środa, 27 maja 2015

"Paradoksy młodszego patriarchy" - Eleonora Ratkiewicz

Jeśli nie potrafisz wykorzystać swego dowolnego stanu dla swojej korzyści — nie jesteś wojownikiem. 
wielki mistrz Dajr Toari

Tak mawiał doświadczony wojownik i sławny żołnierz. Ale to właśnie wielki mistrz Dajr Toari doprowadził swoją szkołę walki na krawędź zagłady. 
W dniu kiedy stałem się mistrzem swojego mistrza, bezpowrotnie zniszczyłem cały swój świat, a w zamian stworzyłem... Co stworzyłem? Kim jestem? 
Młodszym Patriarchą Szenno Dajr Kintar. Nauczycielem swojego nauczyciela, przyjacielem swojego wroga, wasalem własnego wasala...
Nasze rzemiosło nazywają „sztuką pustej ręki”. A przecież w tej ręce trzymamy też miecz, czy kastet. Lecz jeśli przyjdzie się obejść bez broni, nie ma niczego straszniejszego od pustej ręki...


[Fabryka Słów, 2010]
[Opis i okładka:http://lubimyczytac.pl/ksiazka/59452/paradoksy-mlodszego-patriarchy]



PATI:

Bardzo lubię być zaskakiwana. Gdy chwytam po coś nowego, staram się nawet nie czytać o czym będzie książka, jakie ma recenzje i kim jest autor. Często nawet nie wiem przez jaki właśnie gatunek będę brnąć. To sprawia, że czytanie staje się jeszcze większą przygodą i z góry nie nastawiam się na "coś", dzięki czemu jestem dużo mniej na koniec rozczarowana. Czasami w lekkiej panice, w połowie jakiejś lektury, sprawdzam „co ja paczę”, często z pewnym rodzajem przerażenia i odkrywam, że tak, to jest tak beznadziejne jak mi się wydaje. Z „Paradoksami Młodszego Patriarchy” było jeszcze inaczej – nie chciałam jej czytać, bo nieubłaganie mi się kończyła, a chciałam, żeby trwała i trwała.

Bo „Paradoksy Młodszego Patriarchy” to pozycja nad wyraz ciekawa i godna uwagi, ale przede wszystkim niesamowicie zabawna. Zawiedzie się jednak ten, który oczekuje tutaj wartkiej akcji i fajerwerków, gdyż napisana jest w konwencji dziennika / pamiętnika, co sprawia, że każda akcja wytraca swój impet na rzecz dygresji lub przemyśleń głównego bohatera. Mnie to całkowicie nie przeszkadzało, ba, byłam tym zachwycona! Bo Kintar (główny bohater) nie tylko ma dystans do samego siebie, ale także umie się z siebie elegancko ponabijać - co sprawiło, że nawet kilka razy się uśmiechnęłam i aż zaśmiałam od czasu do czasu. Serio :) Żeby nie było, to naprawdę jest rzadkość – na większości kabaretów zachowuję kamienną twarz, spiony uważam za co najmniej głupawe... Pewnie dlatego, że sama wychowałam się na Pratchettcie, a potem już niewiele rzeczy potrafi człowieka naprawdę rozbawić. Ale tutaj... ojej... było prześmiesznie :D

Eleonora Ratkiewicz dołącza więc do grona wschodnich pisarek, po które zawsze chętnie sięgnę, gdy tylko coś nowego zostanie wydane. Mniej więcej w połowie „Paradoksów” miałam wrażenie, że pisarka wyśmienicie się bawi, robiąc durnia ze swojego bohatera i cała książka to taki jeden wielki, za przeproszeniem, polew z faceta. Takie trochę: „Słuchaj Kintar, najpierw ci dokopię, jak tylko się da, ale spoko, wyciągnę cię z tego. Tylko wiedz o tym, że to nie twoja zasługa. A ty biedaku sobie dziękuj bogom (czyli mnie)” Generalnie, jak to mawiamy na Pomorzu - beka :)

Kolega zwrócił mi uwagę, że to jest książka o tym, jak kobiety sądzą, że myślą mężczyźni - i oczywiście nie mają racji. Myślałam o tym sporo i uważam, że dla mnie bardziej tutaj kobieta robi z mężczyznę sierotę – naumyślnie i wrednie. Męskiego czytelnika, podejrzewam, podniesie to pod sufit, ale za to kobiety będą rżały, a taki właśnie jest sens tej książki – totalne upodlenie biedaka z happy endem. Bo drogie Panie, czy w głębi serca nie uważamy wszystkie, że mężczyzna to taki duży dzieciak, lekko głupkowaty i zabawny? Czyż nie traktujemy całej tej ichniej płci pobłażliwie (zwłaszcza we własnym gronie) nabijając się z ich przywar i ciapowatości? I w końcu czy nie matkujemy im na prawie każdym kroku, będąc dumne z ich sukcesów, które tak naprawdę są naszymi własnymi?

W taki właśnie sposób Ratkiewicz postępuje z Kintarem, który choć potrafi być złośliwy i sarkastyczny, to jednak ogólnie jest to taki bardzo dobry chłopiec. Nie wierzący w siebie i pławiący się w autoironii, że niby nic nie wart, że ze slumsów... I choć na początku ciut się nad sobą użala, co mogło i miało trochę drażnić czytającego; to w końcu kopnął się w cztery litery (po lekturze wnioskuję, że w jego przypadku jest to do wykonania), ogarnął się i przestał się bać, być prawdziwym sobą. Szkoda, że dużo znanych mi Panów tego nie potrafi (i mam na myśli i kopanie i ogarnianie) :) A jeszcze do tego, o dziwo, przemyślenia Kintara potrafią być nawet całkiem mądre - naszpikowane wschodnią mądrością, taką żywcem wyjętą z orientalnych sztuk walki i klasztoru Mnichów Shaolin. No, po prostu zuch chłopak z niego jest :)

Jakby w nagrodę i jakże paradoksalnie, staje się takim „szczęśliwym pechowcem”. Kintar sam dziwi się, że wszystko mu tak łatwo w życiu wychodzi i choć po kolei spadają na niego wyzwania oraz różne nieszczęścia, to i tak zawsze wychodzi z nich obronną ręką. Bo choć zostaje na przykład „za karę” nauczycielem - to uczniowie go kochają, szanują - Kintar nie dość, że wymaga od samego siebie więcej niż od nich, to jeszcze potrafi nie tylko w nietradycyjny sposób rozwiązywać problemy, ale przy tym i okazać dużo serca. Nie chcąc nadmiernie spojlerować książki - nie będę wymieniać jego przygód, ale potwierdzają one tylko moją główną dewizę życiową – wszystko złe co nas spotyka, w ogólnym rozrachunku i tak odwróci się na dobre. A przynajmniej, jeśli Bóg jest kobietą.

Moim zdaniem „Paradoksów” nie można po prostu brać na poważnie, zresztą nawet poważne i dramatyczne sceny są przerywane przez autorkę opisem np. szukania pierścienia w sosie... Tak podchodząc do tej lektury otrzymujemy pyszną zabawę i kilka godzin świetnej rozrywki. Chyba najlepszą recenzją będzie, jak przyznam się, że chwyciłam już po kolejną książkę Ratkiewicz. I wiecie co? Znowu mamy przepiękne pierwszoosobowe przemyślenia dwóch głównych MĘSKICH bohaterów. No może w sumie pół męskich (jeden jest elfem, który już na samym początku interpretuje ubranie na swoim koledze). No proszę Was, to musi być z rozmysłem śmieszne! Ale o Paradoksach ma być, które polecam, bo mnie absolutnie zachwyciły. Świetne studium psychologiczne męskich postaci, które Ratkiewicz nam serwuje jest fascynujące i jakże prawdziwe, a przy tym tak pięknie kobieco - wredne, że pozostaje nic tylko tą książkę chwalić na lewo i prawo.

