niedziela, 16 sierpnia 2015

„Lot sowy” - Mercedes Lackey & Larry Dickson



Rodzice Dariana byli myśliwymi, którzy w Lesie Pelagirskim łapali w pułapki istoty zmienione przez magiczne burze, a potem sprzedawali ich fantastyczne skóry. Darian jednak nie towarzyszył im w ich ostatniej wyprawie do Pelagiru – polowania, z którego nigdy nie wrócili.


Obecnie Darian jest uczniem czarodzieja Justyna, życzliwego starca, który uparcie twierdzi, że Darian ma „talent”. Jednak pogrążony w rozpaczy po stracie rodziców chłopiec nie jest zainteresowany magią i zamiast się uczyć, szuka pociechy w lesie, gdzie ukryty wśród olbrzymich drzew samotnie przeżywa żałobę. I to właśnie ze swojej kryjówki na skraju Lasu Pelagirskiego Darian widzi atak północnych barbarzyńców na swoją wieś. Samotny i bezsilny ucieka w głąb lasu. Nie wie jednak, że w odwiecznych ostępach zamieszkują Jastrzębi Bracia, lud starożytny i magiczny, a ucieczka doprowadzi go do odkrycia, którego ani Justyn, ani rodzice nie mogli przewidzieć…

[Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2015]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/232169/lot-sowy]

PATI:

Pierwszą książkę Mercedes Lackey przeczytałam jeszcze w szkole podstawowej i przyznam się szczerze, że głównie to okładka „Strzały Królowej” skusiła mnie do jej zakupu. Jak się okazało - nockę miałam z głowy. Następnego dnia pognałam jak szalona po „Lot strzały”, a na zbliżającą się gwiazdkę rodzice sprezentowali mi „Upadek Strzały”. Jeden jedyny raz w życiu zdarzyło mi się, że zaraz po skończeniu trzeciej części trylogii chwyciłam od razu za tom pierwszy i przeczytałam ją w całości raz jeszcze. Cała "Trylogia Strzał Królowej" to najczęściej polecana i pożyczana przeze mnie książka i teraz myślę, że to wręcz cud, że zawsze do mnie wracała. Może pożyczający wiedzieli, że zabiłabym i trupowi wyrwała moje najukochańsze książki? Dzisiaj okładka trzyma się już tylko na taśmie klejącej, ale te wspomnienia... te wylane łzy...

Jakieś 2-3 lata temu powtórzyłam cały Cykl o Valdemarze - poza dwoma tomami „Przysięgi i honoru” - w ramach niemego protestu, że nie wydano całości, a jedynie 2 tomy z 3. Chwyciłam za Valdemar nie tylko chcąc przypomnieć sobie losy bohaterów, z którymi dorastałam, ale też trochę z ciekawości, jak bardzo zmieni się mój odbiór tych pozycji. I muszę przyznać, że choć miejscami niektóre książki są dość naiwne, to nadal czyta się je wyśmienicie, a kreacja świata: fauny, flory i pomysły autorki na akcje są naprawdę rewelacyjne. Z resztą naiwne wydawały mi się tylko poszczególne tomy, w których głównymi bohaterami byli ci nieletni. Te dorosłe wcale, a wcale nie odbiegały poziomem od najlepszych pozycji z gatunku fantasy. Mam nadzieję, że tym wstępem wyjaśniłam wam jak bardzo uwielbiam tę autorkę i jak mocno czekałam przez ten cały czas na to, żeby zostały wydane kolejne, niepublikowane dotąd części z jednego z moich ulubionych światów fantasy. Czy te dwadzieścia lat czekania opłaciło się?

„Lot Sowy” to, na szczęście tylko powierzchownie, naiwna opowieść o kolejnym biednym osieroconym nastolatku. Darian stracił oboje rodziców i wioska postanowiła, że skoro posiada jakiś talent magiczny, to będzie uczył się na czarodzieja. Nie ukrywajmy, że rozpieszczonemu przez rodziców chłopcu, nie w smak jest jednak nauka, on kocha las i tam czuje się najlepiej. Jego arogancja i lenistwo jest oczywiście źle przyjmowana przez resztę zamkniętej i odizolowanej społeczności. Jego rodzice także nie byli wcześniej akceptowani - jako ci, którzy nie dość, że przybyli z zewnątrz to jeszcze zajmowali się nie rolą, ale polowaniami na tajemnicze i groźnie stworzenia z Lasu Pelagirskiego. Darian znosi więc przytyki z powodu swojego pochodzenia z mniejszą lub większą godnością, ale nie zapominajmy, że jest on nadal tylko dzieckiem. W dniu, kiedy jego wioska zostaje zaatakowana przez barbarzyńców ucieka w głąb puszczy i jego życie się zmienia - spotyka na swojej drodze Legendarnych Sokolich Braci, ale jakże odmiennie ukazanych, niż w trylogii „Magicznych Wiatrów”.

Faktem jest, że sama historia jest prawdopodobnie całkiem fascynująca dla młodych czytelników, ale dość banalna dla dorosłych. Tam gdzie młodzież znajdzie przygodę i akcję, a może i wzór do naśladowania oraz podwaliny pod wiarę we własne siły; tam niestety pełnoletni czytelnik ziewa, a główny bohater będzie go na zmianę: irytować, drażnić, mocno wkurzać i śmieszyć. Dość antypatyczny, wiecznie narzekający chłopiec, do tego ciągle we łzach, nie zdobył mojego serca mimo swojej niewątpliwej inteligencji i odwagi (choć czasem można ją i nazwać głupotą wieku szczenięcego). Miejscami wydawał mi się aż tak nieprawdziwy w swojej dobroci i poczuciu obowiązku, że aż nie chciało mi się wierzyć, że dziecko zwłaszcza w wieku 13 lat postępowałoby właśnie w taki sposób. To dziwne, bo znam młodocianych bohaterów od "Mercedeski" i aż mi się nie chciało wierzyć, że mogła stworzyć aż taką karykaturalną postać. Chociaż trzeba przyznać, że Vanyel też w książce "Sługa Magii" był raczej irytującym gnojkiem, ale za to na jakiego mężczyznę wyrósł :) Jest więc może i nadzieja dla naszego Dariana.

