środa, 22 kwietnia 2015

"Skarby stolinów" - Rafał A. Ziemkiewicz


Zbiór zawiera:
- "Hrebor Cudak",
- "Skarby stolinów"
- Uwagi tłumacza

[Krajowa Agencja Wydawnicza, 1990]
[Okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/63332/skarby-stolinow]










AGA:

„Skarby stolinów” to zbiór opowiadań Rafała A. Ziemkiewicza składający się z trzech utworów: Hrebora Cudaka; Skarbów stolinów i Uwag tłumacza. Jest to pozycja, po którą z całą pewnością nie sięgnęłabym z własnej woli. Nie ma jednak jak przymus zewnętrzny, czasem korzystnie jest przeczytać coś, po co nigdy byśmy nie sięgnęli. Czy i tym razem?

Zacznę od „Hrebora Cudaka”, opowieści o chłopcu, który w kołysce został naznaczony klątwą „kobiecego serca” przez złośliwe różenice. To „kobiece serce”, wg autora, spowodowało, że wyrósł on na młodzieńca, a potem na mężczyznę o wrażliwym obejściu, poetycznej, rozgorączkowanej duszy, który nie miał w sobie charakteru, odwagi, waleczności, a wszystkie te cechy nie pasowały do syna Żargrada z rodu Pahwazdów, włodarza Zagradu w krainie Slengu. Hrebor szybko popada konflikt z ojcem i wyrusza na tułaczkę po świecie, a gdzie się pojawi tam kłopoty i śmierć ze sobą przynosi, a że czasy burzliwe wtedy w Slengu były, to i do wielu historycznych rzeczy się przyczynił. Dopiero im bliżej mu było grobu, zaczął poszukiwać drogi, by te wszystkie nieszczęścia i zły los odmienić i ludziom zadość uczynić za szkody, do których się przyczynił.

„Hrebor Cudak”, to jedyna opowieść z całego zbioru, którą z czystym sumieniem mogę polecić. Opowiedziana historia przeklętego bohatera do złudzenia przypomina legendy, podania, opowieści z dawnych czasów, których inspiracje można by poszukać zarówno w dawnych sagach skandynawskich, jak choćby w „Pieśni o Nibelungach”, czy w bardziej współczesnych utworach, jak Oscara Wilde'a „Synu Gwiazdy”. Za największą zaletę utworu można uznać zwięzłą, ale bogatą fabułę, prezentację świata przedstawionego i oczywiście to nazewnictwo, któremu bliżej do słowiańszczyzny, niż do kręgu anglojęzycznego, co dla mnie jest miłą odmianą.

Inaczej sprawa ma się niestety ze „Skarbami stolinów”, których akcja luźno nawiązuje do poprzedniego opowiadania poprzez nazewnictwo i wspominanie wydarzeń z Hrebora, jako wydarzeń historycznych, ale jest całkowicie niezależną nowelą. Na dworzyszczu (!) Sternważa z rodu Astarhów pojawiają się wędrowcy, Żegost i Blizbor, którzy wraz z Harszem z Tragżych, gołąwąsem z okolicy, spędzają u Sternwarża zimę. Dni ciągną się leniwie na piciu, jedzeniu i słuchaniu gędziarza do momentu, gdy pojawia się u wrót ranny stolin, który Sternważowi przypomina o zawartej wcześniej umowie, po czym umiera z odniesionych ran. Sternważ traci humor, a Żegost, Blizbor i Harsz planują wiosenną wyprawę w góry do Gadającego Drzewa. Gdy tylko wiosna nadeszła bohaterowie wyruszają nw podróż, która prowadzi ich do podziemnej krainy stolinów, gdzie muszą zmierzyć się z przedwiecznym złem.

„Skarbom stolinów” zarzuca się odtwórczość, i niestety to prawda, same słowiańskie nazewnictwo nie wystarczy, aby stworzyć coś oryginalnego. Niestety nowela po chamsku przypomina utwory Tolkiena, a jedyną zaletą opowiadania jest umiejętne kreślenie postaci. Ciężko coś więcej napisać o tym opowiadaniu, które po prostu jest bardzo słabe.

A „Uwagi tłumacza” po prostu są pisarskim zabiegiem uzupełniającym historię obu opowiadań, które stylizowane są na zabytek literatury slengdańskiej. Tłumacz w Uwagach zamieszcza głównie informacje o historii, wierzeniach i proweniencji utworów.

Ogólnie ujmując zbiór opowiadań Rafała A. Ziemkiewicza jest słaby, jak pisałam powyżej, jedynie wartość przedstawia „Hrebor Cudak”. Ciężko wykoncypować, co chciał pisarz stworzyć, czy świat słowiańsko-skandynawskiej fantasy, czy może kalkę tolkienowskiego świata. Opowiadania z powodu słownictwa i nazewnictwa, wielu czytelnikom mogą sprawiać kłopot w odbiorze. A jedynym powodem, dla którego zdecydowałam się napisać o tej pozycji jest fakt, że na portalach literackich tak naprawdę ciężko dowiedzieć się przed lekturą, o czym ta książka może być.



  • A book with nonhuman character
  • A book you own but have never read
  • A book by an author you have never read before
  • A book with magic
  • A book of short stories



Ocena: 2/10 (byłoby 1, gdyby nie „Hrebor Cudak”)

Przesłanie: „Nie należy odgrzewać starych kotletów, nawet tak smakowitych jak  utwory Tolkiena”.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

PATI:

„Hrebora” kupiłam za grosze wiek temu, dosłownie. Przemawiało za nim, że był tani, było to przedstawiane jako fantasy, a i nazwisko całkiem znane. Nabyłam go pomimo koszmarnej okładki, rodem z UNICEFu, i dziwacznego tytułu. Nie był to co prawda Sapkowski, dzięki któremu zaczęłam się przekonywać do polskich autorów, ale potrzeba czytania była ode mnie silniejsza. Usiadłam, zaczęłam czytać i po dość krótkim czasie odłożyłam ją z odrazą. Już wtedy wyrosłam ze słowiańskich baśni, za którymi nigdy za bardzo nie przepadałam. Co pewien czas grzbiet „Hrebora” kuł mnie w oczy i pojawiało się jakże ważne pytanie: wyrzucić? dać do spalenia? oddać do biblioteki? Przy tym ostatnim pojawiał się zawsze strach, że mnie wyśmieją. I tak żyłam z tą książką obok, starając się jej nie widzieć. Niestety, a nawet NIESTETY!!! Musiałam za nią chwycić i zmęczyć do ostatniej karteczki.

Teraz z ciut innej beczki. Rafał Ziemkiewicz, prawicowy publicysta, który mam wrażenie aktualnie jest bardziej celebrytą niż pisarzem - świeci triumfy nawet i na pudelku. Jakież było moje zdziwienie, kiedy przeczytałam, że na swoim Twitterze nie tylko wypowiada się w sprawie Kory, czy Dżoany Krupy, ale też nazywa Papieża Franciszka idiotą... I to za jedną z najmądrzejszych rzeczy, jaką Papież mógł w naszych czasach powiedzieć! Mnie się absolutnie odechciało czytania czegokolwiek tego pana i niech we mnie rzucają kamieniami mężczyźni, którzy wykorzystują pijane kobiety. Mam to centralnie gdzieś. ( http://www.pudelek.pl/artykul/71350/ziemkiewicz_kto_nigdy_nie_wykorzystal_nietrzezwej/)


W końcu nadszedł czas, kiedy miało za niedługo odbyć się spotkanie, dokładnie mniej niż za 24h. Godzina Zero nadeszła i należało podjąć decyzję - odpuścić i po raz pierwszy w życiu nie przyjść na spotkanie przygotowaną, czy może się przemęczyć i przy okazji odkreślić jeden z punktów z listy – książka, którą posiadam, a nie przeczytałam? W końcu czym są te dwie godziny z życia? Okazało się, jak podejrzewałam, że były te godziny straconymi bezpowrotnie. Lepiej już było tępo patrzeć na jakiś głupi serial w telewizji – np. Kiepskich (a absolutnie ich nie trawię).

Było źle, było nudno, było słabo i męcząco... Było też okropnie. Bezwartościowa pozycja. To słowo idealnie określa tę książkę. Dno, wodorosty i 20 metrów mułu, a na dnie zdechłe ryby, zbyt obżarte Tolkienem, by nawet pływać po powierzchni. Otrzymałam tylko lekko słowiańską wersje „Hobbita”, połączonego z „Władcą Pierścieni”, całkowicie nie wartą czasu, jaki poświeciłam na czytanie. Ba, nawet nie warta papieru, na którym jest wydrukowana. Kiedy byłam mała (w sensie młoda, a nie niska), miałam taką książeczkę o Królu Popielu, co go myszy zeżarły. Nie lubiłam jej za bardzo chociaż z drugiej strony, jak magnes przyciągała mnie ekstremalnie idiotyczna końcówka. Flaków i mózgów nie było, ale wyobraźnia działała. Klimatycznie „Hrebor” i reszta kompani są osadzeni właśnie w takim klimacie, ale niestety bez nagrody krwawej jatki na końcu. W nagrodę otrzymujemy słabe wyjaśnienia autora i próbę urzeczywistnienia historii, co jeszcze bardziej negatywnie wpływa na ostateczna ocenę.