  • A book with more than 500 pages.
  • A book with non human characters.
  • A funny book.
  • A book with magic.
  • A book by an author you've never read before.
  • A book that was orginally writen in a different language.


Ocena książki: 9/10

Przesłanie: "Usłyszeć męskie myśli? - Bezcenne :)  "

czwartek, 21 maja 2015

"Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza." - Robert M. Wegner


Wozy wygnanych niegdyś koczowników stanęły u stóp gór, które oddzielają ich od upragnionej wolności. Losy Szóstej Kompanii Górskiej Straży, dziewczyn z wolnego czaardanu i małej dziewczynki z rodu Verdanno zaczynają się splatać… Zanim na niebie o barwie stali wzejdzie słońce, wyżyna spłynie krwią.

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza to pełna rozmachu epicka powieść ze świata wielu narodów, języków, wierzeń i egzotycznych kultur. Losy bohaterów potrafią wycisnąć łzę z oka największych twardzieli, a pióro Roberta M. Wegnera sprawia, że czytelnik kocha i nienawidzi wraz z nimi. I wraz z nimi staje naprzeciw przeznaczenia.

[Powergraph, 2012]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/128330/niebo-ze-stali-opowiesci-z-meekhanskiego-pogranicza]


AGA:


Wspominałam przy okazji recenzowania Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe, że nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek spodoba mi się książka fantasy polskiego autora i nadal trwam w pozytywnym szoku, że jednak Polak potrafi napisać tak, jak robi się to na Zachodzie i zrobić to nawet lepiej i z klasą. Po Niebo ze stali sięgnęłam dopiero wtedy, gdy miałam na półce następny tom Opowieści z meekhańskiego pogranicza, choć teraz zdaję sobie sprawę z tego, że niepotrzebnie tak długo czekałam z przeczytaniem.


Niebo ze stali tym różni się od pierwszych dwóch tomów tym, że nie jest zbiorem opowiadań, lecz powieścią. Trzeci tom łączy w sobie historie z górskiej Północy i stepów Wschodu. Fabuła książki dzieli się na trzy wątki, które przez całą powieść będą do siebie nawiązywać i przenikać się. Pierwszy wątek odnosi się do spotkania Szóstej Kompani z Czaardanem Laskolnyka, czego skutkiem było wysłanie z ramienia Szczurów Dagheny i Kailean do zamku hrabiego Cywrasa-der-Malega, celem wyjaśnienia zagadkowych zniknięć i morderstw ludności w Olekadach. Drugi wątek związany jest z, ubóstwianymi przez czytelników, czerwonymi szóstkami, którym wyznaczono zadanie przeprowadzenia karawany wozów Verdanno przez góry. I trzeci wątek, przeplatający się z drugim, a mianowicie wyprawa Wozaków na wyżynę, na której będą musieli zmierzyć się z Yawenyrem, Ojcem Wojny.

Robert M. Wegner dobrze wybrał wątki na swoją pierwszą powieść, zdecydowanej większości czytelników, najbardziej do gustu przypadły bowiem opowiadania z Północy i Wschodu, na przygody bohaterów właśnie z tych krain, również ja, oczekiwano z niecierpliwością. Atutem Nieba ze stali jest wykorzystywanie dobrze sprawdzonych motywów. Wyprawa Wozaków przez Olekady przypomina Dziki Zachód, co prawda mnie bardziej Verdanno kojarzą się z taborami cygańskimi, niż z traperami, ale sposób przedstawienia przeprawy bardziej przypomina western. Wątek Dagheny i Kailean to natomiast klasyczny wątek szpiegowski. A wszystko i tak kończy się wielką sceną batalistyczną. Ta różnorodność gatunkowa na szczęście nie przytłacza, a pozwala utrzymać uwagę czytelnika, a trzeba przyznać autorowi, że jego dzieło trzyma w napięciu i wciąga bez reszty. Po poprzednich zbiorach opowiadań musiałam się jednak przestawić z bohatera indywidualnego na zbiorowego – Verdanno, a Kenneth-lyw-Darawyt, Varhenn Velergorf, Kocimiętka, Kalevenhowie, będą się pojawiać, ale jednak tylko jako część większej całości. Wegner zapędził bowiem wszystkich pojedynczych bohaterów do pracy w ramach wielkiej machiny historii, bowiem wyprawa Wozaków tak naprawdę stała się osią całej fabuły. Z jednej strony przedstawienie tej zbiorowej dążności do celu, determinacji, patriotyzmu i walki o swoją ziemię, jest godne podziwu, z drugiej strony bywają momenty, że ten ośli upór Wozakó irytuje. Oczywiście od początku byłam przekonana, że Verdanno osiągną swój cel, to jednak udało się Wegnerowi stworzyć realny obraz zwycięstwa, który oparty był na wielu czynnikach, a nie tylko na przekonaniu o słuszności ich sprawy. Inaczej się ma sprawa Kailean i Dagheny, które po odkryciu prawdy o dziwnych wypadkach w górach, spotykają Czerwone Szóstki i razem z nimi trafiają do innego świata, innej płaszczyzny rzeczywistości i ten niestety wątek dla mnie był niedopracowany i stanowił jedynie przerywnik spowalniający narrację i podkręcający napięcie. Jedynie pozostaje zawierzyć autorowi, że ten wątek zostanie wyjaśniony do końca i rozwinięty w dalszych tomach, bo w Niebie ze stali nie otrzymaliśmy jasnego i prostego wyjaśnienia.

Podsumowując. Książka Wegnera, jak na debiut powieściowy, jest wyjątkowo udany. Nadal podtrzymuję zdanie, że jest to najlepsza, jak na razie czytana przeze mnie polska fantasy. Niebo ze stali jest różnorodnym, wielowątkowym, wciągającym dziełem. Oczywiście można odnaleźć kilka mankamentów, jeśli jest się wystarczająco zgryźliwym, jak spowalnianie akcji, mętny wątek magiczny, przedłużające się sceny batalistyczne, choć należy oddać sprawiedliwość, że nie były nużące, a także nader optymistyczne pogodzenie się Verdanno z plemionami Sahrendey. Pomimo wszystkiego, czyta się Niebo ze stali w napięciu i z wielką przyjemnością, i jedynie pozostaje sięgnąć po Pamięć wszystkich słów.

  • A book with magic.
  • A book with more than 500 pages.


Ocena: 9/10

Przesłanie: „Znane motywy literackie, wielkie cele, waleczni bohaterowie, sceny batalistyczne – polski przepis na sukces.”

poniedziałek, 4 maja 2015

"Polowanie" - Andrew Fukuda

JESTEŚ ŁOWCĄ ALBO ZDOBYCZĄ. Nie wolno się pocić. Nie wolno się śmiać. Nie wolno ściągać na siebie uwagi. I przede wszystkim, cokolwiek się robi, nie wolno zakochać się w jednym z nich. Gene różni się od swoich rówieśników. Nie potrafi biegać szybko jak błyskawica, słońce mu nie szkodzi, nie dręczy go również żądza krwi. Gene jest człowiekiem i zna zasady. Trzeba ukrywać prawdę. To jedyny sposób, żeby zachować życie w świecie nocy – świecie, gdzie ludzie stanowią przysmak i poluje się na nich dla krwi.