Ale tak naprawdę, to nie na Dariana zwracałam uwagę, a głównie na postacie dorosłych, i na to jak one są opisane. Szczególnie na to w jaki sposób postępują ze zbyt inteligentnym na swój wiek chłopcem. Każdy miał na to własny sposób: jedni bardzo głupi, a inni trochę mądrzejszy, ale za to bardziej podstępny. Postępowanie Justusa spostrzegłam jako dość egoistyczne, jeśli chodzi o podejście do szkolenia chłopca. Aż się chciało mi krzyczeć, że bycie dobrym nauczycielem, to też jest wielka sztuka i naprawdę nieliczni ja opanowali. Gawiedzi wioskowej nie trudno przyznać trochę racji co do sposobu postrzegania chłopca - nie dość, że „psuł” im własne dzieci, to jeszcze w żaden sposób nie przykładał się do powierzonych mu zadań. Choć wypominanie mu rodziców i złej krwi jest absolutnie naganne, to nie powiem, ale mnie też by w końcu zirytowało, że chłopak ma wszystko za przeproszeniem w nosie i nawet nie zarabia na własne utrzymanie. Fakt, że oczekiwali wdzięczności w dość nachalny sposób, nie zmienia wcale faktu, że ta wdzięczność im się należała. No i Sokoli Bracia - to już szczyt obłudy. Niby tacy dobrzy, a tak naprawdę jakby się zastanowić to bardzo wygodni i bezwzględni. Śnieżny Ogień wprost mówi, że bez zmrużenia okiem poświęci życie chłopca, a z drugiej nazywa go braciszkiem i pozwala mu się wypłakiwać na ramieniu. Oczywiście widziani oczami dziecka wydają się jednak społeczeństwem idealnym, wyrozumiałym, rodzinnym i wojowniczym (choć dość zapobiegawczym i roztropnym). Darian nie wie jednak, że nauczenie go języka Tayledrasów było tylko przykrywką do zrobienia pętli w jego umyśle, by powstrzymać go przed napadami histerii, na które dorośli nie mieli czasu. Ale czy naprawdę, czy po prostu było im tak wygodnie? Spoglądając na "Lot Sowy" z tej perspektywy zupełnie już inaczej zaczęłam odbierać tę książkę - przestała być dla mnie infantylna i banalna. Raczej ukazywała, jak inteligentne dziecko może zburzyć spokój w każdej społeczności i jak można sobie z nim poradzić. Albo i nie radzić zupełnie.

Do tego, z resztą jak zwykle w swoich książkach, Lackey ukazuje nam Valdemar jako miejsce dość bezwzględne, że życie w nim to wcale nie jest słodka bajka. Autorka nie stroni od brutalnych scen oraz otwarcie opowiada o okrucieństwach świata. Dużo wydarzeń jest tylko zasygnalizowanych, ale nie trzeba się bardzo wysilać, by zrozumieć, że chodzi o homoseksualizm, prostytucję, czy pedofilię. I choć książka jest miejscami zbyt przegadana, zbyt dosłowna, to jednak nie sposób się od niej oderwać. Trochę za krótka, trochę zbyt mało akcji, zbyt dużo analizy psychologicznej, a jednak jest tak wyśmienicie napisana - ubrana w proste słowa i niezwykle płynna. Dużym plusem także były nawiązania do postaci znanych z poprzednich książek, na które uśmiechałam się z rozczuleniem i znów nabrałam ochoty by do nich powrócić. Nie zapomniałam także, że ęą książkę Lackey napisała ze swoim mężem Larrym Dixonem, ale tak jak "Trylogia Magicznych Wojen" także napisana w tandemie z małżonkiem, odbiegała od reszty książek, tak "Trylogia Sowiego Maga" jak najbardziej wpisuje się w jakże mi dobrze znany styl "Mercedeski".

Mogłabym się czepiać Zysku i S-ka za stronę 108 gdzie pomylone są imiona postaci, mogłabym także podyskutować na temat opisu z tyłu książki - Jastrzębi Bracia oraz hasła "Chłopiec, który nie ma nic, sięga po moc (!!!???), żeby zmienić świat". Ale nie będę. I to z bardzo egoistycznych pobudek - chcę wreszcie poznać dalsze losy Valdemarczyków i ich sprzymierzeńców. Marzę o wydaniu wreszcie pełnych trylogii i dokończenia Cyklu. A po cichu liczę także na reedycję.

W kolejce na mnie czekają „Oczy sowy”. I wiecie co? Już nie mogę się doczekać. Naprawdę. Zwłaszcza, że Darian już trochę dorósł i mam nadzieję na więcej akcji i ogólnie bardziej dorosłą pozycję. Polecam głównie fanom autorki w celu uzupełnienia cyklu oraz młodym (męskim) czytelnikom, w których może "Lot Sowy" zaszczepi miłość do tego świata, jak u mnie to zrobiła Talia i jej historia. Mercedes Lackey warto poznać w wieku nastoletnim - to miłość i sympatia, która pozostaje do końca życia.

  • A book published in this year
  • A book with non human characters
  • A book by a female author
  • A book set in a different country
  • A book from an author you love tha you haven't read yet
  • A book at the bottom of your to-read list
  • A book with magic
  • A book that was originally written in a different language


Ocena książki: 7 / 10
Przesłanie: "O tym jak chłopiec wpada z deszczu pod rynnę."



  

wtorek, 11 sierpnia 2015

"Szczurynki. Szczurzy żywot w opowiastkach i obrazkach" - Olga Gromyko


„Czasami pisarze muszą robić dziwne rzeczy. Na przykład łazić po piwnicy z zapalniczką (sprawdzając, na ile wystarczy i co za jej pomocą można zobaczyć), studiować grzyby jadalne z atlasem w ręku lub czytać śmiertelnie nudne podręczniki do fizyki. Albo hodować szczura, żeby jak najbardziej prawdopodobnie opisać jego zwyczaje”. 


W taki to sposób do domu Olgi Gromyko trafił szczur, ochrzczony imieniem Falk. Miał to być tylko jeden, jedyny, malutki szczurek, kupiony jako materiał badawczy do tworzonej właśnie powieści. A potem… Zaszczurzyło się w domu pani Olgi błyskawicznie, kiedy jedna po drugiej zaczęły w rodzinie pojawiać się ogoniaste damy. Ryska, Vesta, Fudżi… Każda z własnym, indywidualnym charakterem, obyczajami i gustami. 

Na podstawie obserwacji szczurzego towarzystwa powstała następnie książeczka pt. „Szczurynki” zawierająca przezabawne anegdoty z życia zwierzątek, dramatyczne opowieści o ich przygodach w domu, na wystawach i nawet na planie filmowym(!), jak również konkretne porady praktyczne dla początkujących hodowców (aczkolwiek bez moralizatorstwa). Szczur to nie zabawka i nie mebel – szczur to osoba! 

Dodatkowym atutem „Szczurynek” są prześliczne, dowcipne ilustracje wykonane przez Marinę Misiurę, dzięki czemu jest to znakomita lektura dla czytelników w każdym wieku.


[ Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2015]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/258467/szczurynki-szczurzy-zywot-w-opowiastkach-i-obrazkach]


AGA:

„Szczurynki. Szczurzy żywot w opowiastkach i obrazkach” to zbiór trzydziestu jeden historyjek o szczurach, które z literaturą fantastyczną bezpośrednio nie mają nic wspólnego. Pośrednio z fantasy łączy je osoba autorki, a także powieść którą poczyniła „Rok szczura. Widząca” (Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2014). Olgi Gromyko żeńskiej części czytelników zapewne nie trzeba przedstawiać, ale może nie wszyscy zaznajomili się z jej powieściami, a szkoda, i nie wiedzą, że jest to białoruska pisarka fantasy, której, jak zresztą większości pisarek zza wschodniej granicy, cechą charakterystyczną pisarstwa jest nieprzeciętne poczucie humoru. W latach 2007-2011 Fabryka Słów wydała cykl o Wiedźmie, a w 2014 roku zainteresowało się autorką Wydawnictwo Papierowy Księżyc, wydając najpierw „Wiernych wrogów”, a potem „ Rok szczura. Widzącą”. Z powodu tego ostatniego tytułu, a raczej w wyniku pisarskich eksperymentów, powstały właśnie „Szczurynki”.

