poniedziałek, 15 marca 2021

"W lesie pod wiśniami w pełnym rozkwicie" - Ango Sakaguchi

 

Trzecia książka z serii Tajfuny Mini, prezentującą dzieła pisarzy i pisarek z pierwszej połowy XX wieku, którzy nie byli wcześniej tłumaczeni na język polski, a zdecydowanie na to zasługują.

Nazwisko Sakaguchiego możecie pamiętać ze wstępu do Zmierzchu, gdzie pojawia się jego Darakuron (Debata o dekadentyzmie). Ango, oprócz krytyki literackiej, pisał również fikcję – jego makabryczne, ale przejmująco piękne opowiadanie jest jednym z ulubionych tekstów Karoliny.

Trzeci tom w kolekcji "Tajfuny Mini".

Pomimo romantycznie brzmiącego tytułu "W lesie pod wiśniami w pełnym rozkwicie" to prawdziwie makabryczna opowieść o leśnym zbójcy, który porywa i morduje. Jedną z uprowadzonych piękności bierze sobie za kolejną żonę, a ta rozkazuje mu i zarządza, namawiając do coraz większych zbrodni, niczym japońska Lady Makbet.

Dlaczego jednak leśna droga wśród rozkwitłych wiśni napawa zbója takim przerażeniem..?

Fantastyczna, groteskowa wizja Ango Sakaguchiego, krytyka literackiego i pisarza, który zasłynął ze swoich esejów i naturalistycznych opowiadań o życiu w powojennej Japonii, prywatnie bliskiego przyjaciela Osamu Dazaia, autora "Zmierzchu".

[Tajfuny, 2021]

[Opis i okładka: Tajfuny i Empik]


AGA:

Szczęśliwie pochodzę z domu, w którym fascynowano się Japonią. Otaczały mnie książki o Japonii, serial „Shogun” (1980) z Richardem Chamberlainem i Toshirô Mifune obejrzany został ze sto razy, a i filmy Akiro Kurosawy, jak „Siedmiu wspaniałych”, „Rashomon”, czy „Tron we krwi”, nie były mi obce. Na studiach słuchałam tradycyjnej muzyki japońskiej i aż dziwne, że współlokatorzy nie wyrzucili mnie za drzwi, bo niewielu jest w stanie wytrzymać, a co dopiero docenić, śpiew, który wielu słuchaczom przywodzi na myśl zawodzenie obdzieranego kota ze skóry. Podobnie jest z literaturą japońską, niewiele osób po nią sięga, a jeszcze mniej jest w stanie docenić i polubić. Niektóre nazwiska japońskich pisarzy utrwaliły się w ogólnej świadomości czytelniczej, w szczególności Haruki Murakamiego i Kazuo Ishiguro. Osobiście z sentymentem i wdzięcznością podchodzę do Państwowego Instytutu Wydawniczego, poprzez którego wydania Yasunari Kawabaty w ramach Współczesnej Prozy Świata, miałam pierwszą styczność z prozą państwa kwitnącej wiśni. Czasy się jednak zmieniają, a pod tym względem na lepsze, i na polskim rynku pojawia się coraz więcej wydawnictw, promujących literaturę z Dalekiego Wschodu.

„W lesie pod wiśniami w pełnym rozkwicie” to wydane przez Wydawnictwo Tajfuny dwa opowiadania Ango Sakaguchiego, nie minę się z prawdą, pisząc, że nieznanego polskiemu czytelnikowi. Tym ciekawiej, że właśnie jego skrawek twórczości przedstawiła nam tłumaczka Karolina Bednarz. 

„W lesie pod wiśniami w pełnym rozkwicie” to historia rozbójnika, który grasując w obrębie przełęczy w pobliżu słynnej trasy Tōkaidō, zdobywa w ramach grabieży piękną kobietę, którą czyni swoją żoną. 

Piękno tej kobiety pochłonęło go tak, że ani jego oczy, ani jego dusza 
nie były zdolne do ruchu. Ale czuł niepokój.

Zafascynowany jej odmiennością, będąc pod jej przemożnym wpływem, ulega jej namowom, najpierw, by pozbawić życia prawie wszystkie dotychczasowe swoje żony, a potem, by przenieść się z samotnych gór do stolicy, by poczuć atmosferę miasta. Jednak związek oparty na pragnieniach kobiety, okazuje się wyjątkowo wymagający, niepokojący i krwawy. 

Drugie opowiadanie „Wielkouchy i księżniczka długiej nocy” to opowieść o młodym rzemieślniku, który zostaje zarekomendowany przez swojego mistrza, by udać się na dwór klanu Długiej Nocy. Niedoświadczony młodzieniec staje na dworze w konkury z innymi rzemieślnikami z prowincji Hida, o stworzenie najwspanialszego posążka Buddy wraz z zushi, miniaturowym drewnianym ołtarzykiem. Przez trzy lata tworząc figurkę Buddy, młody mężczyzna popada w coraz głębsze artystyczne szaleństwo, a piękno w opowiadaniu miesza się z brzydotą i okrucieństwem.