"Kiedyś było nas więcej. Bez wątpienia. Nie tylu, żeby wypełnić stadion czy salę kinową, ale na pewno więcej niż teraz. Po prawdzie sądzę, że nikt już nie został. Oprócz mnie. Tak to jest z rzadkimi okazami. Są wysoko cenione i pożądane. I dlatego wymierają."

[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/213078/polowanie]

PATI:

Jak wiadomo są takie książki, które się połyka w jedno posiedzenie, i są też takie, które się ciągną jak flaki z olejem. „Polowanie” klasyfikuje się gdzieś dokładnie pośrodku, zwrócone jednak twarzą w stronę flaków (dosłownie i w przenośni) – ani pasjonujące, ani śmiertelnie nudne, na pewno za to dość obrzydliwe (co dziwne jest to wielką zaleta tej książki), ALE niestety też koszmarnie irytujące. Jeśli chodzi o klimat książki, to jest takie połączenie „Igrzysk Śmierci”, „Niezgodnej” i „Niezawładniętych”. Tak szczerze, to zainteresowała mnie okładka, a opis z tyłu nie zniechęcił. Jakież ogromne było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że czytam właśnie Young Adult o głupkowatych nastolatkach, a nie poważną pozycję dla dorosłego czytelnika. Fabryka Słów po raz kolejny mnie zadziwiła...

Autor - Andrew Fukuda, choć urodził się na Manhattanie, to dorastał jednak w Hong-Kongu i co ciekawe jest pół-Chińczykiem, a pół-Japończykiem. Może dlatego jego podejście do tematyki wampirów jest takie bezkompromisowe – jego wampiry to, choć rozumne istoty, żyjące w społeczności i posyłające swoich potomków do szkoły - to pod wpływem zapachu człowieka zamieniają się w opętane żądzą mięsa potwory. Tutaj (dzięki bogu) główny bohater nie zakochuje się w smutnej i tajemniczej wampirce, a jego miłość odmienia świat, a seks jest wspaniały. Tutaj musi on walczyć o przetrwanie i by nie zostać zjedzonym. To zdecydowanie jest wielki plus tej pozycji.

Nie wiem cóż takiego stało się na Ziemi, bo w „Polowaniu” nie ma o tym nawet wzmianki, ale wampiry przejęły kontrolę nad światem i całkowicie wytępiły rodzaj ludzki – czy jak w tej książce jest on określany – heperów. I właśnie to na początku wprowadziło pewien chaos – musiałam się przyzwyczaić, że książkowi „ludzie” to wampiry, a „heperzy” to eee... człowieki... Dla dobra naszego wspólnego zdrowia psychicznego w dalszej części ustalmy że wampiry to wampiry, a ludzie to heperzy :)

Główny bohater – Gene (jego imię, gdyby nie było wymienione na okładce, poznalibyśmy dopiero na str. 182 książki) przez całe życie jest zmuszony golić nogi, tors i inne przylegające. Do tego nie wolno mu się: śmiać, krzywić, psikać, okazywać innych emocji niż głód i pożądanie, no i pocić czy płakać. Od dziecka, choć on i jego rodzina są/byli heperami, udaje wampira i stara się przetrwać w ich społeczeństwie. Najważniejsze to nie wychylać się i choć (ponoć) jest inteligentny to stopnie ma średnie, nie zadaje się z nikim i żyje niczym tajemniczy samotnik – a jak literatura młodzieżowa nas uczy- nic nie działa tak na dziewczyny... Po kolei traci kolejnych członków rodziny i kiedy zostaje sam nie pozostaje mu już nic innego jak kontynuować grę o przetrwanie. A „zbyt długie udawanie wywołuje nienawiść (…) do tego, kim się jest naprawdę” - Gene nienawidzi ukrywania się i nienawidzi bycia heperem i chce być „normalny”. Zaskakujące jest jak wiele nowych pomysłów Fukuda wprowadził do swojej wizji świata wampirycznego i jaki ładny koktajl z tego zmiksował – drapanie paznokciami nadgarstka, strach przed wodą ich zwyczaje godowe... Dzięki temu nie mamy wrażenia odtwórczości i co za tym idzie – kotleta. Tutaj dopatrzyłam się także elementu komicznego - jakie to musi być dziwne dla hepera udającego wampira, kiedy wyje i ślini się razem z zresztą, udając żądzę krwi; je z nimi posiłki składające się z surowego mięsa i wydaje z siebie przedziwne odgłosy. Tak stojąc zupełnie z boku pomyślałam, że na jego miejscu czułabym się jak idiotka zachowując się jak zwierzę w rui na widok czyjejś pachy :D

Kraj USA w „Polowaniu” aktualnie ma tylko 5 mln „mieszkańców” i jak się okazuje ostanie parę sztuk heperów, którzy trzymani w Instytucie Badań Heperystycznych zostaną uwolnieni i rozpoczną się Wielkie Łowy- taki event mający na celu podniesienie popularności władcy. Szczęśliwcy wyłonieni na podstawie loterii będą mieli jedyną zapewne w życiu możliwość posmakowania (a także rozerwania na strzępy i pożarcia) młodych i jędrnych heperów. Oczywiście nasz Gene- w tym przypadku wielki pechowiec, zostaje wylosowany razem z Ashley swoją szkolną miłością. Teraz pozostaje mu już tylko robić wszystko by nie zostać wykrytym, a właściwie to odwlekać tę chwilę ile się tylko da. W tym czasie nasz młody bohater popełnia już tylko błąd za błędem i zaczynałam go z kartki na kartkę coraz bardziej nie lubić. Bo ja bardzo przepraszam, ale osobiście uznaję naszego bohatera za idiotę, któremu po prostu brak inteligencji. Żeby dopiero po tak długim czasie wpaść na pomysł z jeziorem?! No proszę, to serio nie trzeba być do tego jakimś geniuszem... Takich zaćm umysłowych spodziewałabym się raczej nie po głównym bohaterze, ale po postaci komicznej, jakimś wioskowym głupku. Generalnie wszystko to takie grubymi nićmi szyte, jeżeli chodzi o akcję, do tego bardzo, bardzo przewidywalne i zarazem denerwujące, że bohaterowie są tacy za przeproszeniem tępi. Nasz Gene jest nie tylko niekonsekwentny, ale i nielogiczny, niesympatyczny i ogólnie wkurzający cholernie. Mamy więc fajny świat, fajny pomysł i beznadziejnego bohatera i akcję. Nic tylko wyć w głos.

Przez całą książkę zastanawiałam się także, dlaczego heperzy, wolą ukrywać się wśród swoich wrogów wiedząc, że każdy dzień może być ich ostatnim, zamiast odejść gdzieś i zaszyć najdalej jak się da. Wiedząc, że wampirów jest tylko 5 mln, a USA jest ogromne, na pewno można znaleźć jakąś cichą i spokojną enklawę by odbudować rodzaj ludzki i być może obmyślić zemstę i rewoltę. Na to i na wiele innych pytań rodzących się podczas czytania nie uzyskałam jednak od pana Fukudy odpowiedzi, a niestety nie jestem młodym czytelnikiem, który łyka wszystko i lubię zadawać niewygodne pytania... Choćby i na przykład kto im konstruuje mikrofalówki? Skąd heper bierze normalne jedzenie? Czym są żywione konie? ...