Ci co mnie znają, od razu wiedzieli, że już na pierwszej stronie dostanę za przeproszeniem wnerwicy (staram się mimo wszystko zachować jakieś strzępki kultury w moich recenzjach i nie używać twardych przekleństw). Tytułowy Hrebor - tchórz i kłamca (te dwa przymiotniki całkowicie dla mnie go opisują, choć jak widać u Agi jest ciut odmiennie) :), jest właśnie taki ponieważ od Rożenic dostał kobiece serce... Widzę, że autor już od lat nie ma dobrego zdania o kobietach. I w sumie tyle w temacie. Pierwsza strona i już coś takiego. Czy rzeczywiście trzeba to komentować? I czy trzeba kontynuować?


Polecam po prostu nie czytać. Omijać. I spluwać z pogardą mniejszą lub większą, do wyboru. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to super recenzja, ale naprawdę nie umiem o tej książce niczego pozytywnego napisać poza jedną rzeczą - dzięki bogom, nie jest za długa. I tyle. Naprawdę, ludzie już wystarczająco się nad nią pastwili, i trudno znaleźć jakiś specyficzny rodzaj błota, którym jeszcze w nią nie rzucano. Wybaczcie, ale sam autor mnie odrzuca i nie chce mi się po prostu tracić na to czasu. Nie warto.



Ocena: 1

Przesłanie: "Słowiańska wędrówka przez Morię i przyległości."



wtorek, 14 kwietnia 2015

"Pół króla" - Joe Abercrombie


Książę Yarvi poprzysiągł zemstę zabójcom ojca. Chce odzyskać czarny tron. Najpierw jednak jako sprzedany w niewolę galernik musi stawić czoło okrucieństwu i srogiemu morzu. I to mając tylko jedną sprawną rękę.

W oczach świata jest słaby. Nie utrzyma tarczy ani nie chwyci za topór, dlatego musi z umysłu uczynić zabójczą broń.

W osobliwej kompanii wyrzutków znajduje wsparcie, na jakie nie mógłby liczyć wśród szlachetnie urodzonych.

Yarvi ma u boku lojalnych przyjaciół, lecz zawiła ścieżka, którą kroczy, może się zakończyć tym, czym się rozpoczęła – niespodziewanym zwrotem, zasadzką i śmiercią króla.

[Dom Wydawniczy Rebis, 2015]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/249962/pol-krola]


AGA:

Proza Joe Abercrombiego pojawiła się na polskim rynku wydawniczym w 2006 roku za sprawą ISA, jednak mam wrażenie, że jego powieści przebiły się do szerszego grona odbiorców dopiero za sprawą „Zemsty najlepiej smakującej na zimno”, wydanej przez Wydawnictwo MAG w 2009 roku, z przyciągającą wzrok okładką. Od tego momentu jego powieści były wydawane dość regularnie i co ważniejsze były czytane, a o jego niejakim sukcesie może świadczyć fakt, że MAG pofatygował się o nowe wydanie Trylogii Pierwszego Prawa, i to w nowym tłumaczeniu. Na fali tej popularności na rynek wydawniczy wkroczyła, tym razem wydana przez Dom Wydawniczy Rebis, nowa powieść „Pół króla” („Half a King”, 2014).

„Pół króla” to historia o losie władców Gettlandu. Krainą tą leżącą nad Morzem Drzazg (Shattered Sea ), rządzi król Uthrik z piękną i bardzo zaradną Złotą Królową, Laithlin. Nieszczęście jednak sprawia, że król wraz z dziedzicem tronu, wpadają w zasadzkę i zostają, co tu dużo mówić, zarżnięci. Pech chciał, że Czarny Tron w wyniku nagłej i niespodziewanej sukcesji obejmuje, może i mądry i wykształcony, ale mało waleczny i raczej skromnej postury, Yarvi, najmłodszy syn. Niestety przeznaczony na Ministra, czyli doradcę królów, Yarvi, nie może sprostać wyobrażeniom poddanych o typowym gettlandzkim królu, nie umie walczyć, przynajmniej skutecznie, raczej chucherko z niego niż skandynawski Pudzian, a co najgorsze ma zniekształconą jedną dłoń, uniemożliwiającą mu trzymanie, obowiązkowej u Gettów, tarczy. Jakby tych nagłych obowiązków i odpowiedzialności było mało, musi koniecznie, jak to u wszystkich walecznych i honorowych narodów bywa, pomścić haniebną śmierć ojca i brata. Rusza więc dzielnie wspierany przez stryja Odema w bój, aby ogniem i mieczem nieść na ustach swoją i rodziny krzywdę. Młode to, to i głupie. Powieść nie byłaby interesująca, gdyby rejterada na Amwend w Vulskardzie skończyła się triumfem. Krótko panujący król Gettlandu zostaje zdradzony i efektem różnych perturbacji trafia jako niewolnik na galerę, gdzie za sprawą niedoli, pielęgnując zemstę w sercu, planuje dotrzymanie złożonej przysięgi krwawego odwetu na mordercach członków rodziny. Tak rozpoczyna się przygoda, która toczyć się będzie zarówno na wzburzonym morzu, jak i na zmrożonym lądzie.

Po lekturze „Zemsty najlepiej smakującej na zimno”, „Czerwonej krainy” i „Bohaterów”, czytając „Pół króla” stwierdziłam z zaskoczeniem, że Abercrombie złagodniał. Powieść, w przeciwieństwie do poprzednich książek, nie jest przesycona krwią, trupami, okrucieństwem, brak jej również defetystycznego cynizmu, tak charakterystycznego dla jego prozy. Może byłabym mniej zaskoczona, gdybym wiedziała przed lekturą, że „Pół króla” rozpoczyna tak naprawdę trylogię dedykowaną młodszemu czytelnikowi. Gdyby wszystkie powieści fantasy dla młodzieży były takie (westchnienie). Owszem brakuje tego charakterystycznego naturalizmu Abercrombiego, ale książka nie trąci infantylizmem i naiwnością, czym najczęściej są skażone powieści dla młodzieży. Bohaterowie rzeczywiście tam, gdzie u „dorosłego” Abercombiego kopnęliby leżącego, tu podają mu raczej rękę, ale nie są cukierkowi, ani lukrowani, tylko po prostu są ludźmi, którzy w gruncie rzeczy nie są źli, tylko życie im dokopało i próbują wyjść z sukcesem na prostą. „Pół króla” jest może trochę przewidywalna, można domyśleć się wielu rzeczy, jest mniej zwrotów akcji, ale jest ona po prostu dobrze napisana.

Podsumowując „Pół króla” to powieść dla każdego, bez względu na wiek, z wartką akcją, która wciąga czytelnika od samego początku. Szybka i satysfakcjonująca lektura, dająca przyjemny odpoczynek. Życzyłabym sobie, by wszystkie powieści dla młodzieży utrzymywały taki poziom.

  • A book that was originally written in a different language.
  • A book published this year.


Ocena: 8/10

Przesłanie: „Jedna z niewielu powieści fantasy, która swoją fabułą i stylem nie upokarza młodzieży”.






poniedziałek, 13 kwietnia 2015

"Rzeki Londynu" - Ben Aaronovitch


Nazywam się Peter Grant. Jestem detektywem i uczę się na czarodzieja – jako pierwszy uczeń od pięćdziesięciu lat. Zajmuję się gniazdem wampirów w Purley, negocjuję rozejm między walczącymi ze sobą bogiem i boginią Tamizy, wykopuję groby w Covent Garden – a to tylko rutynowe działania. Duch rozruchów i rebelii obudził się w mieście i na mnie spada obowiązek przywrócenia porządku chaosie, który wywołał. Albo tego dokonam, albo umrę próbując…

[Wydawnictwo Mag, 2014]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/194624/rzeki-londynu]






AGA:

Przyznaję się, ciężko pisze mi się recenzje książek nijakich, gdy książka jest zła z zapałem mogę ją skrytykować, gdy jest dobra, to z pasją wychwalam jej zalety, ale jak jest nijaka, to mam problem. „Rzeki Londynu” niestety należą do ostatniej kategorii i właśnie sobie zadaje pytanie: „- No i co ja mam z nią zrobić. O czym tu napisać, gdy ma się ochotę skwitować całą powieść po prostu 'może być'”. „Rzeki Londynu” miały być szybkim przerywnikiem pomiędzy czytaniem dwóch innych książek. I nie wyszło mi to ekspresowe czytanie.

