piątek, 20 maja 2016

"Czarnoksiężnik: Władca wilków" - Juraj Červenák

„Władca wilków” to pierwszy tom opowieści o zemście potomka bogów, wojownika Rogana, wspieranego przez wilka z zaświatów, Gorywałda.

Prawie dziesięć lat walczył w wojnach, które doprowadziły do rozbicia imperium Awarów, rozciągającego się na równinach pomiędzy Dunajem a Cisą. Należał do drużyn słowiańskich książąt, był najemnikiem, walczącym po stronie Karola Wielkiego, służył w szeregach armii bułgarskiego chana Kruma. Czarny Rogan. Osławiony łucznik, bezlitosny pogromca Awarów. Każdy wódz pragnie mieć go po swojej stronie.

Działa teraz na własną rękę, zapuszcza się w ciemne, zamieszkane przez duchy i demony lasy za Hronem. Tropi ślady Krwawych Psów – najokrutniejszych awarskich oprawców. Dzięki spotkaniu z wiedźmą Mireną i władcą wilków, Czarnobogiem, szybko się dowie, że jego powołaniem jest nie tylko zemsta za dawno nieżyjących bliskich. Aby sprawdzić, jakie drzemią w nim siły i jakie posłannictwo przypadło mu w spadku po nieznanych dotąd przodkach, będzie musiał udać się do królestwa Moreny, bogini śmierci…

„Czarnoksiężnik” to znakomita seria, która błyskawicznie wciąga w świat słowiańskich herosów, książąt oraz magii, kapryśnych bogów i żądnych krwi biesów, a wszystko to na tle prawdziwych wydarzeń historycznych.

W przygotowaniu kolejne tomy przygód Rogana i jego wilczego towarzysza.

[Instytut Wydawniczy Erica, 2012]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/135957/wladca-wilkow]

AGA:

Po książkę Juraja Červenáka „Czarnoksiężnika: Władcę wilków” nie sięgnęłabym, gdyby nie wybór moich znajomych, by ją wspólnie przeczytać. Okładka prezentująca zakrwawionego czarnego wilka i brudnego, zarośniętego barbarzyńcę, nigdy nie zwróciłaby mojej uwagi. Gdy sięgałam po tą powieść, nie wiedziałam nic o autorze, więc nie byłam pewna, czego mam się spodziewać. Powieść poprzedzona została wstępem „Od autora” zatytułowanym „Opowieść o czarowniku i pewnym ironicznie usposobionym wilku”, w którym pisarz przedstawia drogę do powstania postaci Rogana i słowiańskiego świata. Niekiedy bywa tak, że słowo wstępne należny przeczytać po lekturze. Czemu? Bo czasem nadmiar wiedzy i szczerość autora szkodzi. W drugim zdaniu Juraj Červenák wyjaśnia, że pomysł na powieść zrodził się głównie pod wpływem twórczości Andrzeja Sapkowskiego. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że nie darzę polskiego autora (nie jego książki) niezbyt przychylnym uczuciem, dlatego nomen omen, na samym wstępie Juraj Červenák startował ze swoją książką z przegranej pozycji. Po prostu po przeczytaniu tego zdania nie wierzyłam, że sama głosowałam za przeczytaniem tej książki.

Powieść rozpoczyna się krwawą sceną, w której Czarny Rogan, w bohaterskim stylu ratuje mieszkającą na odludziu rodzinę przed śmiercią z rąk Krwawych Psów - „elitarnego” oddziału awarskich oprawców. Rogan jawi się, jako samotny mściciel o nieprzeciętnych umiejętnościach. W miarę rozwijania się akcji poznajemy prawdę o tym, co kieruje głównym bohaterem. Mści się on bowiem mordując każdego Krwawego Psa w zemście za śmierć swoich bliskich, którzy ponoć zginęli zaszlachtowani z rozkazu awarskiego dowódcy - Burguta. W trakcie swojej krwawej podróży dołącza do Rogana nieprzeciętna czarownica Mirena, zwana Osą, a także Wielimir, wracający po wojaczce żołnierz. Każdy z nich ma inne powody, by walczyć z Awarami; Mirena pragnie złota, a Wielimir obronić swój gród. W drodze do tajemniczej twierdzy Kirt będą musieli zmierzyć się z potężnym czarownikiem, demonami, Babą Jagą, ożywieńcami (zombie?), a nawet samą śmiercią.

Pierwszym skojarzeniem po przeczytaniu „Władcy wilków” był Conan Barbarzyńca. Powieść bowiem ma prostą fabułę, w której główny bohater z przyjaciółmi realizując własne cele, wplątuje się w większą aferę, w której przeciwnikiem jest zły czarnoksiężnik. Postać Rogana, jak sam autor we wstępie wspomina: „była inspirowana- przede wszystkim- tajemniczym rewolwerowcem, granym przez Clinta Eastwooda, w westernowej trylogii Sergia Leone. Z tym, że zamiast kolta używał łuku, jego twarz skrywała się w cieniu kaptura, a nie pod rondem kapelusza, no i nie łowił meksykańskich desperados, tylko awarskich łupieżców.” Po zapoznaniu się z biografią Juraja Červenáka, okazuje się, że skojarzenia z Conananem, nie są całkiem bezpodstawne, bowiem pisarz jest autorem czterech powieści o Cymeryjczyku.

„Władca wilków” to klasyczna w swojej postaci powieść z gatunku magii i miecza z domieszkami heroic i dark fantasy. Niewątpliwą zaletą książki jest jej zwięzłość, co coraz rzadziej się teraz zdarza, i tak ponownie cytując autora: „Niniejsze poprawione wydanie Władcy wilków jest nieco krótsze od pierwotnej edycji czeskiej. Przyczyną jest właśnie zmiana dynamiki tekstu. Dzisiaj mój styl jest bardziej zwięzły i dobitny, staram się nie brnąć w zbyteczne opisy czy nadęte porównania.” I chwała mu za to. W związku z tym, że jest to właśnie powieść z zakresu magii i miecza, to akcja książki oparta jest głównie na dążeniach głównego bohatera i jego „przybocznych”, co za tym idzie, postaci te są wyjątkowo dobrze nakreślone. Autor wspomina, że w swoich opowiadaniach Gorywałt, wilk z zaświatów, stanowi ironiczną przeciwwagę dla poważnego Rogana. Możliwe, że postać wilka rozwinie się bardziej w kolejnych częściach, ale jak na razie przeciwwagę dla ponuractwa Czarnego, stanowi Osa, która jest wprost boleśnie materialna. Ta jej prostolinijna pazerność jest urocza w swojej szczerości. W miarę czytania można obdarzyć sympatią, w szczególności, postacie drugoplanowe.

Czas dodać łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Prostota fabuły oraz trzymanie się kanonu klasycznej powieści magii i miecza i dark fantasy, powoduje, że w książce raczej nic czytelnika nie zaskoczy. Wszystko jest proste i nie skomplikowane. Największą jednak wadą powieści jest niestety brak wyrobionego pióra pisarza, co najbardziej ujawnia się w początkowych opisach bohaterów i niestety w dialogach. Niektóre opisy i dialogi, były tak nieporadne, że aż śmieszne. Bardzo rzadko zdarza mi się podchodzić humorystycznie do niedoróbek pisarskich, tym razem jednak przymknęłam oko i setnie się bawiłam czytając niektóre fragmenty. Oto kilka przykładów.

Opis oczu Rogana na początku powieści. Nader patetyczny i nadęty.

Były czarne niczym jaskinia, charakteryzowały człowieka, który już tyle razy stanął twarzą w twarz ze śmiercią, że zawsze, kiedy znów do tego dochodziło, ona pierwsza spuszczała głowę.”

Nota bene Morena przed Roganem nigdy nie spuściła”Władca wilkó” głowy.

Kolejny absurdalny tekst przedstawiający tym razem Mirenę:
„ - Nazywam się Mirena. Niektórzy mówią na mnie Osa.
Ciszę w izbie można było kroić na kawałki. Przez dłuższą chwilę gnom siedział z rozdziawionymi ustami.
  • Znam to imię, pani. Jesteś wiedźmą. Łowczynią biesów. A miecz w twojej dłoni to z pewnością Żądło.”

Tragikomedia w stylu nastoletniego uniesienia pisarskiego.