Jeśli jednak macie dosyć świecących jak kucyki pony wampirów, lub tych epatujących seksem osobników, których wypijanie krwi śmiertelniczki wywołuje u ww. wielokrotny orgazm, to „Polowanie” będzie miłą i jakże sympatyczną odmianą. Choć ból dupy wywołują bohaterowie, to tekst, można jednak przeczytać z mniejszą lub większą przyjemnością. Pod znakiem zapytania zostawiam, czy przeczytam kolejny tom, jak już to raczej z ciekawości, czy autor raczy mi odpowiedzieć na moje pytania.

    • A book with nonhuman character
    • A book with one-word title
    • A book set in different country
    • A book by an author you have never read before
    • A book that was originally written in a different language

Ocena: 4/10

Przesłanie: Młodzieżowa, jako tako, zjadliwa odtrutka na „Zmierzch”.


środa, 22 kwietnia 2015

"Skarby stolinów" - Rafał A. Ziemkiewicz


Zbiór zawiera:
- "Hrebor Cudak",
- "Skarby stolinów"
- Uwagi tłumacza

[Krajowa Agencja Wydawnicza, 1990]
[Okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/63332/skarby-stolinow]










AGA:

„Skarby stolinów” to zbiór opowiadań Rafała A. Ziemkiewicza składający się z trzech utworów: Hrebora Cudaka; Skarbów stolinów i Uwag tłumacza. Jest to pozycja, po którą z całą pewnością nie sięgnęłabym z własnej woli. Nie ma jednak jak przymus zewnętrzny, czasem korzystnie jest przeczytać coś, po co nigdy byśmy nie sięgnęli. Czy i tym razem?

Zacznę od „Hrebora Cudaka”, opowieści o chłopcu, który w kołysce został naznaczony klątwą „kobiecego serca” przez złośliwe różenice. To „kobiece serce”, wg autora, spowodowało, że wyrósł on na młodzieńca, a potem na mężczyznę o wrażliwym obejściu, poetycznej, rozgorączkowanej duszy, który nie miał w sobie charakteru, odwagi, waleczności, a wszystkie te cechy nie pasowały do syna Żargrada z rodu Pahwazdów, włodarza Zagradu w krainie Slengu. Hrebor szybko popada konflikt z ojcem i wyrusza na tułaczkę po świecie, a gdzie się pojawi tam kłopoty i śmierć ze sobą przynosi, a że czasy burzliwe wtedy w Slengu były, to i do wielu historycznych rzeczy się przyczynił. Dopiero im bliżej mu było grobu, zaczął poszukiwać drogi, by te wszystkie nieszczęścia i zły los odmienić i ludziom zadość uczynić za szkody, do których się przyczynił.

„Hrebor Cudak”, to jedyna opowieść z całego zbioru, którą z czystym sumieniem mogę polecić. Opowiedziana historia przeklętego bohatera do złudzenia przypomina legendy, podania, opowieści z dawnych czasów, których inspiracje można by poszukać zarówno w dawnych sagach skandynawskich, jak choćby w „Pieśni o Nibelungach”, czy w bardziej współczesnych utworach, jak Oscara Wilde'a „Synu Gwiazdy”. Za największą zaletę utworu można uznać zwięzłą, ale bogatą fabułę, prezentację świata przedstawionego i oczywiście to nazewnictwo, któremu bliżej do słowiańszczyzny, niż do kręgu anglojęzycznego, co dla mnie jest miłą odmianą.

Inaczej sprawa ma się niestety ze „Skarbami stolinów”, których akcja luźno nawiązuje do poprzedniego opowiadania poprzez nazewnictwo i wspominanie wydarzeń z Hrebora, jako wydarzeń historycznych, ale jest całkowicie niezależną nowelą. Na dworzyszczu (!) Sternważa z rodu Astarhów pojawiają się wędrowcy, Żegost i Blizbor, którzy wraz z Harszem z Tragżych, gołąwąsem z okolicy, spędzają u Sternwarża zimę. Dni ciągną się leniwie na piciu, jedzeniu i słuchaniu gędziarza do momentu, gdy pojawia się u wrót ranny stolin, który Sternważowi przypomina o zawartej wcześniej umowie, po czym umiera z odniesionych ran. Sternważ traci humor, a Żegost, Blizbor i Harsz planują wiosenną wyprawę w góry do Gadającego Drzewa. Gdy tylko wiosna nadeszła bohaterowie wyruszają nw podróż, która prowadzi ich do podziemnej krainy stolinów, gdzie muszą zmierzyć się z przedwiecznym złem.

„Skarbom stolinów” zarzuca się odtwórczość, i niestety to prawda, same słowiańskie nazewnictwo nie wystarczy, aby stworzyć coś oryginalnego. Niestety nowela po chamsku przypomina utwory Tolkiena, a jedyną zaletą opowiadania jest umiejętne kreślenie postaci. Ciężko coś więcej napisać o tym opowiadaniu, które po prostu jest bardzo słabe.

A „Uwagi tłumacza” po prostu są pisarskim zabiegiem uzupełniającym historię obu opowiadań, które stylizowane są na zabytek literatury slengdańskiej. Tłumacz w Uwagach zamieszcza głównie informacje o historii, wierzeniach i proweniencji utworów.

Ogólnie ujmując zbiór opowiadań Rafała A. Ziemkiewicza jest słaby, jak pisałam powyżej, jedynie wartość przedstawia „Hrebor Cudak”. Ciężko wykoncypować, co chciał pisarz stworzyć, czy świat słowiańsko-skandynawskiej fantasy, czy może kalkę tolkienowskiego świata. Opowiadania z powodu słownictwa i nazewnictwa, wielu czytelnikom mogą sprawiać kłopot w odbiorze. A jedynym powodem, dla którego zdecydowałam się napisać o tej pozycji jest fakt, że na portalach literackich tak naprawdę ciężko dowiedzieć się przed lekturą, o czym ta książka może być.



  • A book with nonhuman character
  • A book you own but have never read
  • A book by an author you have never read before
  • A book with magic
  • A book of short stories



Ocena: 2/10 (byłoby 1, gdyby nie „Hrebor Cudak”)

Przesłanie: „Nie należy odgrzewać starych kotletów, nawet tak smakowitych jak  utwory Tolkiena”.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

PATI:

„Hrebora” kupiłam za grosze wiek temu, dosłownie. Przemawiało za nim, że był tani, było to przedstawiane jako fantasy, a i nazwisko całkiem znane. Nabyłam go pomimo koszmarnej okładki, rodem z UNICEFu, i dziwacznego tytułu. Nie był to co prawda Sapkowski, dzięki któremu zaczęłam się przekonywać do polskich autorów, ale potrzeba czytania była ode mnie silniejsza. Usiadłam, zaczęłam czytać i po dość krótkim czasie odłożyłam ją z odrazą. Już wtedy wyrosłam ze słowiańskich baśni, za którymi nigdy za bardzo nie przepadałam. Co pewien czas grzbiet „Hrebora” kuł mnie w oczy i pojawiało się jakże ważne pytanie: wyrzucić? dać do spalenia? oddać do biblioteki? Przy tym ostatnim pojawiał się zawsze strach, że mnie wyśmieją. I tak żyłam z tą książką obok, starając się jej nie widzieć. Niestety, a nawet NIESTETY!!! Musiałam za nią chwycić i zmęczyć do ostatniej karteczki.