Podchodząc do powieści Bena Aaronovitcha wydawało mi się, że będzie to lekkie i szybkie urban fantasy w klimacie steampunk. Nic jednak bardziej mylnego. Akcja „Rzek Londynu”, jak sam tytuł wskazuje, rozgrywa się w Londynie i jest to o dziwo współcześnie znane nam miasto. Założyłam a priori, że jak ma być magia, to będzie to epoka wiktoriańska i że książka wejdzie w klimaty ostatnio tak popularnego steampunku. A tutaj, proszę czytelnika, niespodzianka!!! Główny bohater, zwykły posterunkowy na okresie próbnym, wyciąga komórkę, korzysta z komputera i jeździ samochodem, złoczyńców śledzi za pomocą monitoringów miejskich i strzela z pistoletu. Powieść do połowy toczy się powolnym rytmem, jak na mój gust, przy takich książkach, zbyt flegmatycznym, by nie rzec, że w stylu angielskim. Na początku czytelnik zostaje zapoznany z głównym bohaterem, Peterem Grantem, który wraz ze swoją koleżanką z pracy, Lesley May, stoją przed życiową szansą zostania prawdziwymi gliniarzami lub przed życiową klęską, kończącą się siedzeniem za biurkiem. Peter Grant, jako przeciętniak, lekko ciapowaty syn ćpającego muzyka, dostaje niezwykłą szansę pomagać kolegom zza biurka, a piękna Lesley trafia do brygady od „wielkich spraw”. Jednak, musi być to jednak, inaczej książka byłaby nudna, podczas rutynowego śledztwa w sprawie nierutynowego morderstwa,w którym Lesley i Peter robią za zwykłe stójki, ciapowaty posterunkowy odkrywa w sobie talent konwersacji ze świadkami dość ulotnej natury – z duchami. Przyłapany na takim procederze trafia pod opiekuńcze skrzydła nadinspektora Nightingale'a (ładne nazwisko, ale 'słowik' nijak ma się do postaci), który okazuje się dość wiekowym czarodziejem – nie, nie na szczęście to nie Merlin. Peter Grant wraz z mistrzem i przy pomocy Lesley, starają się wyjaśnić zagadkowe, dość krwawe, związane z magią morderstwa, a równocześnie starają się udobruchać, skłóconych ze sobą Matkę Tamizę i Ojca Tamizę, a także ich liczne potomstwo.

„Rzeki Londynu” z jednej strony są ciekawym novum w urban fantasy, akcja bowiem dzieje się współcześnie w Londynie, który raczej jako miejsce akcji panuje w literaturze grozy lub steampunku, o romansach historycznych nawet nie wspominając, z drugiej jednak strony napisana jest w dość chaotyczny sposób, który utrudnia ogarnięcie realiów świata przedstawionego. Książka jest połączeniem klasycznego kryminału, gdzie bohaterem jest stróż prawa, mający do rozwikłania zagadkę tajemniczych morderstw, występują elementy grozy związane z makabrycznością dokonywanych zabójstw, są też stałe elementy dla urban fantasy, czyli magia, duchy, postaci fantastyczne. Są jeszcze bohaterowie, którzy stanowią, jak dla mnie, największy mankament tej książki. Dlaczego? Ponieważ nie są wiarygodni i mało charakterystyczni. Peter, główny bohater, przedstawiony jest początkowo jako ciapowaty posterunkowy, który może i mógłby się wykazać, gdyby umiał się zorganizować, nagle później staje się szczwanym lisem i przebiegłym magiem. Co najbardziej drażniło mnie w Peterze Grant'cie to jego jedna cecha, która rzuciła mi się w oczy, a mianowicie, gdziekolwiek się pojawiał dostrzegał szczegóły, których żaden facet nie zauważa, a przeciętny policjant, wydaje mi się, tym bardziej, a jakie to szczegóły?, np. wyposażenie domu, zauważa wchodząc do pomieszczenia, że na stole leży dwuletni pecet Della (jeszcze, że zna markę rozumiem, ale skąd wie, że dwuletni), lub na stole stała lampka od IKEI (no dobrze, może dzięki temu autor zarobił na darmowe obiady w ich barze), ale „hipoalergiczna drewniana podwieszana karuzela z serii zabawek edukacyjnych od Galta”, to już przegięcie, bezdzietny policjant nie powinien znać zabawek dla niemowlaków i używać słowa hipoalergiczny. Wolałabym nie wspominać o tym, że posterunkowy był świetnym znawcą kobiecej garderoby, na tyle dobrym, że wiedział, że Matka Tamiza nosi portfelową spódnicę uszytą z austriackiej koronki. Najwyraźniej nie doceniam wszechstronności edukacji policjantów w Wielkiej Brytanii, jednak może gdyby ich kształcono kierunkowo, nie musieli by sięgać do magii, by rozwiązywać sprawy morderstw. Nie wspominając o tym, że wygląda to tak, jakby autor sięgnął do katalogu i wybierał z nich przedmioty do opisu. Postać czarodzieja Nightingale'a też została kiepsko nakreślona, jest on bowiem mistrzem i jedynym czarodziejem w Londynie, a jednak robi za tło, a całe śledztwo i negocjacje z genius loci, pozostawia niedouczonemu, nieprzeszkolonemu posterunkowemu z nierozwiniętym jeszcze talentem do czarów. Zdecydowanie kreowanie postaci Aaronovitchowi nie wyszło. Wszystko, zarówno świat przedstawiony, fabuła, jak i postaci, wykazują duży potencjał, ale niewykorzystany.

Ogólnie rzecz ujmując,fabuła rozwija się flegmatycznie, bohaterowie są mało charakterystyczni, a świat przedstawiony dość chaotyczny, jedyną pozytywną cechą, która mnie powiedzmy miło zaskoczyła, to autoironiczny humor głównego bohatera, taki cyniczny z dodatkiem fatalizmu. Blog jednak nie byłby Zgryźliwy, gdybym nawet chwaląc nie dodała trochę uszczypliowości, a mianowicie szkoda, że Aaronovitchowi starczyło tego humoru tylko na połowę książki. Można przeczytać, ale bez fajerwerków.

  • A book that was originally written in a different language,
  • A book you own but have never read
  • A book by an author you have never read before
  • A book with magic
  • A book set in different country
  • A mystery or thiller
  • A book with nonhuman character

Ocena: 5/10

Przesłanie:”Flegmatyczny kryminał urban fantasy z Londynem w tle.”




niedziela, 29 marca 2015

"Cała prawda o planecie Ksi. Drugie spojrzenie na planetę Ksi" - Janusz A. Zajdel



Dowódca ekspedycji ratunkowej odkrywa prawdę o planecie Ksi, lecz sam powątpiewa, czy to aby cała prawda. Po powrocie na Ziemię zdaje raport swym przełożonym i znowu leci na Ksi. O tym, co tam zastanie i jak potoczą się losy żyjących w ekstremalnych warunkach kolonistów, nie dowiemy się już nigdy, ponieważ autor książki zmarł.



[superNOWA, 2005]
[Opis i okładka:  http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4143/cala-prawda-o-planecie-ksi-drugie-spojrzenie-na-planete-ksi ]





AGA:

Janusz A. Zajdel to ikona polskiej fantastyki socjologicznej, człowiek, który zapisał się na kartach tej literatury na tyle wyraźnie w ciągu dwudziestu lat swojej literackiej działalności, że po jego przedwczesnej śmierci przemianowano ówczesną nagrodę fandomu polskiego Sfinks na Nagrodę im. Janusza A. Zajdla. Jak wspomniałam powyżej Janusz A. Zajdel jest przede wszystkim reprezentantem fantastyki socjologicznej, pisanej w latach 60/70-tych XX w., należy więc zdawać sobie sprawę, że w jego twórczości będą dominowały problemy, zagadnienia i obserwacje odwołujące się do tamtych, trudnych dla Polski czasów. Nie oznacza to jednak, że treść jego książek zdezaktualizowała się w momencie odzyskania niepodległości.

„Cała prawda o planecie Ksi” to typowa powieść szkatułkowa, w której opowieść odnalezionego kosmicznego rozbitka, staje się osią całej fabuły, i przyczynkiem do dalszych wydarzeń. Zacznę jednak od początku. Komandor Sloth, pilot pozaukładowy, którego metryczka drastycznie różni się od jego wyglądu, zostaje wysłany z misją, mającą wyjaśnić, co się stało z Konwojem, który miał dotrzeć na nową planetę. Sloth odnajduje dryfujący statek, a na nim starego człowieka oraz dziennik pokładowy, w którym rozbitek spisał tragiczną historię ekspedycji. Pokrótce, by nie zdradzać całej fabuły, statek „Alfa”, a następnie pozostałe jednostki Konwoju, został przejęty przez grupę terrorystów, którzy zdecydowali się na wprowadzenie nowego ładu społecznego w koloni. Opowieść „11-tki”, bo tak nazywany jest rozbitek, opisuje kształtowanie się nowego społeczeństwa pod wpływem fanatyków opanowanych przez ideę, aż do momentu, który doprowadza go do stanu, zastanego przez komandora Slotha.