I na koniec, kolejny patetyczny tekst:
„- Jesteś silniejszy, niż ci się wydaje. Ale teraz już dość gadania. Przygotuj się na rzeczy, które będzie ci trudno objąć rozumem. W żadnym razie jednak nigdy nie popadaj w połoch i panikę. Cokolwiek będzie się działo, pamiętaj, że tak ma się dziać.”

!!!!!!!!!!!!!

Jeszcze kilka uwag do wydania. Niezrozumiałe jest dla mnie tłumaczenie Agaty Mickiewicz-Janiszewskiej, we wstępie powieść tytułuje „Czarownik”, co według mnie o wiele bardziej pasuje do postaci Rogana, a w książce ród Czarnoboga oraz tytuł okładkowy tłumaczony jest jako Czarnoksiężnik. Nie lubię takiej niekonsekwencji w nomenklaturze. Za to za plus poczytuję sobie obszerny wstęp od autora, w którym rzetelnie wyjaśnia on, jak doszło do napisania powieści i jaką ma historię wydawniczą. Książka opatrzona została też „Notą historyczną” o Słowianach i Awarach. Najciekawszą informację jednak można wyczytać w Wikipedii o autorze, a mianowicie pochodzi on z Żaru nad Hronem, czyż nie piękna nazwa?, a akcja powieści dzieje się właśnie w okolicach rzeki Hron.

„Władca wilków” jest klasyczną powieścią magii i miecza z domieszką dark fantasy, której akcja rozwija się w sposób przewidywalny. Bohaterowie są na tyle sympatycznie wykreowani, że można się do nich w miarę czytania przywiązać. Niestety kunszt pisarski wymaga jeszcze wielu lat pracy, by stracił ten patetyczny czasami styl, charakterystyczny głównie dla młodzieńczej twórczości.

Nie należy tej powieści brać na poważnie.

Ocena: 6/10
Przesłanie: "Powieść magii i miecza, którą, aby się nią cieszyć, nie należy brać jej zbyt poważnie".



piątek, 29 kwietnia 2016

"Ostatnia arystokratka" i "Arystokratka w ukropie" - Evžen Boček


Książka nominowana w Plebiscycie Książka Roku 2015 lubimyczytać.pl w kategori Literatura piękna.


Rodzina Kostków powraca z Ameryki do Czech, by przejąć dawną siedzibę rodu – zamek Kostka. W zamku zastają dotychczasowych pracowników: kasztelana, ogrodnika oraz kucharkę. Jak nowi właściciele poradzą sobie w nowej rzeczywistości? Jak odnajdą się w rolach dotychczas nieodgrywanych?
[Stara Szkoła, 2015]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/246517/ostatnia-arystokratka]





AGA:

To będzie nietypowa recenzja, ponieważ nic nie napiszę o tym, jak trafiłam na książki Evžena Bočka, ani o tym, kim jest Evžen Boček, ani nie przeprowadzę żadnej analizy jego książek. Jedynie wspomnę o tym, że „Ostatnia arystokratka” otrzymała w Czechach nagrodę za najśmieszniejszą powieść roku i stała się jednym z największych bestsellerów ostatnich lat. I prawdę powiedziawszy to jest najśmieszniejsza powieść, jaką czytałam od wielu lat.

Rodzina Kostków w wyniku zmian politycznych w Czechach nagle odzyskuje swoje rodowe włości. Głowa rodziny Frank Kostka, jego żona Vivien, córka Mary i kocica Caryca, podejmują heroiczne wyzwanie, porzucają swoje dotychczasowe amerykańskie życie i przenoszą się na zamek w Kostce. Zanim jednak dotrą na kontynent europejski zmuszeni zostają do uśpienia kota, przewiezienia prochów przodków w paczkach po fistaszkach i przedefiniowania stanu swojego konta bankowego. A to dopiero początek. Zanim dotrą na zamek zdążą się zadłużyć, by po przybyciu odkryć, że wraz z posiadłością odziedziczyli w spadku Józefa, kasztelana, który nie cierpi zmian, hałasu, ludzi, w szczególności muflonów, czyli turystów; panią Cichą, czyli sprzątaczkę, kucharkę i gospodynię w jednej osobie, wielką fankę Heleny Vondraczkowej, która pędzi autorską orzechówkę (orzechówka będzie grała wraz z prozakiem główną rolę napędową powieści) i pana Spocka, ogrodnika, muzyka, hipochondryka o aparycji pana Spocka z serialu Star Trek. W nowych realiach hrabia Franciszek będzie próbował wydusić każdy grosz z muflonów, hrabina Vivien będzie próbowała z hrabiego wydusić każdy grosz, by tylko zrealizować swoje wielkie arystokratyczne ambicje, hrabianka Maria, postara się dożyć dwudziestu lat, jako pierwsza w swoim rodzie ( dwie poprzednie Marie wysadziły się w powietrze lub zostały żywcem pochowane w grobowcu). A to nadal jest początek. W trakcie aklimatyzacji i próby wiązania końca z końcem, na podupadający dwór kostkowy wpadnie Milada, menadżerka mająca na celu zaprzęgnięcie całej rodziny celem zbicia kokosów na muflonach; Deniska, córka wierzyciela, anorektyczka po odwyku; Olek i Leoś, pardon Orlando i Leonardo, czyli hrabiowskie rodowodowe dogi, a także stado owiec, koni i kóz. A cały teatr rozgrywany będzie ku uciesze turystów.

Ciężki żywot recenzenta, który zmuszony jest pod szyldem zgryźliwości pisać o książkach, które bliskie są doskonałości. Jak tu krytykować coś, co mnie bawiło, rozśmieszało do łez, irytowało wszystkich wkoło, wywoływało ekstatyczne napady radości i wprawiało w podejrzanie dobry humor? Dziennik hrabianki Marii III, która kontynuuje wielowiekową tradycję spisywania życia rodzinnego, pozostanie na długo w mojej pamięci. „Ostatnią arystokratkę” i „Arystokratkę w ukropie” traktuję jako jedną całość, ponieważ tom drugi jest bezpośrednią kontynuacją tomu pierwszego, od razu nadmienię, jeżeli przekonam was do tej lektury, od razu zaopatrzcie się w oba tomy. Pierwsza część zdecydowanie jest śmieszniejsza, przestrzegam przed czytaniem jej w miejscach publicznych, wywołuje niekontrolowane wybuchy śmiechu, chyba, że ubóstwiacie tak jak ja, irytować starsze panie w kolejce do lekarza. Scena na lotnisku, w której celniczka wyciąga za ogon uśpioną Carycę, pozostanie ze mną na zawsze, by bawić mnie i rozśmieszać w chwilach ponurej rzeczywistości. Evžen Boček cudownie przerysował postaci, by osiągnąć właściwy efekt, a skandaliczne i zatrważające zachowania bohaterów, doprowadzają do przerażającej konkluzji, że kiedyś każdy z nas takich Kostków spotkał w swoim życiu. W tomie drugim powoli wkrada się gorzka prawda o hrabiowskiej rodzinie, w której każdy walczy o swoje, nie dbając o innych członków rodziny. Głowa rodu okazuje się apodyktycznym skąpcem, matka lekkoduchem, ogrodnik łysiejącym hipochondrykiem, kasztelan leniem, a kucharka rozpija całe towarzystwo orzechówką, a to wszystko okraszone sucie świetnym humorem i nieocenionym w trudnych sytuacjach prozakiem.

Dylogię rodziny Kostków polecam w ciemno każdemu, kto chce poprawić sobie humor i fantastycznie spędzić czas. Lektura jest lekka, przyjemna, zabawna, zgryźliwa, uszczypliwa i złośliwa.


PS. Poza hipotetycznymi duchami, oba diariusze z fantastyką nie mają nic wspólnego.

Ocena tom 1: 9/10
Ocena tom 2: 8/10

Przesłanie: "Zdecydowanie nie należy czytać w miejscach publicznych."

czwartek, 28 kwietnia 2016

"Kroniki Atopii" - Matthew Mather


Książka nominowana w Plebiscycie Książka Roku 2015 lubimyczytać.pl w kategorii Sci-fi. 
Wyobraź sobie, że pracujesz wydajniej, nie chodząc tak często do pracy. Chcesz wrócić do formy? Twój nowy sobowtór zabierze cię na przebieżkę, gdy ty będziesz opalał się przy basenie. Wyglądaj jak chcesz, kiedy chcesz i gdzie chcesz – i żyj przy tym dłużej. Sam stwórz potrzebną ci rzeczywistość. Zapisz się od razu! Za darmo!