Czasami pisarze muszą robić dziwne rzeczy. Na przykład łazić po piwnicach z zapalniczką (sprawdzając, na ile wystarczy i co za jej pomocą można zobaczyć), studiować grzyby jadalne z atlasem w ręku (wydanie siódme, poprawione i zmienione) lub czytać śmiertelnie nudne podręczniki do fizyki (bez szczególnych sukcesów, ale przynajmniej próbowałam!). Albo hodować szczura, żeby jak najbardziej prawdopodobnie opisać jego zwyczaje.” („Rok szczura” w: „Szczurynki”, Papierowy Księżyc, 2015, s. 12). 

Przygotowując się do napisania powieści „Rok szczura”, autorka kupiła na targowisku szczura Falka, który po półrocznych obserwacjach został oddany szczurzemu hodowcy. Jednak ziarno uwielbienia dla szczurków zostało zasiane i pustka pozostawiona przez Falka niespełna miesiąc później została wypełniona przez Ryskę, a potem jeszcze przez Lerkę Wiewióreczkę, Vestę, Pasię, Fudżi. Jak widać z czasem autorka popadła w szczurouwielbienie i jedynie, co ją ograniczało to szczurolimit, wyznaczany przez pojemność klatki. Czytając opowiadania dowiadujemy się o istnieniu Srogich Mińskich Hodowców, którzy odsiewają niegodnych potencjalnych właścicieli szczurów o podstępnej i mrocznej osobowości od tych potencjalnie odpowiednich opiekunów ich ukochanych szczurków, o potrzebie znalezienia w pobliżu doktora Szczulittla, konieczności posiadania „szybkiej szczurzej pomocy” i o trzech fazach szczuromanii. A to dopiero początek dobrej lektury, bo zrębem wszystkich opowieści jest ubarwiona, świetnie opisany behawioryzm szczurynek; nie ominie czytelnika wątpliwa przyjemność dowiedzenia się, że szczurek zestresowany to szczurek smrodliwy, że jednym capnięciem szczurzysko potrafi przegryźć kark króliczego noworodka, że szczurynki bawią się w koronczarki, wystarczy podsunąć zasłonę, a koronka powstanie, jak się patrzy, że lubią w uwielbieniu zaznaczać szczynami swój teren, ale także, by nie było tak naturalistycznie potwornie można też dowiedzieć się, że szczurki szczękają zębami, gdy są zadowolone, potrafią kulturalnie brać udział w biesiadach popijając przysmaki winkiem, a także dostarczają nieograniczonej rozrywki podczas urządzania regularnych najazdów koczowniczej ordy szczurów na Sporne Terytorium Graniczne.

Czym są „Szczurynki”? Można by założyć, że jest to zapis warsztatu pracy pisarza nad nową powieścią, albo poradnikiem dla neofitów w zakresie hodowli szczurów, albo zapisem behawioralnym tych gryzoni, a może nawet zabawnym zbiorem historyjek o rozbrykanych domowych pupilach – tak naprawdę ten zbiór jest tym wszystkim po trochu. Może to też być lektura dla starszych dzieci, jednak przy udziale dorosłego czytelnika i jedynie pod warunkiem, że potem nie będzie pretensji do autorki, że po lekturze pojawi się klatka z nowymi lokatorami. Niezaprzeczalnym atutem jest, jak zawsze, niesamowity i bezapelacyjnie rewelacyjny dowcip Olgi Gromyko. Kto inny mógłby bezkarnie drwić ze srogich mińskich hodowców szczurów, następnie nabijać się z samej siebie transportującej zasikanego szczura pod zimową kurtką, opisywać z takim wyczuciem antropomorficzne zachowanie gryzoni, a nawet krytykować reżim Łukaszenki?

Czy „Szczurynki” są lekturą wyłącznie dla miłośników prozy Olgi Gromyko? Nie, sądzę, że każdy znajdzie w tych krótkich formach coś ciekawego dla siebie. Czy jest to pozycja dla znawców, hobbistów i pasjonatów klatkowych gryzoni? Nie, aczkolwiek zapewne oni będą mieli podwójną przyjemność z czytania. Czy czytelnik czujący atawistyczną niechęć do szczurów odnajdzie przyjemność w czytaniu tych opowiastek? Tak, pod warunkiem, że nie cierpi na murofobię, rodentofobie lub mizofobie, ewentualnie posiada bardzo słabą wyobraźnię. Skutkiem ubocznym czytania „Szczurynek” zdecydowanie będzie niekontrolowane, nagłe wybuchy śmiechu, a także chęć nabycia tych zwierzątek, na szczęście do opanowania przez zdrowy rozsądek, jeśli go czytelnik oczywiście posiada.

  • A book published this year.
  • A book with nonhuman character.
  • A funny book.
  • A book by female author.
  • A book of short stories.
  • A book set in different country.
  • A book based on thru story.
  • A book that was originally written in a different language.


Ocena: 9/10
Przesłanie: „Mamusiu chcę szczurynkę !!!!”



poniedziałek, 10 sierpnia 2015

"Czarny Wygon: Słoneczna Dolina" - Stefan Darda


Pierwszy tom dwuczęściowej powieści Stefana Dardy, nawiązującej klimatem do dzieł Stephena Kinga. Bohaterem książki jest pewien dziennikarz, który postanawia rozwikłać tajemnicę przeklętej wioski na Roztoczu. W tej sielskiej okolicy pojawiają dziwne postacie i mają miejsce przerażające incydenty, które coraz bardziej osaczają Uchmanna.


[ Videograf II, 2010 ]
[ Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/49385/czarny-wygon-sloneczna-dolina]







PATI:

O panu Stefanie Dardzie słyszałam od kilku osób, zupełnie ze sobą nie związanych, które polecały mi jego książki rękami i nogami. W końcu w bibliotece jakoś tak w oko mi wpadła pierwsza część "Czarnego Wygonu" i postanowiłam się poddać, i dłużej nie opierać. Zaledwie jeden wieczór zabrało mi przeczytanie tej książki, ale mieszane uczucia pozostały na dłużej. Nie siadłam - jak to staram się zazwyczaj robić - od razu do pisania recenzji, ale zostawiłam sobie pełen weekend na dokładne przemyślenie tej pozycji ,by broń Boże, nie być dla niej niesprawiedliwa.

