piątek, 23 listopada 2018

"Poklatkowa rewolucja" - Peter Watts

Jak zorganizować bunt na pokładzie, kiedy budzą cię z hibernacji na parę dni co milion lat? Jak konspirować, gdy garstka potencjalnych sojuszników zmienia się co wachtę? Jak zaatakować wroga, który nigdy nie śpi, patrzy twoimi oczyma, słucha twoimi uszami i autentycznie chce dla ciebie jak najlepiej? Sunday Ahzmundin, uwięziona na pokładzie statku kosmicznego Eriophora, odkrywa, że na udaną rewolucję musi się złożyć spisek, szyfry i nieuniknione ofiary.

[Wydawnictwo Mag, 2018]

[Okładka i opis: https://www.mag-sklep.pl/pl/p/POKLATKOWA-REWOLUCJA/813]

Książka zrecenzowana dla Secretum.pl.

AGA:

Twórczość kanadyjskiego pisarza Petera Wattsa jest dobrze znana polskiemu czytelnikowi, dzięki między innymi Ślepowidzeniu,Echopraksji, czy cyklowi o Ryfterach. Co więcej w 2017 był on gościem Pyrkonu, na którym miłośnicy hard sf mogli spotkać autora. W tym roku Wydawnictwo Mag wydało Poklatkową rewolucję, obszerniejszą nowelę, która ukazała się w ramach serii Uczta Wyobraźni.
Poklatkowa rewolucja należy do cyklu krótkich opowiadań Sunflower, na które składają się The Island (2009; Wyspa NF 5/2011, Odtrutka na optymizm, Mag 2013), Hotshot (2014), Giants (2014; Giganci NF 9/2014). Wielka szkoda, że Wydawnictwo Mag nie zamieściło wszystkich dotychczas napisanych opowiadań wspólnie z nowo wydaną nowelą, zapewne czytelnik miałby większe rozeznanie w tym świecie, a i nomen omen Uczta Wyobraźni byłaby obfitsza.
Peter Watts nie należy do pisarzy, którzy idą na łatwiznę i piszą przyjemne i lekkie utwory, mające na celu umilić czas czytelnikowi. Jego opowiadanie to czysta hard science fiction, więc sięgając po nią należy nastawić się na trudne relacje z tekstem.
Eriophora to statek umieszczony wewnątrz planetoidy, który został stworzony do budowania bramek łączących tunele czasoprzestrzenne. Na okręcie mieszkają tysiące, specjalnie przystosowanych genetycznie i wyselekcjonowanych specjalistów, którzy stanowią biologiczną załogę Eri. Wnoszą oni do misji „czynnik ludzki”, który wspomagany jest przez AI, imieniem Szymp (ang. Chimp, szympans). Razem tworzą oni załogę, której celem jest tworzenie wspaniałych kosmicznych autostrad dla Imperium Ludzkiego. Wędrówka tej wyjątkowej arki jest niezwykła, bowiem trwa miliony lat, a załoganci podzieleni na szczepy, budzeni są co kilkaset lat przez AI według jemu tylko znanego planu i potrzeb danej chwili.
Historię Eriophory (a propos jest to rodzaj pająka tkającego misterne sieci) czytelnik poznaje z punktu widzenia Sunday Ahzmundin, specjalistki od systemów podtrzymywania życia. To przez jej pryzmat myśli i spostrzeżeń Peter Watts, próbuje nakłonić czytelnika do zadawania pytań. W jakim stopniu AI zarządzająca tysiącami ludzi powinna być inteligenta? Czy można w ogóle mówić o więzach emocjonalnych między ludźmi, a zaprogramowaną AI? Czy imperatyw misji rozgrzesza wszelkie działania na jej rzecz? W jakim stopniu można „wyhodować” człowieka przystosowanego do życia fragmentarycznego życia?
Jak w ogóle zorganizować bunt, kiedy jest się aktywnym przez kilka dnia na sto lat, a garstka współspiskowców przetasowuje się po każdym rozmrażaniu? Jak spiskować przeciwko wrogowi, który nigdy nie śpi, ma do dyspozycji setki samotnych lat, by brutalnie przeszukać i przeanalizować wszystkie otwarcia, by przypadkiem natrafić na wszystkie ślady, które się niedbale pozostawiło?
Na Eriophorze po milionach lat, pomiędzy tysiącami gwiezdnych budowniczych, jedno drobne pragnienie, roznieci iskrę buntu – pragnienie wolności. Tylko, czy starczy ludziom przebiegłości, inteligencji, cierpliwości i wytrwałości, by przeprowadzić powstanie, gdy ich życie to wyrwane ze snu klatki?
Jak to w ogóle zrobić?
Otóż na więcej sposobów, niż sobie w życiu wyobrażałam.
Nowela Petera Wattsa naszpikowana jest trudnym naukowym językiem. Jak sam pisarz w wywiadzie wspomina nie było innej możliwości, gdy jego życie jest nadbudowane na nauce. Tym zresztą różni się science fiction, od fiction, a science fiction od hard sf, tym, że należy mocno zagłębić się w terminologię naukową, aby zrozumieć treść.
Historia Sunday, Szympa, Lian i wielu innych Eriophorczyków to na szczęście krótka, ale treściwa nowela, która zmusza do zadawania pytań, nie dając jednocześnie na nie odpowiedzi. Z ciekawości sięgnę po pozostałe opowiadania, by zgłębić i uzupełnić opowieść. Poklatkowa rewolucja nie jest dla każdego, ale osoby, które znają serię Uczta Wyobraźni, zapewne wiedzą, że w jej szeregach zawsze znajdzie się dobrą literaturę, która nie rozleniwia umysłu i rozszerza przestrzenie wyobraźni.
Ocena: 7/10

poniedziałek, 19 listopada 2018

"Wspólna orbita zamknięta" - Becky Chambers

Ekscytująca, pełna przygód i niebezpieczeństw podróż przez Galaktykę z barwną załogą „Wędrowca”