Mianownikiem wspólnym dla obu opowiadań jest podobna kreacja kobiecych postaci. Cytując za Karoliną Bednarz Sakaguchi „dodaje kobietom sprawczość obleczoną w warstwę okrucieństwa”. Piękna branka rozbójnika i księżniczka Długiego Dworu, nie są zwiewnymi, delikatnymi mimozami, nie są to również bezosobowe, ukazywane tylko przez pryzmat cielesności prostytutki, czy konkubiny. Obie kobiety, przywodzą na myśl siły niszczące, piękne i delikatne z zewnątrz, w środku harde i okrutne. Mężczyźni, pomimo że w ostatecznym rozrachunku finalizują swoimi decyzjami opowiadania, są jednak postaciami słabymi, zaślepionymi i uległymi. Poddają się fascynującemu pięknu, pomimo że czują podskórnie niepokój. Obrazy Sakaguchiego wywracają do góry nogami pojęcie piękna i fascynacji, bowiem piękno okazuje się brzydkie i odpychające, a brzydota i okrucieństwo fascynujące. Kolekcje głów towarzyszki rozbójnika, czy kolekcja wężowych trucheł Wielkouchego są pociągające w swym surrealistycznym istnieniu. Niejako poszukiwania sensu życia obu mężczyzn, staje się dla nich koniecznością, choć obłożone jest wieloma krwawymi potknięciami, wynikającymi z ich własnych działań, jak u rozbójnika, lub wręcz odwrotnie zaniechania ich, jak w przypadku Wielkouchego.

Oba opowiadania z pogranicza grozy i baśni, wymagają wielokrotnego czytania, by w pełni je docenić i odkrywać kawałek po kawałku. Nierzeczywiste w swym okrucieństwie, przedstawiają je w sposób tak zwyczajny i normalny, jakby były codziennością, i chyba to w tych opowiadaniach jest najbardziej niepokojące. 


Ocena: 7/10

wtorek, 9 marca 2021

"Język cierni. Opowieści snute o północy i niebezpieczna magia" - Leigh Bardugo


Leigh Bardugo, autorka z listy bestsellerów New York Timesa, zainspirowana mitami, baśniami i folklorem stworzyła cudownie klimatyczny zbiór opowiadań, których akcja wprost skrzy się od zdrad, zemsty, aktów poświęcenia i miłości. Wejdźcie do świata griszów…

Miłość przemawia kwiatami. Prawda wymaga cierni.

Udajcie się do świata mrocznych paktów zawieranych w blasku księżyca; świata nawiedzonych miast i głodnych lasów; świata zwierząt mówiących ludzkim głosem i golemów z piernika. Do świata, w którym młoda syrena głosem przywołuje śmiercionośne sztormy, a strumień może spełnić życzenie usychającego z miłości chłopaka – lecz zażąda za to okrutnej ceny.

Fragment: tutaj.

[Wydawnictwo Mag, 2017]

[Opis i okładka - Wydawnictwo Mag]

AGA:

Po przeczytaniu „Cienia i kości”, chciałam dalej kontynuować przygodę w świecie Griszów, niestety kolejny tom był ode mnie ponad sześćset kilometrów. To kara za opuszczenie domowych pieleszy, razem z dzieciństwem, musiałam pozostawić za sobą bibliotekę, bo zachciało mi się samodzielnego życia. Szczęśliwie istnieje jeszcze coś takiego jak poczta, oby nie ta polska, i wystarczy (tylko!) uzbroić się w cierpliwość. Do tego czasu przegrzebałam własne zbiory i odnalazłam, długo czekający na swoją kolej „Język cierni”. 

Książka na półce od razu rzuca się w oczy. Czarny grzbiet i złote litery z cierniowymi zdobieniami, twarda oprawa, pięknie ilustrowana ze zmiennym kolorem tekstu. Podobny zabieg typograficzny  zastosowano w książce Michaela Ende „Niekończącej się historii”. Pomimo że staram się aktualnie kupować głównie ebooki, to niektóre wydania mogą prezentować całe swoje piękno, wyłącznie w wersji papierowej i z „Językiem cierni”, właśnie tak jest. Piękne ilustracje, którymi strony opatrzone są na styl bordiur, przypominają mi w estetyce baśnie rosyjskie, które czytano mi, gdy byłam dzieckiem. Sądzę, ale jestem w tej kwestii laikiem, że Sara Kipin inspirowała się rosyjskim ilustratorstwem, co odnajduję w smukłości oddawanych sylwetek zarówno ludzi, jak zwierząt, ale znacznie prostszą kreską i utrzymaną w jednej tonacji kolorystycznej utrzymanej w obrębie opowiadania. Z dzieciństwa pamiętam „Bajki” Puszkina i „Konika garbuska” Jerszowa, dlatego z sentymentem napawałam oczy ilustracjami Kipin.

„Język cierni. Opowieści snute o północy i niebezpieczna magia”, to zbiór sześciu opowiadań, których akcja, co prawda dzieje się w uniwersum Griszy, ale poza nazewnictwem geograficznym, raczej nic więcej z nim nie ma wspólnego.  Początkowo miał powstać prequel „Cienia i kości”, w konsekwencji „powstała opowieść, którą tacy bohaterowie mogliby usłyszeć w dzieciństwie”.  Dlatego też po tę książkę może sięgnąć każdy, kogo swoją urodą skusi.

Ze wszystkich historii to „Wiedźma z Duvy” dotknęła mojej wyobraźni do żywego. Jest to wariacja na temat Jasia i Małgosi i jak sama pisarka wspomina, była to bajka, „która prześladowała mnie w dzieciństwie”. W konstrukcji baśni, przemyśleniu fabuły, w manipulowaniu wyobraźnią czytelnika, widać fascynację nią. Jest cudowną krytyką ludzi, którzy mają tendencję do kierowania się w życiu przypuszczeniami, stereotypami i podejrzliwością opartą na intuicji, plotkach i przeświadczeniach, zamiast na materialnych dowodach. Odmienne zakończenie od oryginału, zasiewa w czytelniku niepokój, że w rzeczywistości jest ślepy i nie potrafi dostrzec w porę niebezpieczeństwa.