Uwielbiam legendy o zatopionych za karę wioskach; o ruinach ludzkich siedlisk, gdzie po dziś dzień można usłyszeć dzwony z wieży kościelnej, która dawno temu już obróciła się w proch; zaginione wśród lasów, zapomniane przez nasz świat, wymazane z map; czasami z błahego powodu, czasami na skutek strasznych wydarzeń, czasami opuszczone po dobroci, a czasami pod przymusem... Zawsze kiedy trafiam w takie miejsce przypomina mi się pewna stara piosenka:

"Gdy tak szedłem leśnymi ścieżkami,
pośród lasów trafiłem do wioski,
wszystko chwastem już prawie zarosło,
w jednej chacie zostałem na nocleg.
Gdzie stąd odeszli ludzie, którzy piekli chleb?
Gdzie są ich pieśni, czemu zamarł w cerwi śpiew?
Gdzie dym z kominów, studziennych żurawi skrzyp?
Pozostała pustka, czasem echa tamtych dni,
tamtych dni, tamtych dni..."

* Leszek Kopeć - Sen z łemkowskiej wioski (Ballada o łemkowskiej wiosce)

W "Słonecznej Dolinie" poznajemy historię takiej właśnie wioski i muszę przyznać, że bardzo pomysłowy sposób miał autor na owo "zaginięcie wioski". Wiemy, że mieszkańcy uczynili "jakąś rzecz straszliwą" i przez to została na nich nałożona klątwa. Żyjący w niej nadal ludzie nie mogą opuścić tego tajemniczego miejsca, nie starzeją się i nie mogą też zostać zabici. Mogą natomiast popełnić samobójstwo - co niestety nie jest najlepszym rozwiązaniem i ma swoje implikacje. Do tego nic nie może zostać zniszczone, ale też i niestety stworzone. Życie w tak małej społeczności sprawia, że zabójstwa zdarzają się na porządku dziennym - często są traktowane jako "ostateczny argument", albo zwykłe wyładowanie złości - a przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie. Ta część książki najbardziej mnie zainteresowała i równocześnie przypadła do gustu. Szkoda, wielka szkoda, że nie była to ta "główna" część. Bo z drugiej strony pan Darda serwuje nam przemyślenia i "przygody" Witolda Uchmanna, dość zniszczonego przez życie dziennikarza od spraw paranormalnych. Życie mu się zupełnie nie poukładało i do tego pokopało z każdej strony. Pewnego dnia otrzymuje on tajemniczego e-maila i postanawia pojechać na południowo-wschodnie krańce Polski i zbadać temat. No i wpadł nam Witek jak śliwka w kompot z głośnym chlupotem.

Samą książkę czyta się bardzo szybko z dużym zaciekawieniem. Niestety, i piszę to z wielkim smutkiem, nawet nie tyle mi się ona nie podobała, co po prostu jakoś tak mnie nie zachwyciła, i jest mi z tego powodu bardzo, bardzo przykro. Nic mnie w niej nie zaskoczyło (naprawdę!), nic mnie nie przeraziło. Pozostało tylko wyżej wspomniane zaciekawienie, któremu być może i w oślim uporze, ale się opieram.

Po pierwsze - dla mnie, niestety nie jest to ani horror, ani powieść grozy, za to na pewno jest to powieść z klimatem. Tylko, że... ja tego klimatu nie chwytam :( Nie byłam nigdy na Roztoczu, nie miałam przyjemności włóczyć się po jego lasach, ani po wioskach, ba, ja nawet niewiele na jego temat wiem. Ech, gdyby to było w Bieszczadach! Tak, wtedy myślę, że mój odbiór tej pozycji byłby na pewno inny. Nie przeraziło mnie też nic - bo i nie miało co. Mam bać się małych dziewczynek w sukienkach w grochy? Upiora z Guciowa (litości jaka nieklimatyczna nazwa!) co to jest bez twarzy i szlachtuje ludzi nożem, tylko że tak trochę bez sensu? Zaś rzucanie psem mnie bardziej oburzyło niż przestraszyło. No nie, ja potrzebuję trochę więcej żeby poczuć ciarki na plecach i innych takich. To w sumie klimat powinien być w tej książce najważniejszy - a nie wydarzenia, a jak pisałam - klimatowi się jakoś tak nie wiadomo czemu nie poddałam. Fakt - przez moment wędrówki Witolda w mrocznym lesie, pomyślałam: "ojej, a ja sama w domu", ale to było przez jakieś 30 sekund. Jednak, to pół minuty, podniosło zdecydowanie moją ostateczną ocenę książki.

Dwa - osobiście nie przepadam za powieściami szkatułkowymi - moim zdaniem wiele straciła ta książka przez kolejne "dwie opowieści" - być może, gdyby nasi bohaterowie - już obojętnie którzy, czy Rafał Gielmuda, czy Witold Uchmann - opowiadaliby swoją historię osobiście, na pewno byłoby ciut ciekawiej. Ta jedna "szkatułka" mniej... zwłaszcza, gdy Witek brulion Piaseckiego od pewnego momentu bardziej przegląda, niż czyta. Poczułam się wtedy oszukana - że zabrano mi część opowieści - może nie taką super ważną dla samej fabuły, ale na pewno dzięki niej bohaterowie byliby "pełniejsi", a ich losy kompletne.

Trzy - i tu nastąpi moje największe ale - brak rozwiązania zagadki, co takiego przeskrobali mieszkańcy Starzyzny ze Słonecznej Doliny do szczętu i bezapelacyjnie mnie zdenerwował. Ja wiem - coś trzeba było w drugiej części umieścić, ale niestety w moim odczuciu, było to trochę jak chwyt marketingowy - kupcie następną książkę. Zwłaszcza, że z tego co się już zorientowałam, w następnej części Wygonu rozwiązanie pojawia się dość szybko - ale za to plenią się już następne tajemnice i zagadki. Właśnie dlatego bardzo się zastawiam nad tym, czy czytać dalej - męczy mą duszę, co się stało, że spadła na nich taka kara, ale opieram się ile mogę :) Zastanawiam się nawet, czy nie do czytać kolejnego tomu tylko do tego momentu! Tak trochę w ramach, może i bezsensownego protestu. A z resztą, jak mam być zawiedziona, to może wcale nie warto?

No i cztery - niestety w samej książce niewiele się dzieje. Witek głównie myśli, czyta, rozmawia, jeździ ciut bezsensu "w te i na zad", łazi po parkach i lasach, a akcji tak trochę jak na lekarstwo. Dużo ciekawiej jest w samej Starzyźnie i jeszcze raz podkreślę, jak bardzo mi przykro, że ta część opowieści jest "dziurawa".

Naprawdę bardzo chciałabym być oczarowana przez "Czarny Wygon". Chciałabym móc ją polecać tak, jak mnie była ona polecana. A tak, mogę tylko napisać: "przeczytajcie". Z wielką chęcią z wami porozmawiam na ten temat. Może uda wam się mnie jakoś przekonać, albo wskazać mi coś, co przeoczyłam, co być może zmieni moje odczucia na temat "Słonecznej Doliny".