Lovelace była kiedyś zaledwie sztuczną inteligencją statku. Kiedy po całkowitym wyłączeniu i zresetowaniu systemu budzi się w nowym ciele, nie pamięta, co się działo wcześniej. Ucząc się poruszania po wszechświecie i odkrywając, kim jest, Lovelace zaprzyjaźnia się z Papryką, wybuchową inżynier, która bardzo chce jej pomóc w nauce i rozwoju. Papryka i Lovelace przekonają się, że bez względu na ogrom przestrzeni kosmicznej dwie osoby mogą razem wypełnić ją bez problemu...

[Zysk i S-ka Wydawnictwo, 2018]

[Opis i okładka: https://sklep.zysk.com.pl/wspolna-orbita-zamknieta.html]

Książka zrecenzowana dla Secretum.pl


AGA:

„Wspólna orbita zamknięta” ( ang. A Closed and Common Orbit) to tom drugi cyklu Wayfarers autorstwa Becky Chambers. Jeżeli czytaliście „Daleką drogę do małej, gniewnej planety”, to zapewne czekaliście na tę pozycję z niecierpliwością. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zetknąć się z prozą Becky Chambers, to po pierwsze należy to szybko nadrobić, po drugie możecie przeczytać recenzję tomu pierwszego - TUTAJ, a po trzecie możecie równie dobrze zacząć przygodę od tomu drugiego. Nie wiem, kto wpadł w Wydawnictwie Zysk i S-ka na pomysł wydawania powieści tej amerykańskiej pisarki, ale podwyżka się zdecydowanie należy za wyśmienity gust.

„Wspólna orbita zamknięta” naturalnie kontynuuje to, co zostało zapowiedziane w tomie pierwszym. Papryka, właścicielka „Wiadra Rdzy”, czyli warsztatu wymiany i naprawy urządzeń technicznych, mistrzyni w swoim fachu, postanowiła zaopiekować się Lovelace, SI Wędrowca, która znalazła się w specjalnie przygotowanym dla niej sztucznym ciele, zestawie. Papryka, uważając, że tak jest słusznie, zadba wraz ze swoim partnerem Niebieskim o to, aby Lovelace, która przyjęła bardziej organiczne imię Sidra, nauczyła się nie tylko właściwie korzystać z zestawu, czy poruszać się w społeczeństwie, ale przede wszystkim, aby zaakceptowała samą siebie. To głębokie poczucie zobowiązania wobec Sidry, wypływa bowiem z przeszłości Papryki, dziwnej, bolesnej i bardzo okrutnej.

Sięgając po tom drugi, wiedziałam, że jest on mocno odrębną częścią fabularnie względem „Dalekiej drogi do małej, gniewnej planety”. Nie byłam również zachwycona faktem, że bohaterką ma być sztuczna inteligencja, obawiałam się męczliwych i przede wszystkim nie pozwalających się identyfikować z bohaterami problemów. Moje obawy na szczęście okazały się bezpodstawne.

„Wspólna orbita zamknięta” wbrew temu, co wielu wypisuje nie jest space operą. Większa część akcji powieści odbywa się w jednym mieście, na jednej planecie – w Port Coriol. Fabuła toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych, koncentrując się wokół dwóch bohaterek. Wątek dotyczący Sidry skupia się wobec problemów samoakceptacji i społecznych konsekwencji odmienności, drugi wątek, to retrospektywna historia o Papryce vel Jane 23 i jej trudnym dzieciństwie pod skrzydłami innej SI, Sowy. Ci, którzy szukają fajerwerków i akcji rodem z Gwiezdnych Wojen, nie odnajdą ich. Wydarzenia rytmicznie po sobie następują, nie ciągną się, ale zdecydowanie jest to powieść bardzo refleksyjna.

Powieść Becky Chambers jest historią niezwykłą i pomimo że różni się od „Dalekiej drogi do małej, gniewnej planety”, ma z nią wspólne to, co najważniejsze, to co jest kręgosłupem twórczości tej pisarki. Obie powieści są pogodne, przepełnione przyjaznymi relacjami bohaterów, tolerancją i pełną szacunku akceptacją innych. Można by rzec, że to tak bardzo nie współczesne, a w fantastyce (!) wręcz nie spotykane, pisać o dobroci. Tym większą sztuką jest pisać o trudnych tematach w sposób naturalnie zrozumiały i wręcz codzienny. A we „Wspólnej orbicie zamkniętej” od tych kontrowersyjnych, niewygodnych i trudnych społecznie i kulturowo kwestii aż się roi.