Kilka lat temu czytałam opowiadanie Catherynne Valente (autorki „Opowieści sieroty” dwutomowej baśniowej wariacji na temat „Księgi tysiąca i jednej nocy”) pt. „Subtelna architektura” ( Fantasy & Science Fiction 01 (5) 2011). Opowiadanie podobnie jak u Bardugo, jest odmienną wersją Jasia i Małgosi. Realizacja opowiadania całkowicie odmienna, ale co obie autorki łączy, to punkt widzenia głównego bohatera. Jednak nie dotyczy to „Wiedźmy z Duvy”, a ostatniej opowieści ze zbioru - „Jak woda wyśpiewała ogień”. Opowiadanie nawiązuje do baśni Hansa Christiana Andersena „Mała syrenka”, ale tak jak u Valente, jest anatomią zbrodni, ukazuje ewolucję bohatera, który w wyniku dokonywanych wyborów lub ich braku, zostaje zmuszony do podejmowania złych decyzji. Jest to zresztą najpoważniejsze opowiadanie, które bardzo dobitnie zwraca uwagę na wpływ społeczeństwa i rodziny na kształtowanie się jednostki.

Pozostałe opowiadania reprezentują raczej klasyczne baśnie, nadal zmodyfikowane, ale nie drażniące tak myśli, jak te powyżej wymienione. „Książę-żołnierz” i „Mały Nożyk”, choć ciekawie zrealizowane, nie są tak przewrotne, ani nie niesie ze sobą tak mocnego przekazu. „O lisie, który chciał być za sprytny” można rzec, że jest przestrogą przed zaślepieniem z miłości, która nie dostrzega gry pozorów. A najbardziej poetycką i magiczną, najbardziej zbliżoną do koncepcji baśni okazała się „Ayama i cierniowy las”, przepiękna historia, mądra, magiczna i dogłębnie ukazująca strach przed odmiennością.

Autorka w posłowiu wspomina o drażniącej nucie, którą potrafimy wyczuć w znanych historiach, która podskórnie ostrzega nas przed wyczuwaniem fałszu i niebezpieczeństwa. Dopiero po przeczytaniu „Języka cierni” zrozumiałam, dlaczego doceniłam „Cień i kość”. Leigh Bardugo komplikuje swoje historię, wykorzystując na swoją korzyść właśnie, tę ostrzegawczą nutę. Baśnie i bajki miały za zadanie przestrzegać strasząc, okrucieństwo nie miało być apoteozą, lecz środkiem parenetycznym. I tak u Bardugo, niewinne buzie ukrywają okrucieństwo, rodzice kłamią i wykorzystują potomstwo, książęta są żądni władzy, a syrenki gubi ambicja. Można by wymieniać i wymieniać przykłady wad ludzkich, które pisarka piętnuje.

„Język cierni. Opowieści snutych o północy i niebezpiecznej magii” z 2017 roku zaskarbiło sobie  rzeszę czytelników i nominowane było w plebiscycie Goodreads Choice w kategorii young adult & sf. Szczęśliwie coraz więcej pisarzy sięga po konwencję baśni, pisząc własne lub parafrazując te już istniejące. Poza „Językiem cierni”, polecam „Baśnie osobliwe” Ransoma Riggsa, twórczość Catherynne Valente, a sama muszę sięgnąć po nasze rodzime „Harde baśnie”.

Ocena: 8/10

środa, 3 marca 2021

"Cień i Kość" - Leigh Bardugo

 

„Cień i kość”, amerykańskiej autorki Leigh Bardugo to jeden z największych bestsellerów młodzieżowego fantasy ostatnich lat. Książka trafiła na listę bestsellerów New York Timesa, prawa wydawnicze zostały sprzedane do kilkunastu krajów, a prawa do wersji filmowej wykupił sam producent filmów o Harrym Potterze. „Cień i kość” to pierwszy tom trylogii Grisza, która urzeka niezwykle barwnym światem i wciągającą miksturą przygód, magii i emocji.

Ravka, niegdyś potężna i dumna, jest dziś otoczona przez wrogów i rozdarta przez Fałdę Cienia: pasmo nieprzeniknionej ciemności, w której czają się przerażające potwory. Niespodziewanie pojawia się nadzieja: samotna, młodziutka uciekinierka jest kimś więcej, niż się wydaje…

Alina Starkov nigdy w niczym nie była dobra. Kiedy jednak pułk, z którym podróżuje przez Fałdę, zostaje zaatakowany, a jej najlepszy przyjaciel Mal odnosi ciężkie rany, Alina musi coś zrobić. Odkrywa w sobie uśpioną moc, która ratuje Malowi życie – moc, która może też okazać się kluczem do wyzwolenia wyniszczonego przez wojnę kraju.

Potęga ma jednak swoją cenę.

Przemocą oderwana od wszystkiego, co jej znane, Alina trafia na dwór królewski, aby uczyć się na Griszę, członkinię władającej magią elity pod wodzą tajemniczego Darklinga.

W tym pełnym przepychu świecie nic nie jest takie, jakim się wydaje. Podczas gdy światu grozi ciemność, a całe królestwo liczy na nieujarzmioną i nieprzewidywalną moc Aliny, dziewczyna będzie musiała się zmierzyć z sekretami Griszów… i własnego serca.

[Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2013]

[Opis i okłądka: Lubimy Czytać ]


AGA:

„Cień i kość”, to doskonały przykład powieści, której etykieta „literatura młodzieżowa”, po prostu szkodzi. Zazwyczaj nie sięgam po takie tytuły, które zazwyczaj trącą infantylnością, zaspokajać potrzeby młodego czytelnika, a po debiuty, nie sięgam nigdy. Tom pierwszy Trylogii Griszy leżałaby zapewne jeszcze długo na półce, gdyby nie zapowiedź serialu na Netflxie.