U schyłku XXI wieku świat dochodzi do siebie po Wojnach Pogodowych. Na Atopii, wyspie-raju, prowadzi się tajne testy nowej technologii, która daje ludziom możliwość kreowania alternatywnych rzeczywistości, idealnych światów, a także przenoszenia się do nich i zatracania w nich, podczas gdy ich sobowtór zajmuje się ich realnym ciałem.

Ale Atopia, która miała być ratunkiem dla ludzkości, staje się pułapką, w której nic nie jest do końca ani rzeczywiste, ani złudne.

Ludzie tracą kontrolę nad technologią, którą stworzyli.
Piękny sen zamienia się w koszmar.

[Czwarta Strona, 2015]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/255240/kroniki-atopii]

AGA:

„Kroniki Atopii” Matthew Mathera wybrałam do czytania z powodu okładki. Tak, poddałam się marketingowi, czasem wszyscy tak mamy, choć „prawdziwi czytelnicy” nigdy do tego jawnie się nie chcą przyznać. A ja jednak pamiętam, że w latach dziewięćdziesiątych wszystkie książki w pierwszej kolejności oceniałam po okładce. Kiedy nie było powszechnego dostępu do Internetu, nie było stron społecznościowych, bardziej oczytani czytelnicy wybierali książki wiedząc już kogo czytać z doświadczenia lub recenzji krytyczno-literackich w prasie, a takie podlotki, jakim ja byłam w tamtym czasie, kierowały się głównie okładką. A okładki w tamtych czasach były naprawdę, oczywiście nie wszystkie, piękne i pobudzające wyobraźnie, a to, że nie zawsze były zgodne z treścią, to już całkiem inna historia. „Kroniki Atopii” na rynku wydawniczym pojawiły się, ale jakoś tak po cichu. Wydawnictwo chyba nie postawiło na tę książkę, bo przeszła ona jakoś bez echa, pojawiały się jakieś krótkie wzmianki i reklamy, ale nic szczególnego. Powieścią zainteresowałam się dopiero, gdy Dark Crayon na koniec roku zrobił plebiscyt popularności okładek, które stworzył i dopiero wtedy pofatygowałam się, by dowiedzieć się czegoś więcej o książce. Nawiasem mówiąc okładka polskiego wydania jest znacznie bardziej ambitna i złowróżebna, niż jej oryginalny odpowiednik, nie wiem tylko, czy aby właśnie nie nazbyt ambitna dla przeciętnego „oceniacza książek po okładce”.

Matthew Mather wiedząc, że nie porusza zbyt oryginalnego tematu postawił na formę, książkę podzielił na pięć części, gdzie ostatnia miała być klamrą spinającą całość. Każdy obszerniejszy rozdział dotyczył jednego bohatera, a akcja wszystkich rozdziałów odbywała się w tym samym czasie, tylko każdorazowo z innego punktu widzenia. Początkowo ta forma podobała mi się, mogłam czytać książkę „z doskoku” i nie tracić wątku. Niestety przy trzeciej części koncepcja ta staje się nużąca i drażniąca, co więcej zdałam sobie sprawę, że powtarzane sytuacje tak naprawdę nie wnoszą nic nowego do fabuły i są tylko przerostem formy nad treścią. Wydaje mi się, że idea ukazywania tej samej sytuacji z różnych punktów widzenia była świetnym pomysłem, niestety przerosła debiutującego pisarza.

A o czym w ogóle jest powieść? Jest to historia ludzkości, którą powoli wyniszczają wojny klimatyczne, walki pomiędzy państwami i mocarstwami o najlepsze ziemie, o wodę, o możliwość przeżycia. Świat jest pustoszony przez gwałtowne zjawiska atmosferyczne, a nierzadko przez samego człowieka. W tym chylącym się powoli ku upadkowi świecie, tu trzeba nadmienić, że o wojnach klimatycznych niewiele autor wspomina, co więcej o desperackiej sytuacji ludzkości wszyscy mówią, ale nie jest to w książce przedstawione, pojawia się światełko nadziei – Atopia. Wyspa bezpaństwowa, niezależna, dryfująca na oceanie, która jest cudem technologii, a zarazem zaawansowaną utopią, pozwalającą na życie w wirtualnym świecie, w którym nie ma nieszczęść, głodu, biedy. Na Atopii wybrani testują jednoczesne życie w świecie realnym i wirtualnym jednocześnie. Pomysł Matthew Mathera jest w swoim założeniu pomostem między filmem „Incepcją”, a „Matrixem”. Bohaterów spotykamy w momencie przed wielkim skokiem społęczno-technologicznym, który ma zapewnić ludzkości przetrwanie poprzez powszechne udostępnienie psis, czyli polisyntetycznego interfejsu sensorycznego. Idea życia w świecie realnym z nakładką wirtualną ma odwrócić ludzkość od konsumpcjonizmu, a celem jest zmniejszenie eksploatacji środowiska. Oczywiście wprowadzanie tak śmiałego pomysłu i wynalazku wiąże się z trudnościami natury politycznej i społecznej, z którymi mniejsi i więksi gracze tej ekologicznej rozgrywki, będą musieli sobie poradzić.

Powieść Matthew Mathera, gdyby nie jej forma, byłaby całkiem niezłą pozycją z gatunku fantastyki ekologicznej. Pomysł ratowania ludzkości przed jej konsumpcyjno-destruktywnymi zachowaniami poprzez stworzenie nakładki wirtualnej na rzeczywistość, jest całkiem nowatorskim podejściem do ochrony środowiska. Oczywiście jest to zwalczanie ognia ogniem, ale jednak jest to bardziej realne podejście niż wiara, że ludzie zrezygnują z kolejnego samochodu, czy kolejnej nowej komórki, tylko dlatego, by uchronić naturę, której przecież i tak nie widzą, żyjąc wielkich miastach.

W „Kronikach Atopii”, jeśli się dłużej zastanowić jest o wiele więcej ciekawych tematów, zwłaszcza z zakresu socjologii i filozofii. Na pierwszy rzut oka, a raczej po pierwszej lekturze tej książki, nie zwraca się na nie za bardzo uwagi. A wszystko zaczyna się od pytania, co to jest atopia? W pierwszej chwili przychodzą na myśl medyczne terminy atopowość lub idiopatyczność, ale trzeba sięgnąć głębiej. Cytując za prof. dr. hab. Adamem Dziadkiem „Grecki rzeczownik atopia (gr. άτόπία) oznacza „niedorzeczność”, „osobliwość”, „niezwykłość”, a także „obcość”, „nieprawość” i „grzech”. O pierając się na innych słownikach można dodać kilka określeń synonimicznych, a nawet rozszerzyć nieco pole znaczeniowe tego słowa: „dziwaczność”, „absurdalność”, „niegodziwość”, „nikczem ność” czy „przestępstw o” (zwracam tu uwagę zwłaszcza. Semantykę rozszerza znacznie άτοπος (atopos) jako przysłówek: „niezwykły, nadzwyczajny, osobliwy, obcy, paradoksalny, dziwny, nienaturalny, obrzydliwy, wstrętny, podły niegodziwy, grzeszny, nieprzestrzenny, też w rozszerzeniu „niedorzecznie, niewłaściwie”. I jest to świetna ilustracja tego, czym jest Atopia Mathera, jest to dziwna i obca wyspa, z niedorzecznym pomysłem na ratowanie ludzkości, traktowana przez jej przeciwników jako obcy, nieprawy i nikczemny twór. Co ważniejsze powieść Matthew Mathera dotyka problemów społecznych na niższym i wyższym poziomie, i tak wspomina o wpływie wszechobecnych reklam na życie człowieka (znerwicowana Olympia Onassiss), o wyobcowaniu i rozpadzie małżeństwa, które w krańcowych przypadkach kończy się odrzeczywistnionym samobójstwem (Cindy Strong, która zamknęła się w swoim świecie z symulakami – to symulakry dzieci- tutaj należy przypomnieć o podobnym pomyśle w „Incepcji” w osobie Mal granej przez Marion Cotillard), czy o nieumiejętności pogodzenia się ze śmiercią bliskich i obcowaniu z ich prokurami (prokury to bilogiczno-cyfrowe istoty symbiotyczne inaczej cyfrowe bliźniaki, a dotyczy Bobby Baxtera i prokury jego brata, Martina) i wiele wiele innych. Do tych wszystkich problemów dochodzą jeszcze działania wielkich koncernów, przeciwników polityki antykonsupcyjnej, czy kłopoty z czymś tak podstawowym, jak czynnik ludzki w osobie Jimmiego Scaddena. Niezrównoważonej jednostki posiadającej zbyt wielką władzę.