Czym jest bowiem dzieciństwo Jane 23, jak nie podjęciem dyskusji na temat wykorzystywania dzieci w krajach, gdzie nikt nikomu nie patrzy na ręce, a wszyscy udają, że nie ma takich fabryk. Sidra i jej zestaw, to cały wór różnorodnych problemów od akceptowania własnego ciała, po brak poczucia jedności z nim, przez podjęcie problematyki ukrywania własnych problemów z obawy przed reakcją społeczeństwa (transeksualność, homoseksualizm, itp.), aż po jawną krytykę głupiego prawa niekompatybilnego z prawem kulturowym, czy społecznym. Kolejnym punktem do dyskusji podjętym przez autorkę jest sprawa samostanowienia SI, w którym momencie można mówić o kodzie programu, a w którym już o świadomości.

Prawdę powiedziawszy można by kopać i kopać do trzewi, do osnowy powieści i ciągle znajdowałoby się dobry temat do rozmowy. Treściwość, bogactwo i różnorodność podejmowanych kwestii świadczy o wrażliwości Becky Chambers, a wykonanie o wyjątkowej delikatności.

„Wspólną orbitę zamkniętą” mogę szczerze polecić każdemu, kto nie boi się pogodnych, delikatnych, mądrych książek. Chętnie zarekomendowałabym ją jako lekturę szkolną, gdyby nie świadomość, że byłaby to raczej gwóźdź do trumny, więc rekomenduję ją każdemu dorastającemu nastolatkowi, by spojrzał na świat mądrzej i łagodniej, i każdemu dorosłemu, aby w swej dorosłej mądrości nie zacietrzewiał się z takim strasznym stuporem.

Bądźmy bardziej tolerancyjni.

Ocena: 10/10

"Piątka" - Erica Spindler

Nieliczni przedstawiciele Strażników Światła, pochodzący od zesłanej na Ziemię starożytnej rasy, walczą z siłami zła, które zagrażają ludzkości. Kiedy podczas przyjęcia z okazji otwarcia nowego luksusowego hotelu i apartamentowca z balkonu skacze jego właściciel, bogaty deweloper, na miejsce zdarzenia przybywają detektyw Micki Dare i Zach Harris. Kiedy Micki otrzymuje tajemniczą przesyłkę od swojego nieżyjącego od kilku lat kolegi i mentora, Zach zaczyna podejrzewać, że sprawa, nad którą pracują, nie należy bynajmniej do zwyczajnych, i że policjanci mają do czynienia z nadnaturalną siłą, raz jeszcze zagrażającą miastu. Pewne aspekty sprawy niepokojąco przypominają niewyjaśniony przypadek sprzed kilku lat i sprawiają, że dla Micki staje się ona coraz bardziej osobista. Tym razem to jej życie zostaje położone na szali. Powstrzymanie przestępcy będzie wymagało pomysłowości i szczególnych zdolności zarówno ludzi, jak i Strażników Światła. Czy jednak uda się to zrobić, zanim jedno z nich straci życie?

[Edipresse, 2018]
[Opis i okładka: http://hitsalonik.pl/produkt/piatka]

Książka zrecenzowana dla serwisu Secretum.pl

PATI:

Czasami fajnie jest zmienić “klimat” i nie mam tu na myśli miejsca usadowienia swojej zacnej części tylnej. Od czasu do czasu mam ochotę sięgnąć po coś innego i odświeżającego, z nadzieją na dobrą zabawę. I tak w moje ręce trafiła “5” - paranormalny kryminał, który dzięki bogom, nie okazał się piątą częścią cyklu, a zaledwie jego trzecim tomem. Nie wiedząc za bardzo, kto jest kim i ogólnie o co w tym wszystkim chodzi, usiadłam do czytania... i jak się okazało, było ono bardzo szybkie i całkiem satysfakcjonujące.

Detektywi Micki i Zach zostają wezwani do objęcia kolejnej sprawy. Nic nie wskazuje, że w sprawę są zamieszane osoby trzecie, i jeśli można tak to określić, jest to “zwykłe samobójstwo” - kolejne jakim zajmuje się nasz team. “Ahaaa” - pomyśli w tym momencie czytelnik... Znany i niezwykle bogaty deweloper wyskakuje z balkonu ze skutkiem płasko śmiertelnym, bo lot z dwudziestego piętra do krótkich nie należy. Córki oskarżają młodą macochę, że to ona ma coś wspólnego ze śmiercią ich ojca - trochę standard, choć albi tej drugiej wydaje się nie do podważenia. I chociaż nie ma na to żadnych dowodów, to nasi bohaterowie nie są do końca przekonani, że ta sprawa jest taka prosta i jasna jak to się wydaje. Wszystko się dodatkowo komplikuje, kiedy Micki otrzymuje paczkę od swojego dawno zmarłego mentora i szybko okazuje się, że jego śmierć może być w jakiś sposób powiązana z jej aktualnym śledztwem, a prawdziwym celem jest nie kto inny, ale właśnie nasza Pani Detektyw. I od tego momentu Micki nie może już nikomu zaufać, bo nikt nie jest tym za kogo się podaje.