Zapowiedź filmowa Netflixu. Niestety z tego drobnego fragmentu można już zauważyć rozbieżności

Ravka to królestwo podzielone przez Fałdę Cienia, mroczny pas przecinający krainę, w której żyją drapieżne potwory. Królestwo, aby nie upaść musi dbać o handel. Niestety rządzone jest przez nieudolnego króla, którego szczęśliwie dla Ravki, wspierają najbardziej zdolni, utalentowani, posiadający niezwykłe moce Griszowie. Najpotężniejszy z nich – Darkling, od lat poszukuje sposobu na zniszczenie mroku. Jego promykiem nadziei staje się Alina Starkow, kartografka, która wypuszczając się w pierwszą podróż przez Fałdę, uwalnia niezwykłe moce. Tak rozpoczyna się przygoda młodej dziewczyny, która zostaje wciągnięta w wielką politykę, a w świecie wielkich salonów, nigdy nie wiadomo, czy wszystko jest takie, jakim zdaje.

Książka nie rozczarowała mnie w żadnym aspekcie, a nawet kilka razy mnie zaskoczyła. Fabuła, choć prosta w swojej konstrukcji, to jednak dobrze skonstruowana, a kilka rozwiązań fabularnych, uchroniło ją przed sztampą. Język, konstrukcja świata, prezentacja faktów na jego temat, jest klarowna i nie odciąga czytelnika od wartkiej akcji. Nie ma zbędnych, rozwlekłych fragmentów i przede wszystkim pisarka nie uległa pokusie tworzenia zawiłego świata, co często się debiutującym pisarzom zdarza. Jednak, co najbardziej mnie urzekło w powieści, to fakt, że nie jest lukrowata. Największym lękiem napawają mnie powieści młodzieżowe, gdy ukazują romantycznie, nieskazitelny świat, w którym największym niebezpieczeństwem są koledzy ze szkolnej ławki, gdy bohater zostaje rzucony na głęboką wodę, wypełniająca po brzegi uczelnię dla wybrańców. I przez chwilę czytając „Cień i kość”, obawiałam się, że autorka również ulegnie szkolnemu marazmowi, ale jednak nie. Większość ludzi, których Alina spotyka na swej drodze, miejsca, które odwiedza, historii, których słucha, okazuje się inna, niż początkowo się jej wydaje. Tym Leigh Bardugo sobie mój czas i uznanie zyskała.

Jeżeli czytaliście baśnie braci Grimm, opowieści baśniowe Catherynne Valente i Naomi Novik, to odkryjecie w „Cieniu i kości” tę złowieszczą przekorę, to inne bardziej drapieżne spojrzenie na rzeczywistość. Oczywiście nadal pozostaje powieścią młodzieżową, która jest lekką w odbiorze, wciągającą historią Aliny, która szukając własnej tożsamości, próbuje przeżyć i uratować królestwo.

Ocena: 9/10

_____________________________________________________________________


   
Zdjęcie z Encyklopedii Fantastyki

   Leigh Bardugo urodzona 6 kwietnia 1975 r. w Izraelu, mieszkająca obecnie w USA autorka młodzieżowego fantasy. Sławę przyniósł jej cykl Grisza, na którą składają się opowiadania i trylogia oraz dylogia.

  W Polsce książki L. Bardugo wydawało Wydawnictwo Papierowy Księżyc i Wydawnictwo Mag.


środa, 27 stycznia 2021

"Rekursja" - Blake Crouch

 

Mój syn został wymazany…

To ostatnie słowa, które słyszy detektyw Barry Sutton od kobiety, która chwilę później skacze z dachu wieżowca na Manhattanie. To nie był jednak odosobniony przypadek, w całym kraju ludzie budzą się rano do życia diametralnie innego niż to, w którym zasnęli wieczorem.

Czy cierpią na Zespół Nieprawdziwych Wspomnień – tajemniczą przypadłość, która doprowadza chorych do szaleństwa wspomnieniami z życia, którego nigdy naprawdę nie przeżyli? Czy może za fasadą z pozoru normalnej rzeczywistości kryje się złowieszczy spisek, który kieruje naszym życiem?

Doktor neuronauki Helena Smith wie, jaką potęgą jest pamięć: dlatego poświęciła życie na stworzenie technologii, która pozwoli ludziom zachować najważniejsze wspomnienia z przeszłości. Gdyby jej się to udało, każdy mógłby przeżyć na nowo pierwszy pocałunek czy narodziny dziecka. Jednak jej odkrycie będzie znacznie donioślejsze dla całej rzeczywistości niż się początkowo wydaje...

Szukając prawdy, Barry staje twarzą w twarz z przeciwnikiem bardziej przerażającym niż jakakolwiek choroba – siłą, która atakuje nie tylko ludzkie umysły, ale wszystko co ich otacza… Pamięć tworzy rzeczywistość - to słowa, które detektyw zapamięta na zawsze.

[Zysk i S-ka, 2019]

[Okładka i opis Wydawcy]


AGA:

Blake Crouch autor „Mrocznej materii”, dzięki „Rekursji” w 2019 r. otrzymał Goodreads Choice Award w kategorii SF. Pokonał między innymi Neala Stephensona, Timothy Zahna, czy duet Jamesa S. A  Corey w wyścigu po czytelnicze uznanie. Preferuję mocno zakręcone historie, które wymagają skupienia, dobrej wyobraźni i pochłaniają czytelnika bez reszty i to zapewnił mi Blake Crouch.