Ciężko mi zrecenzować tę książkę Zajdla, ponieważ z jednej strony ukazuje ona mechanizmy tworzenia się społeczeństwa totalitarnego, z drugiej strony jest to pod względem konstrukcji i w sumie nawet realizacji, jeden ze słabszych utworów tego autora.

W posłowiu (SuperNowa, 2005) Maciej Parowski wspomina o proweniencji powieści; miała ona być wypadkową historycznych wydarzeń na świecie związanych z terroryzmem, a frustracją odrzucenia przez cenzora jego książki „Wyjście z cienia”. Napięcie, które odczuwane było w Polsce pod koniec lat siedemdziesiątych i na początku lat osiemdziesiątych, a także czysto osobista, pisarska frustracja, zostały rozładowane przez stworzenie właśnie „Całej prawdy o planecie Ksi”, a gorąca głowa i zawiedzione ambicje, nie są złym motywem do pisania, jednak dzieło potrzebuje później szlifu redakcyjnego, którego tu zabrakło.

Fabuła książki jest prosta jak cep. Misja komandora Slotha jest przyczynkiem do opowiedzenia historii kolonii przez pryzmat spostrzeżeń „11-tki”, dziennik pokładowy ujawnia tragiczne wypadki na pokładzie „Alfy” i na planecie. Zajdel ukazuje cały proces zniewalania społeczeństwa przez grupkę fanatyków, kolejne etapy i metody wprowadzania reżimu za pomocą monopolu informacyjnego i propagandy, ideologii oraz terroru tajnych służb wobec przeciwników rebelii. Rebelianci z „Alfy” przejmują władzę nad społeczeństwem, wykorzystując przewagę i element zaskoczenia, przewrót na szczęście ma prawie bezkrwawy charakter, głównie dzięki temu, że mogą decydować o tym kogo i kiedy wyciągnął ze stanu anabiozy. Kolejnymi cechami charakterystycznymi dla państwa terroru, autokracji i totalitaryzmu, które wprowadził Zajdel do książki są: monopol „tymczasowych” władz na broń, psychologia nienawiści kolonistów wobec Ziemian, fabrykowanie informacji, wyciąganie z anabiozy najmniej inteligentnych jednostek i typowo polski obrazek, czyli żywność i dobra wydawane na bony, o cichym przyzwoleniu na pokątne pędzony bimber nie wspominając. Wszystkie te elementy składają się na kanon państwa totalitarnego. Niestety ten akademicki obraz reżimu, powoduje, że powieść tą czyta się, jak łopatologiczną lekturę szkolną. Konstrukcja fabuły wygląda, jakby całą nienawiść autor przelał względem ówcześnie panującego systemu, wytknął wszystko, a potem za szybko to wydał, by zauważyć, że to takie trywialnie nieskomplikowane.

Niezrealizowana kontynuacja pt. „Drugie spojrzenie na planetę Ksi”, której pomysł Janusz A. Zajdel porzucił z powodu niezadowalającej zaliczki na poczet właśnie drugiej części, doczekała się realizacji, jako efekt przeprowadzonego w 2011 roku konkursu, pod egidą Jadwigi Zajdel, Joanny Zajdel-Przybył i Wydawnictwa superNOWA. W 2014 roku wydano powieść autorstwa Janusza A. Zajdla i Marcina Kowalczyka pt. „Drugie spojrzenie na planetę KSI”.

  • A book set in the future.

Ocena: 4/10

Przesłanie: „Totalitarny powrót do szkoły.”

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

PATI:

„Cała prawda o planecie Ksi”... jest niczym koszmarny powrót do szkoły, gdzie stawiano przed nami wyzwania w postaci lektur mniej lub bardziej przeczytywalnych. Jak ktoś czytał Orwell'a to nie wiem czy przypadnie mu do gustu kolejne odgrzewanie tego samego kotleta. Mnie niestety nie przypadło.

„Główny” bohater, Sloth (jak idealnie pasujące imię), kosmonauta, przez całą tą książeczkę nie zabłysnął ani razu: ani charyzmą, ani inteligencją, ani błyskotliwymi dialogami. Generalnie nie lubię ludzi, stawiających innych na niższym poziomie - bo są od niego młodsi. A już zupełnie nie cierpię facetów, którym w głowie jest bazowanie na swojej opinii (w tym przypadku rzeczywistego wieku) i zasobności portfela (z powodu wykonywanej pracy). A już zupełnie nienawidzę gnojków, którym w głowie tylko, że zacytujmy książkę, „oczy” kobiet i kolejne zaliczanie zdobyczy. Tego bohatera to też i z premedytacją umieściłam w cudzysłowiu, bo w sumie jakby się zastanowić szczerze zastanowić to do od głównych bohaterów czegoś jednak się oczekuje, prawda? Pan Gnuśny natomiast w tej książce nie zrobił zupełnie nic... Pozwolę sobie pokrótce przedstawić „akcję” tej książki: Sloth ma wakacje, które każą mu dowódcy przerwać, bo musi wyruszyć na akcje ratunkową, a Sloth oczywiście marudzi. Slotha budzą przedwcześnie piloci statku, bo spotykają „obiekt latający” i razem z nimi wkraczają na prom należący do konwoju, któremu wyruszyli na ratunek (ojej). Spotykają tam szalonego mumio-pilota – taki tam żywy, ale martwy, czytają jego dziennik (jakieś 50% zawartości książki) po czym docierają na Ksi gdzie oglądają społeczeństwo, a Sloth decyduje się na powrót na ziemię, bo to przewyższa jego kompetencje. KONIEC. Serio i wcale mi nie jest do śmiechu. Najwięcej akcji jest w dzienniku „11” zwanego też Pradziadkiem i to z niego dowiadujemy się co naprawdę miało miejsce na Ksi, a Sloth ma okazję to potwierdzić i zobaczyć co z tego wynikło. Tylko, czy to ciekawe? Jak dla mnie strasznie toporna antyutopia z aż rażącymi odniesieniami do PRL. Ale potem następuje porównanie Lenina do Chrystusa - jako jedynych bezinteresownych przywódców w historii świata - i no kurza noga, aż mnie przytkało na chwilę. Poezję i literaturę socrealizmu to ja czytałam w szkole jako taką tam ciekawostkę humorystyczną, ale Jezus=Lenin - to już cios poniżej pasa i paskudna podlizka pod cenzurę. Od tego momentu zaczęłam postrzegać Zajdla prawie jako Pradziadka, któremu też na końcu nikt nie wierzył, że „on to wszystko robił dla innych”, a nie był sprzedawczykiem i zdrajcą. I tyle w temacie.

Wyobraźcie sobie eksperyment, gdzie świnkami morskimi są ludzie, którzy wybudzeni ze stanu hibernacji dowiadują się, że Ziemia ich oszukała i nie wyposażyła w żadne ułatwiające kolonizacje akcesoria, a żywności jest tyle co kot napłakał. A do „domu” daleko, bo aż 40 lat lotu. Ale to oczywiście jest kłamstwo wymyślone przez rewolucjonistów, chcących wychować społeczeństwo idealne, którzy dokonują w trakcie lotu na Ksi ataku terrorystycznego i obejmują dowodzenie na statku. Wszelakie przywiezione dobra zostają ukryte, a ludzie stopniowo budzeni i zaganiani do pracy przy minimalnych racjach żywnościowych. Wszyscy są niby równi (ale oczywiście niektórzy są równiejsi, o czym decyduje wytatuowany numer porządkowy na czole). Jakikolwiek opór i próba zdrowego rozsądku była karana i piętnowana. Pierwsi osadnicy ze strachu przyjęli nowe doktryny, ale już każde następne pokolenie, które nigdy nie poznało Ziemi, wyrastało w przeświadczeniu, że tam jest jeszcze gorzej. I tak to wszyscy, choć biedni i zacofani, są szczęśliwi i w przyszłości chcą wyzwolić lud macierzystej Ziemi spod jarzma tyranii... Ot i cała historyjka. A teraz się zapytam: no i? Co dalej? Dobra, przyznaję się, że trochę się złośliwie znęcam nad tym tekstem, bo Zajdel zaczął pisać „Drugie spojrzenie na planetę Ksi”, którego nie zdążył już dokończyć, ale traktując to jako osobny tekst literacki, to ewidentnie brakuje mi jakiegokolwiek rozwiązania, podsumowania... no czegokolwiek. Taka tam opowieść trochę o niczym.

Chcecie? To sobie czytajcie. Ja za Zajdla już raczej nigdy nie chwycę.

  • A book set in the future.
  • A book by an author you've never read before.


