ważną rolę, stają się przyczynkiem do rozważań autorki o wpływie wykształcenia i umiejętności czytania i pisania na status grup społecznych, ukazuje świat, w którym umiejętność czytania wykorzystywana jest do sprawowania władzy przez oligarchię, gdzie prawo stanowi, że jedynie poprzez księgi można rozmawiać ze zmarłymi, że wiara Avalei, gdzie dopuszcza się mistyczne kontakty z aniołami, są zakazane. I tak wybór, jaki stoi obecnie przed Olondrią, jest prosty:zimny papier czy żywe ciało?.

Sofia Samatar zapowiedziała kontynuację powieści, która ma się ukazać w 2016 roku pt. "The Winged Histories". Zdecydowanie sięgnę po kolejną powieść tej autorki, która może nie dorównuje Catherynne Valente w tworzeniu wielowarstwowej fabuły, a nawet w języku nie jest aż tak sprawna, ale zdecydowanie potrafi oczarować i zaskoczyć. Polecam ją z czystym sumieniem osobom lubiącym zagłębiać się w historie ubarwione pięknem słów.

  • A book that was originally written in a different language
  • A book by female author
  • A book with magic
  • A book by an author you have never read before
  • A book that was originally written in a different language

Ocena: 9/10

Przesłanie: ...jedyną pociechę znajdowałam w swych książkach, w których spacerowałam jak Dziecko albo świeciłam w Mroku jak Ćma - esencja miłości do książek i pięknego słowa.



wtorek, 20 stycznia 2015

"Wilk" - Katarzyna Berenika Miszczuk

Sprawdź, co się wydarzyło przed Zmierzchem! Margo Cook to zwyczajna nastolatka. Pewnego dnia przenosi się razem z rodzicami z Nowego Jorku do miasteczka Wolftown położonego w głębi olbrzymiej puszczy. Od przeprowadzki dręczą ją koszmary, w których ucieka przez las przed groźnym prześladowcą. W szkole poznaje lekko zwariowaną Francuzkę Ivette Reno oraz intrygującego outsidera Maksa Stone'a. Jaki mroczny sekret skrywa Max? Jaki mroczny sekret skrywa Wolftown? Czy sny Margo mają z tymi zagadkami jakiś związek? Być może poznamy odpowiedź, gdy na niebie pojawi się księżyc w pełni...

[Wydawnictwo W.A.B., 2013]

[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/167157/wilk]




PATI:

Katarzyna Berenika Miszczuk to bardzo młoda autorka, której nie sposób nie podziwiać. W wieku 15 lat napisała „Wilka”, a w 3 lata później trafił on na półki księgarń - co jest sporym wyczynem zwłaszcza w tak młodym wieku - wiadomo, że wydawcy wolą promować znane nazwiska dorosłych pisarzy, licząc na większą sprzedaż. Przeglądając FB czy portal Lubimyczytac widać jednak, że książka zdobyła sporą popularność wśród młodych czytelników, do których jest głównie skierowana.
Ja swoją przygodę z tą autorką zaczęłam od „Ja, Diablica” i reszty serii o Wiktorii Biankowskiej, a potem przeczytałam „Drugą Szansę”. I w każdej kolejnej pozycji widzę spory potencjał i także to, jak te książki zmieniają się razem z wiekiem autorki. Pragnę ogłosić, że moim zdaniem rośnie nam prawdziwa dama Polish Urban Fantasy, która dzięki swojej ciężkiej pracy pisze coraz lepiej i rozwija swój warsztat pisarski. Na razie jeszcze nie stroni ona od banałów i nieskomplikowanego języka, ale z książki na książkę jest coraz lepiej. Już nie mogę się doczekać tych rewelacyjnych pozycji – bo mam przeczucie, że będą, choć musimy na nie jeszcze trochę poczekać. Niestety jak wynika z informacji na oficjalnym fanpage'u Miszczuk - według wydawcy „fantastyka się źle sprzedaje” i możemy się spodziewać raczej thrillerów medycznych w jej wykonaniu.