Gdzie w tym wszystkim paranormal? Okazuje się, że na ziemi wśród nas zamieszkują także istoty zwane Strażnikami Światła - opiekujący się rasą ludzi, by podążała w “odpowiednim kierunku”. Pomimo zakazu zdarza się, że Strażnicy Jasności mieszają swoją krew z ludźmi. Owoce takich czynów zwane są Półblaskami, posiadają niezwykłe umiejętności, tak jak partner Micki - Zach. Dzięki temu nasz policyjny team ma prawie 100% rozwiązywalność spraw. Oczywiście tam, gdzie jest i światło tam i pojawia się ciemność - Pradawny ze swoją Armią Zwiastunów Śmierci. Sam świat i odwieczny konflikt dobra ze złem został całkiem ciekawie zarysowany. Zastanawia mnie jednak, czy został on w poprzednich częściach dokładnie opisany i dlatego teraz są rzucane jedynie nie do końca jasne aluzje na jego temat. Czytelnik wybiórczy, taki jak ja, czasami bowiem może się poczuć lekko zdezorientowany. Na szczęście brak szczegółowych informacji nie przeszkadza w cieszeniu się kryminałem i zagadką samą w sobie, do tego, między parą głównych bohaterów chemia i hormony aż wrzą i iskrzą w powietrzu, niczym między legendarnymi już Mulderem i Scully. I choć nie odkryłam jeszcze, co powstrzymuje naszą dwójkę od “bycia razem”, poza tym, że są bliskimi współpracownikami i razem mają zrobić enigmatyczne, zapewne paranormalne, “coś”, to i tak im kibicuję i trzymam za nich kciuki.

Jedyne co mi trochę przeszkadzało w tej książce, to dziwnie krótkie rozdziały i rozdzialiki, które zapewne miały wprowadzić dynamizm i dramaturgię, ale raczej kojarzyły mi się z przygotowaniem do napisania scenariusza filmowego. To skojarzenie potęguje także brak jakichkolwiek opisów, chociaż zauważyłam kilka całkiem ciekawych zabiegów literackich.

Wpisuję na listę “do przeczytania” poprzednie tomy serii i z uwagą będę wypatrywała kolejnych części. Zawsze trudno jest mi oceniać książki z tak zwanego środka, zwłaszcza kiedy nie udało mi się wcześniej nadrobić poprzednich tomów. Na pewno książkę czyta się się szybko i bez problemu, o czym już wspomniałam na początku. Widzę i “czuję”, że wiele rzeczy mnie przez to ominęło i w relacjach między bohaterami, jak i fabularnie, ale choć jest to odczuwalne, to jednak stosunkowo bezbolesne. Historia pary detektywów mnie wciągnęła na tyle, że praktycznie tak jak usiadłam - tak czytałam praktycznie bez przerwy, a to myślę, że całkiem dobre podsumowanie tej książki. I choć nie oszukujmy się, ani fabuła, ani rozwiązanie zagadki nie jest bardzo zaskakujące, to jednak czyta się to łatwo i przyjemnie, a od takich tytułów nic więcej nie wymagam.

Ocena: 6/10

czwartek, 8 listopada 2018

"Giants" - Carlos i Joe Valderrama

Gigantyczne bestie rządzą światem na powierzchni, podczas gdy kryjące się pod ziemią niedobitki ludzkości walczą o życiową przestrzeń i dominację. Ścieżki najlepszych przyjaciół się rozchodzą, a najwięksi wrogowie muszą zawierać zaskakujące sojusze. Przyjaźń, miłość, zdrada i wygórowane ambicje w pasjonującej postapokaliptycznej historii inspirowanej Akirą i klasycznymi japońskimi „monster movies”.

[Non Stop Comics, 2018]
[Opis i okładka: https://nonstopcomics.com/sklep/giants/]

AGA:

„Giants” to jeden z tytułów, które na jesień zaproponowało Non Stop Comics dla wielbicieli graficznych opowieści.  Komiks został stworzony przez braci Carlosa i Miguela Valderrama, hiszpańskich twórców, którzy tym projektem weszli na rynek amerykański. 

Na Ziemię spadła kometa, która przyniosła zagładę. Ludzie w większości żyją w podziemnym mieście, gdzie zdani są na łaskę i niełaskę gangów, których siła zależy od tego , czy zdobędą cenny czarny bursztyn. Na powierzchni na odmianę rządzą gigantyczne stwory. Dwóch przyjaciół, Gogi i Zedo, bardzo pragną dostąpić zaszczytu wstąpienia w szeregi  Krwawych Wilków, i aby wkupić się w łaski chcą zdobyć czarny bursztyn. Plan Gogiego i Zedo  nie udaje się, a ścieżki dwóch przyjaciół rozchodzą się, by po pewnym czasie znów się skrzyżować, w całkiem odmiennych okolicznościach. Co z tego wyniknie? I czy przyjaźń przetrwa w postapokaliptycznym świecie, gdzie trzeba walczyć o przetrwanie?

„Giants” nie należy do ambitnych komiksów z wielowarstwową i treściwą fabułą. Widać bardzo duże wpływy zarówno kultury amerykańskiej, jak i japońskiej. Postapokaliptyczny świat opanowany przez gigantyczne stwory, gangi uliczników, kryzys przyjaźni dwóch bohaterów, to wszystko już było. Świat braci Valderrama obraca się w klimacie Godzilli, Pacific Rim z lekkim przesunięciem w kierunku młodszego czytelnika. Czy to oznacza, że nie warto sięgnąć po ten komiks? Nie. Trzeba pamiętać, że jest to całkiem udany hołd oddany przez dwóch braci dla własnych młodzieńczych fascynacji. Nie ma nic złego w tym, że komiks po prostu dostarcza rozrywki, która powraca w tej samej szacie co kilka lat. Dwoje bohaterów, przyjaciół, trzymających się razem, jak bracia, młodych chłopców są idealnymi przewodnikami po pełnym akcji komiksie dla równie młodego czytelnika. Zaprawiony w bojach odbiorca, może rzeczywiście nie odnajdzie nic poza czczą rozrywką, ale doceni fakt, że nowe pokolenie może poczuje ten dreszczyk, który czuł każdy młody chłopak w świecie wielkich i fantastycznych potworów.