Ocena: 2/10

Przesłanie: "Co tam chore społeczeństwo, ja chcę urlopu i lasek."




czwartek, 26 marca 2015

"Kolor Magii" - Terry Pratchett

To już prawie dwa tygodnie od kiedy Mistrz nas opuścił. A ja nadal nie potrafię w to uwierzyć... To był dla mnie cios i nawet nie spodziewałam się, że aż tak wielki. To tak jakby umarła cześć mnie. Ci którzy mnie znają, to wiedzą, że już od dawna nie można mnie rozpatrywać w kategorii fana, ale raczej totalnego pratchettoholika. Kiedy pomyślałam, że wraz z Mistrzem odeszła też Babcia Weatherwax, Śmierć, Vimes i Marchewa oraz Vettinari, to opłakiwałam śmierć nie jednego Wielkiego Człowieka, ale i całego świata... Oni umarli również i nigdy więcej nie dowiemy się, jak potoczyły się dalej ich losy. Och, spodziewam się, że prędzej czy później pojawi się ktoś chcący kontynuować dalej tą opowieść, ale to już nigdy nie będzie to samo, niestety. Na razie czekamy na wydanie ostatniej skończonej książki, „Shepard Crown”, rozwijającej dalsze losy Tiffani aka Akwili. Ale co będzie dalej? NIC.

Myślałam nad tym pomysłem już trochę i zastanawiałam się, czy w ogóle zaczynać... Ale znalazłam tylko jeden sposób na oddanie hołdu Pratchettowi - przeczytanie wszystkiego jeszcze raz od początku. Są książki, które czytałam kilka razy, i są też takie, które jak dotąd miałam w rękach tylko raz. Myślę, że pora na swój sposób pożegnać się z Mistrzem. Dobrze, że to będzie długie pożegnanie.

Nie ośmielam się pisać recenzji, czy opinii o tych książkach, a raczej będzie to emocjonalny dialog bazujący na skojarzeniach i przemyśleniach. Aga na pewno znalazłaby na to jakieś piękne i właściwe słowo rodem ze słownika pojęć literackich :) Na pewno będą też spojlery, bo trudno mi będzie je traktować jako pojedyncze książki bez przeszłości i przyszłości.

Nie ukrywam, że staram się zrobić pewnego rodzaju autoterapię, żeby zagłuszyć ból straty i podziękować Terremy Pratchettowi za 20-letnia obecność w moim życiu. Za to, że jego książki były dla mnie odskocznią od życia codziennego, za to, że pocieszały mnie w najgorszych chwilach mojego życia i sprawiały ze gwiazdka była kilka razy do roku. Dziękuję Mistrzu. Za to wszystko i wiele więcej.


1# Kolor Magii

To pierwsza część słynnego wieloksięgu rozgrywającego się na płaskiej ziemi śmieszna, mądra i cudownie zadowalająca jak wszystkie książki Pratchetta. W odległym, trochę już zużytym układzie współrzędnych, na płaszczyźnie astralnej, która nigdy nie była szczególnie płaska, skłębiona mgiełka gwiazd rozstępuje się z wolna... Spójrzcie...

[Prószyński i S-ka, 1994]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4560/kolor-magii]










To pierwsza książka Pratchetta, którą przeczytałam i od niej też postanowiłam rozpocząć mój powolny re-read. Szczerze, to długo się zastanawiałam czy lepiej czytać seriami, czy po kolei... dobrze pamiętałam, że pierwsze części zdecydowanie odstają od mojej ukochanej wizji Świata Dysku. Do tego - nie jestem jakąś tam wielka fanką Rincewinda, bo mam innych ulubieńców na Dysku :) Co uważniejsi czytacze zauważą, że nie wymieniłam Rincewinda kilka akapitów wyżej. Z resztą uważam, że pierwsze książki ze Świata Dysku są raczej no cóż... oczywiście wyśmienite, ale w ogólnym rozrachunku są tymi słabszymi. „Kolor Magii” nie jest jednak pierwszą książką Pratchetta, z którą się spotkałam – pierwszą był „Dysk”, którego wtedy po prostu nie zmęczyłam i musiałam do niego wrócić dopiero po wielu latach, by móc ją odhaczyć jako przeczytaną.

Pamiętam, jak koleżanka pożyczyła mi ”Kolor Magii” od razu z „Blaskiem Fantastycznym” - mówiąc: "przeczytaj są świetne". I były. Wtedy jednak miałam lat 14. Prychałam i śmiałam się jak głupia i po dwóch dniach poprosiłam ją o dalsze części, których wtedy nie było jeszcze za wiele w Polsce. Całkowicie i totalnie pokochałam... Bagaż <3 Jednakże dokładnie w tym samym czasie przeczytałam też „Nudę Pierścienia”, cykl o Kedringernie i „Katarem i magią”, dlatego choć z przyjemnością czytałam kolejne książki Pratchetta, to nie zostałam jeszcze ich wielką fanką. Jak trafiło mi coś do ręki - to nie odmawiałam, zaadoptowałam też częściowo ich styl, ale oczywiście na bardzo niskim levelu i nieudolnie :) Nawet moje prace klasowe przeszły totalne przeobrażenie, a do tego zaczęłam razem z koleżanką pisać humoreskę o Robin Hoodzie i na niej się też nie skończyło.

Teraz czytając po wielu latach ponownie "Kolor Magii" (chyba po raz 5 lub 6 w życiu), nie sposób nie odnieść wrażenia, że to taka tam zabawna opowiastka przygodowa dla młodzieży i nie ma w niej drugiego dna tak, jak w późniejszych jego dziełach. Chociaż, czy na pewno? Tym razem podeszłam do czytania bardzo metodycznie i powoli, robiąc górę notatek i znalazłam w niej przemyconych kilka smaczków, ale do tego jeszcze dojdziemy. Niemniej jest faktem, że to bardzo lekka pozycja, która choć przesycona humorem - nie wymaga zbyt wiele od czytelnika.

Oczywiście nie ma w tym nic dziwnego, że Świat Dysku od „Koloru Magii” bardzo się zmienia i ewoluuje, a postacie popełniają błędy i są opisane w sposób, którego pewnie potem się wstydzą :) Co by nie być gołosłownym, biegnę już z przykładem „podbródków Vettinariego na upierścienionych dłoniach”. Czy: Vettinari częstujący interesantów: „konserwowymi szkarłupniami, kandyzowaną meduzą, czy rozgwiazdą w cukrze”. Późniejszy Vettinari, co najwyżej poczęstowałby Wodą i Chlebem oraz przytulną Celą, a o znajdującym się tam rezydencie szybko by zapomniał. Takie „kiksy” bez problemu odnajdzie uważny czytelnik i potrafią one trochę zniechęcić do tych początkowych części Świata Dysku. Zdaję sobie sprawę, że pisząc „Kolor Magii” Pratchett nie podejrzewał pewnie, że poza tą pozycją pojawi się jeszcze ponad 40 kolejnych, więc nic dziwnego, że pojawiają się pewne nieścisłości. Mnie osobiście one, no cóż... drażnią :) Na przykład Śmierć (dzięki Bogom mówiący już od pierwszej książki odpowiednio DUŻYMI LITERAMI) – zaskoczył mnie jak: „wziął duszę Greicha, ugniatał ją aż stała się punktem bolesnego blasku”, a potem ją połknął – a to raczej niecodzienne zachowanie jak na znaną nam Śmierć. A w innym miejscu spotkałam się ze zdaniem, że „juki Śmierci są wypchane, ale nie mają żadnego ciężaru”, co by wskazywało na to, że właśnie tam przewożone są dusze, które Śmierć zabiera – to także jest dość ciekawe. Jest też napisane, że po Magów Śmierć musi przyjść osobiście (choć po Rincewinda na samym końcu przysłał Demona Skrofuła), a nie przysyłać swoich zastępców: Zarazę albo Głód, ale do tego pewnie wrócimy jeszcze przy okazji czytania „Muzyki Duszy”. Inne ciekawostki, które spotykamy w „Kolorze Magii„ to: Wydział Medycyny oraz Wydział Pomniejszych Bóstw na Niewidocznym Uniwersytecie; Gildia Graczy; za barem „Rozbitego Bębna” stoi mały troll; że istnieją gryzonie zwane szczurami pocztowymi; wspomniane są gnolle, gnomy i skrzaty; a np. trolle po śmierci rozsypują się w żwir... Wszystko to mnie zaciekawiło i postaram się to zweryfikować podczas czytania kolejnych książek z cyklu.
Zaskoczyła mnie także pewna niekonsekwencja, którą pewnie będę śledzić przez dalsze części – na samym początku, czarno na białym jest napisane, że Mag nie może wypowiedzieć liczby osiem; za to już pod koniec książki w zwykłej rozmowie z Dwukwiatem - Rincewind wyjaśnia turyście jak działa Latacz z Krull - i bez zająknięcia mówi, że potrzeba do tego ośmiu magów rangi czwartej... Czyż to nie ciekawe zjawisko? W ogóle w całej książce Rincewind wypowiada „osiem” dwa razy i aż nie mogę się doczekać czy złapię na tym też i innych Magów. No co? Każdy ma jakieś hobby :)