Akcja „Rekursji” rozpoczyna się na dwóch płaszczyznach czasowych, uwaga na czas, w tej książce jest go dużo i łatwo się pogubić. W 2007 roku Helena Smith rozpoczyna swoje badania nad mapowaniem wspomnień pod auspicjami tajemniczego Marcusa Slede'a. Walczy o wspomnienia swojej matki, chorej na Alzheimera. Widzi, jak utrata pamięci doprowadza do degrengolady osobowość bliskiej jej osoby. Gdy Marcus Slade oferuje jej finansowanie badań oraz zaplecze technologiczne, Helena czuje się, jakby złapała Pana Boga za pięty. Jednak wszystko ma swoją cenę, czasem jest ona wyższa, niż ta, którą chcemy zapłacić.

W 2018 roku Barry Sutton, zgorzkniały nowojorski policjant, ląduje na dachu wieżowca z samobójczynią obciążoną zespołem nieprawdziwych zdarzeń (ZNW). Po nieudanej próbie uratowania kobiety, dręczony niewyjaśnionymi pytaniami, rozpoczyna własne śledztwo. Na swojej drodze spotyka Marcusa Slade'a. Czy możliwość przeżycia swojego życia po raz drugi, będzie dla niego darem, czy może udręką?

Drogi Heleny i Barry'ego splotą się we wspólnej walce o przyszłość zarówno ich, ale co ważniejsze, całej ludzkości.

Rekursja, czy też rekurencja, jest pojęciem z dziedziny logiki i znaczy tyle, co odwoływanie się np. funkcji do samej siebie. Autor oparł akcję na zasadzie odwoływania się poprzez wspomnienia do samego siebie z przeszłości. Helena nie tylko odkrywa jak mapować wspomnienia, ale również jak odwoływać się do samych siebie z przeszłości. Historia robi się mocno zakręcona, gdy fabuła zaczyna przypominać trójkąt Sierpińskiego, we wspomnieniu są wspomnienia i kolejne wspomnienia. Ten w sumie fenomenalny zabieg powoduje, że czytelnik wpada w podobną matnię i poczucie odrealnienia, co osoby obciążone ZNW.

Drzwi, które otworzyła Helana swoimi badaniami nad ludzkim umysłem, doprowadza ludzkość na skraj istnienia. Swoista gra w chaos, wydaje się nie mieć końca, a świat chwieje się w posadach. Badania z dziedziny neuronautyki Steve'a Ramireza i Xu Liu, polegające na wszczepieniu do mózgu myszy nieprawdziwych wspomnień, stały się zarówno inspiracją, jak i przyczynkiem do podjęcia trudnych tematów. Blake Crouch poprzez pryzmat swej powieści ukazuje, jak ważne są w badaniach naukowych etyka, odpowiedzialność i niezależność. Przestrzega również przed nadmiernym pośpiechem, który może powodować katastrofalne skutki, nieprzemyślanych działań.

 „Rekursja” to przede wszystkim  apoteoza życia. Jest świetnie napisanym thrillerem sf, ukazującym odwieczną prawdę, że nie ma dobra bez zła.

Życie z kodem do oszukiwania to nie życie. Nasze istnienie nie jest czymś, czym można manipulować ani co należy optymalizować, aby uniknąć bólu.Być człowiekiem to właśnie to: piękno oraz ból – jedno nie ma znaczenia bez drugiego.

Ocena: 10/10

poniedziałek, 11 stycznia 2021

"Klątwa burzy" - Patricia Briggs

 

W Mercedes Thompson-Hauptman nie ma nic zwyczajnego. Jest mechanikiem samochodowym, zmiennokształtną kojocicą i partnerką życiową przywódcy wilkołaczej watahy. Ale żadna z tych niecodziennych rzeczy nie jest źródłem jej obecnych kłopotów.

W obecne kłopoty wpakowała się bowiem całkiem samodzielnie - wchodząc na most i przyjmując na siebie odpowiedzialność za bezpieczeństwo wszystkich mieszkańców Tri-Cities. Wszystko wyglądało prosto: miała od czasu do czasu złapać jakiegoś goblina-zabójcę, kozę-zombie czy trolla. Miała dopilnować, by na neutralnej ziemi ludzie mogli bezpiecznie pertraktować z istotami magicznymi.

Rzeczywistość udowodniła, że nikt nie jest bezpieczny. Doszło do konfrontacji pomiędzy przywódcami ludzi a Szarymi Panami, rządzącymi magicznym ludem.

Narasta konflikt. Zbliża się nieuniknione stracie.

Nadciąga burzowy jeździec, a imię jego Śmierć.

[Fabryka Słów, 2020]
[Opis i okładka: Fabryka Słów]

Egzemplarz udostępniony do recenzji, dzięki życzliwości Fabryki Słów.

AGA:

Pod wieloma względami rok 2020 był niezwykły. Niestety nie należał do najlepszych dla mnie pod względem czytelniczym, nadal tkwiłam w zastoju i liczba przeczytanych książek była tak niska, że lepiej o tym głośno, tym bardziej na piśmie, nie wspominać. Za to 2021 rok zaczęłam z przytupem, mam już za sobą trzy książki, czwartą właśnie się delektuję. Jednak rok 2021 może i będzie przełomowy ze względu na powrót umiłowania do sączenia słów, ale nie wygląda na to, by miał być mniej niezwykły, niż 2020. A o tym za chwilkę...