Teraz z ciut innej beczki. Rafał Ziemkiewicz, prawicowy publicysta, który mam wrażenie aktualnie jest bardziej celebrytą niż pisarzem - świeci triumfy nawet i na pudelku. Jakież było moje zdziwienie, kiedy przeczytałam, że na swoim Twitterze nie tylko wypowiada się w sprawie Kory, czy Dżoany Krupy, ale też nazywa Papieża Franciszka idiotą... I to za jedną z najmądrzejszych rzeczy, jaką Papież mógł w naszych czasach powiedzieć! Mnie się absolutnie odechciało czytania czegokolwiek tego pana i niech we mnie rzucają kamieniami mężczyźni, którzy wykorzystują pijane kobiety. Mam to centralnie gdzieś. ( http://www.pudelek.pl/artykul/71350/ziemkiewicz_kto_nigdy_nie_wykorzystal_nietrzezwej/)


W końcu nadszedł czas, kiedy miało za niedługo odbyć się spotkanie, dokładnie mniej niż za 24h. Godzina Zero nadeszła i należało podjąć decyzję - odpuścić i po raz pierwszy w życiu nie przyjść na spotkanie przygotowaną, czy może się przemęczyć i przy okazji odkreślić jeden z punktów z listy – książka, którą posiadam, a nie przeczytałam? W końcu czym są te dwie godziny z życia? Okazało się, jak podejrzewałam, że były te godziny straconymi bezpowrotnie. Lepiej już było tępo patrzeć na jakiś głupi serial w telewizji – np. Kiepskich (a absolutnie ich nie trawię).

Było źle, było nudno, było słabo i męcząco... Było też okropnie. Bezwartościowa pozycja. To słowo idealnie określa tę książkę. Dno, wodorosty i 20 metrów mułu, a na dnie zdechłe ryby, zbyt obżarte Tolkienem, by nawet pływać po powierzchni. Otrzymałam tylko lekko słowiańską wersje „Hobbita”, połączonego z „Władcą Pierścieni”, całkowicie nie wartą czasu, jaki poświeciłam na czytanie. Ba, nawet nie warta papieru, na którym jest wydrukowana. Kiedy byłam mała (w sensie młoda, a nie niska), miałam taką książeczkę o Królu Popielu, co go myszy zeżarły. Nie lubiłam jej za bardzo chociaż z drugiej strony, jak magnes przyciągała mnie ekstremalnie idiotyczna końcówka. Flaków i mózgów nie było, ale wyobraźnia działała. Klimatycznie „Hrebor” i reszta kompani są osadzeni właśnie w takim klimacie, ale niestety bez nagrody krwawej jatki na końcu. W nagrodę otrzymujemy słabe wyjaśnienia autora i próbę urzeczywistnienia historii, co jeszcze bardziej negatywnie wpływa na ostateczna ocenę.

Ci co mnie znają, od razu wiedzieli, że już na pierwszej stronie dostanę za przeproszeniem wnerwicy (staram się mimo wszystko zachować jakieś strzępki kultury w moich recenzjach i nie używać twardych przekleństw). Tytułowy Hrebor - tchórz i kłamca (te dwa przymiotniki całkowicie dla mnie go opisują, choć jak widać u Agi jest ciut odmiennie) :), jest właśnie taki ponieważ od Rożenic dostał kobiece serce... Widzę, że autor już od lat nie ma dobrego zdania o kobietach. I w sumie tyle w temacie. Pierwsza strona i już coś takiego. Czy rzeczywiście trzeba to komentować? I czy trzeba kontynuować?


Polecam po prostu nie czytać. Omijać. I spluwać z pogardą mniejszą lub większą, do wyboru. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to super recenzja, ale naprawdę nie umiem o tej książce niczego pozytywnego napisać poza jedną rzeczą - dzięki bogom, nie jest za długa. I tyle. Naprawdę, ludzie już wystarczająco się nad nią pastwili, i trudno znaleźć jakiś specyficzny rodzaj błota, którym jeszcze w nią nie rzucano. Wybaczcie, ale sam autor mnie odrzuca i nie chce mi się po prostu tracić na to czasu. Nie warto.



Ocena: 1

Przesłanie: "Słowiańska wędrówka przez Morię i przyległości."



wtorek, 14 kwietnia 2015

"Pół króla" - Joe Abercrombie


Książę Yarvi poprzysiągł zemstę zabójcom ojca. Chce odzyskać czarny tron. Najpierw jednak jako sprzedany w niewolę galernik musi stawić czoło okrucieństwu i srogiemu morzu. I to mając tylko jedną sprawną rękę.

W oczach świata jest słaby. Nie utrzyma tarczy ani nie chwyci za topór, dlatego musi z umysłu uczynić zabójczą broń.

W osobliwej kompanii wyrzutków znajduje wsparcie, na jakie nie mógłby liczyć wśród szlachetnie urodzonych.

Yarvi ma u boku lojalnych przyjaciół, lecz zawiła ścieżka, którą kroczy, może się zakończyć tym, czym się rozpoczęła – niespodziewanym zwrotem, zasadzką i śmiercią króla.

[Dom Wydawniczy Rebis, 2015]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/249962/pol-krola]


AGA:

Proza Joe Abercrombiego pojawiła się na polskim rynku wydawniczym w 2006 roku za sprawą ISA, jednak mam wrażenie, że jego powieści przebiły się do szerszego grona odbiorców dopiero za sprawą „Zemsty najlepiej smakującej na zimno”, wydanej przez Wydawnictwo MAG w 2009 roku, z przyciągającą wzrok okładką. Od tego momentu jego powieści były wydawane dość regularnie i co ważniejsze były czytane, a o jego niejakim sukcesie może świadczyć fakt, że MAG pofatygował się o nowe wydanie Trylogii Pierwszego Prawa, i to w nowym tłumaczeniu. Na fali tej popularności na rynek wydawniczy wkroczyła, tym razem wydana przez Dom Wydawniczy Rebis, nowa powieść „Pół króla” („Half a King”, 2014).

„Pół króla” to historia o losie władców Gettlandu. Krainą tą leżącą nad Morzem Drzazg (Shattered Sea ), rządzi król Uthrik z piękną i bardzo zaradną Złotą Królową, Laithlin. Nieszczęście jednak sprawia, że król wraz z dziedzicem tronu, wpadają w zasadzkę i zostają, co tu dużo mówić, zarżnięci. Pech chciał, że Czarny Tron w wyniku nagłej i niespodziewanej sukcesji obejmuje, może i mądry i wykształcony, ale mało waleczny i raczej skromnej postury, Yarvi, najmłodszy syn. Niestety przeznaczony na Ministra, czyli doradcę królów, Yarvi, nie może sprostać wyobrażeniom poddanych o typowym gettlandzkim królu, nie umie walczyć, przynajmniej skutecznie, raczej chucherko z niego niż skandynawski Pudzian, a co najgorsze ma zniekształconą jedną dłoń, uniemożliwiającą mu trzymanie, obowiązkowej u Gettów, tarczy. Jakby tych nagłych obowiązków i odpowiedzialności było mało, musi koniecznie, jak to u wszystkich walecznych i honorowych narodów bywa, pomścić haniebną śmierć ojca i brata. Rusza więc dzielnie wspierany przez stryja Odema w bój, aby ogniem i mieczem nieść na ustach swoją i rodziny krzywdę. Młode to, to i głupie. Powieść nie byłaby interesująca, gdyby rejterada na Amwend w Vulskardzie skończyła się triumfem. Krótko panujący król Gettlandu zostaje zdradzony i efektem różnych perturbacji trafia jako niewolnik na galerę, gdzie za sprawą niedoli, pielęgnując zemstę w sercu, planuje dotrzymanie złożonej przysięgi krwawego odwetu na mordercach członków rodziny. Tak rozpoczyna się przygoda, która toczyć się będzie zarówno na wzburzonym morzu, jak i na zmrożonym lądzie.