  • A book with non human characters.
  • A mistery or thriller.
  • A book friend recommended.
  • A book written by an author you've never read before.


Ocena: 5 / 10
Przesłanie książki: "Niestety za mało, by się bać".

poniedziałek, 27 lipca 2015

"Wojna w blasku dnia. Księga II" - Peter V. Brett


Żeby wygrać wojnę, trzeba stoczyć walkę z sobą. 

Świat, w którym nocą ludzkość chroni się przed atakiem demonów, a dzień przynosi rozgrywki polityczne i walkę o władzę.

Tylko dwóch mężczyzn może stanąć na drodze Otchłańcom. Jednego z nich wspiera kobieta z nożem. 

Peter V. Brett jest dziś tak rozpoznawalnym autorem jak George R. R. Martin, Robert Jordan i Terry Brooks. Powieści z cyklu demonicznego – Malowany człowiek, Pustynna włócznia i Wojna w blasku dnia podbiły już księgarskie rynki całego świata.

[Fabryka Słów, 2013]
[Opis i okładka: http://fabrykaslow.com.pl/ksiazki/wojna-w-blasku-dnia-t-2]



AGA:

Po Cykl Demoniczny sięgnęłam w 2013, czyli dość późno, bo pięć lat po premierze „Malowanego człowieka”. Opis książki błędnie sugerował, że będzie to young adult, a ja pałam niechęcią do młodzieżówek. Jednak jak już sięgnęłam po pierwszy tom cyklu, to czytałam, czytałam, czytałam, aż mi delikatnie mówiąc, obrzydł i wyhamowałam na drugiej księdze „Wojny w blasku dnia”. Po pierwszej części tomu trzeciego zmęczona byłam już bohaterami, ich obyczajowymi, sercowymi i moralnymi rozterkami, więc porzuciłam książki Petera V. Bretta na dwa lata. W związku z pojawieniem się kolejnego tomu cyklu - „Tronu z czaszek”, wróciłam do przygód Arlena i Jardira.

Drugi wolumin „Wojny w blasku dnia” jest naturalną kontynuacją księgi pierwszej, tym bardziej, że Fabryka Słów sztucznie podzieliła jeden tom na dwie księgi, oczywiście wiadomo z jakich względów, mniej lub bardziej zrozumiałych i akceptowalnych przez czytelników.

Leesha z Rojerem i towarzyszącymi im Krasjanami wraca do Zakątka, w którym Arlen Bales alias Wybawiciel, przygotowują osadę do walki z demonami w czasie Nowiu. W Zakątku budowany jest wielki run, Arlen z Renną i mieszkańcami przygotowują się do starcia. Książę Thamos stara się utrwalić swoją władzę nad osadą, Rojer wprowadza zamęt w społeczności, przywożąc swoje dwie krasjańskie żony, a Leesha próbuje odzyskać pozycję, a także odnaleźć się w nowej rzeczywistości. W Krasji Jardir umacnia swoją pozycję Shar'Dama Ka dzięki pomocy Inevery i Abbana, odkrywa dodatkowe możliwości wzmacniania artefaktów i szykuje się do walki. Obie krainy z Południa i Północy będą musiały zmierzyć się w czasie Nowiu z demonami umysłu wysłanymi z Otchłani.

Cóż można napisać o książce z cyklu, który wszystkim lub prawie wszystkim się podoba? Zdecydowanie proza Petera V. Bretta przypadła do gustu czytelnikom dzięki umiejętnemu tworzeniu fabuły, lekkiemu pióru oraz umiejętnemu balansowaniu między akcją a stagnacją. Niewątpliwym atutem są bohaterowie, których pisarz kreuje bardzo dynamicznie, zmienia się ich światopogląd, ewoluują wielokrotnie, dzięki czemu czytelnik ma okazję utożsamiać się z każdym z osobna. Czy oznacza to, że „Wojna w blasku dnia” jest powieścią idealną? Oczywiście, że nie. Zdecydowanym minusem tej księgi są dysproporcje pomiędzy fabułą poświęconą Zakątkowi, a Krasji. Odniosłam wrażenie, że autor mocno skupił się na wątkach obyczajowych i społecznych, które pojawiły się z przybyciem Rojera i Leeshy do Zakątka, ich wpływ na społeczność, a także wewnętrzne dylematy zielarki, mocno zdominowały pierwszą część książki. Rozterki i przemyślenia bohaterów były na tyle długo rozpatrywane, że ja jako czytelnik z utęsknieniem czekałam na Nów i demony, bo tak naprawdę ileż można czytać o ciąży, ślubie i mało utalentowanych grajkach. Autor poświęcił Arlenowi i jego przyjaciołom 62% powieści przez co wydarzenia w Krasji zeszły na dalszy plan, a sama walka Szar'Dama Ka z demonem umysłu sprowadziła się wyłącznie do pojedynczego pchnięcia włócznią.


Tak czy inaczej, pomimo tych drobnych niedoskonałości, „Wojnę w blasku dnia” czyta się z pasją równą pozostałym tomom, a jej zakończenie zdecydowanie podsyca zainteresowanie dalszymi losami bohaterów.

  • A book with more than 500 pages.
  • A book with magic.
  • A book that was originally written in a different language.
  • A book you started but never finished.

Ocena: 7/10

Przesłanie: "Lekkie pióro pozwala pisarzowi przedłużać dobrą historię w nieskończoność".

poniedziałek, 6 lipca 2015

"Laguna" - Nnedi Okorafor



Troje nieznajomych, a każde z nich ma swoje problemy. Biolog morski Adaora. Słynny w całej Afryce raper Anthony. Udręczony żołnierz Agu. Kiedy wędrują po plaży Bar Beach w Lagos, legendarnej nigeryjskiej metropolii, są bardziej samotni niż kiedykolwiek.

Kiedy jednak coś podobnego do meteorytu wpada do oceanu, troje ludzi zabranych przez falę zostaje ze sobą związanych na wiele trudnych do zrozumienia sposobów. Wraz z Ayodele, gościem z gwiazd, przebijają się przez Lagos i walczą z czasem, by ocalić miasto, świat... i samych siebie.
"Nie było czasu na ucieczkę. Nie było czasu na odwrót. Nie było czasu na krzyk. I nie było też bólu. Przypominało to wyrzucenie w gwiazdy".

[Wydawnictwo Mag, 2015]
[Opis i okładka:http://lubimyczytac.pl/ksiazka/224135/laguna]


AGA:


„Uczta wyobraźni”, jak wielokrotnie wspominałam, jest serią bardzo specyficzną, w której ukazują się książki dziwne, zakręcone, dalekie od głównonurtowych powieści fantasy i science fiction. Sięgając po którąkolwiek pozycję z tej serii, jestem przekonana, że spotka mnie coś całkiem nowego i odmiennego, dlatego często traktuję tę serię, jak odskocznię, chwilę oddechu od pozycji lekkich, łatwych i przyjemnych. „Laguna” Nnedi Okorafor zdecydowanie wpisuje się w kanon tych dziwnych i odmiennych, choć amerykańska pisarka nigeryjskiego pochodzenia, sięgnęła po stare sprawdzone motywy z klasyki literatury science fiction.