 „Giants” fantastycznie się sprawi jako prezent dla każdego nastolatka, a przecież przed nami tyle świątecznych okazji. Może opowieść braci Valderrama zawiera trochę brutalności, ale nie jest ona przesadzona, a i elementów ukazujących „właściwą drogę” jest wystarczająco dużo, by każdy młody umysł to ogarną. A co ze starszym czytelnikiem? No cóż, jak już się sprezentuje młodszej latorośli, to szkoda byłoby nie przeczytać.

Ocena: 7/10

wtorek, 30 października 2018

Ernest i Rebeka. Mój kumpel mikrob. Tom 1

Pełna humoru bestsellerowa opowieść dla dzieci i dorosłych! Rebeka ma sześć lat, prawie sześć i pół. Choruje częściej niż inne dzieci, bo ma słaby system odpornościowy. Jakby tego było mało, jej rodzice coraz częściej się kłócą i myślą o rozwodzie. Wtedy w życiu dziewczynki pojawia się niesamowity przyjaciel – mikrob Ernest! Zaczyna szkolić Rebekę w sztuce mikrobii, dzięki której łatwiej będzie jej pokonywać codzienne kłopoty. A kiedy bohaterka wyjedzie na wieś do szalonego Dziadka Owadka, przypomni sobie, jak wygląda szczęśliwe życie... Ernest i Rebeka to chwilami wesoła, chwilami smutna, ale zawsze mądra opowieść, która zdobyła nagrodę Festiwalu Komiksowego w Angoulême w 2013 roku.  
Pomysłodawcą serii jest francuski scenarzysta Guillaume Bianco (Kegoyo & Klaudia, Billy Brouillard), a rysownikiem włoski grafik Dalena Antonello (Sybil, Monster Allergy). Album zbiorczy zawiera trzy tomy oryginalne: Mój kumpel mikrob, Ten okropny Sam i Dziadek Owadek. 

Seria Ernest i Rebeka należy do linii wydawniczej KOMIKSY SĄ SUPER!, w której ukazują się również takie tytuły, jak: Lou!, Ptyś i Bill oraz Studio Tańca. Przedstawiamy w niej humorystyczne, świetnie narysowane i mądre komiksy dla dzieci, bestsellery na europejskim rynku wydawniczym.

[Egmont, 2018]
[Opis i okładka: https://egmont.pl/Komiksy-sa-super-Ernest-i-Rebeka.-Moj-kumpel-mikrob.-Tom-1,11681811,p.html]

AGA:

Wydawnictwo Egmont na jesień rozpoczęło prawdziwą ofensywę skierowaną do młodego odbiorcy i oferuje swoim czytelnikom nowe tytuły w ramach serii KOMIKSY SĄ SUPER! Do moich rąk przypadkowo trafił pierwszy tom zbiorczy przygód „Ernesta i Rebeki”, prawdę powiedziawszy, jak przeglądałam ofertę Egmontu, nie brałam pod uwagę tego tytułu, wydawało mi się, że jest on skierowany do bardzo młodego czytelnika i będzie zbyt dziecinny. Opis wydawcy bardzo w tym względzie nie przystaje do prawdziwej zawartości komiksu.


Rebeka to mała dziewczynka z różowymi włoskami, która sama mówi o sobie, że ma sześć lat, prawie sześć i pół. Gdy ją poznajemy mieszka z mamą, tatą i swoją starszą, czternastoletnią siostrą, Koralią. Cechą wyróżniającą Rebekę jest jej słaba odporność przez co dziewczynka często się przeziębia i gorączkuje.  Niestety częste niedomaganie Rebeki to nie jedyny problem dziewczynki. W jej rodzinie dobrze się nie układa, rodzice często się kłócą, a starsza siostra nie ma dla młodszej czasu w swym równie trudnym nastoletnim wieku. W tym chaosie wirusowo- rodzinnym Rebeka znajduje wsparcie w Erneście, mikrobie, który co prawda jest przyczyną wszystkich jej chorobowych problemów, ale jednocześnie odpiera ataki groźniejszych złoczyńców. Wspólnie przeżywają ogrom przygód, mierzą się z wieloma problemami, a wszystkie ich wybryki okraszone są solidną dawką humoru.

Jak na początku wspomniałam na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że będzie to zabawny komiks o przygodach małej dziewczynki z jej wymyślonym kumplem. Okazało się jednak, że Guillaume Bianco pod płaszczykiem dobrej zabawy, Rebeki i Ernesta, ukrył bardzo poważne treści. Rebeka bowiem w swym młodym wieku musi sprostać trudnym problemom, z którymi nie potrafią poradzić sobie nawet dorośli. Jej rodzice się rozstają, jej starsza siostra jest w okresie dojrzewania i sama zmaga się z wieloma trudnościami, więc mała Rebeka pozostawiona zostaje sama sobie i nikt nie potrafi odpowiedzieć na nurtujące ją pytania, ani wytłumaczyć jej jak ma poradzić sobie z uczuciami, które się w niej kłębią. Jednak pomimo że komiks traktuje o naprawdę niełatwych problemach, jest napisany w sposób nieprzytłaczający. Nie wiem, jak to robią francuscy twórcy, ale potrafią oni nie tylko patrzeć na świat z punktu widzenia dziecka, ale w dodatku wszystko ubrać w lekką formę żartu, ale takiego nie trywializującego, lecz ułatwiającego przestrzeganie świata. 