Wiedząc w jakim wieku autorki został napisany „Wilk” - debiutancka powieść - z oporami sięgnęłam po nią, bojąc się tego, co tam będzie. I rzeczywiście początek, jak już pisałam, jest przerażający, ale potem w miarę czytania zaczynamy bawić się po pachy. Oczywiście w ten pobłażliwy sposób, bo raczej nie ma w niej zabawnych dialogów... w sumie to trudno nawet mówić o dialogach... OK, ok jest historia jest banalna. Bardzo :) Jest skrótowa, jest napisana maksymalnie uproszczonym kolokwialnym językiem i prostymi krótkimi zdaniami. Ale ma w sobie coś - ma potencjał. Gdyby ją napisać jeszcze raz: poprawniej, płynniej, dorzucić opisy i brakujące sceny... Poprawić dialogi... Rozwinąć akcje, przemyśleć dokładnie, wyrzucić to całe The Calling pojawiające się co stronę... Hm... W sumie, to literacko jest bardzo kiepsko. Ale co tam :) książka jest zabawna i nieźle się przy niej naśmiałam.

W „Wilku” główna bohaterka - Margo zostaje zmuszona do wyprowadzki w połowie 2 klasy liceum z pięknego Nowego Yorku i przeniesienia się do zapadłej dziury – Wolftown. Już pierwszego dnia szkoły zwraca uwagę na chłopaka, o pięknych oczach i blond włosach, któremu nie udało się jej za bardzo przyjrzeć – tak wiem - brzmi to jakoś głupio i znajomo... Ma jedną lekcję z Panem Przystojniakiem, który ewidentnie ją unika i nie odpowiada na jej pytania... on ją ratuję spod kół samochodu... No, ale w końcu nasza Margo przełamuje jego opór i zostają parą – tak drodzy państwo – to prawie jak „Zmierzch”. Co więcej - Margo identycznie jak Bella Swan – jest także pechowcem, jak jest na drodze korzeń, to się potknie o niego. Pasma nieszczęścia, które za sobą ciągnie są niezliczone, ale to chyba niezamierzony zamysł autorki, żeby zrobić z niej aż taką sierotę. I tyle w sumie, dzięki bogom, „zmierzchopodobieństw”, bo reszta jest już zupełnie inna. Spodziewam się jednak, że niektórym to wystarczy zapewne, żeby rzucić książką w kąt :) Mnie prawie starczyło, ale cieszę się jednak mimo wszystko, tego nie zrobiłam.

Bo Margo - jest zabawna do łez! Jest rozczulająca w swojej naiwności i głupocie wieku nastoletniego. Jest dokładnie taka, jak ja, gdy byłam w jej wieku :D Zadziorna i nie myśląca co mówi i do kogo. A głupoty, które „myśli" - narracja pierwszoosobowa, są po prostu urocze. Tak moi drodzy. Też taka kiedyś byłam. Wierzyłam, że wszytko mi się uda – bo przecież tak zawsze jest, skoro ja czegoś chcę, to tak będzie! Największym dramatem było w tym okresie w co się ubrać i jak przekonać rodziców, żeby puścili mnie na imprezę czy koncert :). Miejscami, dzięki tej książce, wpadałam w głęboką zadumę i chichotałam do własnych wspomnień. Za moich czasów takie dziewczyny jak Margo nazywano właśnie metalami - ja z dumą nosiłam swoje glany, skórzaną kurtkę i kostkę (ale bez naszywek zespołów - bo to uważaliśmy za pozerstwo). No i w życiu nie przyznałabym się do słuchania The Calling (dla osób nie kojarzących – zespół jednego utworu „Wherever i will go”) - ale cóż, inne czasy :D

Szkodą dla tej książki jest niewątpliwie to, że dzieje się to w Stanach – jakby autorka naoglądała się filmów i seriali na temat amerykańskich nastolatków i zastosowała to wszystko w praktyce – mamy więc wizytę u dyrektora w dniu rozpoczęcia szkoły, dostanie szyfru do szafki, przydzielenie planu lekcji z obowiązkową wizytą w sekretariacie... ile razy wałkowało się już ten utarty schemat? Fakt, że trudno by było uwierzyć w wilki - ludzi biegające radośnie po np. Kaszubach czy Parku Oliwskim, ale w sumie... czemu by nie? Dlaczego same fajne nadnaturalne zjawiska mają dziać się tylko w Stanach?