W przedmowie do wydania jakie posiadam (koszt książki to tylko 17 zł!) napisano, że Pratchett pytany, czy wierzy w magię, odpowiada, że więcej magii znajdzie się w zwyczajnym domowym komputerze, niż na sabacie czarownic, jednakże wielu ludzi poważnie traktuje czary, ale on sam wierzy w cywilizację technologiczną. Tu taki mały p.s. – swoje książki Sir Terry w danym czasie oddawał wydawcy na dyskietkach – co uznałam za absolutnie urocze :) Ale wracając do słów samego Mistrza – jest to jakby podsumowanie tej książki. Rincewind miał nadzieję, że magia w Imperium Agatejskim skąd pochodzi Dwukwiat działa jakoś „lepiej”, że potrafią np. „zaprząc błyskawicę”. O wiele łatwiej było również Rincewindowi wyobrazić sobie samolot, niż latającego smoka, w którego jakoś nie potrafił uwierzyć. Można więc uznać, że Rincewind to pierwszy i chyba jedyny Mag na całym Świecie Dysku, który wierzy, że istnieje coś lepszego niż ogólnie panująca magia – a my potrafimy to nazwać – to technologia. Zresztą z opisów Rincewida każdy Mag na Świecie Dysku naprawdę łatwo nie ma. Czas jaki trzeba poświęcić na nauczenie się najprostszego zaklęcia to minimum trzy miesiące, które po wypowiedzeniu / użyciu znika, a po śmierci Maga wszystkie niewypowiedziane zaklęcia się same wypowiadają. Do tego jeszcze Starsi ujarzmili magię i zmusili ją do przestrzegania Prawa Zachowania Rzeczywistości, co pokrótce można wytłumaczyć, że wysiłek do osiągnięcia celu nie zmienia się niezależnie od użytych środków. Stworzenie samej iluzji szklanki jest proste, bo wymaga ona tylko subtelnej gry świateł, ale za to podniesienie prawdziwej szklanki, wymaga kilku godzin przygotowań, jeśli Mag nie chce by prosta zasada dźwigni wycisnęła mu mózg przez uszy. Do tego sama magia nie umiera - tylko stopniowo zanika, a z ksiąg napisanych przez Magów - po ich śmierci stopniowo wycieka. I tutaj moje pytanie - najbardziej magiczną księgą na dysku jest OCTAVO, która należała do samego Stwórcy, to czy to oznacza, że Stwórca nie żyje skoro ciągle wycieka z niej Magia? To pytanie pojawiło mi się znikąd i nie wiem, czy nie posunęłam się za daleko w przypuszczeniach.

Na sam koniec chciałabym się z Wami podzielić kilkoma cytatami, które utkwiły mi w pamięci w trakcie czytania:

Kring – magiczny miecz wykuty z błyskawicy, należący do Hruna Barbarzyńcy, powiedział takie oto mądre słowa: „Sam jesteś swoim największym wrogiem, Rincewindzie” i teraz odnieśmy to do nas samych. Ile razy strach sparaliżował nas przed zrobieniem czegoś, albo zepsuł nam radość przeżywania jakieś sytuacji? Na przykład ja mam lęk wysokości (czy jak mawia Ricewind – lęk gruntu, bo to nie wysokość zabija :) i pamiętam jak mój Misio zaproponował wyjście przez okno na rusztowanie, które nam postawili z okazji zapędów ociepleńczych bloku. Wyjść – wyszłam, ale wszystko co pamiętam, to wcale nie romantyczną atmosferę oglądania zachodu słońca i słodkie wyznania, ale paniczny strach, przez który po minucie już byłam z powrotem w środku hiperwentylując. Albo jak mój Misiasty skakał na bungee i zaproponowano mi, żebym z nim wjechała na te 83 metry w ramach towarzystwa; co oczywiście wyśmiałam. Takie przypadki mogłabym wymieniać garściami :) A dotyczy to tylko jednego mojego lęku z wielu... :D

Trudno jest mi też nie zgodzić się z samym Rincewindem, który twierdzi: „Poznałem już emocje i poznałem nudę. Nuda była lepsza”. Bogowie, jak ja kocham moje nudne życie! Stresy i takie tam to jak mam codziennie w pracy, a w domu to kocham spokój i rutynę. Kiedyś nie usiedziałam w domu ani godziny spokojnie, a teraz najlepszy sposobem na weekend to wieczór z książką/serialem/filmem, ewentualnie od czasu do czasu jakaś domówka, czy inne planszówki. Wszystko co mi jest niezbędne do życia można streścić w jednym obrazku (mojego autorstwa):
I święty spokój!
I internet :D

Na sam koniec zaprezentuje nam się sam Śmierć: „ ALE WRESZCIE ZROZUMIAŁEM, ŻE PRĘDZEJ CZY PÓŹNIEJ KAŻDY UMIERA. WSZYSTKO UMIERA W SWOIM CZASIE. MOŻNA MNIE OKRAŚĆ, ALE NIE MOŻNA MI NICZEGO ODEBRAĆ”


Żegnaj Mistrzu po raz pierwszy.

wtorek, 24 marca 2015

"Piętno rzeki" - Patricia Briggs

Zmieniająca się w kojota Mercy Thompson wie, że jej wspólne życie z jej partnerem, Alfą wilkołaków Adamem, nigdy nie będzie nudne, ale nawet ich wesele nie poszło zgodnie z planem. Niemniej jednak, dziesięciodniowy miesiąc miodowy na brzegi rzeki Columbia, gdzie są zupełnie sami, tylko ich dwoje, powinien to nadrobić. Ale podróż – i ich odpicowana przyczepa – jest prezentem od rasy fae. A nic, co związane z tą rasą, nie przychodzi z łatwością i bez ograniczeń…

[Fabryka Słów, 2015]
[Opis i okładka: 
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/93896/pietno-rzeki]






AGA:

Patricia Briggs, to amerykańska pisarka znana z książek z serii o Mercedes Thomson, które powstały na fali egzaltacji nie tyle urban fantasy, co wilkołaczych, wampirzych, a nawet zombicznych amantów. Pierwszy tom serii wydany został dwa lata po K. Harrison „Przynieście mi głowę wiedźmy”, a rok po premierze „Zmierzchu” S. Meyer. Aktualnie, po trzech latach od wydania „Zrodzonego ze srebra”, na rynku polskim ukazał się szósty tom serii - „Piętno rzeki”.

Mercedes Thompson, jak pięknie zostało to określone, nigdy nie zaczyna nadnaturalnych rozrób, natomiast zawsze je kończy. Przyciąga paranormalne kłopoty jak magnez, tym bardziej, jako awatar Kojota, ma skłonności do wprowadzania nie tyle chaosu, co zmian. We wszystkich tomach bohaterka wpada w tarapaty, z których udaje jej się zawsze z mniejszymi, bądź większymi obrażeniami, wyjść cało. „Piętno rzeki” pod tym względem nie różni się od innych części.

Adam i Mercy połączeni zostają węzłem małżeńskim, a więc książka rozpoczyna się bardzo słodkawo i romantycznie. Zaciekawił mnie jeden aspekt tego wydarzenia, a mianowicie nie występuje w powieści problem akceptacji wilkołaków i istot magicznych przez Kościół, rozumiem, że to nie tej klasy powieść, by prowadzić dywagacje religijne, ale jednak brak konfliktu pomiędzy Kościołem, a istotami nadnaturalnymi z jednej strony jakby uprawomocnia ich istnienie w świecie ludzi, z drugiej jednak strony jest to nierealna akceptacja, a autorka zamyka sobie w ten sposób możliwość wprowadzania ciekawego wątku, np. świętej inkwizycji. Wracając jednak do treści książki; Mercy i Adam udają się w podróż poślubną, a gdzie? Wilkołak w Paryżu? Kojot na Akropolu? Egzotyczne plaże tylko dla futrzaków? Nie, to byłoby zbyt romantyczne, dlatego udają się w niedalekie strony, zresztą bliskie autorce, na kemping stworzony przez królową wróżek, z przyczepą kempingową pożyczoną od wujka Zee, który sam to wszystko zaproponował. A przecież w poprzednim tomie wyraźnie podkreślono, aby nie pożyczać, nie prosić o pomoc, czy przysługę istot magicznych. Oczywiście książka byłaby totalnie stracona dla czytelnika, który nie pała miłością do sielankowych opisów pożycia małżeńskiego, dlatego w końcu po około 120 stronach pojawia się pierwszy domniemany trup i pierwsza prawdziwa, aczkolwiek oddychająca ofiara, na pocieszenie dodam, że z odgryzioną stopą, a raczej jej brakiem. Jak to w świecie Mercy bywa, okazuje się, że wujek Zee nie bezinteresownie oddał im do dyspozycji przyczepę. Małżeństwo Hauptmanów musi dowiedzieć się, co grasuje w rzece, dlaczego Mercy ukazuje się duch ojca, a także pozbyć się piętna rzeki i spróbować przy tym nie zginąć.