Sam zbiór zawiera trzy zeszyty: Mój kumpel mikrob (Mon copain est un microbe), Ten okropny Sam (Sam le repoussant) i Dziadek Owadek (Pépé Bestiole), które oryginalnie wydawane były w latach 2008-2010. Osobiście najbardziej przypadł mi do gustu ostatni zeszyt ze zbioru, opowiadający o wakacjach, które dziewczynki spędziły na wsi u swoich dziadków. Ta historia bardzo skupia się na relacjach rodzinnych, znaczeniu starszego pokolenia, a także uczy, aby być otwartym na innych. W „Dziadku owadku” również Koralia zostaje trochę wydobyta z cienia, a Ernest trochę się w niego usuwa, Rebeka korzysta z uroków wsi i dużo czasu spędza na łonie natury, które dorastająca Koralia na odmianę przeklina. Cudownie wyciszający i ciepły tom, piękna reminiscencja lata na jesienną pluchę.

Guillaume Bianco w Polsce szerszemu odbiorcy może nie być jeszcze znany, ale to nazwisko należałoby zapamiętać. W 2011 wyszedł tom pierwszy „Mglistego Billy’ego”, który otrzymał nagrodę dla Najlepszego Komiksu Francuskojęzycznego w 2010 roku, nadawaną przez Instytut Francuski w Krakowie. Ilustratorem komiksu jest Antonello Dalena. Nie jestem znawcą w kwestii komiksowych kresek, więc nawet nie będę próbowała oceniać komiksu pod względem artystycznym. Przyznam jednak, że trochę brakuje mi, może gatunkowo gorszego, ale zwykłego papieru. Kolory nakładane komputerowo, kredowy papier i estetyka rodem gumy balonowej. Odrobinę brakuje mi finezji, choć może za dużo wymagam od komiksu dla dzieci.

Ocena: 6/6

środa, 3 października 2018

"Pierwsze słowo" - Marta Kisiel


Pewnej nocy do jednej zamkowej celi trafia trzech morderców carów, a każdy z nich słuszny i jedyny. Wallenrod, Winkelried i Wawrzyniec, namaszczony może nie pośród królewskiego truchła w kościelnych podziemiach, ale przecież też w podziemiach... gorzelni. 
Stanisław Kozik nieoczekiwanie dla siebie znajduje się w odmiennym stanie żywotności. Sokółek zamienia się w słup soli w pewnym rozkosznie fikuśnym przedsiębiorstwie. A Oda Kręciszewska w dniu pogrzebu w lustrze dostrzega wąsik swojej matki, co prowadzi ją do podjęcia pewnych niezbyt przemyślanych, ale całkiem udanych życiowych decyzji.
W tym tomie opowiadań nie brakuje też postaci już czytelnikom znanych, jak choćby pewnego pisarza o wyglądzie zmiętego muszkietera i jego prywatnego anioła. W bamboszkach. 
Czasem dowcipnie, innym razem mrocznie. Zawsze klimatycznie i z wielką klasą. Czy to zamtuz, czy biuro komisji przyznającej Certyfikat Międzynarodowej Jakości Fantastycznej, czy carski zamek, a może tonące we mgle zaułki miasta – Marta Kisiel udowadnia, że jej wyobraźnia (podobnie jak poczucie humoru) nie ma żadnych granic.


[Uroboros, 2018]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4858663/pierwsze-slowo]

Książka zrecenzowana dzięki uprzejmości WYdawnictwa Uroboros.

PATI:


Na każdą książkę Marty Kisiel czekam jak każde dziecko na upragnioną Gwiazdkę i Prezenty przez duże “P”. Mój nieprzerwany afekt do tej autorki trwa już od lat naprawdę wielu, kiedy to zakochałam się bez pamięci w Pani Jadzi, co grała w WoWa na kartach “Nomen Omen” i w jakże kultowym już dla mnie tekście - “człowiek człowiekowi panią w dziekanacie”. Ciekawość więc, aż zżerała mnie od środka i nawet trochę na zewnątrz, jakie będzie i jest “Pierwsze słowo” według Marty Kisiel. Zwłaszcza, że sama Ałtorka mówi, iż opowiadań pisać “nie umi”, a twierdzi tak jednak moim zdaniem nader skromnie, skoro nie tak dawno przytuliła do siebie nagrodę Zajdla za najlepsze opowiadanie w 2017 roku “Szaławiła”. Opowiadanie o tyle cudowne, że autorka obiecała jego rozwinięcie na co doczekać się już nie mogę, jak na Gwiazdkę do potęgi 3 czy nawet 4,alleluja.