„Kroniki Atopii” pozwalają zrozumieć współczesne mechanizmy, które prowadzą do doświadczania atopii, czyli alienacji i wyobcowania. Powieść Matthew Mathera cudownie wpasowuje się w stwierdzenie profesora Adama Dziadka „Doświadczenie atopii wynika czy wyłania się też z obserwacji codzienności, która często jest absurdalna i niedorzeczna, przepełniona na wskroś symulakram i, zalewana substytucją. Traci swoją przejrzystość, wyrazistość i jasność, co gorsza - budzi czasami niechęć czy wręcz obrzydzenie. Świadome przyjęcie postawy atopicznej ma być wyrazem buntu przeciw takiem u światu”. Do czytelnika natomiast należy zadecydowanie, czy bardziej nierzeczywisty i obcy jest świat psis, czy wręcz przeciwnie ten boleśnie realny.


* cytaty z pracy prof. Adama Dziadka z: "Atopia: stadność i jednostkowość"

Ocena: 7/10
Przesłanie: "Mix Matrixa z Incepcją o zabarwieniu ekologicznym."

środa, 3 lutego 2016

"Opowieści z Wilżyńskiej Doliny" i "Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny" - Anna Brzezińska


Nazywają ją Babunią Jagódką. Mieszka w skromnej chatce pośrodku lasu, lecz kiedy zapuszcza się do wioski, pleban wali w dzwony na alarm, a władyka idzie pić ze zgrozy. A jeśli na dodatek odmienia się zaklęciem „piękna-i-młoda”, oj, wtedy dzieją się rzeczy zupełnie niemoralne. 


Oczywiście jeśli jest w dobrym humorze. Bo jeśli się rozsierdzi, potrafi zakląć najcudniejszego księcia w żabę. Albo w coś jeszcze paskudniejszego. 

Nic dziwnego, że wieśniacy starają się trzymać od wiedźmy z daleka. No, chyba że ich przypili. Jak wioskowego świniopasa Szymka, który zakochał się w najbogatszej dziewczynie we wsi. Albo piękną Jarosławnę młynarzównę, która zupełnie nie nadawała się do życia na wsi. Albo wiejską ladacznicę Gronostaj, którą nabożne gospodynie postanowiły wyświęcić ze wsi. Albo zbójcę Waligórę, którego najemnicy zakopali po szyję w ziemi i zostawili na pewną śmierć. 
Tak, wiedźma z Wilżyńskiej Doliny może im wszystkim pomóc. Ale, jak dobrze wiadomo, nie ma nic groźniejszego niż własne życzenia. Zwłaszcza jeśli się spełniają.

[Agencja Wydawnicza RUNA, 2002]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/110535/opowiesci-z-wilzynskiej-doliny]

AGA:

Twórczość Anny Brzezińskiej przesączała się do mojej świadomości czytelniczej stopniowo i malutkimi strumieniami. Wpierw natknęłam się na jej opowiadanie w antologii „Zajdel 2003”, po który sięgnęłam z ciekawości, co tam w polskiej fantastyce słychać, taki przegląd w pigułce, by w razie czego nie być osłem. Zwróciło tam moja uwagę opowiadanie Andrzeja Pilipiuka „Kuzynki” do tego stopnia, że sięgnęłam po jego książkę. Czasem jednak trzeba poprzestać na tym, co dobre i nie zagłębiać się dalej. Powieść całkowicie mnie rozczarowała, nie dlatego, że źle została napisana, ale dlatego, że skierowana była do innego, młodszego odbiorcy. Odmiennie stało się z „Kotem Wiedźmy” Anny Brzezińskiej, której to krótka historyjka o wrednej, spasionej, ryżej bestii spodobała mi się równie bardzo jak opowiadanie Pilipiuka, ale nie zainspirowało mnie do natychmiastowego sięgnięcia po antologię.

W zbiorach swoich opowiadań, Anna Brzezińska opowiada historie, których fabuła związana jest z mieszkańcami Wilżyńskiej Doliny i Babunią Jagódką. Dolina leży sobie w pobliżu swojsko brzmiących szczytów Maczugi, Pala, Mnicha i Gór Sowich, a bohaterowie noszą równie rodzime imiona, takie jak Szymek, Jarosławna, Rozalka, czy Kordelia. Kraj feudalny z książętami, władyką, kmieciami, również przypomina starodawną Polskę. Kreacja świata, gdzie pan jest właścicielem wiosek i uprawia grasancką, aczkolwiek legalną politykę, gdzie pleban pilnuje moralności i grzmi z ambony, a pod pierzyną rozgrzewa się o ciepłe kobiece ciało pokrzepiony dobrym jadłem i napitkiem, gdzie prości kmiecie modlą się zarówno do kościelnych obrazów, jak i do specyfików i zaklęć wioskowej wiedźmy, do przesady przypominają obrazki wyjęte z polskiej literatury pozytywistycznej. Mieszkańcy Wilżyńskiej Doliny to głównie chłopstwo, głupi motłoch, wierzący w zabobony, pobożnie chodzący do kościoła, a potem do karczmy, by upić się do nieprzytomności. Anna Brzezińska nie szczędzi bowiem czasu na czcze historyjki rodem z baśni, tylko przedstawia najbrzydsze, najbardziej naturalistyczne opowieści o życiu w zabitej dechami wioskowej dziurze, gdzie po śmierci ojca wyrzuca się wdowę, a córki przejmuje się jak inwentarz („Córki grabarza”), gdzie bez ziemi i opieki męża kobiety zmuszone są do zostania wioskowymi ladacznicami (Gronotaj), czy w końcu gdzie bez opieki pana i plebana wioska jest najeżdżana przez zbójców i niszczona doszczętnie. Wydawać by się mogło, że są to kolejne naturalistyczne opowiadania w kanonie polskiej literatury o trudach i niedolach chłopstwa. I zapewne byłoby tak, gdyby nie Babunia Jagódka i wszelaki element fantastyczny. Hola, hola, stop. To teraz już nie pozytywistyczne nowelki, a klechdy? A właśnie, że nie, choć pewnie zaczerpnięte z nich to i owo było. Niedaleko wioski żyje sobie Babunia Jagódka, nie, nie w domku z piernika, po trosze znachorką, po trosze i akuszerką mogłaby być, ale po co, jak może się odmienić zaklęciem „młoda-i-piękna” i sławić swe wdzięki na tyle skutecznie, by wszyscy po latach właśnie tę rozpustę i zaklętego w kozła gacha wspominali. Babunia Jagódka stanowi swoistego rodzaju polisę ubezpieczeniową na status quo w wiosce, ale prywatnie nie sprzyja ona nawet po cichu chłopstwu. Nie jest ona w żadnym stopniu podobna do wiedźm z bajek i baśni, jest znacznie gorsza, wredna, harda, okrutna, butna, rozpustna i władna w magiczną mocą daną jej z przyrodzenia od Kii Krindara, dawnego boga, a jej ojca. Owszem wiedźma dba o swoje stadko, ale na swój sposób i na swoich zasadach, gdy ma komuś pomóc, to za wysoką cenę, nie tylko płaconą w srebrnikach, ale również w krwi, życzeniach, czasem przyszłości własnych dzieci. Babunia Jagódka jest jak fiskus, aby żyć spokojnie, trybut wioskowej wiedźmie w szacunku, trunkach, śliwkach, regularnie należy składać. A jak kmiecie zapomną, to iskry lecą.