Akcja rozpoczyna się wizją jakiejś niszczycielskiej siły, która w wodach Zatoki Gwinejskiej atakuje z mściwą satysfakcją podwodną część rurociągu, ciesząc się jego unicestwieniem. Dopiero po chwili czytelnik stwierdza z zaskoczeniem, że właśnie przeczytał fragment o uczuciach włócznika (ryba), który został obdarowany przez kosmitów niespodziewanie wielkimi gabarytami. Po takim wstępie czytelnik przenosi się na lagoską plażę Bar Beach, na której spotyka się przypadkowo, 8 stycznia 2010 roku, trójka ludzi. To oni staną się osią fabuły, i to oni będą pierwszymi ludźmi, którzy dostąpią wątpliwego zaszczytu pierwszego kontaktu z obcymi. Adaora, nigeryjska, zamożna pani oceanolog, Anthony, ghański raper, i Agu, nigeryjski żołnierz zostają porwani przez, wywołaną przez kosmitów, oceaniczną falę w głąb zatoki. Po tym dość niecodziennym kontakcie z przedstawicielami obcej cywilizacji, wracają na ląd z Ayodele, posłem, mającym na celu z jednej strony poznać ludzi i ich świat, z drugiej strony pokojowo zaanonsować przybycie „nowych” mieszkańców Ziemi. Adaora, Agu i Anthony będą zmuszeni skonfrontować się z fanatycznym, chrześcijańskim kapłanem Oke, nawróconym na wiarę mężem Adaory, Chrisem, grupką homoseksualistów chcących obcych wykorzystać do swojej seksualnej rewolucji, wojskiem, a także tajemniczym Kolekcjonerem Kości, a wszystko po to, aby dotrzeć do prezydenta Nigerii, który jako jedyny może pokojowo przywitać obcych i poddać się zmianom, które ze sobą niosą.

Gdyby tylko oprzeć się na tym skrócie fabuły, najprawdopodobniej większość nie sięgnęłaby po tę książkę i wcale, a wcale bym się temu nie dziwiła. Sama koncepcja powieści jest trywialna. Trzonem fabuły staje się pierwszy kontakt ludzkości z przybyszami z kosmosu, co więcej autorka sięga do wielu znanych motywów, można przypomnieć film „Otchłań” Jamesa Camerona, czy książkę „Kula” Michaela Crichtona oraz film na jej podstawie Barry'ego Levinsona, które ukazywały potencjał podmorskiego świata. Nnedi Okorafor w Podziękowaniach przyznaje się, że inspiracją do powstania tej powieści był film „Dystrykt 9” Neilla Blomkampa, który wzbudził w niej gniew, choć nie tłumaczy dlaczego. Rzeczywiście film i powieść Okorafor mają pewne cechy wspólne; opowiadają o kontakcie z obcą cywilizacją, o społecznej ksenofobii, a także akcja rozgrywa się w jednym z państw afrykańskich. Jednak wydaje się, że Okorafor stara się wybronić naród nigeryjski, może i przedstawia różne grupy społeczne, które na swój sposób próbują wykorzystać pojawienie się obcych, ukazuje prymitywne lęki przed innością, i przypiera swoich bohaterów do muru, aby uzyskać najbardziej skrajne zachowania, ale wszystko dąży do happy endu i to takiego w najgorszym wydaniu. Dlaczego? Ponieważ w ostatecznym rozrachunku ludzkość zmienia się nie ewolucyjnie, nie w wyniku mądrości lub tragedii, lecz „magicznego” działania obcych na emocje i psychikę mieszkańców Lagos. Po prostu obcy machnęli „magiczną różdżką” i naród nigeryjski będzie przodować w pokojowej koegzystencji z obcymi. Pytanie brzmi, po co obcy się trudzili, by poznać skrajne emocje i zachowania ludzi, jeśli od początku mogli wnieść zmiany, które pozwoliłyby im swobodnie zamieszkać na Ziemi? Oczywiście po to, aby autorka mogła ukazać najgorsze cechy ludzi, ksenofobię, religijny fanatyzm, okrucieństwo i zachłanność, brutalizację tłumów w obliczu zagrożenia, ukazać ludzi, których nie chciałoby się znać i spotkać w życiu, a także typowo zachodni pogląd o społeczności afrykańskiej, jako prymitywnej, agresywnej masie, ale to wszystko traci na swoim wydźwięku w momencie, gdy wszystko zostaje uspokojone magiczną mgłą powstałą z ofiary Ayodele, na wzór ofiary Chrystusa.

Powieść należy do ciekawych, pomimo trywialnego i absurdalnie głupiego pomysłu na fabułę, a zasługuje ona na uwagę ze względu na miejsce akcji, dla większość dość egzotycznego, postaci, które zostały bardzo wyraźnie i naturalistycznie przedstawione oraz ze względu na gorzkie i okrutne przedstawienie natury ludzkiej. Niestety można odczuć, że jest to powieść pisana, że tak powiem, przez osobę z zewnątrz; z jednej strony ukazuje prymitywizm i agresywność mieszkańców Afryki, którzy za oparcie mają jedynie siłę fizyczną i prawo ulicy, a z drugiej strony Nigeryjczycy ukazani są jako naród wybrany, ten który będzie niósł kaganek pokoju i będzie świecił przykładem koegzystencji z kosmitami. Nadaje im mądrość w sposób sztuczny przez co zamiast zrehabilitować afrykańskie narody w oczach Zachodu, powoduje całkiem odmienną reakcję, ponieważ wygląda na to, by ten naród stanął na nogi i stał się cywilizacyjną i kulturową potęgą, muszą zaingerować Obcy, bo innego rozwiązania nie widać.


Podsumowując, jest to powieść oryginalna, lekko naiwna, przypomina filmy kategorii D, w których fabuła jest idiotyczna i nie trzymająca się kupy, ale o dziwo zagrana przez świetnych aktorów. Jednym słowem tak jakby Meryl Streep i Helen Mirren zagrały w „Zombie SS”, film byłby do kitu, ale gra aktorska pierwszorzędna.

  • A book published this year.
  • A book with nonhuman character.
  • A book  by female author.
  • A book with one word title.
  • A book set in different country.
  • A book by an author you have never read before.
  • A book that was originally written in a different language

Ocena: 5/10

Przesłanie: "Afrykańczycy zasługują na szansę bycia narodem wybranym."