„Klątwa burzy” to jedenasty tom cyklu o Mercedes Thompson i jak dotarliście do niego, to znaczy, że należycie do fenomenalnego grona szczęśliwców, którzy dopingują kojocicy Mercy. Po zapowiedziach z tomu poprzedniego, nastawiona byłam na burzowego jeźdźca, Śmierć we własnej osobie i miałam nadzieję na większą rólkę ulubionej Elizawiety. I z tymi życzeniami, trzeba ostrożnie. 

Pani Briggs ma chyba pod skóra Kojota, bo ładnie wszystko poprzekręcała, co w głowie mi się uroiło na temat tego, co znajdę w tomie jedenastym. Na dzień dobry Mercy poskromiła goblina zabójcę, a gdy już udało się pozbyć się niewygodnego chłystka, to  wraz z Mery Jo bawiła się w chowanego-łapanego z mini kózkami zombie. Mini kózki zombie! Nie można zarzucić pani Briggs braku poczucia humoru i rozbudowanej wyobraźni. A akcja dopiero się rozkręcała. Dziwnym zbiegiem okoliczności pod nieobecność Elizawiety, przypominam, została u Bonaraty fundując mu terapię odwykową od wilkołaczej krwi, pojawiły się nowe wiedźmy i to nie byle jakie. 

One by one, 
two by two, 
the Hardesty witches
are traveling trough.
With a storm of curses,
they call from their tomes;
they will drink your blood
and dine on your bones.

A żeby jeszcze było mało, szykuje się wielkie spotkanie pomiędzy ludźmi a pradawnymi. Jak dla Mercy to za dużo zbiegów okoliczności. Kojocica próbując sprostać nowej roli logistyka imprezy ludzie-pradawni, będzie musiała się zmierzyć z kolejnymi zombiakami, sprzymierzyć się z Wulfem, nie dać się rozerwać bombie, a na końcu dokonać szturmu na bastion wiedźm. A pisałam o smoku... 

Patricia Briggs z tomu na tom coraz bardziej mnie zaskakuje. Pomimo że jej fabuła opiera się zawsze o zasadę my dobrzy-oni źli, to jednak potrafi to tak cudownie kwieciście rozwinąć, okrasić humorem, a na końcu oprószyć trupami, że człowiek żałuje, że sam nie może sięgnąć po topór i z bojowym okrzykiem ruszyć na wroga. Tak w tym tomie pojawią się topory. 

Pisałam, że z życzeniami trzeba ostrożnie. Od tego tomu moim nowym ulubieńcem stał się Wulfe. Dlaczego? No cóż, nie mogę zdradzić wszystkiego, bo nie byłoby zabawy, ale jak pisałam chciałam większą rólkę dla Elizawiety i ją dostałam, to znaczy ona, w tym tomie.

A teraz wyjaśnienie dlaczego rok 2021 też zapowiada się niezwykle. Coś takiego nigdy nie zdarzyłoby się w normalnych czasach. Po przeczytaniu tomu dziesiątego, sięgnęłam po „Klątwę burzy”. Muszę na wstępie nadmienić, że często bardzo intensywnie czytam i przeżywam przygody bohaterów, dlatego często szybko zapominam szczegóły. Po przeczytaniu 1/3, zaczęłam podejrzewać u siebie sklerozę, ewentualnie zaniknięcie szarych komórek, odpowiedzialnych za pamięć, nie rozpoznawałam bowiem bohaterów i jaki znowu most i troll. To było podejrzane, takie wydarzenie, które spowodowało stworzenie wolnej strefy, odcięcie się Marroka od watahy Adama, no nie, to nie możliwe, bym aż tyle zapomniała. A teraz drodzy czytelnicy będziecie mieć większy ubawze mnie, niż briggsowych mini kózek zombie – zapomniałam przeczytać tomu dziewiątego. Od tego momentu obstaję, że z dwojga złego, jakby mnie miało pokarać, to jak w kawale o piciu, wolę Parkinsona od Alzheimera. Pewnie na łożu śmierci sobie tego nie wybaczę.

Tak też spodziewajcie się w niedługim czasie, retrospektywnej recenzji tomu dziewiątego.

Ocena: 10/10

czwartek, 17 grudnia 2020

"Niedźwiedzi bóg" - Hiromi Kawakami

 

11 marca 2011 dzieli współczesną Japonię na tę przed i po. Jednym z pierwszych tekstów literackich, który pojawił się w świecie po, było opowiadanie Niedźwiedzi bóg 2011 – historia Niedźwiedzia, który wprowadza się w sąsiedztwie i zabiera nas na spacer. Czytelnikom śledzącym twórczość Hiromi Kawakami była to fabuła znana – w końcu o tym samym traktowało opowiadanie Niedźwiedzi bóg, od którego autorka rozpoczęła swoją pisarską karierę. W 2011 roku postanowiła jednak opowiedzieć tę samą historię na nowo, udowadniając, że w świecie po nic już nie będzie takie samo.

Polskie wydanie Niedźwiedziego boga przedstawia czytelnikom obie wersje opowiadania, które obecnie stanowią kanon literatury „po Fukushimie”. To dwie krótkie nowelki o świecie przed i po – które idealnie uchwyciły to, czego na co dzień wolimy nie widzieć. Wydanie o tyle wyjątkowe, że oprócz polskiej wersji w tłumaczeniu Beaty Kubiak Ho-Chi, znajduje się w nim też oryginalny tekst japoński. Całość dopełnia wstęp Karoliny Bednarz.