„Opowieści z Wilżyńskiej Doliny” i „Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny” z powodu przaśnego i archaicznego języka, a także z powodu cierpkiego, okrutnego po trosze humoru, jest na wskroś swojska, a w odbiorze wydaje się lekką lekturą, tym bardziej, że przewija się co rusz magiczny element rodem z podań (koboldy, nocnice, rusałki), baśni (smok, wiedźma), czy powieści fantasy (szczurzacy). Jednak baśniowość Brzezińskiej przypomina bardziej pierwotne baśnie, mające straszyć i pokazywać okrucieństwo, a Babunia Jagódka czasami może ratuje z opresji, aczkolwiek inaczej niż chłop by chciał, a z pewnością nie w sposób radośnie bajkowy. Wiedźma u Brzezińskiej to taki zły dżin, który pomaga, a także spełnia życzenia, ale zawsze mając na uwadze nie to, co dana osoba pragnie, tylko to, co Babunia uważa za właściwe, w szczególności dla siebie. Opowiadania o Wilżyńskiej Dolinie to jakby odczarowana bajkowość, krzywe zwierciadło bajek.


Wilżyńska Dolina nie ma wielu powodów do sławy.


Pleban załadował na drabiniasty wóz dobytek i gospodynię i niecnie zdezerterował. Władyka szuka chwały na bitewnych polach. Zdesperowani wieśniacy kryją się po krzakach. No, ale jest jeszcze wiedźma. Ginekologiczna znakomitość pięciu powiatów. Posiadaczka zaklęcia „piękna-i-młoda”, kijów-samobijów, stada kur ziejących ogniem oraz cudownego remedium na hemoroidy.

Babunia Jagódka lubi proste życie. Święty spokój, gorzałkę i jurnego parobka. Ale wielki świat zewsząd wali do jej obejścia. Rycerstwo złośliwie urządza polowanie na smoka. Chłopstwo pod nieobecność feudała chce parcelować folwark. Syn najbogatszego gospodarza znajduje w pniu drzewa rusałkę i zakochuje się w niej na umór. Bogobojna gospodyni chce się pozbyć męża, a inna, wprost przeciwnie, chce ich mieć aż dwóch. A co najgorsze, prześladują ją dzieci, szukające w lesie swej matki-księżniczki, którą podobno porwała okrutna wiedźma.
Babunia Jagódka zna najskrytsze życzenie swoich zacnych sąsiadów. Czasami nawet je spełnia.
I właśnie dlatego trzeba się jej bać.

[Agencja Wydawnicza RUNA, 2010]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/72509/wiedzma-z-wilzynskiej-doliny]

„Opowiadania z Wilżyńskiej Doliny” kontynuowane są w zbiorze pt. „Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny”, który w swoim ogólnym charakterze nie różni się zbytnio od opowiadań z pierwszej antologii, aczkolwiek zaszły w nich dwie znaczące zmiany. W „Wiedźmie” punkt ciężkości został skierowany na mieszkańców Doliny, pomimo że antologia nosi tytuł „Wiedźma...”, to Babunia Jagódka w tych opowiadaniach jest wartością dodaną, a jej udział został zepchnięty do biernego uczestnictwa. Nie jest to zbyt dobry zabieg. W pierwszej antologii Babunia wszędzie się wpychała, wszystko nadzorowała, egzekwowała od chłopstwa szacunek, zawsze musiała na swoim postawić, a w kontynuacji jest bierna, ospała, ewentualnie pofatyguje się na koniec historii pojawić i postawić przysłowiową kropkę nad i. Opowiadania straciły niestety na swoim ostrym charakterze, a zyskały niestety na rozwlekłości. Na uwagę zwraca jedno opowiadanie, a mianowicie „Zagubione dzieci”, w którym to Brzezińska naprawdę w swobodny, lekki i prześmiewczy sposób wykorzystała dosłowne nawiązania do bajek i baśni; Rańczyk i Lila to nowa wersja Jasia i Małgosi, wspominana przez nich Jarosławna jawi się jako nomen omen młynarzówna z Rumpelsztyka, a Babunia oczywiście za czarownicę z chatki z piernika robi. Groteska z realizmem się miesza,a odkrywanie zabawnych nawiązań, daje sporo przyjemności czytelnikowi. Nie zmienia niestety to opowiadanie fakty, że drugi tom jest przegadany, a trzonem fabuły stały się problemy społeczno-politycznych.

Obie antologie pomimo bardzo bliskiego pokrewieństwa z polską literaturą i podaniami krajów europejskich, czyta się z przyjemnością. Autorka świetnie balansuje pomiędzy naturalizmem, humorem i magicznością, choć zdecydowanie w pierwszym tomie wprawniej, a wszystko okrasza cudownym, żywym, przaśnym językiem zaczerpniętym z dawnej mowy.

Ocena tom 1: 7/10
Ocena tom 2: 6/10

Przesłanie: „Swojskość, powrót do domu, przaśny język i wredna baba... jaga?”

poniedziałek, 30 listopada 2015

"Wybrana" - Naomi Novik


Naomi Novik, wychowywana na polskich bajkach i baśniach, wplata poznanych w nich bohaterów do swojej najnowszej powieści.



Agnieszka kocha swój dom w dolinie, swoją cichą wioskę położoną na peryferiach królestwa Polnii, niedaleko granicy z sąsiednią Rusją. Uwielbia okoliczne lasy i lśniącą błękitną rzekę. Niestety, w pobliżu rozpościera się także złowrogi i tajemniczy Bór, pełen złych mocy i drapieżnych stworów. Mieszkańcy doliny mogą liczyć tylko na to, że żyjący w odosobnieniu czarodziej zwany Smokiem nie dopuści do rozprzestrzeniania się zła. Jego pomoc oparta jest jednak na okropnym warunku - co dziesięć lat zabiera on z doliny jedną siedemnastolatkę, która będzie mu usługiwać w jego wieży.

Zbliża się dzień kolejnego wyboru. Agnieszka jest w grupie kandydatek i martwi się tym, że - zgodnie z przypuszczeniami mieszkańców - Smok zabierze jej przyjaciółkę Kasię, najpiękniejszą i najzdolniejszą z dziewczyn. Czarodziej jednak podejmuje inną decyzję...

[Rebis, 2015]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/259888/wybrana]

AGA:

„Wybraną” Naomi Novik otrzymałam od Pati na urodziny, pomimo tego, że jest to powieść młodzieżowa, od którego to gatunku raczej trzymam się z daleka. Sami jednak przyznajcie, ile książek przeczytaliście, w których bohater ma tak samo na imię jak wy? A „Wybrana” to powieść fantasy zagranicznej autorki.

Na zapowiedź „Wybranej” Naomi Novik zwróciłam uwagę dzięki pięknej okładce Scotta McKowana, przykuła moją uwagę, marketing zadziałał, wysiłki ilustratora nie poszły na marne. Normalnie książki Nami Novik z cyklu Tremeraire nie wzbudzały mojego zainteresowania, tą też bym się nie zaciekawiła, nawet pomimo pięknej ilustracji, gdyby nie fakt, że bohaterką jest moja imienniczka i że reklamowana była jako powieść nawiązująca tematyką do baśni polskich.

„Wybrana” opowiada historię pewnego Boru, Smoka i rzeszy niewinnych dziewcząt poświęcanych na rzecz okiełznania złych mocy. Zabrzmiało, jak wstęp do książki o nekromancji lub co najmniej czarnej magii. Żartuję, nie jest tak ciekawie, tzn. okropnie, w końcu to powieść dla młodzieży. Opowieść rozpoczyna się, gdy zgodnie z tradycją Smok, choć niezgodnie z tradycją nie jest łuskowatym gadem ziejącym ogniem, tylko czarodziejem zamieszkującym wieżę na skraju Boru, wybiera z Dwiernika, pobliskiej wioski, młodą dziewczynę na swoją towarzyszkę. Nadal należy pamiętać, że to powieść dla młodzieży. Wszyscy przekonani są, że wybranką zostanie piękna i powabna, przygotowywana do tej roli od urodzenia, Kasia. Jednak Smok wszystkich zaskakuje i wybiera ciapowatą i nierozgarniętą Agnieszkę. Początki współpracy czarodzieja z wybranką, nie mylić z oblubienicą, są dość ciężkie, Smok, pomimo że jest człowiekiem, zachowuje się, jak gruboskórny, łuskowaty gad ziejący ogniem, wydając polecenia, ale niczego nie tłumacząc, a Agnieszka z braku jakichkolwiek wyjaśnień, miota się w roli, w której nigdy nie chciała być obsadzona. W trakcie, gdy bohaterowie próbują się pozabijać, pojawiają się w wieży nowe dramatis personae; Książe Marek oraz matka Kasi. Do akcji wkracza Bór, który stara się zagarnąć dla siebie coraz większy teren. Agnieszka i Smok muszą stawić czoła zamachowi stanu, bezkrólewiu, inwazji Boru, roszczeń Księcia Marka, a nawet uratować Polnię przed zakusami Rusji.