Na pewno nie jest to książka dla każdego – śmiem twierdzić, że Aga by jej nie zmęczyła, a gdyby nawet to w recenzji rozniosłaby ją na strzępy. Mnie się podobała ze względu na Margo i sentymentalną podróż, która mi ta pozycja sprezentowała. Ale nie każdy jest mną i nie każdy odnajdzie siebie w postaci głupiutkiej głównej bohaterki, więc przy decyzji, czy czytać, czy nie trzeba się mocno każdorazowo zastanowić.

Dzięki tej pozycji na mojej liście wyzwaniowej 2015 można określić:
  • A book written by someone under 30
  • A book with a one-word title
  • A popular author's first book
  • A book set in high school 
  • A book with nonhuman charakters
  • A funny book (dla mnie była śmieszna :)
  • A book by a female author



Ocena: 2 (styl pisarski i akcja) + 3 (za wszystkie za wspomnienia i świetną zabawę) / 10

Przesłanie książki: „Wilki nie mówią, wilki mruczą”  


czwartek, 15 stycznia 2015

"Gorący Lód" - Nora Roberts

Egzotyczna sceneria Madagaskaru, piękna młoda kobieta i atrakcyjny, choć niebezpieczny mężczyzna, walka z dziką przyrodą i pozbawionymi skrupułów ludźmi tworzą doskonały koktajl sensacji i romansu...
Whitney MacAllister wraca do Nowego Jorku po niezbyt udanym pobycie w Paryżu. Cóż jeszcze może zadziwić młodą i piękną dziedziczkę olbrzymiej fortuny? Ekskluzywne kluby, weekendy na Martynice, towarzystwo sławnych i bogatych to dla niej chleb powszedni. Dopiero kiedy los styka ją z mężczyzną o bardzo podejrzanej profesji i reputacji, dziewczyna odczuwa dreszczyk emocji. Wkrótce jednak to, co wydawało się zabawnym przerywnikiem w udanym życiu, zmienia się w niebezpieczną przygodę. 


[Wydawnictwo Świat Książki, 2006]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/244108/goracy-lod]

PATI:

Czasami są takie momenty w życiu każdego pożeracza książek, że ma ochotę się odprężyć i przeczytać coś nie skomplikowanego i pozytywnego, przy czym nie trzeba używać mózgu. Ja w takich momentach sięgam po Norę Roberts. Nie wiem nawet ile już jej książek przeczytałam - będzie to pewnie w dziesiątkach, ponieważ dzięki niej naprawdę odpoczywam. Pani Roberts to dla mnie niekwestionowana królowa romansów, która płodzi swoje książki w zastraszającym tempie. I jak to bywa właśnie w takich sytuacjach - książki lepsze, gorsze i te rewelacyjne. Ja zdecydowanie jestem fanką tych nowszych powieści (gdzie jest internet i telefony komórkowe :D), są one zdecydowanie dłuższe i widać ciągle rozwijający się warsztat pisarski.
Tym razem jednak kryterium wyboru pozycji „Gorący Lód” („Hot Ice”) była nie chęć odpoczynku umysłowego (chociaż „Smoczy Tron" mnie trochę zmęczył), ale antonim - chciałabym mieć tą listę z wyzwaniem jak najszybciej z głowy :) Książka została napisana w 1987 r., więc należy do tych „starych / pierwszych” powieści, ale to wcale nie znaczy, że jest kiepska.