środa, 27 maja 2015

"Paradoksy młodszego patriarchy" - Eleonora Ratkiewicz

Jeśli nie potrafisz wykorzystać swego dowolnego stanu dla swojej korzyści — nie jesteś wojownikiem. 
wielki mistrz Dajr Toari

Tak mawiał doświadczony wojownik i sławny żołnierz. Ale to właśnie wielki mistrz Dajr Toari doprowadził swoją szkołę walki na krawędź zagłady. 
W dniu kiedy stałem się mistrzem swojego mistrza, bezpowrotnie zniszczyłem cały swój świat, a w zamian stworzyłem... Co stworzyłem? Kim jestem? 
Młodszym Patriarchą Szenno Dajr Kintar. Nauczycielem swojego nauczyciela, przyjacielem swojego wroga, wasalem własnego wasala...
Nasze rzemiosło nazywają „sztuką pustej ręki”. A przecież w tej ręce trzymamy też miecz, czy kastet. Lecz jeśli przyjdzie się obejść bez broni, nie ma niczego straszniejszego od pustej ręki...


[Fabryka Słów, 2010]
[Opis i okładka:http://lubimyczytac.pl/ksiazka/59452/paradoksy-mlodszego-patriarchy]



PATI:

Bardzo lubię być zaskakiwana. Gdy chwytam po coś nowego, staram się nawet nie czytać o czym będzie książka, jakie ma recenzje i kim jest autor. Często nawet nie wiem przez jaki właśnie gatunek będę brnąć. To sprawia, że czytanie staje się jeszcze większą przygodą i z góry nie nastawiam się na "coś", dzięki czemu jestem dużo mniej na koniec rozczarowana. Czasami w lekkiej panice, w połowie jakiejś lektury, sprawdzam „co ja paczę”, często z pewnym rodzajem przerażenia i odkrywam, że tak, to jest tak beznadziejne jak mi się wydaje. Z „Paradoksami Młodszego Patriarchy” było jeszcze inaczej – nie chciałam jej czytać, bo nieubłaganie mi się kończyła, a chciałam, żeby trwała i trwała.

Bo „Paradoksy Młodszego Patriarchy” to pozycja nad wyraz ciekawa i godna uwagi, ale przede wszystkim niesamowicie zabawna. Zawiedzie się jednak ten, który oczekuje tutaj wartkiej akcji i fajerwerków, gdyż napisana jest w konwencji dziennika / pamiętnika, co sprawia, że każda akcja wytraca swój impet na rzecz dygresji lub przemyśleń głównego bohatera. Mnie to całkowicie nie przeszkadzało, ba, byłam tym zachwycona! Bo Kintar (główny bohater) nie tylko ma dystans do samego siebie, ale także umie się z siebie elegancko ponabijać - co sprawiło, że nawet kilka razy się uśmiechnęłam i aż zaśmiałam od czasu do czasu. Serio :) Żeby nie było, to naprawdę jest rzadkość – na większości kabaretów zachowuję kamienną twarz, spiony uważam za co najmniej głupawe... Pewnie dlatego, że sama wychowałam się na Pratchettcie, a potem już niewiele rzeczy potrafi człowieka naprawdę rozbawić. Ale tutaj... ojej... było prześmiesznie :D

Eleonora Ratkiewicz dołącza więc do grona wschodnich pisarek, po które zawsze chętnie sięgnę, gdy tylko coś nowego zostanie wydane. Mniej więcej w połowie „Paradoksów” miałam wrażenie, że pisarka wyśmienicie się bawi, robiąc durnia ze swojego bohatera i cała książka to taki jeden wielki, za przeproszeniem, polew z faceta. Takie trochę: „Słuchaj Kintar, najpierw ci dokopię, jak tylko się da, ale spoko, wyciągnę cię z tego. Tylko wiedz o tym, że to nie twoja zasługa. A ty biedaku sobie dziękuj bogom (czyli mnie)” Generalnie, jak to mawiamy na Pomorzu - beka :)

Kolega zwrócił mi uwagę, że to jest książka o tym, jak kobiety sądzą, że myślą mężczyźni - i oczywiście nie mają racji. Myślałam o tym sporo i uważam, że dla mnie bardziej tutaj kobieta robi z mężczyznę sierotę – naumyślnie i wrednie. Męskiego czytelnika, podejrzewam, podniesie to pod sufit, ale za to kobiety będą rżały, a taki właśnie jest sens tej książki – totalne upodlenie biedaka z happy endem. Bo drogie Panie, czy w głębi serca nie uważamy wszystkie, że mężczyzna to taki duży dzieciak, lekko głupkowaty i zabawny? Czyż nie traktujemy całej tej ichniej płci pobłażliwie (zwłaszcza we własnym gronie) nabijając się z ich przywar i ciapowatości? I w końcu czy nie matkujemy im na prawie każdym kroku, będąc dumne z ich sukcesów, które tak naprawdę są naszymi własnymi?

W taki właśnie sposób Ratkiewicz postępuje z Kintarem, który choć potrafi być złośliwy i sarkastyczny, to jednak ogólnie jest to taki bardzo dobry chłopiec. Nie wierzący w siebie i pławiący się w autoironii, że niby nic nie wart, że ze slumsów... I choć na początku ciut się nad sobą użala, co mogło i miało trochę drażnić czytającego; to w końcu kopnął się w cztery litery (po lekturze wnioskuję, że w jego przypadku jest to do wykonania), ogarnął się i przestał się bać, być prawdziwym sobą. Szkoda, że dużo znanych mi Panów tego nie potrafi (i mam na myśli i kopanie i ogarnianie) :) A jeszcze do tego, o dziwo, przemyślenia Kintara potrafią być nawet całkiem mądre - naszpikowane wschodnią mądrością, taką żywcem wyjętą z orientalnych sztuk walki i klasztoru Mnichów Shaolin. No, po prostu zuch chłopak z niego jest :)

Jakby w nagrodę i jakże paradoksalnie, staje się takim „szczęśliwym pechowcem”. Kintar sam dziwi się, że wszystko mu tak łatwo w życiu wychodzi i choć po kolei spadają na niego wyzwania oraz różne nieszczęścia, to i tak zawsze wychodzi z nich obronną ręką. Bo choć zostaje na przykład „za karę” nauczycielem - to uczniowie go kochają, szanują - Kintar nie dość, że wymaga od samego siebie więcej niż od nich, to jeszcze potrafi nie tylko w nietradycyjny sposób rozwiązywać problemy, ale przy tym i okazać dużo serca. Nie chcąc nadmiernie spojlerować książki - nie będę wymieniać jego przygód, ale potwierdzają one tylko moją główną dewizę życiową – wszystko złe co nas spotyka, w ogólnym rozrachunku i tak odwróci się na dobre. A przynajmniej, jeśli Bóg jest kobietą.

Moim zdaniem „Paradoksów” nie można po prostu brać na poważnie, zresztą nawet poważne i dramatyczne sceny są przerywane przez autorkę opisem np. szukania pierścienia w sosie... Tak podchodząc do tej lektury otrzymujemy pyszną zabawę i kilka godzin świetnej rozrywki. Chyba najlepszą recenzją będzie, jak przyznam się, że chwyciłam już po kolejną książkę Ratkiewicz. I wiecie co? Znowu mamy przepiękne pierwszoosobowe przemyślenia dwóch głównych MĘSKICH bohaterów. No może w sumie pół męskich (jeden jest elfem, który już na samym początku interpretuje ubranie na swoim koledze). No proszę Was, to musi być z rozmysłem śmieszne! Ale o Paradoksach ma być, które polecam, bo mnie absolutnie zachwyciły. Świetne studium psychologiczne męskich postaci, które Ratkiewicz nam serwuje jest fascynujące i jakże prawdziwe, a przy tym tak pięknie kobieco - wredne, że pozostaje nic tylko tą książkę chwalić na lewo i prawo.