Niestety szósta część przygód kojocicy okazała się, jak dotąd, najsłabszym tomem w serii. Znakomitą część książki stanowią wewnętrzne dywagacje Mercedes na różne tematy, najpierw dotyczące ślubu, a następnie jej poczucia braku przynależności, niedostosowania do grupy i inne bolesne postraumatyczne pseudopsychologiczne roztkliwianie się nad sobą. Konstrukcja powieści została oparta na prostym i konwencjonalnycm schemacie; Mercy wpada w tarapaty, musi rozwikłać, powiedzmy, że tajemniczą zagadkę, następnie ratuje świat. Efektem pracy autorki nad tym tomem jest wielki niedobór wszystkiego, czym książki z tej serii odróżniały się od innych, a mianowicie; prawdziwej tajemnicy, niespodziewanych zwrotów akcji, bogatego tła magicznego. Patricia Briggs, jakby idąc po łatwiźnie, uczepiła się pochodzenia Mercy, jej domieszki krwi indiańskiej i całą fabułę oparła na tym wątku. Powieść mogłaby zostać uratowana, gdyby nie postać potwora wodnego ukształtowanego na wzór chińskich smoków oraz magicznego ołtarza odlanego z betonu na kształt Stonehenge. Rozumiem, że kultura Ameryki Północnej to głównie kiczowaty zlepek wielu kultur, że w Maryhill, rzeczywiście istnieje taka replika kręgu megalitycznego, że zbiory Muzeum Sztuki w Maryhill, najprawdopodobniej autorka opisywała z autopsji, ale to jednak za mało. Wszystko, co zostało zaczerpnięte z bogactwa kultury Indian jest powierzchowne i płytkie, dlatego cała historia jest po prostu słaba.

„Piętno rzeki”, gdyby nie sentyment do bohaterów całej serii, uznałbym za szmirę. Historia Mercy w tej powieści jest naciągana, płytka, prosta jak cep i stereotypowa. Jako miłośniczka książek Patricii Briggs, mam ogromną nadzieję, że w kolejnych tomach odżyje duch prawdziwego talentu pisarki, inaczej uznam, że należało zabić bohaterkę w piątym tomie.

  • A book published this year.
  • A book with nonhuman character.
  • A book by female author.
  • A book set in different country.
  • A book with magic.
  • A book that was originally written in a different language.



Ocena: 3/10

Przesłanie: „Nie miałam pomysłu, a tam wezmę trochę indiańskich wierzeń, dorzucę Stonehenge, zamieszam miłosną pałeczką i Mercy stanie się pogromczynią chińskiego smoka. Fani wszystko łykną, a co tam.”



środa, 25 lutego 2015

"Atlas wysp odległych" - Judith Schalansky


Wysmakowany album, w którym literatura łączy się z kartografią, by zabrać czytelnika w niezwykłą podróż po pięćdziesięciu tajemniczych lądach.

Portretując pięćdziesiąt odległych wysp rozsianych na pięciu oceanach, Judith Schalansky udowadnia, że atlas geograficzny to najbardziej poetycka z książek. Z pracowicie zebranych relacji historycznych i danych naukowych wysnuwa intrygujące literackie miniatury. Zestawiając je z subtelnymi, całostronicowymi mapami, tworzy całość o wielkiej mocy oddziaływania na wyobraźnię. Jedyną w swoim rodzaju, romantyczną książkę-marzenie, która zachwyci wszystkich miłośników wyimaginowanych podróży.

„Atlas wysp odległych” zdobył pierwszą nagrodę w konkursie na najpiękniejszą niemiecką książkę roku.

Olga Tokarczuk tak napisała o "Atlasie":

"Ta wspaniała książka sięga do prawdziwego sedna podróży – to już nie nerwowe i kompulsywne przemieszczanie się po świecie z popularnym przewodnikiem w ręku, lecz spokojna i dogłębna kontemplacja osobliwości świata. Określenie „palcem po mapie” nabiera tutaj zupełnie innego znaczenia – staje się poznawaniem bardzo osobistym, wręcz zmysłowym. Zgadzam się z Autorką: kartografia powinna zostać uznana za rodzaj literatury, a atlas należy traktować jak tom poetycki".


[Wydawnictwo Dwie Siostry, 2014]
[Opis i okładka z: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/205582/atlas-wysp-odleglych]

AGA:

Wydawnictwo Dwie Siostry specjalizuje się w literaturze dla dzieci i młodzieży i od dłuższego czasu gości na półkach mojej córki, głównie ze względu na wysoki poziom edytorski, a także ze względu na szatę graficzną wydawanych książek. Wydawnictwo wybiło się na polskim rynku literatury dziecięcej, dzięki serii „Mistrzowie ilustracji”, w której ukazują się reedycje klasycznych powieści literatury dla dzieci, w twardych oprawach ozdobione pracami najwybitniejszych polskich ilustratorów, oraz mapami ilustrowanymi przez Aleksandrę i Daniela Mizielińskich, które zasłynęły swą urodą i niespotykaną koncepcją w całej Europie. Jednak, z powodu takiego, a nie innego profilu wydawniczego, jest to wydawnictwo, o którym poza rodzicami, pedagogami i bibliotekarzami mało kto wie, ponieważ literaturę przeznaczoną dla dorosłych wydają w niewielkiej ilości.

Wydawnictwo Dwie Siostry wydało w 2013 roku książkę, która w 2009 roku uzyskała tytuł Najpiękniejszej Niemieckiej Książki Roku, która na łamach wielu portali, blogów i grup społecznościowych przewijała się bez przerwy, i której urodę sławiono wszędzie, jak piękną Helenę. Niestety w związku z dość niebagatelną sumą, którą należało by wydać, aby ją mieć na własność, oczekiwałam pojawienia się tej pozycji na bibliotecznych półkach i moja cierpliwość w końcu została wynagrodzona. W grudniu 2014 roku wpadł w moje ręce „Atlas wysp odległych” Judith Schalansky.

Co to jest „Atlas wysp odległych”? W pierwszej chwili myślałam, że będą to historie o mitycznych, legendarnych lub wymyślonych wyspach. Jednak zgodnie z tym, co zamieszcza wydawnictwo na stronie internetowej, jest to pięćdziesiąt odległych wysp rozsianych na pięciu oceanach, Judith Schalansky udowadnia, że atlas geograficzny to najbardziej poetycka z książek. Z pracowicie zebranych relacji historycznych i danych naukowych wysnuwa intrygujące literackie miniatury. Zestawiając je z subtelnymi, całostronicowymi mapami, tworzy całość o wielkiej mocy oddziaływania na wyobraźnię. Z wieloma powyższymi stwierdzeniami będę polemizowała poniżej, aczkolwiek jest to podstawowy obraz oraz to, czego można spodziewać się po tej publikacji. Judith Schalansky, rocznik 1980, dziecko zamkniętych granic i podzielonych Niemiec, studiowała historię sztuki i projektowanie komunikacji wizualnej, a także dogłębnie zgłębiła zagadnienia typografii książki. Ze wstępu dowiedzieć się można więcej; że zakochała się w mapach, gdy granice były nieprzekraczalne; że mapy polityczne kłamią; że pięknem rozbłyskają wyłącznie mapy fizyczne, które nie dbają o wydarzenia historyczne; że odkryła kiedyś w atlasie akwarelę wyspy, odwzorowanej bez skali i bez odniesienia do stałego lądu, którą określiła najbardziej samotną wyspą, jaką kiedykolwiek widziała. Te wszystkie informacje zawarte w przedmowie dużo mówią o autorce oraz o proweniencji książki, która powstała z miłości do map, a one przecież mogą łagodzić tęsknotę powstałą z samego obcowania z rycinami odległych lądów. Ta miłość zgubiła autorkę, nie pierwszego i nie ostatniego pisarza, który nie umiał okiełznać własnej pasji.