Autorka w wywiadzie (http://www.naominovik.com/2015/07/ask-naomi-tell-us-more-about-the-uprooted-polish-fairy-tale/) i w podziękowaniach wspomniała, że inspiracją do napisania książki były jej wspomnienia z dzieciństwa, związane z matką, która czytała jej baśnie Natalii Gałczyńskiej „O wróżkach i czarodziejach”. Jedna z baśni pt. „Agnieszka – Skrawek nieba” zainspirowała Naomi Novik do napisania właśnie „Wybranej”. Polski odbiorca jednak nie odnajdzie poza nazewnictwem żadnych powiązań z Polską, bowiem baśnie, którymi inspirowała się autorka, są tak naprawdę francuskimi baśniami ludowymi. Czytelnicy, którzy spodziewaliby się nawiązań do kwiatu paproci, siedmiu śpiących rycerzy, czy smoka wawelskiego, mocno się rozczarują. Nie będę jednak zbytnim malkontentem, bo nawet tak luźne nawiązania do polskości u autorów zagranicznych, cieszą. Sama powieść przypomina po trosze książki wschodnich autorek, takich jak Gromyko, Izmajłowa, czy Ruda, jednak nie zawiera tego najważniejszego, swobodnego, niewymuszonego humoru. Historia Agnieszki i Smoka porywa, jest lekka w odbiorze, fabuła rozwija się dynamicznie, a czasem nawet zaskakuje. Agnieszka jest bardzo podobna do bohaterek zza wschodniej granicy; impulsywna, przekonana o tym, że świat jest biało-czarny, pełna idei i ukrytych, nierozwiniętych jeszcze talentów oraz wiary w słuszność wyłącznie swoich przekonań. W „Wybranej”, gdyby nie traktować jej jedynie jako lekkiej i przyjemnej powieści, można by odnaleźć wiele problemów, z którymi młodzież się spotyka w czasie dorastania. Agnieszka, jako młoda dziewczyna, zostaje rzucona na głęboką wodę i oddana pod opiekę Smokowi, musi nauczyć się żyć w nowym dla niej otoczeniu, sprostać dorosłym obowiązkom, rozpocząć trudną naukę czarowania, jednocześnie dręczy ją tęsknota za rodzinnym domem, często musi podejmować decyzje kierując się rozumem, a nie impulsywnym uczuciom (nie to, żeby jej to wychodziło), a przez cały czas buntuje się przeciwko autorytetom. „Wybrana” wydaje się być dobrze skonstruowaną, ciekawą powieścią. Pomimo, że fabuła rozwija się we względnie standardowy sposób w mniej więcej znanym kierunku, to koncepcja Boru, tym czym okazuje się on być, jest zaskakująca, oryginalna i okrutna, wzorująca na mrocznych i okrutnych baśniach.

Na koniec podsumowując; „Wybrana” Naomi Novik to po prostu dobrze napisana powieść fantasy dla młodzieży doprawiona szczyptą polskości. Dorosły czytelnik zadowoli się po prostu jej lekką formą i zwięzłą fabułą.


  • A book that was originally written in a different language
  • A book by an author you have never read before
  • A book with magic
  • A book with one word title
  • A book by female author
  • A book with nonhuman character
  • A book published this year
  • A book with more than 500 pages



Ocena: 8/10
Przesłanie: "Dobry marketing nie jest zły." :)




środa, 28 października 2015

"Diuna" - Frank Herbert

Specjalna edycja z opracowaniem graficznym autorstwa Wojciecha Siudmaka. Arrakis, zwana Diuną, to jedyne we wszechświecie źródło melanżu - substancji przedłużającej życie, umożliwiającej odbywanie podróży kosmicznych i przewidywanie przyszłości. Z rozkazu Padyszacha Imperatora Szaddama IV rządzący Diuną Harkonnenowie opuszczają swe największe źródło dochodów. Planetę otrzymują w lenno Atrydzi, ich zaciekli wrogowie. Zwycięstwo księcia Leto Atrydy jest jednak pozorne. Przejęcie planety ukartowano. W odpowiedzi na atak połączonych sił Imperium i Harkonnenów dziedzic rodu Atrydów, Paul - końcowe niemal ogniwo planu eugenicznego Bene Gesserit - staje na czele rdzennych mieszkańców Diuny i wyciąga rękę po imperialny tron.

[Dom Wydawniczy Rebis, 2011]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/37752/diuna]


AGA:

Najtrudniej mierzyć się z legendą, zawsze jest niebezpieczeństwo, że albo czytający poniesie klęskę, gdy książka jest zbyt trudna, albo książka poniesie klęskę, nie sprostawszy własnemu mitowi. „Diuna” Franka Herberta należy już od kilku dziesięcioleci do klasyki literatury fantastycznej, doczekała się kilku adaptacji filmowych i rzeszy fanów. W moim domu „Diuna” stała na półce odkąd pamiętam, a na filmie Davida Lyncha zostałam wychowana. Nigdy jednak nie podeszłam do tej pozycji, uważając, że muszę do niej dorosnąć, mając w pamięci zakręconą i psychodeliczną adaptację filmową, uważałam, że nie będzie to łatwa lektura. Najgorzej jest zostać negatywnie zaskoczonym.

„Diuna” Franka Herberta początkowo drukowana była w czasopiśmie „Analog Science Fact and Fiction” w latach 1963-65, po czym doczekała się edycji książkowej, podbijając serca czytelników i zdobywając w 1965 roku Nagrodę Nebula i rok później Hugo. W 1984 roku na ekrany kin wszedł film Lyncha, który również stał się kultowy. Zarówno książka, jak i film są obowiązkową pozycją dla miłośników fantastyki.

Sięgając po „Diunę” pokładałam w tej powieści wielkie nadzieje na świetną lekturę, byłam przekonana, że będzie ona podobna do książek Dana Simmonsa, że będzie wymagającą lekturą. O zgrozo, porażka jest tak wielka, jak wielka jest legenda pustynnej epopei. Nie ma potrzeby szczegółowo omawiać fabuły, którą każdy szanujący się fan fantastyki w jakimś stopniu zna. W powieści autor ukazuje przełomową chwilę jednego domu z Wysokich Rodów – Atrydów, który uwikłany w polityczno-ekonomiczną rozrywkę pomiędzy Impreatorem, Harkonennami i Gildią Kosmiczną, przejmuje nowe lenno – Arrakis, i stara się ugruntować swoją władzę. Na pustynną planetę przybywa książę Leto I, jego konkubina lady Jessika i ich syn Paul. A Arrakis okazuję się dość kłopotliwym lennem, na którym każdy chciałby położyć swoją rękę ze względu na endemiczny surowiec zwany przyprawą. Jednak pustynna planeta dba zazdrośnie o swoje skrzętnie skrywane tajemnice, które dopiero uciekający przed krwawą eksterminacją swojej rodziny, Paul Atryda, zacznie je odkrywać; zawiąże sojusz z autochtoniczną ludnością - Fremenami, a także wykorzysta swoje nieprzeciętne zdolności, by odebrać Harkonennom protektorat nad Arrakis.