  • A book with more than 500 pages.
  • A book with non human characters.
  • A funny book.
  • A book with magic.
  • A book by an author you've never read before.
  • A book that was orginally writen in a different language.


Ocena książki: 9/10

Przesłanie: "Usłyszeć męskie myśli? - Bezcenne :)  "

czwartek, 21 maja 2015

"Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza." - Robert M. Wegner


Wozy wygnanych niegdyś koczowników stanęły u stóp gór, które oddzielają ich od upragnionej wolności. Losy Szóstej Kompanii Górskiej Straży, dziewczyn z wolnego czaardanu i małej dziewczynki z rodu Verdanno zaczynają się splatać… Zanim na niebie o barwie stali wzejdzie słońce, wyżyna spłynie krwią.

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza to pełna rozmachu epicka powieść ze świata wielu narodów, języków, wierzeń i egzotycznych kultur. Losy bohaterów potrafią wycisnąć łzę z oka największych twardzieli, a pióro Roberta M. Wegnera sprawia, że czytelnik kocha i nienawidzi wraz z nimi. I wraz z nimi staje naprzeciw przeznaczenia.

[Powergraph, 2012]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/128330/niebo-ze-stali-opowiesci-z-meekhanskiego-pogranicza]


AGA:


Wspominałam przy okazji recenzowania Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe, że nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek spodoba mi się książka fantasy polskiego autora i nadal trwam w pozytywnym szoku, że jednak Polak potrafi napisać tak, jak robi się to na Zachodzie i zrobić to nawet lepiej i z klasą. Po Niebo ze stali sięgnęłam dopiero wtedy, gdy miałam na półce następny tom Opowieści z meekhańskiego pogranicza, choć teraz zdaję sobie sprawę z tego, że niepotrzebnie tak długo czekałam z przeczytaniem.


Niebo ze stali tym różni się od pierwszych dwóch tomów tym, że nie jest zbiorem opowiadań, lecz powieścią. Trzeci tom łączy w sobie historie z górskiej Północy i stepów Wschodu. Fabuła książki dzieli się na trzy wątki, które przez całą powieść będą do siebie nawiązywać i przenikać się. Pierwszy wątek odnosi się do spotkania Szóstej Kompani z Czaardanem Laskolnyka, czego skutkiem było wysłanie z ramienia Szczurów Dagheny i Kailean do zamku hrabiego Cywrasa-der-Malega, celem wyjaśnienia zagadkowych zniknięć i morderstw ludności w Olekadach. Drugi wątek związany jest z, ubóstwianymi przez czytelników, czerwonymi szóstkami, którym wyznaczono zadanie przeprowadzenia karawany wozów Verdanno przez góry. I trzeci wątek, przeplatający się z drugim, a mianowicie wyprawa Wozaków na wyżynę, na której będą musieli zmierzyć się z Yawenyrem, Ojcem Wojny.

Robert M. Wegner dobrze wybrał wątki na swoją pierwszą powieść, zdecydowanej większości czytelników, najbardziej do gustu przypadły bowiem opowiadania z Północy i Wschodu, na przygody bohaterów właśnie z tych krain, również ja, oczekiwano z niecierpliwością. Atutem Nieba ze stali jest wykorzystywanie dobrze sprawdzonych motywów. Wyprawa Wozaków przez Olekady przypomina Dziki Zachód, co prawda mnie bardziej Verdanno kojarzą się z taborami cygańskimi, niż z traperami, ale sposób przedstawienia przeprawy bardziej przypomina western. Wątek Dagheny i Kailean to natomiast klasyczny wątek szpiegowski. A wszystko i tak kończy się wielką sceną batalistyczną. Ta różnorodność gatunkowa na szczęście nie przytłacza, a pozwala utrzymać uwagę czytelnika, a trzeba przyznać autorowi, że jego dzieło trzyma w napięciu i wciąga bez reszty. Po poprzednich zbiorach opowiadań musiałam się jednak przestawić z bohatera indywidualnego na zbiorowego – Verdanno, a Kenneth-lyw-Darawyt, Varhenn Velergorf, Kocimiętka, Kalevenhowie, będą się pojawiać, ale jednak tylko jako część większej całości. Wegner zapędził bowiem wszystkich pojedynczych bohaterów do pracy w ramach wielkiej machiny historii, bowiem wyprawa Wozaków tak naprawdę stała się osią całej fabuły. Z jednej strony przedstawienie tej zbiorowej dążności do celu, determinacji, patriotyzmu i walki o swoją ziemię, jest godne podziwu, z drugiej strony bywają momenty, że ten ośli upór Wozakó irytuje. Oczywiście od początku byłam przekonana, że Verdanno osiągną swój cel, to jednak udało się Wegnerowi stworzyć realny obraz zwycięstwa, który oparty był na wielu czynnikach, a nie tylko na przekonaniu o słuszności ich sprawy. Inaczej się ma sprawa Kailean i Dagheny, które po odkryciu prawdy o dziwnych wypadkach w górach, spotykają Czerwone Szóstki i razem z nimi trafiają do innego świata, innej płaszczyzny rzeczywistości i ten niestety wątek dla mnie był niedopracowany i stanowił jedynie przerywnik spowalniający narrację i podkręcający napięcie. Jedynie pozostaje zawierzyć autorowi, że ten wątek zostanie wyjaśniony do końca i rozwinięty w dalszych tomach, bo w Niebie ze stali nie otrzymaliśmy jasnego i prostego wyjaśnienia.

Podsumowując. Książka Wegnera, jak na debiut powieściowy, jest wyjątkowo udany. Nadal podtrzymuję zdanie, że jest to najlepsza, jak na razie czytana przeze mnie polska fantasy. Niebo ze stali jest różnorodnym, wielowątkowym, wciągającym dziełem. Oczywiście można odnaleźć kilka mankamentów, jeśli jest się wystarczająco zgryźliwym, jak spowalnianie akcji, mętny wątek magiczny, przedłużające się sceny batalistyczne, choć należy oddać sprawiedliwość, że nie były nużące, a także nader optymistyczne pogodzenie się Verdanno z plemionami Sahrendey. Pomimo wszystkiego, czyta się Niebo ze stali w napięciu i z wielką przyjemnością, i jedynie pozostaje sięgnąć po Pamięć wszystkich słów.

  • A book with magic.
  • A book with more than 500 pages.


Ocena: 9/10

Przesłanie: „Znane motywy literackie, wielkie cele, waleczni bohaterowie, sceny batalistyczne – polski przepis na sukces.”