Po lekturze „Zemsty najlepiej smakującej na zimno”, „Czerwonej krainy” i „Bohaterów”, czytając „Pół króla” stwierdziłam z zaskoczeniem, że Abercrombie złagodniał. Powieść, w przeciwieństwie do poprzednich książek, nie jest przesycona krwią, trupami, okrucieństwem, brak jej również defetystycznego cynizmu, tak charakterystycznego dla jego prozy. Może byłabym mniej zaskoczona, gdybym wiedziała przed lekturą, że „Pół króla” rozpoczyna tak naprawdę trylogię dedykowaną młodszemu czytelnikowi. Gdyby wszystkie powieści fantasy dla młodzieży były takie (westchnienie). Owszem brakuje tego charakterystycznego naturalizmu Abercrombiego, ale książka nie trąci infantylizmem i naiwnością, czym najczęściej są skażone powieści dla młodzieży. Bohaterowie rzeczywiście tam, gdzie u „dorosłego” Abercombiego kopnęliby leżącego, tu podają mu raczej rękę, ale nie są cukierkowi, ani lukrowani, tylko po prostu są ludźmi, którzy w gruncie rzeczy nie są źli, tylko życie im dokopało i próbują wyjść z sukcesem na prostą. „Pół króla” jest może trochę przewidywalna, można domyśleć się wielu rzeczy, jest mniej zwrotów akcji, ale jest ona po prostu dobrze napisana.

Podsumowując „Pół króla” to powieść dla każdego, bez względu na wiek, z wartką akcją, która wciąga czytelnika od samego początku. Szybka i satysfakcjonująca lektura, dająca przyjemny odpoczynek. Życzyłabym sobie, by wszystkie powieści dla młodzieży utrzymywały taki poziom.

  • A book that was originally written in a different language.
  • A book published this year.


Ocena: 8/10

Przesłanie: „Jedna z niewielu powieści fantasy, która swoją fabułą i stylem nie upokarza młodzieży”.






poniedziałek, 13 kwietnia 2015

"Rzeki Londynu" - Ben Aaronovitch


Nazywam się Peter Grant. Jestem detektywem i uczę się na czarodzieja – jako pierwszy uczeń od pięćdziesięciu lat. Zajmuję się gniazdem wampirów w Purley, negocjuję rozejm między walczącymi ze sobą bogiem i boginią Tamizy, wykopuję groby w Covent Garden – a to tylko rutynowe działania. Duch rozruchów i rebelii obudził się w mieście i na mnie spada obowiązek przywrócenia porządku chaosie, który wywołał. Albo tego dokonam, albo umrę próbując…

[Wydawnictwo Mag, 2014]
[Opis i okładka: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/194624/rzeki-londynu]






AGA:

Przyznaję się, ciężko pisze mi się recenzje książek nijakich, gdy książka jest zła z zapałem mogę ją skrytykować, gdy jest dobra, to z pasją wychwalam jej zalety, ale jak jest nijaka, to mam problem. „Rzeki Londynu” niestety należą do ostatniej kategorii i właśnie sobie zadaje pytanie: „- No i co ja mam z nią zrobić. O czym tu napisać, gdy ma się ochotę skwitować całą powieść po prostu 'może być'”. „Rzeki Londynu” miały być szybkim przerywnikiem pomiędzy czytaniem dwóch innych książek. I nie wyszło mi to ekspresowe czytanie.

Podchodząc do powieści Bena Aaronovitcha wydawało mi się, że będzie to lekkie i szybkie urban fantasy w klimacie steampunk. Nic jednak bardziej mylnego. Akcja „Rzek Londynu”, jak sam tytuł wskazuje, rozgrywa się w Londynie i jest to o dziwo współcześnie znane nam miasto. Założyłam a priori, że jak ma być magia, to będzie to epoka wiktoriańska i że książka wejdzie w klimaty ostatnio tak popularnego steampunku. A tutaj, proszę czytelnika, niespodzianka!!! Główny bohater, zwykły posterunkowy na okresie próbnym, wyciąga komórkę, korzysta z komputera i jeździ samochodem, złoczyńców śledzi za pomocą monitoringów miejskich i strzela z pistoletu. Powieść do połowy toczy się powolnym rytmem, jak na mój gust, przy takich książkach, zbyt flegmatycznym, by nie rzec, że w stylu angielskim. Na początku czytelnik zostaje zapoznany z głównym bohaterem, Peterem Grantem, który wraz ze swoją koleżanką z pracy, Lesley May, stoją przed życiową szansą zostania prawdziwymi gliniarzami lub przed życiową klęską, kończącą się siedzeniem za biurkiem. Peter Grant, jako przeciętniak, lekko ciapowaty syn ćpającego muzyka, dostaje niezwykłą szansę pomagać kolegom zza biurka, a piękna Lesley trafia do brygady od „wielkich spraw”. Jednak, musi być to jednak, inaczej książka byłaby nudna, podczas rutynowego śledztwa w sprawie nierutynowego morderstwa,w którym Lesley i Peter robią za zwykłe stójki, ciapowaty posterunkowy odkrywa w sobie talent konwersacji ze świadkami dość ulotnej natury – z duchami. Przyłapany na takim procederze trafia pod opiekuńcze skrzydła nadinspektora Nightingale'a (ładne nazwisko, ale 'słowik' nijak ma się do postaci), który okazuje się dość wiekowym czarodziejem – nie, nie na szczęście to nie Merlin. Peter Grant wraz z mistrzem i przy pomocy Lesley, starają się wyjaśnić zagadkowe, dość krwawe, związane z magią morderstwa, a równocześnie starają się udobruchać, skłóconych ze sobą Matkę Tamizę i Ojca Tamizę, a także ich liczne potomstwo.