Przed przeczytaniem powieści znałam film Davida Lyncha, co wpłynęło zdecydowanie na odbiór lektury. Niebagatelny jest też fakt, że Frank Herbert nie zaskoczył mnie niczym, a przecież zazwyczaj film okazuje się skrótem powieści. Dlatego też po raz pierwszy, z przykrością muszę stwierdzić, że film okazał się lepszy od książki. David Lynch, jako scenarzysta i reżyser wykonał kawał dobrej roboty, ująwszy wszystko, co najważniejsze w „Diunie”, omijając umiejętnie wszystkie przydługie fragmenty. A wodolejstwa się trochę u Herberta znajdzie; nieustanne majaczenia i rozterki Paula, czy analizy i wewnętrzne monologi Jessiki. Co więcej reżyser nadał głębszego znaczenia całemu obrazowi, przedstawiając osobę Paula-Mesjasza w sposób oszczędny, ale treściwy, co w książce okazało się po prostu słowotokiem bez znaczenia. „Diuna” owszem urzekła mnie swoim bezwodnym ekosystemem, wielkimi ergami, podziemnymi wodnymi zbiornikami i wielkim marzeniem Fremenów w przeistoczenie planety w bardziej zdatny do życia świat. Powieść napisana jest bardzo lekkim piórem, a intrygi i polityczne machinacje wciągają. Ale... tak, zawsze musi być ale... Frank Herbert nie miał zdecydowanie talentu do pisania dialogów, które są bezsensowne i często sztywne jak koci ogon. Postać księcia Leto I mogłaby być wzorcem dla Neda Starka George'a R. R. Martina, jakby szlachetność, honor i prawość miały zawsze być gwoździem do trumny polityka. Najbardziej jednak irytujące okazały się wewnętrzne monologi lady Jessiki i Paula Atrydy, który trąciły mierną autoanalizą. Niekonsekwentnie też został ukazany dar widzenia przyszłości Paula, który ze względu na wygodę pisarską, raz widział wszystko, raz nie widział niczego, raz zachowywał się jak apodyktyczny jasnowidzący przywódca, a raz jak zasmarkany nastolatek. Niestety cała prezentacja mistycyzmu Kwisatz Haderach okazała się niespójnym tworem, a mam niestety obsesyjną alergię na wykorzystywanie przez pisarzy religii, mesjanizmu, magii i nadprzyrodzonych talentów, do zapychania niespójności i braku pomysłu. Nie znoszę paladynów takich jak Paul Atryda, gdzie ze względu na manierę, wszystko się im udaje, zawsze są postrzegani jako nadludzie, a trupy się ścielą wokół nich, a oni jakby nic idą do przodu, bo przecież działa na nich wyższa konieczność.

„Diuna” Franka Herberta rozbiła się o własny mit, a raczej o świetny film Lyncha. Powieść napisana jest lekko, fabuła jest interesująca, ale jednak jest to wyłącznie lekka space operka. Zapewne moja mocno subiektywna opinia nie byłaby tak krytyczna, gdyby nie przewartościowanie tej książki. Spodziewałam się poziomu literackiego Dana Simmonsa, a dostałam w zamian lekką space operkę. A powinnam wyczuć pismo nosem w momencie, gdy Pati wyraziła swoją pozytywną opinię na jej temat. Tak, Pati jest swoistego rodzaju miernikiem-wyznacznikiem dla mojego doboru lektury; zawsze sięgać po książki, które ona nie trawi.

  • A book that was originally written in a different language.
  • A book you own but have never read.
  • A book at the bootom of your to-read list.
  • A book with one word title.
  • A book that become a movie.
  • A book with more than 500 pages.


Ocena: 6/10

Przesłanie: Za Sztaudyngerem: 
"Czasem, gdy runie piedestał, 
Widać, że nikt na nim nie stał.”

czwartek, 15 października 2015

"Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć" - Paolo Bacigalupi


„Nakręcana Dziewczyna”

Zdobywczyni HUGO, NEBULA, LOCUS 2010

To najbardziej oczekiwana powieść fantastyczna roku. Bacigalupi czerpie pomysły ze swoich wielokrotnie nagradzanych opowiadań i je rozwija, badając je głębiej i dokładniej niż dotąd. Wyniki są imponujące. Już nigdy nie da się patrzeć na przyszłość tak samo, jak przedtem.
C. C. Finlay, autor serii “Traitor to the Crown”.

“Pompa numer sześć”

Debiut Paolo Bacigalupiego – ten zbiór opowiadań pokazuje siłę i zasięg opowiadania fantastycznego. Sednem twórczości Paolo jest krytyka społeczna, polityczna przypowieść i dyskurs ekologiczny. Każde z zawartych tu opowiadań ostrzega i jednocześnie zachwyca się tragikomedią ludzkich przeżyć. Utwory Paolo ukazywały się już w różnych dorocznych antologiach, były nominowane do Nebuli i Hugo oraz zdobywały nagrodę Theodore Sturgeona za najlepsze opowiadanie fantastyczne.
„Nie cierpię go. Pojawia się znikąd, pisze jak szalony anioł, zgarnia nagrody i wytrąca nas, starych wyjadaczy, z równowagi opowieściami o czymś, co jeszcze nie przyszło nam do głowy. (Na przykład ten głupi biopies!). A do tego jest młody i przystojny. Dobrze, że chociaż nazwisko ma nie do wymówienia.”

Terry Bisson, autor “Numbers Don’t Lie” i “Greetings”

Paolo Bacigalupi to najlepszy autor opowiadań, jaki pojawił się w ciągu ostatniego dziesięciolecia. To Ted Chiang nowego milenium. W niezapomniany sposób potrafi połączyć piękny styl, wstrząsające obrazowanie i szokujące pomysły.

Robert J. Sawyer, laureat Hugo za powieść „Hominidzi”

Te opowiadania, drapieżne, inteligentne i precyzyjnie odmalowane, zaliczają się do moich ulubionych „okrutnych historii” i dydaktycznych przypowieści XXI wieku. Paolo Bacigalupi ewidentnie jest piątym jeźdźcem Apokalipsy, no wiecie, tym, co w wolnym czasie pisuje fantastykę.

Kelly Link, autorka „Magii dla początkujących”.

[Wydawnictwo Mag, 2011]

AGA:

Napisanie recenzji książki Paolo Bacigulapiego pt. „Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć” przychodzi mi z wielkim trudem, prawie tak dużym, jak sięgnięcie po nią. To ociąganie się nie jest wynikiem niechęci, czy oporu względem reprezentowanego przez pisarza nurtu science fiction, ale ze względu na swą wielkość, dosłowną i przenośną. Ten dwupak z Uczty Wyobraźni zebrał dotychczas tak wiele nagród i doskonałych recenzji, że wiedziałam, że potrzebuję właściwego momentu, by spokojnie siąść, i nie z doskoku, zapoznać się z twórczością tego autora. I tak minęły cztery długie lata. Jednak warto było poczekać i nacieszyć się nią do woli. Natomiast pisanie recenzji jest dość trudne, bo Paolo Bacigulapiego świat albo się od razu pokocha, albo nigdy się go nie zrozumie i znienawidzi, dlatego ci pierwsi recenzji nie będą potrzebowali, a ci drudzy nie zgodzą się z moim zdaniem nigdy. Zawsze jednak pozostają ci niezdecydowani.

„Nakręcana dziewczyna” to zbiór dziesięciu opowiadań i jedną krótką formą literacką, który zebrał wiele nominacji i nagród, w tym między innymi Nagrodę Locusa za najlepszy zbiór opowiadań. Większość tekstów trzyma dość równy poziom, oczywiście niektóre widać, że są bardziej dopracowane, inne mniej, ale jak na zbiór, jest całkiem nieźle, no może z jednym wyjątkiem, ale o tym później, a zacznę od tych zdecydowanie najlepszych.