Utarty schemat jakim pisane są książki Nory Roberts, mnie osobiście zupełnie nie przeszkadza. Chociaż przyznaję, że pewnie jak się czyta którąś tam książkę pod rząd, to zapewne może być on męczący – wiadomo, że dążymy do 100% happy endu tym samym szlakiem co zawsze, jedynie z kosmetycznymi zmianami.
Ona (Whitney MacAllister) - dziedziczka wielomilionowej fortuny znudzona życiem wraca z Paryża, gdzie myślała, że się rozerwie, ale zakupy jakoś nie przyniosły jej wielkiej radości.
On (Douglas Lord) - mężczyzna niebezpieczny i genialny złodziej, który zdecydował się nie oddać skradzionych na zlecenie listów, ponieważ nagrodą, jak udało mu się podsłuchać, nie miały być obiecane pieniążki, ale kulka. W głowę.
Cóż, chyba nic bardziej nie mogłoby różnić tej pary.
Do samochodu Whitney wsiada nieproszony Doug i potem już razem z bohaterami przeżywamy kolejne pościgi i strzelaniny. Wpadamy w samo centrum poszukania skarbu i wielkiej afery kryminalnej. A skarb jest nie byle jaki, bo z epoki rewolucji francuskiej i składają się na niego klejnoty należące do samej Marii Antoniny. A wszystko to wśród lemurów na bajecznym Madagaskarze. I choć same „poszukiwanie” skarbu ogranicza się bardziej do podróży przez urokliwy Madagaskar do miejsca docelowego, nie sposób się jednak przy tym nudzić. Dwójka bohaterów, oczywiście, w końcu legnie na mchu, a skończy się zaręczynami z pierścionkiem z brylantem od samej królowej Marii, ale zanim do tego dojdzie będziemy mogli się rozkoszować genialnymi dialogami prowadzonymi między nimi. Uwielbiam język i humor pani Roberts - te cięte, rozśmieszające riposty i złośliwości, które mają zamaskować wzajemny afekt naszej głównej pary, są po prostu mistrzowskie.
Whitney okazuje się nie być tak do końca rozpieszczoną księżniczką - potrafi być miła, czuła i lojalna, choć świetnie odgrywa też lodową pannę, to jednak ma dobre serce. A Douglas to nie nieczuły drań i krętacz tylko po prostu boi się związków i nie chce pokazać, że chodzi mu o coś więcej, niż gimnastyka horyzontalna. Ech... no czegóż chcieć więcej?

Żeby nie było to czytałam dużo lepsze książki tej autorki - dłuższe. I to mój główny i jedyny zarzut: za dużo uproszczeń i skrótów akcji. Ta książka mogłaby być naprawdę fantastyczna, gdyby właśnie nie to, że jest po prostu za krótka - niczym Harlequin. Zanim się porządnie człowiek wciągnie - to już ślub. Wolałabym, żeby szukanie skarbu było bardziej skomplikowane, niż poszukiwanie nagrobka na cmentarzu, do którego podążali przez całą książkę :)
Dzięki autorce dowiedziałam się więcej o Madagaskarze, niż z niejednego programu na Discovery. Wyrywkowo sprawdziłam niektóre z informacji i wszystko okazało się prawdziwe. Zupełnie nie przeszkadzały mi opisy miejsc i widoków ponieważ książka nie była nimi przeładowana, a fajnie uzupełniały akcję. Wielki szok dla mnie - na Madagaskarze żyją krokodyle. Nilowe! A krokodyl nilowy ma największy w stosunku do wielkości ciała mózg, spośród wszystkich współczesnych gadów i potrafi żyć do 100 lat!

Ogólnie jestem zadowolona z lektury pomimo jej małej objętości. Było w niej wszystko to czego oczekiwałam.


Niniejszym mogę też określić kolejne punkty z listy wyzwań:
  • A classic romance
  • A funny book
  • A mystery or thriller
  • A book with antonyms in title
  • A book set somewhere you've always wanted to visit
  • A book set in different country
  • A book by a female author
  • A book that was originally written in a diffrent language

ocena: 4 / 10
Przeslanie: „Nigdy nie ufaj mężczyźnie - nawet jak da ci brylant warty fortunę. A małżeństwo to nadal tylko interes.”