„Rzeki Londynu” z jednej strony są ciekawym novum w urban fantasy, akcja bowiem dzieje się współcześnie w Londynie, który raczej jako miejsce akcji panuje w literaturze grozy lub steampunku, o romansach historycznych nawet nie wspominając, z drugiej jednak strony napisana jest w dość chaotyczny sposób, który utrudnia ogarnięcie realiów świata przedstawionego. Książka jest połączeniem klasycznego kryminału, gdzie bohaterem jest stróż prawa, mający do rozwikłania zagadkę tajemniczych morderstw, występują elementy grozy związane z makabrycznością dokonywanych zabójstw, są też stałe elementy dla urban fantasy, czyli magia, duchy, postaci fantastyczne. Są jeszcze bohaterowie, którzy stanowią, jak dla mnie, największy mankament tej książki. Dlaczego? Ponieważ nie są wiarygodni i mało charakterystyczni. Peter, główny bohater, przedstawiony jest początkowo jako ciapowaty posterunkowy, który może i mógłby się wykazać, gdyby umiał się zorganizować, nagle później staje się szczwanym lisem i przebiegłym magiem. Co najbardziej drażniło mnie w Peterze Grant'cie to jego jedna cecha, która rzuciła mi się w oczy, a mianowicie, gdziekolwiek się pojawiał dostrzegał szczegóły, których żaden facet nie zauważa, a przeciętny policjant, wydaje mi się, tym bardziej, a jakie to szczegóły?, np. wyposażenie domu, zauważa wchodząc do pomieszczenia, że na stole leży dwuletni pecet Della (jeszcze, że zna markę rozumiem, ale skąd wie, że dwuletni), lub na stole stała lampka od IKEI (no dobrze, może dzięki temu autor zarobił na darmowe obiady w ich barze), ale „hipoalergiczna drewniana podwieszana karuzela z serii zabawek edukacyjnych od Galta”, to już przegięcie, bezdzietny policjant nie powinien znać zabawek dla niemowlaków i używać słowa hipoalergiczny. Wolałabym nie wspominać o tym, że posterunkowy był świetnym znawcą kobiecej garderoby, na tyle dobrym, że wiedział, że Matka Tamiza nosi portfelową spódnicę uszytą z austriackiej koronki. Najwyraźniej nie doceniam wszechstronności edukacji policjantów w Wielkiej Brytanii, jednak może gdyby ich kształcono kierunkowo, nie musieli by sięgać do magii, by rozwiązywać sprawy morderstw. Nie wspominając o tym, że wygląda to tak, jakby autor sięgnął do katalogu i wybierał z nich przedmioty do opisu. Postać czarodzieja Nightingale'a też została kiepsko nakreślona, jest on bowiem mistrzem i jedynym czarodziejem w Londynie, a jednak robi za tło, a całe śledztwo i negocjacje z genius loci, pozostawia niedouczonemu, nieprzeszkolonemu posterunkowemu z nierozwiniętym jeszcze talentem do czarów. Zdecydowanie kreowanie postaci Aaronovitchowi nie wyszło. Wszystko, zarówno świat przedstawiony, fabuła, jak i postaci, wykazują duży potencjał, ale niewykorzystany.

Ogólnie rzecz ujmując,fabuła rozwija się flegmatycznie, bohaterowie są mało charakterystyczni, a świat przedstawiony dość chaotyczny, jedyną pozytywną cechą, która mnie powiedzmy miło zaskoczyła, to autoironiczny humor głównego bohatera, taki cyniczny z dodatkiem fatalizmu. Blog jednak nie byłby Zgryźliwy, gdybym nawet chwaląc nie dodała trochę uszczypliowości, a mianowicie szkoda, że Aaronovitchowi starczyło tego humoru tylko na połowę książki. Można przeczytać, ale bez fajerwerków.

  • A book that was originally written in a different language,
  • A book you own but have never read
  • A book by an author you have never read before
  • A book with magic
  • A book set in different country
  • A mystery or thiller
  • A book with nonhuman character

Ocena: 5/10

Przesłanie:”Flegmatyczny kryminał urban fantasy z Londynem w tle.”




niedziela, 29 marca 2015

"Cała prawda o planecie Ksi. Drugie spojrzenie na planetę Ksi" - Janusz A. Zajdel



Dowódca ekspedycji ratunkowej odkrywa prawdę o planecie Ksi, lecz sam powątpiewa, czy to aby cała prawda. Po powrocie na Ziemię zdaje raport swym przełożonym i znowu leci na Ksi. O tym, co tam zastanie i jak potoczą się losy żyjących w ekstremalnych warunkach kolonistów, nie dowiemy się już nigdy, ponieważ autor książki zmarł.



[superNOWA, 2005]
[Opis i okładka:  http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4143/cala-prawda-o-planecie-ksi-drugie-spojrzenie-na-planete-ksi ]





AGA:

Janusz A. Zajdel to ikona polskiej fantastyki socjologicznej, człowiek, który zapisał się na kartach tej literatury na tyle wyraźnie w ciągu dwudziestu lat swojej literackiej działalności, że po jego przedwczesnej śmierci przemianowano ówczesną nagrodę fandomu polskiego Sfinks na Nagrodę im. Janusza A. Zajdla. Jak wspomniałam powyżej Janusz A. Zajdel jest przede wszystkim reprezentantem fantastyki socjologicznej, pisanej w latach 60/70-tych XX w., należy więc zdawać sobie sprawę, że w jego twórczości będą dominowały problemy, zagadnienia i obserwacje odwołujące się do tamtych, trudnych dla Polski czasów. Nie oznacza to jednak, że treść jego książek zdezaktualizowała się w momencie odzyskania niepodległości.

„Cała prawda o planecie Ksi” to typowa powieść szkatułkowa, w której opowieść odnalezionego kosmicznego rozbitka, staje się osią całej fabuły, i przyczynkiem do dalszych wydarzeń. Zacznę jednak od początku. Komandor Sloth, pilot pozaukładowy, którego metryczka drastycznie różni się od jego wyglądu, zostaje wysłany z misją, mającą wyjaśnić, co się stało z Konwojem, który miał dotrzeć na nową planetę. Sloth odnajduje dryfujący statek, a na nim starego człowieka oraz dziennik pokładowy, w którym rozbitek spisał tragiczną historię ekspedycji. Pokrótce, by nie zdradzać całej fabuły, statek „Alfa”, a następnie pozostałe jednostki Konwoju, został przejęty przez grupę terrorystów, którzy zdecydowali się na wprowadzenie nowego ładu społecznego w koloni. Opowieść „11-tki”, bo tak nazywany jest rozbitek, opisuje kształtowanie się nowego społeczeństwa pod wpływem fanatyków opanowanych przez ideę, aż do momentu, który doprowadza go do stanu, zastanego przez komandora Slotha.

Ciężko mi zrecenzować tę książkę Zajdla, ponieważ z jednej strony ukazuje ona mechanizmy tworzenia się społeczeństwa totalitarnego, z drugiej strony jest to pod względem konstrukcji i w sumie nawet realizacji, jeden ze słabszych utworów tego autora.

W posłowiu (SuperNowa, 2005) Maciej Parowski wspomina o proweniencji powieści; miała ona być wypadkową historycznych wydarzeń na świecie związanych z terroryzmem, a frustracją odrzucenia przez cenzora jego książki „Wyjście z cienia”. Napięcie, które odczuwane było w Polsce pod koniec lat siedemdziesiątych i na początku lat osiemdziesiątych, a także czysto osobista, pisarska frustracja, zostały rozładowane przez stworzenie właśnie „Całej prawdy o planecie Ksi”, a gorąca głowa i zawiedzione ambicje, nie są złym motywem do pisania, jednak dzieło potrzebuje później szlifu redakcyjnego, którego tu zabrakło.