“Pierwsze Słowo” to pierwszy zbiór opowiadań Marty Kisiel, jaki ujrzał światło dziennie. Jedenaście krótkich form - nowych i tych już lekko pokrytych patyną czasu - zebranych w jednej zgrabnej książeczce z cudowną okładką Tomasza Majewskiego. Wspominam tutaj o okładce, bo naprawdę robi ona wrażenie i jako niespełniony historyk sztuki stwierdzam: “oj bardzo, me gusta, oj tak”. A jak sama treść? I tutaj przyznaję palce na chwilę zawisły nad klawiaturą próbując zebrać wszystko to, co kłębi się w mej głowie w jakieś zgrabne zdania. Było nad wyraz poważnie, było ironicznie, było nostalgicznie, było też “Ałtorkowo”. Całość dość mocno została przetasowana i wymieszana, ale tak wbrew pozorom lekko strawnie i z sensem. “Pierwsze Słowo” na pewno zrobiło na mnie wrażenie, zwłaszcza, że najbardziej zwróciłam uwagę na te najpoważniejsze pozycje - opowiadanie tytułowe “Miasto motyli i mgły”, pełne mrocznego klimatu “Katabasis”, czy przerażająco patologicznie prawdziwy “Cały Świat Dawida”. Dla mnie to właśnie one są kwintesencją tej antologii i pokazują, że Marta Kisiel niejedno ma oblicze i “na serio” też potrafi i to jeszcze tak, że człowiek zamiera z zachwytu.

Co nie zmienia jednak faktu, że “W zamku tej nocy” jest moim absolutnym faworytem przy którym zadławiłam się niejednym, bo aż trzema ciasteczkami i musiałam korzystać z pomocy ręki trzeciej, co by w plecki poklepała na Krakersa przyjacielsko. Utrzymane w podobnym klimacie “Nawiedziny”, wpadły już wcześniej w moje ręce, ale z przyjemnością je sobie przypomniałam, tak samo jak i nagrodzoną Zajdlem rewelacyjną “Szaławiłę”. Za to czytając po raz już kolejny “Dożywocie” na początku westchnęłam ciężko - “ile jeszcze stron zostało?”, ale gdzieś tam w trakcie nabrałam ochoty na przeczytanie tego jeszcze raz i to pewnie nie ostatni. To właśnie, dla mnie, jest największa magia książki oraz autora - to, że czytelnik po prostu chce/musi do tej pozycji wrócić, bo inaczej świat spłonie, a morza zawrzeją i biada temu kto stanie mu na drodze. Pamiętajmy i doceńmy - pisanie lekkich, łatwych i przyjemnych książek, to naprawdę wielka sztuka - to trzeba czuć i umieć, a Marta Kisiel na pewno to Czuje i Umie.

Podsumowując, wnioskuję, że nasza Ałtorka, że tak się spoufalę, potrafi pisać opowiadania. Niektóre, i chwała bogom za to, potem rozwijane są w jeszcze bardziej rewelacyjne książki, np. “Rozmowa Dyskwalifikacyjna” nadawałaby się na na kolejny zalążek całkiem śmiesznej powieści o przekwalifikowanym, ale znającym swoją godność Renruku Hardogębnym - tak tylko lekko podpowiadam ;)

Nie dajmy się więc zwieść kokieterii Autorki - warto sięgnąć po “Pierwsze słowo”, choćby dlatego by poznać tę “wąska ścieżkę, jaką kluczy jej wyobraźnia”. Koniecznie w zestawie z kocem, czymś puchatym z futerkiem i ciastkami oraz pomocnym “Krakersem” do ewentualnego oddławiania.

“Pierwsze słowo” stało się dla mnie ważną książką, bo także pod wieloma względami jest pierwsze… Pierwsza książka, która dotarła na mój nowy adres, pierwsza przeczytana i zrecenzowana… pierwsza, którą stawiam na na dziewiczo nowych półkach. Pamiętajmy, że Pierwszych Słów nie da się cofnąć, to przestroga nie tylko od autorki, ale także i ode mnie. Pocieszające jest tylko to, że nie zawsze niosą ze sobą tylko zło i cierpienie.

Ocena 9/10

wtorek, 2 października 2018

"Nienawidzę Baśniowa Tom 1 : I żyli długo i burzliwie" - Scottie Young

Scenariusz:Scottie Young 
Rysunki:Scottie Young 
Seria:Nienawidzę Baśniowa 
Tom:1 
Wydawnictwo:Non Stop Comics 
Gatunek:fantasy komedia 
Data wydania:12-09-2018 
Ilość stron:136 
ISBN:978-83-8110-622-1 

Nietuzinkowy artysta Skottie Young przedstawia pierwszy tom nowej serii przygodowo – awanturniczej, garściami czerpiącej z Pory na przygodę czy Alicji w Krainie Czarów i doprawionej wystylizowanym krwawym szaleństwem rodem z Tank Girl i Deadpoola. Przyłącz się do Gert – czterdziestolatki uwięzionej w ciele sześciolatki, która przy pomocy ogromnego topora mści się na znienawidzonym magicznym świecie Fairyland, w którym utknęła na niemal 30 lat.

[Non Stop Comics, 2018]
[ Opis i okładka: https://nonstopcomics.com/sklep/nienawidze-basniowa-tom-1-i-zyli-dlugo-i-burzliwie/]

Komiks zrecenzowany dla Secretum.pl

AGA:

Ten komiks to istna petarda!

Nawet nie pamiętam, kiedy pierwszy raz widziałam „Nienawidzę Baśniowa”, ale od pierwszego rzutu okiem na okładkę, wiedziałam, że będzie to nieprzyzwoicie niepoprawna miłość od pierwszego wejrzenia. Bo jak tu szacowna rodzicielka, stateczna pani domu ma się przyznać do zauroczenia tak słodkim i lepkim aż od krwi komiksem? Toż to nie przystoi.