[Tajfuny, 2019]

[Opis i okładka: Tajfuny]


AGA:

Na przełomie listopada i grudnia odbył się 14. Azjatycki Festiwal Filmowy Pięć Smaków. W dobie pandemii znamiennym jest, że wiele akcji, które kiedyś były by nie do pomyślenia, teraz są realizowane z sukcesem. Dzięki nieznośnemu COVID-19, który utrudnił, a niektóre czynności, uniemożliwił, wiele aspektów życia przeniosło się do świata online. Pomimo że mieszkam w konurbacji (czyż nie piękne pojęcie?!*), to irytujące były zawsze dla mnie docierające ze stolicy informacje o festiwalach, kursach, czy wydarzeniach kulturalnych. Teraz nie ma z tym problemu, kultura wyszła poza granice dużych aglomeracji miejskich.

Czemu w ogóle wspominam o tym festiwalu, gdy miałam pisać o książce Hiromi Kawakami? Na Festiwalu Pięć smaków obejrzałam wiele filmów, jedne wiadomo lepsze, inne słabsze.  Jednym z nich był film Yoshinari Nishikori Nad rzeką Takatsu (The Takatsu River / Takatsugawa 2019). Wielowymiarowa, nostalgiczna i ciepła historia o lokalnej społeczności żyjącej w małej miejscowości nad rzeką Takatsu. Film skupiający się nad problemami dręczącymi społeczeństwo japońskie, jak starzenie się społeczeństwa, wyludnianie się prowincji, przedstawia również bardziej ogólne problemy jak zderzenie świata starych i młodych, kultywowanie tradycji, czy rozszerzająca się działalność deweloperska. Ten przyjemny w odbiorze obraz życia codziennego, przywołany został niejako przez nowele Niedźwiedzi bóg. Oba obrazy traktują o przemijalności pewnego stylu życia, spowodowanego rozluźnianiem się więzów społecznych- kizuna, i groźbą, jaką to za sobą niesie. 

Sięgając po Niedźwiedziego boga, koniecznie trzeba zacząć od wstępu autorstwa Karoliny Bednarz. 

Zazwyczaj robię odwrotnie, najpierw czytam tekst, a potem wszystkie wstępy , przedmowy i posłowia, by wyrobić sobie wpierw własny pogląd, który potem uzupełniam. Kamisama, jednak, aby była w pełni zrozumiana, wymaga od czytelnika wiedzy, jak powstawała. Tomik składa się bowiem z dwóch opowiadań: Niedźwiedziego boga, napisanego w 1993 r. (wyd. 1994 r.) i Niedźwiedziego boga 2011, które, co jest znamienne, są tą samą nowelą napisaną jednak przed i po Fukushimie.

Niedźwiedzi bóg, gdyby czytać go bez zawartej we wstępie wiedzy, jest prostą opowiastką o wspólnym spacerze człowieka (narratora) z niedźwiedziem. Piesza wycieczka nad rzekę, poza faktem udziału w niej niedźwiedzia, nie jest usiana żadnymi przygodami i w swojej konstrukcji jest bardzo prosta. Niedźwiedź symbolizuje w opowiadaniu staroświeckość, podobnie jak w wyżej wspomnianym filmie bohaterowie tańczący kagura, zmaga się z odchodzeniem w niepamięć tradycyjnych elementów życia społecznego- w tym przypadku uprzejmości i ogólnej kultury własnej. Gorący wiosenny dzień, pobyt nad rzeką, spotkania z innymi ludźmi, wydają się sielskie, ale gdzieś przez skórę czuć, że pomimo uprzejmości niedźwiedzia, nie jest on traktowany z szacunkiem, a raczej jako abberacja. Oczywiście Hiromi Kawakami nie pisze o tym wprost, należy samemu wydobyć głębię z historii spaceru nad rzekę. Aczkolwiek to opowiadanie zyskuje na jeszcze większym wydźwięku, gdy zestawi się je z Niedźwiedzim bogiem 2011. Jest to w sumie to samo opowiadanie, jakby nadpisane na to pierwsze. Karolina Bednarz cytując Katsuya Matsumoto używa pojęcia „podwójnej ekspozycji”, które w punkt oddaje zabieg dokonany na opowiadaniu przez Kawakami. Swoisty palimpsest dodaje wyłącznie drobne elementy, które przedstawiają nową rzeczywistość: ubiory ochronne, wyludnienie, licznik Geigera. Czytelnik, który zapoznał się z historią powstania tego opowiadania, będzie świadomy, że użyte w opowiadaniu „po tamtym zdarzeniu” dotyczy uszkodzenia elektrowni w Fukushimie. W ten sposób przedstawia  dobitny obraz, jak w wyniku jednego zdarzenia, zmieniła się rzeczywistość, w której trzeba na nowo układać sobie życie. Jest to niejako faktyczne opowiadanie post apo, tym boleśniejsze, że wydarzyło się naprawdę. Gdyby nie ten fakt, można by traktować Niedźwiedziego boga 2011, jak opowiadanie fantastyczne, które bardzo przypomina mi w kreowaniu świata, choć może nie aż tak dojmująco pesymistyczne, Ślepe stado Johna Brunnera, które zresztą polecam przeczytać.

Wydawnictwo Tajfuny wydało te dwa opowiadania, choć trzeba przyznać dość drogo (64 strony za 35 złotych), bardzo estetycznie i starannie. Życzyłabym sobie, aby więcej pozycji było wydawanych z podobną pieczołowitością oraz dwujęzycznie. Poza ceną zarzuciłabym może jeszcze brak sequelu Niedźwiedziego boga, a mianowicie Lunchu na trawie. Byłby to pełen obraz historii tego jednego kami (bóstwa).