Światy Paolo Bacigulapiego to zdecydowanie daleka, choć może nie zastraszająco odległa, przyszłość, w której wspólnym mianownikiem są problemy związane z ekologiczną apokalipsą lub z technologicznym Armageddonem. Zagadnień poruszanych w opowiadaniach jest tak wiele, że ciężko je wszystkie tak naprawdę wymienić. Niektóre z nich nawiązują do poruszanych już wcześniej przez innych pisarzy zagadnień związanych z techno-zachwytem. Tak na przykład opowiadanie „Kieszeń pełna dharmy” (Pocketful of Dharma , 1999) sentymentalnie nawiązuje do powieści Williama Gibsona i jego pomysłów wykorzystania nowych technologii do przenoszenia różnych danych. Zaskakujące jest jednak u Bacigulapiego to, CO jest zawarte w małej elektronicznej kostce pamięci. Pomysł na przenoszenie osobowości-duszy człowieka w kostce pamięci, implikuje zaskakujące problemy natury zarówno etycznej, jak i religijnej. Inne opowiadanie „Pompa numer sześć” (Pump Six, 2008), pewnie przypadkowo, ale jednak skojarzyło mi się z niedawno czytanym „Przedrzeźniaczem” Waltera Tevisa, w którym ludzie przez i dzięki robotom, zapomnieli wiele rzeczy i umiejętności, a tutaj ludzkość degeneruje intelektualnie w wyniku zbyt doskonałej technologii, która tak długo się nie psuła, aż wszyscy zdolni inżynieryjnie wymarli. „Fletka” (The Fluted Girl , 2003), trochę idiotyczne opowiadanie, którego pomysł mógłby zostać inaczej opracowany, o kobietach-instrumentach, traktuje o nieograniczonych możliwościach genetyki, która wykorzystywana jest ku uciesze dystyngowanej i „szlachetnej” gawiedzi, tworząc nowy rodzaj niewolnictwa genetycznego. Historia Lidii stworzonej, by cieszyć i zabawiać publiczność, przypomina, co prawda baśniowe opowiadanie Catherynne Valente „Subtelną architekturę”, gdzie dziecko również stworzono ze słodyczy ku uciesze królewskiej pary. Bacigalupi podejmuje też problem przeludnienia, choć z całkiem innej perspektywy niż inni autorzy, w „Regulatorze” (Pop Squad , 2006), gdzie problemem populacyjnym staje się długowieczność, czy w „Paszo” (The Pasho, 2004), ukazano, podobnie jak w cyklu opowiadań Mike'a Resnicka „Kirynyaga”, nierozwiązywalny dylemat pomiędzy zachowaniem własnej kultury, nawet kosztem gorszych warunków życiowych, a globalizacją i postępem technologicznym, często ratującym życiem. Te opowiadania ewidentnie nawiązywały według mnie do wielu tematów i problematyki wcześniej już podejmowanej przez innych autorów science fiction, jednak nie znaczy to, że stanowią one przysłowiowy „odgrzewany kotlet”. Nie, Bacigalupi umiejętnie odświeża w kółko przewijające się kwestie w literaturze, nadając im ciekawy koloryt, podkręca każde opowiadanie poprzez inny punkt widzenia lub spostrzeżenia. Poza tymi opowieściami jest też kilka całkowicie świeżych, które można by nazwać eko-punkiem. „Kaloriarz” (The Calorie Man, 2005), „Łowca tamaryszków” (The Tamarisk Hunter, 2011), „Ludzie piasku i popiołu” (The People of Sand and Slag, 2004), to dystopie ekologiczne ukazujące efekt zanieczyszczenia środowiska, deficytu wodnego, genetycznie modyfikowanej żywności, monokultur, załamania się łańcuchów dostaw, czy wyczerpania surowców. W nich ukazuje się w pełni troska i aktualność problemów, z którymi możemy się w przyszłości zmierzyć. Na koniec autor poruszył również problemy migracji w „Człowieku z żółtą kartą” (Yellow Card Man, 2006), a także monopolu farmaceutycznego w „Maleńkich ofiarach” (Small Offerings, 2007). Na tym tle bardzo wizjonerskich i wrażliwych pod względem kondycji człowieczej i środowiskowej opowiadań, „Miękki” (Softer, 2007), najgorszy ze wszystkich utwór, wydaje się być całkowicie nie na miejscu, odstaje on od reszty zarówno poziomem, jak i podejmowaną tematyką zbrodni.

W opowiadaniach Bacigulapi mógł skupić się przede wszystkim na koncepcie, takimi między innymi jak: biopies ukazujący odhumanizowanego człowieka; czy spektakularny wynalazek bioinżynieryjny w postaci robaków symbiotycznych, który likwiduje problem wyżywienia ludzkości, jednocześnie doprowadzający do likwidacji słabszych gatunków, jako zbyt kosztownych elementów sieci życia; albo płody dziecięce jako filtry odtruwające organizm matki. Najszersze jednak spektrum twórczych możliwości rozwinął autor w „Nakręcanej dziewczynie” (The Windup Girl, 2009), będącej rozszerzeniem i kontynuacją opowiadania „Człowiek z żółtą kartą”.

Tajlandia, Bangkok, izolujące się gospodarczo państwo, walczące o niezależność i samowystarczalność. Na północy Tajlandię gnębią wszelakiego rodzaju zarazy dziesiątkujące roślinność, a na południu, w Bangkoku, ludzie starają się bronić przed wdzierającym się oceanem i zgubnym wpływem pasatów. Na tym tle odwiecznej walki człowieka o przeżycie, działają jeszcze inne siły – polityczne i ekonomiczne; cudzoziemcy, zwani pejoratywnie farangami, próbują otworzyć rynek tajlandzki na firmy kaloryczne i inne „dobra” Zachodu, a Ministerstwo Środowiska ściera się w walce o wpływy z Ministerstwem Handlu. Na tle wielkich ruchów historycznych pojedyncze jednostki próbują znaleźć dla siebie niszę, dążą do własnych celów i starają się przetrwać; Hock Seng, tytułowy człowiek z żółtą kartą, uciekinier z Malezji, pragnie ponownie stać się armatorem i odbudować swoją firmę handlową, Anderson Lake, próbuje wytropić źródło nieskażonej żywności i nielegalnego genhakera, Emiko, nakręcanka, marzy o podróży w głąb dżungli do wioski Nowych Ludzi (genetycznie wyhodowanych), a Jaidee, dowódca białych koszul, próbuje utrzymać zarazę cudzoziemską i epidemie biologiczną z dala od miasta. Bacigalupi przedstawił Bangkok jako tykającą bombę ekologiczną, ekonomiczną i polityczną, gdzie świat przyszłości gnębiony jest przez firmy kaloryczne, zarazy, epidemie, technologiczne wynaturzenia, głód, biedę, niedostatek energii, genhakerów i siły przyrody. Jest to powieść prezentująca jeden z możliwych scenariuszy przyszłości, będącej konsekwencją aktualnego działania człowieka na polu zarówno ekologicznym, przemysłowym, jak i ekonomicznym.

Wizje Paolo Bacigulapiego dotyczące ewentualnego rozwoju technologii, genetyki, przemysłu i handlu są odrażająco niepokojące. Jego opowiadania, jak i powieść, prezentują niewielki wycinek zagrożeń, jakie niesie niekontrolowana i nieprzemyślana działalność człowieka. Sam autor stwierdził w wywiadzie (1), że zachłysnęliśmy się możliwościami technologicznymi, że nie lubimy zastanawiać się nad ewentualnymi, długofalowymi skutkami naszych poczynań, bo to nas unieszczęśliwia. W swoich opowiadaniach stara się ukazać fantastyczne rozwiązania technologiczne, jak na przykład robaki symbiotyczne, które pozwalają człowiekowi konsumować wszystko, które rozwiązują wiele problemów, np. kwestię głodu, ale nie koniecznie mogą być w rzeczywistości tym do czego dążymy. Dochodzi do wniosku, że technologia nie jest równoznaczna z mądrością, nie zapewnia jej. Zastanawia się, czy my, jako ludzie jesteśmy mądrzy? Czy będziemy mądrzy? A jeśli tak, to JAK będziemy mądrzy? Piętnuje naszą rzeczywistość, nasze uwielbienie dla gadżetów, dla techno-zabawek, nasz styl życia „szybko - i – prosto”, bez zastanowienia i refleksji. Dystopia Bacigulapiego dostarcza znacznie więcej intensywnych doznań niż, jakakolwiek inna powieść, świat wykreowany jest odpychający, zatrważający, a jednocześnie fascynuje swoimi spekulacjami i potencjalnością.

Opowiadania, jak i powieść napisane są bardzo dobrze, wsparte wiedzą i doświadczeniemautora, zdobytym podczas wielokrotnych pobytów w Azji. Jego wizje przyszłości są zatrważająco możliwe i ukazują nasze aktualnymi działanie, lekkomyślne postępowanie i niefrasobliwe wykorzystywanie nowinek technologicznych i zasobów, w bardzo krytyczny i przejrzysty sposób.

Paolo Bacigalupiego wpisuję na listę moich ulubionych pisarzy. Mam nadzieję, że nadal będzie trzymał tak wysoki poziom, choć życzę mu, aby spróbował również tematyki odmiennej od dystopii ekologicznej. Z pewnością sięgnę po jego najnowszą powieść „Wodny nóż” (premiera 16 października 2015), która wydaje się rozwinięciem opowiadania pt. „Łowca tamaryszków”.

(1) http://grist.org/article/bacigalupi/

Polecam stronę autora:

i wywiady:

  • A book that was originally written in a different language.
  • A book you own but have never read.
  • A book by an author you have never read before.
  • A book set in the future.
  • A book at the bootom ofyour to-read list.
  • A popular's author first book.
  • A book set in different country.
  • A book of short stories.
  • A book with a number in the title.
  • A book with more than 500 pages.


Ocena: 10/10
Przesłanie: „Technologia nie gwarantuje mądrości.”