A fuj to!

O Skottie Youngu – rysowniku, Jeanie Francoisie Beaulieu – koloryście i Nate Piekosiu – literniku, nigdy nie słyszałam. Co oznacza nie tyle, że jestem ignorantką, co jak zapewne wielu z was, laikiem w dziedzinie komiksu, i że w tej dziedzinie sztuki dopiero się rozkręcam. Dlatego plus dla wydawcy, a raczej nieskromnego Skottiego, któryż to opatrzył komiks notą biograficzną. Dzięki niej dowiedziałam się o takim zawodzie artystycznym, jak liternik, który odpowiada za krój i wygląd liter w komiksie, a którego toż owoc pracy nie dostrzegałam i brałam za coś oczywistego, dopóki nie spojrzałam na komiks jeszcze raz, właśnie przez pryzmat słowa pisanego. Okazało się również, że została wydana, niestety jeszcze nie w polskiej wersji językowej, komiksowa wersja „Na szczęście mleko” Neila Gaimana, po którą też chętnie sięgnę przy nadarzającej się okazji. Tak też kwestie porównywania prac panów na tle innych ich dzieł, osobistego rozwoju i wielu innych kwestii merytoryczno-historycznych, w tej recenzji nie znajdziecie.

A fuj z nimi!

Czy ja już pisałam, że to NIE JEST komiks dla dzieci? Nie, to teraz napiszę – TO NIE JEST ZDECYDOWANIE komiks dla dzieci. Po takim oświadczeniu wystosowanym do jedenastolatki, musiałam zastosować dodatkowe procedury, jak z ulotek z medykamentami – trzymać poza zasięgiem dzieci. To, że w tytule jest Baśniowo, że bohaterką z pozoru jest dziewczynka i kolory przypominają te z May Little Pony, to złudne elementy chorej popkultury.

A fuj...

„Dawno, dawno temu, żyła sobie dziewczynka imieniem Gertrude, która marzyła o niezwykłej krainie, pełnej cudów, magii, śmiechu i radości”, a jej marzenie się spełniło. Jak to jednak bywa z marzeniami, lepiej uważać, czego sobie człek życzy, bo a nuż to dostanie. I tak Gert trafiła do Baśniowa, pełnego niezwykłych istot, wszystkich w cudownych odcieniach landrynek, w której panuje, o rozkosznie brzmiącym imieniu, królowa – Chmuria. Dzielna dziewuszka, by wrócić do domu musi zdobyć klucz do drzwi do swojego świata. Nic prostrzego, gdy się ma specjalnego przewodnika i mapę...

27 lat później...

Poznajcie Gert, trzydziestosiedmioletni, sfrustrowany postrach Baśniowa uwięziony w ciałku dziesięcioletniej dziewczynki z rzygozielonymi lokami. Pałęta się zmora po Baśniowie w poszukiwaniu klucza, a że można być wykończonym życiem w słodkolepkim świecie, to dziewcze sobie nie żałuje. Każdy, kto jej się nawinie pod topór zostaje wypatroszony, dekapitowany lub posiekany. A do tego mała chleje, przeklina i prowadzi się nad wyraz niehigienicznie. A doskwiera wszystkim tak mocno, że, wiadomo, dobry władca musi wziąć sprawy w swoje ręce.

Zaczyna się rozgrywka na siłę i intelekt... dobrze, zostańmy przy sile. Kto wygra krwawa

Gert, czy podstępna Chmuria?

„I żyli długo i burzliwie” to pierwszy tom „Nienawidzę Baśniowa” i jeśli miewacie dni, w których czujecie, że otaczają was wyłącznie ludzie z intelektem obrażającym robactwo, kiedy mielibyście ochotę poczuć nieskrępowane żądze niszczenia wszystkiego bez ponoszenia konsekwencji i jesteście na tyle dojrzali, by wiedzieć, że „nie należy tego robić samemu w domu”, to to jest komiks skrojony na wasze biedne potępieńcze dusze. Ta nieskrępowana swoboda Gert do likwidowania wszystkiego, co jest irytujące wokół niej, pozwala doznać katharsis każdemu, kto chciałby pozbyć się ze swego otoczenia wszystkich zakłamanych, słodkich gęb, które musi czasem oglądać. Nie należy natomiast w „I żyli długo i burzliwie” doszukiwać się żadnego głębszego i moralnie usprawiedliwionego sensu, na tę całą krwawą jatkę, którą urządza bohaterka o dziecięcym obliczu. Czasami nawet akcja bywała dla mnie zbyt obrzydliwa wizualnie, ale teksty, które przewijały się w chmurkach rekompensowały estetycznie nieapetyczne doznania. Liternictwo, słownictwo, humor i kalki językowe okazały się mistrzostwem, które nie jeden raz wywołały banana na moich ustach. 

Nie miałam możliwości porównania edycji polskiej z oryginalną w całości, ale te fragmenty plansz, które dostępne są w sieci, pozwoliły naprawdę docenić zarówno humor oryginału, jak i kunszt tłumaczenia Marcela Szpaka.

Niecierpliwie czekam na kontynuację mocnej dawki krwawych przygód Gert.

Ocena: 9/10