Fabuła książki jest prosta jak cep. Misja komandora Slotha jest przyczynkiem do opowiedzenia historii kolonii przez pryzmat spostrzeżeń „11-tki”, dziennik pokładowy ujawnia tragiczne wypadki na pokładzie „Alfy” i na planecie. Zajdel ukazuje cały proces zniewalania społeczeństwa przez grupkę fanatyków, kolejne etapy i metody wprowadzania reżimu za pomocą monopolu informacyjnego i propagandy, ideologii oraz terroru tajnych służb wobec przeciwników rebelii. Rebelianci z „Alfy” przejmują władzę nad społeczeństwem, wykorzystując przewagę i element zaskoczenia, przewrót na szczęście ma prawie bezkrwawy charakter, głównie dzięki temu, że mogą decydować o tym kogo i kiedy wyciągnął ze stanu anabiozy. Kolejnymi cechami charakterystycznymi dla państwa terroru, autokracji i totalitaryzmu, które wprowadził Zajdel do książki są: monopol „tymczasowych” władz na broń, psychologia nienawiści kolonistów wobec Ziemian, fabrykowanie informacji, wyciąganie z anabiozy najmniej inteligentnych jednostek i typowo polski obrazek, czyli żywność i dobra wydawane na bony, o cichym przyzwoleniu na pokątne pędzony bimber nie wspominając. Wszystkie te elementy składają się na kanon państwa totalitarnego. Niestety ten akademicki obraz reżimu, powoduje, że powieść tą czyta się, jak łopatologiczną lekturę szkolną. Konstrukcja fabuły wygląda, jakby całą nienawiść autor przelał względem ówcześnie panującego systemu, wytknął wszystko, a potem za szybko to wydał, by zauważyć, że to takie trywialnie nieskomplikowane.

Niezrealizowana kontynuacja pt. „Drugie spojrzenie na planetę Ksi”, której pomysł Janusz A. Zajdel porzucił z powodu niezadowalającej zaliczki na poczet właśnie drugiej części, doczekała się realizacji, jako efekt przeprowadzonego w 2011 roku konkursu, pod egidą Jadwigi Zajdel, Joanny Zajdel-Przybył i Wydawnictwa superNOWA. W 2014 roku wydano powieść autorstwa Janusza A. Zajdla i Marcina Kowalczyka pt. „Drugie spojrzenie na planetę KSI”.

  • A book set in the future.

Ocena: 4/10

Przesłanie: „Totalitarny powrót do szkoły.”

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

PATI:

„Cała prawda o planecie Ksi”... jest niczym koszmarny powrót do szkoły, gdzie stawiano przed nami wyzwania w postaci lektur mniej lub bardziej przeczytywalnych. Jak ktoś czytał Orwell'a to nie wiem czy przypadnie mu do gustu kolejne odgrzewanie tego samego kotleta. Mnie niestety nie przypadło.

„Główny” bohater, Sloth (jak idealnie pasujące imię), kosmonauta, przez całą tą książeczkę nie zabłysnął ani razu: ani charyzmą, ani inteligencją, ani błyskotliwymi dialogami. Generalnie nie lubię ludzi, stawiających innych na niższym poziomie - bo są od niego młodsi. A już zupełnie nie cierpię facetów, którym w głowie jest bazowanie na swojej opinii (w tym przypadku rzeczywistego wieku) i zasobności portfela (z powodu wykonywanej pracy). A już zupełnie nienawidzę gnojków, którym w głowie tylko, że zacytujmy książkę, „oczy” kobiet i kolejne zaliczanie zdobyczy. Tego bohatera to też i z premedytacją umieściłam w cudzysłowiu, bo w sumie jakby się zastanowić szczerze zastanowić to do od głównych bohaterów czegoś jednak się oczekuje, prawda? Pan Gnuśny natomiast w tej książce nie zrobił zupełnie nic... Pozwolę sobie pokrótce przedstawić „akcję” tej książki: Sloth ma wakacje, które każą mu dowódcy przerwać, bo musi wyruszyć na akcje ratunkową, a Sloth oczywiście marudzi. Slotha budzą przedwcześnie piloci statku, bo spotykają „obiekt latający” i razem z nimi wkraczają na prom należący do konwoju, któremu wyruszyli na ratunek (ojej). Spotykają tam szalonego mumio-pilota – taki tam żywy, ale martwy, czytają jego dziennik (jakieś 50% zawartości książki) po czym docierają na Ksi gdzie oglądają społeczeństwo, a Sloth decyduje się na powrót na ziemię, bo to przewyższa jego kompetencje. KONIEC. Serio i wcale mi nie jest do śmiechu. Najwięcej akcji jest w dzienniku „11” zwanego też Pradziadkiem i to z niego dowiadujemy się co naprawdę miało miejsce na Ksi, a Sloth ma okazję to potwierdzić i zobaczyć co z tego wynikło. Tylko, czy to ciekawe? Jak dla mnie strasznie toporna antyutopia z aż rażącymi odniesieniami do PRL. Ale potem następuje porównanie Lenina do Chrystusa - jako jedynych bezinteresownych przywódców w historii świata - i no kurza noga, aż mnie przytkało na chwilę. Poezję i literaturę socrealizmu to ja czytałam w szkole jako taką tam ciekawostkę humorystyczną, ale Jezus=Lenin - to już cios poniżej pasa i paskudna podlizka pod cenzurę. Od tego momentu zaczęłam postrzegać Zajdla prawie jako Pradziadka, któremu też na końcu nikt nie wierzył, że „on to wszystko robił dla innych”, a nie był sprzedawczykiem i zdrajcą. I tyle w temacie.

Wyobraźcie sobie eksperyment, gdzie świnkami morskimi są ludzie, którzy wybudzeni ze stanu hibernacji dowiadują się, że Ziemia ich oszukała i nie wyposażyła w żadne ułatwiające kolonizacje akcesoria, a żywności jest tyle co kot napłakał. A do „domu” daleko, bo aż 40 lat lotu. Ale to oczywiście jest kłamstwo wymyślone przez rewolucjonistów, chcących wychować społeczeństwo idealne, którzy dokonują w trakcie lotu na Ksi ataku terrorystycznego i obejmują dowodzenie na statku. Wszelakie przywiezione dobra zostają ukryte, a ludzie stopniowo budzeni i zaganiani do pracy przy minimalnych racjach żywnościowych. Wszyscy są niby równi (ale oczywiście niektórzy są równiejsi, o czym decyduje wytatuowany numer porządkowy na czole). Jakikolwiek opór i próba zdrowego rozsądku była karana i piętnowana. Pierwsi osadnicy ze strachu przyjęli nowe doktryny, ale już każde następne pokolenie, które nigdy nie poznało Ziemi, wyrastało w przeświadczeniu, że tam jest jeszcze gorzej. I tak to wszyscy, choć biedni i zacofani, są szczęśliwi i w przyszłości chcą wyzwolić lud macierzystej Ziemi spod jarzma tyranii... Ot i cała historyjka. A teraz się zapytam: no i? Co dalej? Dobra, przyznaję się, że trochę się złośliwie znęcam nad tym tekstem, bo Zajdel zaczął pisać „Drugie spojrzenie na planetę Ksi”, którego nie zdążył już dokończyć, ale traktując to jako osobny tekst literacki, to ewidentnie brakuje mi jakiegokolwiek rozwiązania, podsumowania... no czegokolwiek. Taka tam opowieść trochę o niczym.

Chcecie? To sobie czytajcie. Ja za Zajdla już raczej nigdy nie chwycę.

  • A book set in the future.
  • A book by an author you've never read before.


Ocena: 2/10

Przesłanie: "Co tam chore społeczeństwo, ja chcę urlopu i lasek."