Każda karta wyspy opatrzona jest kilkoma niezmiennymi cechami: nazwa wyspy, ewentualna przynależność do archipelagu, nazwy w innych językach (w szczególności tych zmieniających przynależność terytorialną), koordynaty (współrzędne geograficzne), odległość do trzech wybranych lokalizacji, oś czasu z zaznaczonymi ważniejszymi datami, tekst (opowieść) i oczywiście mapa w skali 1 : 125 000. Książka opatrzona jest również glosariuszem i indeksem. Układ książki, staranność typograficzna, minimalizm w grafice, jednolity układ wprowadzają czytelnika w błąd, że jest to publikacja popularnonaukowa, tym bardziej, że autorka w przedmowie wielokrotnie nadmieniała o nieustannym uczęszczaniu do bibliotek i korzystaniu z wielu zbiorów kartograficznych. Niestety nic bardziej mylnego. Uważny czytelnik, taki który nie wierzy na słowo, doszuka się wielu nieścisłości. Pierwszą z nich jest fakt, że autorka raz przedstawia wyspę, a raz archipelag wysp, nie nadmieniając o tym czytelnikowi, tak jest chociażby z St. Kilda, które są szkockim archipelagiem wysp. Trzy lokalizacje wyspy względem innych terytoriów, są wybierane losowo, bez jakiegokolwiek klucza, ani nie są to najbliższe lądy, ani nie są one wybrane ze względu na strony świata, jedynie wybór pisarki decydował, które wyspy i kraje zostaną umieszczone na osiach odległości. Kolejnym brakiem konsekwencji oraz przypadkowością doboru wykazała się autorka przy podawaniu powierzchni wyspy, raz autorka podaje powierzchnię wyspy (np. Wyspa Atłasowa), a za drugim razem powierzchnię całkowitą, do której włączone są również przybrzeżne inne wysepki, a także wody terytorialne (np. Robinson Crusoe). Te brak konsekwencji łatwo niestety wyjaśnić, ponieważ najbardziej prawdopodobnym źródłem wiedzy autorki była Wikipedia, czego dowodzi właśnie powierzchnia wyspy Robinson Crusoe, ponieważ właśnie na niemieckojęzycznej Wiki zostaje podana powierzchnia zgodna z tą w książce, a mianowicie 96,4 km kw, gdzie na angielskojęzycznej i polskojęzycznej podana zostaje powierzchnia 47,94 km kw. Podobną sytuacje można odszukać w danych dotyczących ludności, autorka podaje liczbę mieszkańców w oparciu o dane statystyczne zawarte głównie w Wikipedii i nie byłoby w tym nic bulwersującego, gdyby nie fakt, że nie trzymała się jednego rocznika, tak, by można było sobie ewentualnie porównać stan ludności pomiędzy wyspami, tylko skacze po datach jak pijany zając, raz jest to rok 2000 (np. Brava), za drugim razem 2002 (np. Robinson Crusoe), za trzecim z 2009 (np. Trindade). Raz udało mi się odszukać inne źródło danych populacji, gdyż nie mogłam je dopasować do żadnej ze stron Wikipedii, i odnalazłam dane ludności na stronie Mysterra Magazine, a dotyczyły te dane wyspy Ascension. Tak chaotyczne, nieujednolicone czerpanie wiedzy i przekazywanie jej dalej, bardzo umniejsza wartość książki i zaufanie do autorki. Rozumiem, że Judith Schalansky apelowała w przedmowie, aby kartografia powinna w końcu zostać uznana za rodzaj literatury, a sam atlas za gatunek poetycki, ale dokąd by człowiek dotarł, gdyby mapy traktować tak, jak autorka potraktowała statystykę, demografię i historię?

Skąd pojawiła się taka zacięta dociekliwość w poszukiwaniu nieścisłości, przecież sięgałam po "Atlas wysp odległych" nastawiona pozytywnie i mając nadzieję brać udział w podróży pełnej zaczarowanych miejsc? Lektury "Atlasu" nie rozpoczęłam od sprawdzania poprawności informacji, ale od po prostu czytania opowieści. Czytając wcześniej różne recenzje na blogach literackich spotkałam się z opinią, że są to historie tajemnicze, będące zwierciadłem dla marzycielskiej duszy człowieka, który pragnie odkrywać nowe lądy. Fakt są to niejednokrotnie tajemnicze historie, tak tajemnicze, że aż niezrozumiałe, wyrwane z kontekstu historii, wybrane fragmenty jakiegoś incydentu, wspomniane wydarzenia, ubarwione tak, ze wydają się czasem zatrważające, wręcz nieprawdziwe. Niestety wielokrotnie są one dla czytelnika po prostu niezrozumiałe, to że autorka wiedziała o czym pisze, nie oznacza, że odbiorca tego tekstu zrozumie to w jakikolwiek sposób. Najlepszym przykładem na bezsensowność tekstu, jest opis dotyczący wyspy Annabon, gdzie podawanie skrótów 3COV, EA5BYP , czy DJ9ZB i nadmienienie o jakiejś stacji nadawczej, nie daje czytelnikowi dosłownie nic, ani przyjemności z opowieści, ani jakiejkolwiek wiedzy, o zrozumieniu nie wspominając. Nie rozumiejąc przekazu pisarki, zaczęłam wertować Internet w poszukiwaniu zrozumienia (!!!) . Innym razem opowieść o wyspie jest po prostu nudna, jakby autorka nie miała pomysłu na nią lub wydarzenia, które miały miejsce przytłoczyły ją i wybrała najprostszą z możliwych historii, czego przykładem jest historia wyspy Tristan da Cunha, gdzie autorka pominęła najciekawsze informacje, że jest to prawie wyspa przeklęta, bowiem jak nie wybucha wulkan, to następuje izolacja wymuszona przez I Wojnę Światową, albo następuje plaga szczurów na przemian z zarazą wybijającą owce, połowa społeczności ma astmę, a cała popadła w alkoholizm. Z "Atlasu" o wyspie można dowiedzieć się „ekscytującej” informacji o panującym tam mikrokomunizmie, który mniej miał wspólnego z utopistycznymi ideami, co sugeruje autorka, a bardziej po prostu z warunkami i specyfiką życia.

Drążąc opowieści spisane przez Judith Schalansky w "Atlasie wysp odległych", odkryłam wiele interesujących historii i zaskakujących informacji. Zdobyłam też pewność, że nie należy bezkrytycznie wierzyć w to, co spisane na papierze, że ta drobna nieufność wobec autora ma swoje podstawy, a czasem może niespodziewanie odkryć przed nami niespotykane pokłady wiedzy i zdolności. Czytając historie wielu wysp odkryłam, oczywiście nie pierwsza i nie ostatnia, że pomimo tego, że jak to autorka określa, że wyspy są przecież tylko małymi kontynentami, że człowiek jest nie tylko zwierzęciem stadnym, ale potrzebuje również przestrzeni i innych stad, aby się właściwie rozwijać. Większość historii wysp przeplata się z tragediami ludzkimi, wynikającymi z izolacjonizmu, braku dostępu do edukacji, opieki medycznej, a nawet do zróżnicowanego pożywienia. Czytając opowieści o życiu wyspiarzy, można dowiedzieć się o klątwach rzuconych na społeczeństwa za grzechy, które po dokładniejszej analizie okazują się skazą genetyczną wywołującą achromatopsję na Pingelap lub astmę na Tristan da Cunha lub okazuje się chorobą zabijającą noworodki, która jest po prostu tężcem noworodkowym na St Kilda. Jednak bywają wyspy przeklęte, gdzie nieszczęścia zdarzają się znacznie częściej niż na innych np. Tristan da Cunha, czy od samego początku skazane są na moralną zagładę, jak np. Pitcairn, gdzie osiedliła się w 1790 roku część zbuntowanej załogi „Bounty”, gdzie również doszło do walk wynikiem których pozostał na wyspie jeden mężczyzna i dziewięć kobiet, a aktualnie żyjący potomkowie osadników jakby ulegli złemu czarowi, bo w 2004 roku siedmiu mężczyzn na 47 mieszkańców zostało oskarżonych o wykorzystywanie seksualne nieletnich, te 14% społeczeństwa, okazało się pedofilami. Nie spotkałam wyspy szczęśliwej, jedynie te, które są bezludne, mają w sobie więcej neutralnego szczęścia niż inne, co świadczy tylko o tym, że człowiek wpływa na wszystko bardzo destruktywnie.


"Atlas wysp odległych" jest doskonałym przykładem na świetny pomysł, fatalnie wykonany. Książka pod względem zamysłu, typografii i grafiki jest fantastyczna, bardzo inspirująca, ale niestety odniosłam wrażenie, że autorka chcąc uhonorować te wszystkie małe wyspy, zatraciła się w niefrasobliwości, niszcząc własną książkę. Pozycja ta bowiem traci w moich oczach całkowicie, nie jest bowiem ani dobrym źródłem wiedzy, ani też dobrą literaturą, co więcej wprowadza i mami czytelnika, że jest inaczej. Niestety załączenie glosariusza i indeksu nie czyni ją naukową, brak jest rzetelnej bibliografii (choć nie mogło być inaczej, biorąc pod uwagę to, że zapewne źródłem wiedzy była głównie Wikipedia), brakuje też legend do map, wyjaśnienia metodologii tworzenia tego atlasu. Brak mi słów, że zachwyt nad formą jest w obecnych czasach na tyle potężny, że przyćmiewa zdroworozsądkowy krytycyzm.
  • A book  by female author
  • A book of short stories
  • A book set in different country
  • A nonfiction book
  • A book based on thru story
  • A book by an author you have never read before
  • A book that was originally written in a different language


Ocena: 3/10

Przesłanie: "Marketing i typografia motorem sukcesu, podkreślającego bezkrytyczny zachwyt bezrefleksyjnego czytelnika pokolenia obrazkowego".