Na koniec dodam, że w czasach pandemii, oba opowiadania, pomimo że traktują o innych wydarzeniach, są bardzo aktualne i uniwersalne. W Posłowiu autorka napisała: 

Pisałam je raczej [opowiadanie], by wyrazić swoje zaskoczenie tym, że nasze codzienne życie, które wciąż trwa, może się tak bardzo zmienić przez splot wydarzeń”. 


Ocena: 9/10



*konurbacja – o tym, że mieszkam w konurbacji trójmiejskiej dowiedziałam się dzięki Patricii Briggs. Akcja serii o Mercedes Thompson rozgrywa się również w Tri-Cities, w stanie Washington.

środa, 25 listopada 2020

"Czas ciszy" - Patricia Briggs

 

Patricia Briggs zawsze oddaje czytelnikom ekscytującą, magiczną, baśniową i nieprzewidywalną opowieść.

"Czas ciszy" należy do najlepszych. - Erin Watt, #1 New York Times autorka bestsellerowej "Serii królewskiej"

Napadnięta i porwana na własnym terytorium, Mercy dostaje się w szpony potężnego wampira, który zamierza posłużyć się nią jako bronią przeciw alfie watahy wilkołaków, Adamowi oraz przywódcy wampirów z Tri-City. Mercy udaje się uciec pod postacią kojota, jednak oto odkrywa, że naga, bez pieniędzy, znalazła się w samym środku Europy...

Nie jest w stanie skontaktować się z Adamem i resztą stada- została całkowicie sama. Musi znaleźć sprzymierzeńców, walczyć z wrogiem i odkryć, kto jest kim, a przy tym nie wywołać wojny pomiędzy wampirami i wilkołakami. Tymczasem w sercu starej Pragi budzą się przedwieczne duchy i moce...


[Fabryka Słów 2020]

[Opis i okładka: Fabryka Słów]

AGA:

Siadając do napisania recenzji dziesiątego już tomu przygód Mercedes Thompson, stwierdziłam, że bardzo trudno jest to zrobić. Kto bowiem sięgnie, by ją przeczytać? Osoby, które tak daleko zawędrowały w opowieści pani Briggs o wilkołaczej rodzinie dorzecza rzeki Kolumbii, wiedzą, że warto po tę książkę sięgnąć, a nowi czytelnicy, raczej czytają opinie pierwszych tomów. Aczkolwiek może i jedni i drudzy, chcieliby się upewnić, czy autorka, snując tak długą historię, jest w stanie utrzymać odpowiedni poziom.

Mercy tym razem narozrabia w Europie. Oczywiście nie robi tego specjalnie, początkowo nawet nie ma na to zbyt dużego wpływu, ale z czasem odzywa się w niej Kojot i jakoś kończy się impreza, jak zawsze - wielką draką.

Zaczęło się niewinnie, od braku jajek. Czekoladowe ciasteczka są nie tylko tuczące, ale bywają powodem nieprzewidzianych w skutkach perturbacji życiowych. Hmm, ciekawe zazwyczaj bywa to paczka papierosów, piwo lub mleko, ale jajka? W drodze powrotnej z wyprawy po jajka, samochód Mercy trafia na przeszkodę, albo precyzyjniej rzecz ujmując, to ciężarówka trafia w samochód Mercy, w sumie Adama, ale nie będę się czepaiła. Dzięki drobnemu wypadkowi komunikacyjnemu, kojocica poznaje dawnego kochanka Marsilii. Pamiętacie, taka wampirzyca, co to nie pała miłością do wybranki alfy. Iacopo Bonarata, Władca Nocy, przywódca mediolańskiej chmary i w zasadzie przywódca większości wampirów, bo o nim mowa, może świadomie, ale bez świadomości jak wielkie, ściąga sobie na głowę kłopoty w postaci Mercy, potem jeszcze Adama, Brana, Marsilii, Elizawiety, jakiegos króla goblinów.... no dobrze, na ratunek Mercedes leci multirasowy oddział szturmowy, przepraszam wróć, korpus dyplomatyczny. Potem jest tylko coraz lepiej, jakby to Kojot ujął -niewyobrażalnie pięknie.

W konsekwencji wyczynów Mercy, wszyscy trafiają w końcu do Pragi. Wielki plus dla autorki, że przeniosła miejsce akcji na ziemię europejską, w dodatku tak bliską polskiej granicy. Pomimo że jest to miła odmiana, nie umiałam wgryźć się w tę Pragę Briggs. Niestety, jak dla mnie, autorka nie umiała oddać ducha Pragi i tamtejszych ludzi, a wstawki z opisami, czy wywodami historycznymi, brzmiały jak teksty wyczytane w przewodniku dla turystów. Ten brak atmosfery i sztywne opisy szczęśliwie są jednymi i to w sumie znikomymi minusami całej historii.

„Czas Ciszy” nie zawodzi z pewnością pod względem wartkiej i zmiennej akcji oraz różnorodności bohaterów. Wielkim atutem jest humor. Cudowne dowcipne, czasem sarkastyczne wstawki, uprzyjemniają lekturę i tylko podkreślają fakt, że autorka ze swoją bohaterką nieustająco się ze sobą przyjaźnią. Jest to niezmiernie ważne, ponieważ czytelnik czuje te pozytywne relacje i sam staje się częścią tej historii.

Polecam „Czas ciszy” wibrujący humorem i przygodami. Teraz zabieram się za kolejny tom „Klątwę Burzy”, ma być ponoć jakiś burzowy jeździec.

Ocena: 9/10

PS. Zwróćcie uwagę, co będzie szeptał Kojot Mercy do ucha.

PS.cd. Od tego tomu jestem wielką miłośniczka Elizawiety Arkadiewny. Mam nadzieję, że doczeka się własnej opowieści.